Wróć do katalogu

Wiatr we włosach

"I został tam, na tamtym pustkowiu, gdzie wykarmić go mogła tylko ziemia, a wychować - jedynie wiatr.." Kolejne opowiadanie w nieco baśniowych, ale jednak współczesnych klimatach, po części natchnione niezmiennie mnie inspirującą muzyką Silverchair.

MFitzner, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Był sobie mały chłopiec - taki, co nawet jeszcze mówić nie umiał. Ot, paplał, jak to dziecko, i wymsknęła mu się niekiedy bezsensowna sylaba, nic poza tym. Tylko chodzić już potrafił. Nauczył się raczkować, na dwóch łapkach i na kolankach, a potem podnosił się, by stanąć prosto. Z czasem przestał się przewracać a zaczął stawiać kroki. I chadzał, chętnie i długo, zachwycony tą nową umiejętnością. Szedł tak właśnie przed siebie, bez celu, bez lęku. Bez opieki. Wodził ciekawym wzrokiem dookoła. Nie znał świata, ledwie rok tu był, i nic o nim nie wiedział. Ale chętnie go poznawał, uparcie prąc do przodu. Nie oglądał się za siebie, nie przystawał. Nie wpadł na nic, o nic się nie potknął. Szedł i szedł - bez przeszkód i bez nadzoru. Mijał ulice, mijał ludzi - i nikt i nic go nie zatrzymało. Nikt nie złapał go za rękę i nie odprowadził do domu. Nikt nie wpadł na niego, nie popchnął, nie kopnął. Nie zatrzymał go słup telegraficzny. Mały bucik nie uwiązł w dziurze w chodniku, nie zahaczył o wystającą płytę. Nie potrącił chłopca samochód. Światła zmieniały się na zielone, ilekroć zbliżył się do pasów. Szedł więc i szedł - bez ustanku i bez wytchnienia. Tak przeszedł przez całe miasto i powędrował dalej szosą. Kroczył niestrudzenie przez łąki, pastwiska, lasy, doliny, równiny. Wytrwały marsz zaprowadził go na bezkresne, szare pustkowie, gdzie nic nie żyło i nic nie rosło. Zapuścił się daleko, głęboko w te odludne rejony - i w końcu zatrzymał się. Usiadł. Pod sobą miał tylko płaską, popielatą pustynię, nad sobą jedynie rozgwieżdżone niebo. Wokół siebie - nieskończoność. Na sobie - żadnych siniaków, żadnych guzów. I żadnych jarzm. Uśmiechał się do gwiazd, doglądających go z oddali. I został tam, na tamtym pustkowiu, gdzie wykarmić go mogła tylko ziemia, a wychować - jedynie wiatr.

***

Dziewczyna lubiła przychodzić do parku. Nawet teraz, mroźną jesienią, bywała tu codziennie. Opatuliwszy się szarym płaszczem, owinąwszy wiotką szyję ciepłym szalem, siedziała na parkowej ławeczce, a wiatr czesał jej rude, kręcone włosy; próbował porwać szary beret. Ona chwytała go w porę i poprawiała. Cieniutkie rękawiczki nie ogrzewały dostatecznie jej drobnych dłoni. Mróz ziębił jej gładką twarz; jej skóra była prawie biała. Ale dziewczynie to nie przeszkadzało. Wyginający gałęzie ziąb nie odebrał koloru i blasku jej rudym włosom, a późna jesień ani deszcz nie zmyły piegów. Pasowała do tego miejsca, taka jaka była - blada, ale z rumieńcem, i ruda jak ta jesień. I lubiła je. Lubiła tę twardą, ale wygodną parkową ławeczkę. Szelest czerwonych, pomarańczowych i żółtych liści, tak pięknie się starzejących i umierających. Świst wichru i jego mroźny dotyk na odsłoniętej skórze. Plusk rzeczki przepływającej przez park, spokojnie i niezmącenie. Rozmowy kaczek płynących w dół tejże rzeczki, i przekomarzanie wron na gałęziach. Ich piękne, lśniące pióra. I ciche wiewiórki, rude jak ona, przemykające bezszelestnie wśród nagich gałęzi. Przychodziła tu, na ławeczkę, tuż nad rzeczką, z suchym chlebem, który rzucała ptakom. Wolała spędzać wolne chwile tu, w parku, gdzie nie było ścian a sufitem było chmurne, szare, jesienne niebo. Miała bowiem własne mieszkanko na starym mieście - ale małe. Mieszkała w nim sama - w niewielkiej klitce, z jednym pokojem, kuchnią i łazienką. I choć dobrze, że miała chociaż dach nad głową, to dusiła się na tej niewielkiej przestrzeni, ściśnięta, stłoczona między ścianami wyłożonymi ciemną tapetą w waniliowe i ciemnozielone pionowe pasy, pod niskim stropem. Słońce było rzadkim gościem w tych progach - okna wychodziły na północ, więc jego światło wpadało tam tylko wczesnym rankiem, a przez resztę dnia okrążało starą kamienicę z pozostałych trzech stron. W swym małym, ciemnym pokoju Adrianna czuła się nieswojo, źle. Uciekała stamtąd wczesnym rankiem, gdy tylko zjadła śniadanie, i wracała późnym wieczorem, gdy morzył ją sen.

***

Choć był to już listopad, to pogoda dopisała tego dnia niezwykle. Drzewa w parku co prawda wyłysiały, a wynędzniała trawa leżała płasko na ziemi - lecz na bezchmurnym niebie słońce lśniło jak w najpiękniejszy letni dzień. Panował przyjemny chłodek - lekki, nie dokuczliwy. Adrianna, jak to ona, przechadzała się tego popołudnia - jak każdego innego - po parku. Dreptała piaszczystą alejką, małymi kroczkami, ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Nie wzdrygała się na zimniejsze podmuchy listopadowego wiatru. Błądziła myślamy gdzieś indziej. Z zadumy wyrwał ją świst - bliski i wyraźny. Przystanęła i rozejrzała się dookoła, zdezorientowana. Był to gwizd - ale nie taki, jaki znała, i jaki częstokroć słyszała z ust prymitywnych typów, nie znających bardziej kurtuazyjnych metod uwodzenia kobiet. Nikt też nie przywoływał gwizdem psa - nikogo w każdym razie nie zauważyła. Poszła więc dalej, mimo wszystko rozglądając się na boki. Z tego wszystkiego omal na niego nie wpadła. W porę zauważyła młodego mężczyznę, stojącego pośrodku alejki - choć mogła przysiąc, że jeszcze przed sekundą go tam nie było - i zatrzymała się, tuż przed nim. Podniosła wzrok i zobaczyła przed sobą bodaj najdziwniejszego faceta, jakiego w życiu widziała. Był wyższy od niej niemal o głowę. Przyglądał się jej przez chwilę, zbliżając swą twarz do jej twarzy. No właśnie, ta jego twarz... Była absolutnie biała, a przy tym lekko lśniąca. Jasnobłękitne oczy wpatrywały się w nią z zaciekawieniem. Nad nimi, uniesione w lekkim zdziwieniu, niebieskie brwi. Adrianna zdążyła jeszcze zauważyć, że chłopak jest łysy. Miał gładką, białą głowę. Nim go sobie jednak dokładnie obejrzała - a spodobał jej się od razu, to musiała przyznac - on po prostu... zniknął. W jednej chwili stał tuż przed nią, gapiąc się na nią, a po chwili najzwyczajniej w świecie już go nie było. Dziewczyna poczuła tylko gwałtowny powiew wiatru z prawej strony, usłyszała ten świst - a potem straciła mężczyznę z oczu. Zamrugała gwałtownie. Zdało jej się przez chwilę, że rozwiał go wiatr. Parsknęła pod nosem, śmiejąc się z samej siebie za takie niedorzeczne myśli. Wolnym krokiem odeszła.

***

Myśl o nim nie dawała jej spokoju. Ciągle wracała wspomnieniami do tamtego popołudnia, gdy idąc przez park, spotkała tego dziwnego jegomościa. Wyraźnie i dokładnie pamiętała jego białą twarz - jej szczupłe, ostre rysy. Jego błękitne oczy. I niebieskie brwi. Był tam. Stał tam z całą pewnością, gdy nieomal na niego wpadła. Ale po chwili już go nie było. Zniknął. Wyparował. Niewytłumaczalnie, nielogicznie i bez śladu. Adrianna zaczęła myśleć, że może jej się tylko przywidziało. Może tylko przyśnił jej się ten cudaczny chłopak? Tak, tak - zaczęła kiwać głową, mrucząc do siebie pod nosem. Bo przecież normalni ludzie nie widują w odosobnionych miejscach awangardowych zjaw. A ona nie zwariowała. Była normalną, prostą dziewczyną, bez skłonności do alkoholi, prochów czy konfabulacji. Zwykłą mieszczką, lubiącą chadzać samotnie po parku. Nie wariatką. A jednak wiedziała, że jakkolwiek irracjonalne wydawały się jej te wyraźne wspomnienia - jakkolwiek irracjonalny był sam w sobie ten facet - widziała go na pewno. Bo oczy można oszukać, uszy łatwo nabrać - ale jest jeszcze ten jeden nienazwany zmysł, który zdradzi prawdę, choćby oczy mówiły co innego, uszy co innego słyszały, albo jedne i drugie nie dawały znaku. Jakimś sposobem, nawet w ciemności i zupełnej ciszy, człowiek wyczuwa innego człowieka. I ona czuła jego obecność. Dlatego się zatrzymała. Dopiero wówczas - stojąc - zobaczyła go. - O Jezu o Jezu o Jezu... Znowu tam był. Tak jakby udało się jej przywołać go samymi myślami. Pojawił się nagle, znienacka, zupełnie tak jak za pierwszym razem, tuż przed nią. Ujrzawszy go, odskoczyła gwałtownie. Wpatrywała się w niego wielkimi ze strachu oczyma i mamrotała imię Pana. Utkwiła w nim wzrok i tak trwała, jak zahipnotyzowana. Przyciągał ją, jak magnes - zaczęła niepewnie iść w jego stronę, stawiając drobne kroczki. Tak jakby chciała się zbliżyć i zarazem wcale nie chciała. Powoli wyciągnęła rękę w stronę jego białej, szczupłej twarzy - ale nie tak, jakby chciała go po niej pogładzić, a jedynie dotknąć opuszkami palców. Jak gdyby nie wiedziała, czego się spodziewać - czy się oparzy czy odmrozi sobie rękę. Już, już prawie dotykała drżącą dłonią jego skóry. Wtedy zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Odruchowo zamrugała. Opuściła rękę - niechętnie, powoli, wyraźnie zawiedziona. Poirytowana. Bo teraz wiedziała na pewno, że nie roiła sobie tylko tej osobliwości. On istniał, i objawił się jej już drugi raz. Ale gdy chciała sięgnąć po dowód, po namacalne świadectwo jego istnienia - on zniknął. Jakby chciał jej zaprzeczyć. Zadrwić z niej, wyśmiać, wyszydzić. Obalić coś, w co wierzyła - co wiedziała. Adrianna żachnęła się i odeszła. Z zaciśniętymi ustami, zmarszczonym czołem, brwiami nasuniętymi na oczy, szła szybkim, pewnym krokiem. Parsknęła przez nos. Co za bezczelny typ! - pomyślała. Zaskakuje ją w odludnych miejscach, nieomal wpadając na nią, a potem sobie ot, znika. Namiesza jej w głowie, namąci, oczaruje - i już go nie ma. Ona odchodzi przez niego od zmysłów - a on się tym bawi w najlepsze. Stanęła. Odwróciła się powoli. Stał za nią, parę metrów dalej. Wyczuła to. Przez chwilę bez słowa, bez mrugnięcia, bez najmniejszego ruchu, po prostu na niego patrzyła. Ale znów zaczął ją ściągać do siebie. Na sztywnych nogach zaczęła iść w jego stronę, wpatrując się w niego coraz większymi oczyma, zaczynając się bać jego - oraz swoich kroków, zmierzających do niego. Jednak ciekawość zwyciężyła strach, i powoli, choć już bez obaw, zbliżała się do mężczyzny. Pamiętała jednak, jak szybko zniknął, gdy próbowała bardzo powoli jedynie musnąć jego skóry. Dlatego, gdy była już tylko o dwa kroki od niego, gwałtownie rzuciła się na niego, wyciągając ręce, chcąc go złapać. Schwycić i nie puścić. Znowu zniknął. Wymknął się…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych