Wróć do katalogu

Wieczny rezerwista

O pasożytach instytucjonalnych, które można wytępić tylko poprzez ich własne skąpstwo przy współudziale przyjaźni ponadczasowej. Kolejne, ósme, niezależne opowiadanie z cyklu "Opowieści ze świata czarowników".

nyhariel, opublikowano , 21 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Każdy z nas przynajmniej raz w życiu otrzymuje list, który potrafi wywrócić całe nasze życie do góry nogami. Czasami są to złe wieści informujące o czyimś odejściu, czasami wieści o przyjściu na świat, a czy są one dobre, zależy od indywidualnej sytuacji adresata. Czasem są to jednak listy, które przynoszą urzędową informację, że oto pasożytniczy organizm wykorzystujący nas przez całe życie, chce od nas czegoś więcej. Nie ma wtedy zmiłuj, nie ma, że boli – trzeba ubrać kamasze i za psi grosz, który wystarczy tylko na gazetę i papierosy, reprezentować godnie tego wielkiego pasożyta. Dlatego nikogo nie dziwiły różnego rodzaju złe wieści, które spadały znikąd za pośrednictwem poczty kurierskiej znienacka, zupełnie jak śmierć, miłość i …

W siedzibie Agencji Czarowniczej trzech wysoko wykwalifikowanych czarowników przygotowywało akurat dokumenty firmowe do kontroli z Urzędu Podatkowego. Stos starych faktur z ostatnich miesięcy rósł wokół szklanej kuli umieszczonej na biurku i w ciągu półtorej godziny był tak wysoki, że przypominał makietę osławionego Manhattanu. Obok potężnych, papierowych wieżowców wyrastały nowe zasłaniając skutecznie centralny punkt biurokratycznego miasta, mianowicie szklaną kulę. Wtem wnętrze miasta rozświetlił pomarańczowy, pulsujący blask. - Ej, chłopaki! – wrzasnął zaintrygowany Grubcio. – Manhattan wam się pali. Właśnie przyjechała straż pożarna. - Czemu „wam”? – zaooponował prezes spółki w osobie mistrza magii. – Pracujesz tu tak samo, jak i my. Grubcio się napuszył, lecz fałszywy uśmiech zdradzał, że jest to tylko poza na pokaz. - No tak, ale wy jesteście w ścisłym zarządzie, a ja, zwykły robol… - Ależ mój drogi i obszerny przyjacielu, zapewniam cię, że jesteś w tej firmie personelem kluczowym, bez którego nic byśmy nie zrobili… - On chce powiedzieć – wtrącił Drugi zza sterty druków „kasa przyjmuje” – że ktoś musi w firmie odwalać brudną, a czasem mokrą robotę. Trzeci machnął ręką rozrzucając przy tym kilka papierów. - Wiedziałem! – mruknął. – Czułem w tym jakiś haczyk! - A co? Wbił ci się w tyłek? Czarownik nachylił się nad stołem i wpatrywał się w szklaną kulę. - A tak przy okazji: nie jesteście ciekawi, co tu tak mruga? - Iskiereczka z popielnika? - Pudło, prezesie! – triumfalnie obwieścił tłuścioch. – Masz wiadomość. - Aha. No to w nagrodę możesz zrobić kawę. – mistrz wyszczerzył żeby w uśmiechu i powoli zaczął odgruzowywać dojście do sprzętu czaromedialnego. Kiedy już dotarł do szklanej kuli, przesunął delikatnie dłonią po jej powierzchni, po czym podniósł do góry dłoń i bacznie się jej przyglądał. - A to niespodzianka! - Co? - Wisienka, czy truskaweczka? – zapytał mistrz wpatrując się w czerwoną maź przyklejoną do palców. Personel Kluczowy wyraźnie się zaczerwienił. - Znowu żarłeś przy sprzęcie! – fuknął Drugi przestawiając kolejne roczniki płatności za wykorzystanie sieci czaroprzestrzennej. - Było tego warte… - jęknął Grubcio. Pierwszy ani myśląc oblizał palce głośno mlaskając. - Voila! – obwieścił triumfalnie. – Porzeczka! Personel Kluczowy poczerwieniał jeszcze bardziej. - Kończ waść, wstydu oszczędź! – mruknął. – Chyba skoczę zrobić tą kawę. To mówiąc, zniknął w drzwiach sąsiedniego pokoju, gdzie tymczasową siedzibę miały dwa potwory: stara, pancerna szafa oraz nowiuteńki automat do kawy. Pierwszy wyciągnął z pomiędzy stert papieru otwarty słoik dżemu porzeczkowego. - Ani słowa Grubciowi, bo zje mnie razem z tym dżemikiem! – zwrócił się do zaskoczonego zastępcy. - No wiesz… ! Prawdziwy, czy sysnetetyk? - Ale ty masz o mnie zdanie! Oryginał! - Super! Dasz trochę? - Jasne! – uśmiechnął się mag. – Kupiłem specjalnie dla nas na podwieczorek. Do pokoju wparował Trzeci niosąc tacę z trzema parującymi kubkami. Po pokoju rozszedł się zniewalający zapach prawie prawdziwej kawy. - Ktoś tu wspominał o podwieczorku? Pierwszy machnął ręką. - Widzisz, sprawa się sama wydała. Czarownik odstawił tacę na parapet okna i odwrócił się do towarzyszy. - I co ci tam napisali? Mistrz palnął się otwartą dłonią w czoło. - O święty Samaelu, zapomniałem o wiadomości na skrzynce! Nie namyślając się dłużej wszyscy rzucili się do szklanej kuli. Chóralnie wypowiedziane zaklęcie otwierające podziałało natychmiast, lecz dostęp do konta mógł uaktywnić tylko posiadacz. Pierwszy wymruczał formułkę, skreślił serdecznym palcem lewej ręki świetlisty znak w powietrzu i kiedy kula zmieniał blask na błękitnawy, pochylił się aby odczytać wiadomość. - O święty Flaurosie! – jęknął Grubcio. - Niech to Belet kopnie! – zawtórował Drugi. - No ładnie! – dodał Pierwszy i po raz pierwszy od dwóch godzin ciężko opadł na krzesło. Trzeci pogładził się po obszernym brzuchu i z niezbyt mądrą miną popatrzył na szefa. - I co z tym teraz zrobisz? – zapytał. - A co ma zrobić? - No właśnie. – przyznał mistrz. – Nie codziennie człowiek dostaje powołanie do wojska. Vice uśmiechnął się szeroko. - Poparadujesz pół roku z szabelką, czasem obejrzymy cię w holowizji… będziesz bardzo popularny w całym wieżowcu spółdzielni! - Pół roku! – jęknął mag i wyraźnie się zasępił. Zapadła grobowa cisza. - Przecież to nic strasznego. – pocieszył tłuścioch. – Tylko sto osiemdziesiąt trzy dni. - … z karabinem, w błocie na poligonie… - mruknął czarownik i dalej popadał w depresyjną zadumę. - Ty, o czym on gada? Drugi wyciągnął słoik dżemu z pomiędzy papierów. - Może ten przetwór mu zaszkodził? - Ja też go podjadałem. – przyznał niechętnie Grubcio. – Ale mi nic nie jest! Mistrz popatrzył przerażony na żarłocznego przyjaciela. - Że co?! Podżerałeś? - Stał sobie pośród tych papierów, to myślałem, że ktoś o nim zapomniał… - czarnoksiężnik zaczerwienił się ponownie. – Miałby się zmarnować? Pierwszy siedział dalej zrezygnowany. - Ech, przed twoim czujnym i łakomym wzrokiem nic się nie ukryje! I wtedy to z korytarza trzynastego piętra biurowca dobiegło radosne „ping” oznajmiając wizytę kolejnego gościa. Ponieważ dzwonek windy zadźwięczał na trzynastym piętrze, pewnym było, że gość zamierza odwiedzić Agencję Czarowniczą „Tysiąc Jeden Życzeń”. Innego wyboru nie miał, a powód był prosty: było to jedyne czynne biuro na trzynastym piętrze wieżowca Spółdzielni Usługowej. - Nos do góry! – zaordynował Drugi. - Klient idzie. Ale zły nastrój rekruta pogorszył się, bo do siedziby spółki wkroczył jegomość w generalskim mundurze. Złote lampasy doskonale harmonizowały z imponującą kolekcją medali zawieszoną na generalskiej, wiecznie dumnie wypiętej piersi. - Baaaaczność! – ryknął gość trzaskając szpicrutą o cholewę swoich oficerek. – Wojskowa Komenda Uzupełnień, generał Mores, do usług. - Grubcio jestem. – wypalił odruchowo Trzeci, lecz jego wyciągnięta ręka sama znalazła drogę ucieczki przed palącym, generalskim spojrzeniem. - Witamy w naszych skromnych progach, panie generale. – Drugi podsunął krzesło. - Spocznij! – ryknął służbista i siadł na krzesełku. – Który z panów to mistrz Shoen? Dłoń Pierwszego nieśmiało i powoli powędrowała do góry. Milczenie było aż nadto wymowne. Generał popatrzył z ponad blasku medali, zdjął czapkę i z ojcowskim wyrazem twarzy rzekł: - Okaż radość, mój synu. Służba w armii przynosi zaszczyt! - Wojsko to głupia organizacja. - To powiedział Balzak! – zauważył Trzeci. - Rekrut Balzak! – ryknął generał. – Pojutrze zgłosicie się do raportu za sianie defetyzmu! Czarownicy popatrzyli na siebie z lekkim półuśmieszkami. - Szefie, panie marszałku, admirale… - zaczął uniżenie Grubcio. – Ale Balzak już dawno nie żyje… - I bardzo dobrze! Należało mu się! – z uśmiechem skonstatował komendant WKU, po czym powrócił do meritum sprawy. – Więc jak rzekłem, to zaszczyt… - … oraz pluskwy i odciski. – mruknęła kwintesencja depresji. - Jak? - A poligon, bieganina z karabinem i błoto? Wojskowy bezradnie rozłożył ręce. - Naczytałeś się jakiś antycznych pierdół o wojnie! - Proszę mu wybaczyć. – wyjaśnił Vice. – Gdy ostatnim razem miał do czynienia z wojskiem, Szwaby goniły go z miotaczem plazmy pod Pierdun. - Pod Verdun, wasza obszerność! – poprawił mistrz. – I nie był to karabin plazmowy, lecz gaz bojowy. - Aha. – rzekł lakonicznie Mores i zaczął przeglądać nerwowo wyciągnięte z aktówki papiery. Pierwszy nachylił się nad aktami, lecz człowiek w mundurze zazdrośnie je uniósł ku górze tak, że zasłonił najważniejszą część. Widoczny był tylko napis „Shoen” oraz „ŚCIŚLE TAJNE” w kilku językach. - Piękna przeszłość bojowa! – mundurowy mruknął z podziwem. – Takich ludzi nam trzeba! Mistrz cicho jęknął. - Czy nie odsłużyłem wszystkiego? - Być może… ale nie został pan zdemobilizowany. – odparł z uśmiechem generał. Drugi zasępił się, bo wiedział, że z tępotą i pazernością tej akurat instytucji nikt jeszcze nie wygrał. Tymczasem wojskowy wertował akta dalej szukając gwoździa do coraz bardziej wyrazistej trumny czarownika. - Pole bitwy opuścił pan w 1917 roku. Gdzie pan był przez kolejne trzysta lat? - Jak pan generał się dobrze wczyta, w statusie mam wpisane jednoznacznie „zaginiony podczas działań wojennych” wraz z datą. – odparł mistrz. - No dobrze, ale gdzie pan przebywał? – ciągnął oficer. - Nie żyłem, ot co. Poległem podczas bitwy. Mores popatrzył podejrzliwie na swojego rekruta nie do końca dowierzając jego słowom. - Dowód? - Nie wprost. – odpowiedział Vice. – Wspomnienia wojenne francuskiego podoficera wraz z fotografią tu oto obecnego mistrza w mundurze armii aliantów. Jego przypadek jest opisany w rozdziale dwunastym wspomnianego dzieła. Książka dostępna w bibliotece Uniwersytetu Ezoterycznego. - Nie was pytałem! – odparł wojak. – Wasz stopień i stosunek do służby wojskowej? - Stosunek seksualny, jeśli mogę to tak nazwać… Generał wyraźnie uniósł brwi. - Że jak? - Po prostu pier…lę to. – uśmiech Drugiego wróżył rychły triumf nad butą wojskowego. – A dokładnie ukończone studia na uniwerku, więc mnie to nie dotyczy. - Racja. – niechętnie przyznał wojskowy. – Czy rekrut Shoen także legitymuje się dyplomem? Wszyscy popatrzyli na siebie zdziwieni. Że też nikt nie wpadł na takie proste rozwiązanie! - Nie. – odparł sam zainteresowany. – Mam kilka doktoratów honoris causa, lecz to zupełnie inna sprawa… Generał z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych