Wróć do katalogu

Wieczory mądrych ludzi

"Czy znasz takie miejsce?" "Ci… nie pytaj, nie odpowiem. Podaj mi swoją dłoń i polecimy tam razem".

Sylwianaopublikowano 28 grudnia 201539 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Hej! Chyba jesteś tu nowy? - Tak, zgadza się. To mój pierwszy wieczór na zgrupowaniu duchów. - Na to wygląda. A czemu sterczysz tak samotnie, jak jakiś odludek? - Nie mam powodów do radości. Jestem duchem samobójcy – niedoszłego maturzysty. Dziś postanowiłem zmienić otoczenie i wyrwać się z domu, jego domu, w którym panuje nieustająca rozpacz. Matka chłopca, od tamtego dnia prawie postradała zmysły i postarzała się o dobre dziesięć lat, a minęło raptem kilka miesięcy... - Jak masz na imię? – spytała zachłyśnięta tą informacją duszyca. - Nikita! A ty kim jesteś? - Aniela! Jestem duchem dziewczyny, która zmarła na raka. Nie chciała umierać, do końca miała nadzieję, że śmierć ją ominie. Miała w sobie tyle radości i planów na przyszłość... Odeszła w szpitalu, w nocy, przy matce trzymającej ją za rękę... A twój chłopak? - On? Nikt nie spodziewał się, że to zrobi. Był spokojny, zamknięty w sobie, nikomu się nie zwierzał, że ma jakieś problemy. Uczył się dobrze i pochodził z normalnej rodziny. Którejś nocy, wyszedł z imprezy i stojąc na moście zadzwonił do ojca prosząc o podanie dwóch powodów, dla których warto żyć. Rodzic myślał, że to głupi żart, po prostu nie uwierzył. A syn skoczył do rwącej rzeki. Ciała dotąd nie znaleziono. Rodzice oddalili się od siebie, obwiniając wzajemnie za to, co się stało. Ojciec zaczął pić, a matka, cóż, wspominałem już. - Tragedia! Nie ma większej tragedii dla rodziców niż śmierć dziecka... - odparła w zadumie Aniela. - Tak, wiem... To jesteśmy jak dwa przeciwieństwa. Mój zdecydował się na krok ostateczny i to uczynił, twoja nie chciała umierać, a jednak musiała. Ja melancholik, raczej pesymista, a ty realistka i wieczna optymistka. - Wiesz, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Jeśli chcesz zabiorę cię do miejsca, które tchnie radością i spokojem. Chyba teraz najbardziej tego potrzebujesz, prawda? - Skąd wiesz? To aż tak widać? – dopytywał Nikita - A są w ogóle takie miejsca? - Ci... nie pytaj, nie odpowiem. Podaj mi swoją dłoń i pofruniemy tam razem.

*****

W mroźny, styczniowy wieczór lecieli nad lasami, dolinami, górami, miastami, wsiami i polami, aż nagle zniżyli swój lot. Zatrzymali się nad drewnianym domkiem, nad którym unosił się z komina dym i pionowo wzlatywał ku przestworzom. Nikita i Aniela zawiśli w powietrzu na wysokości szerokiego okna. W rozległej izbie znajdował się wielki czteroboczny stół, z pustym środkiem, otoczony długimi ławami. Siedzieli na nich ludzie, ciasno przy sobie skupieni.

- Szału nie ma. Co właściwie chciałaś mi pokazać? – spytał duch. - Poczekaj! Czy musisz być taki niecierpliwy? Spójrz na ich twarze. - Jedzą kolację, ruszają ustami, czymś popijają i coś mówią. - To wszystko? - Są zrelaksowani, uśmiechają się do siebie i współtowarzyszy. Chyba lubią ze sobą przebywać... - No właśnie. Wlećmy teraz do środka.

Para duchów znalazła się w izbie stołowej, w której unosił się zapach pysznych wschodnioeuropejskich potraw. Kartacze, bliny, kołduny, cepeliny, kindziuk, babka ziemniaczana oraz inne specjały pachniały i wyglądały znakomicie. Jedzenie w nieśpiesznym tempie znikało z talerzy, półmisków, waz i koszyków. Krzątające się wewnątrz kobiety, jedna starsza i dwie młode, zgrabnie obsługiwały biesiadników. Ci z namaszczeniem oddawali się rozkoszy jedzenia wznosząc toasty kwasem chlebowym. Po kolacji kucharki zgarnęły brudne naczynia, zabrały puste termosy i cicho znikły zostawiając towarzystwo wesołym i pokrzepionym sutą strawą. Nikita i Aniela grzali tyłki na wysokim piecu kaflowym i obserwowali zgromadzonych.

Część osób wykruszyła się, by po chwili wrócić z przedmiotami umilającymi długie, zimowe wieczory. Starszy pan, z obfitym siwym zarostem na twarzy i pokaźnym brzuchem przyniósł gitarę. Usiadł na ławce obok drobnej, nierzucającej się w oczy kobietki i z rubasznym śmiechem, bezceremonialnie rzucił: „Ach, moja Danuśka!”, po czym pocałował ją soczyście w policzek. Zawstydzona obrzuciła sąsiadów prędkim spojrzeniem, na niego zaś patrzyła z cielęcym zauroczeniem. Starzy oboje, u schyłku życia cieszyli się każdą wspólną chwilą. On zaczął stroić instrument, by po chwili rozpocząć grę i śpiew, a głos miał niski i dźwięczny. Niektórzy przyłączyli się, pozostali po prostu słuchali.

W centralnej części izby, gdzie było najjaśniej, siedział przewodnik. Rozpostarł na stole mapy i planował trasę przemarszu na kolejny dzień. Inni otoczyli go, jak Apostołowie swojego Mistrza. Zwracali się do niego z szacunkiem wypowiadając imię – Tadeusz. On spokojnie słuchał tysięcy zadawanych mu pytań, opowiadał różne ciekawostki ze swego długiego życia. Robił to w sposób żartobliwy, a słuchacze nie chcieli mu przerywać. Potem snuł jakieś dawne historie, niektóre zmyślone, inne prawdziwe. Odczytywał im spisane naprędce myśli, opowiastki i wierszydła. Umiał zajmująco czarować towarzystwo, pospołu niewieście i męskie.

W odległym sektorze siedział prawie łysy pan, w bardzo zaawansowanym już wieku. Ex pilot, któremu z powodu silnego pociągu do mocnych trunków, kilka lat wcześniej odebrano przywilej prowadzenia grupy przez dzikie ostępy przyrody. Nie potrafił zapanować nad sobą i swoimi słabościami, a cóż dopiero nad wieloma osobami. Z zachowania choleryk, czerwonolicy awanturnik spoczywał teraz cicho na ławce i w grubych okularach analizował własną mapę. Obok niego, młodsza o dekadę lub dwie, była zahukana kobieta. Planowali indywidulaną wyprawę, jak co dzień, z dala od grupy. Mężczyzna pokrzykiwał na nią, uparcie przekonywał do swoich racji, a ona biernie zgadzała się na wszelkie jego namowy. Ambicja nie pozwalała mu ulec młodszemu, przyznać pierwszeństwa w stadzie, dlatego wolał samotne wyprawy ze swoją uległą drugą połową. Nie było jednak sporu między obecnym i ex guru.

Dwie siostry, nauczycielki z Krakowa, rozmawiały z innymi samotnymi paniami. Dzieliły się wrażeniami dnia i wymieniały poglądy na wiele różnych tematów. Zażyłość wskazywała, że znały się od dawna. Obecni byli też rodzice z dziećmi, raczkującymi dopiero w świecie mądrych ludzi. Pociechy poznawały rodzicieli w innych warunkach niż domowe pielesze, i niż gnanie w różnych kierunkach pod presją czasu i obowiązków. Tutaj ich przyjaźń zapuszczała nieśmiało korzenie.

Wielki, gruby mężczyzna, o nalanej tłuszczem twarzy siedział popijając piwo i żartując swobodnie ze współtowarzyszami. Nikt się z niego nie śmiał, nie wytykał palcem i czuł się jak wśród bliskich przyjaciół, którzy akceptują człowieka takim, jaki jest. Obok, czteroosobowa grupka młodych grała w scrabble, co chwila ktoś wykrzykiwał pasujące słowo i układał je na kwadratowej planszy. Jeszcze inni grali w kości.

Chudy staruszek, do którego zwracano się imieniem Gwidon uczył swojego wnuka gry w karty. Cierpliwie tłumaczył zasady, a chłopak uważnie słuchał swojego mentora. Co po niektórzy, panowie i panie, sączyli piwo lub inne, wschodnie, wysokoprocentowe specjały - wszystko grzecznie i z umiarem. Opowiadali śmieszne historie, nucili pod nosem melodie pana z brzuszkiem, a za oknem mróz kreślił kwiaty na szybach.

- Nudno tu! – rzucił Nikita – Nic się nie dzieje! - A czego ty byś chciał? Dramatyzmu? Rwania szat? Hektolitrów wylewanych łez? Pijaństwa? Zbrodni i kary? - Nie... Czegoś mi tu brakuje... Emocji...

Naprędce wyfrunął z ciepłego, zaludnionego pomieszczenia do opustoszałego korytarza, który łączył jadalnię i wszystkie pozostałe pokoje sypialne. W jednym dało się słyszeć głośne chrapanie - znak, że niektórzy uczestnicy rajdu już spali zbierając siły na kolejny dzień marszu.

W kącie, przy ścianie stało kilkadziesiąt kompletów nart biegowych i kijków. Przy żarzącym się kominku, na niskim stołeczku siedziała dziewczyna - dwudziestokilkuletnia blondynka z zamyśleniem wpatrująca się w płomienie. Wokół niej krążył, jak ćma wokół lampy, starszy nieco chłopak. Namolny, nie dawał jej spokoju, zbliżał się i oddalał, głaskał po włosach. Ona wszakże nie reagowała na jego zaloty.

- O! Tutaj jest ciekawie. – ucieszył się Nikita – Lubię takie klimaty. - Bawi cię to? – spytała Aniela tuż obok - Lubisz obrazki, gdy jedno cierpi, a drugie czerpie z tego przyjemność? - Nie, to nie tak jak myślisz. Tu jest młodość, miłość, uczucia. - Jaka jest ta miłość? Czy nie z tego powodu skończył ze sobą twój... samobójca? - Nie wiem, czy tylko dlatego... Tutaj widać, że on szaleje za nią, zabiega o jej względy i uwagę. - Jaki ty jesteś naiwny. Nie widzisz, że ona ma gdzieś jego uczucie? Im bardziej on się stara, tym bardziej ona się oddala. Czytałeś „Madame”? - Nie, nie czytałem. - Pozwól, że zacytuję ci pewien fragment, który idealnie pasuje do tej sytuacji: „…brak wzajemności jest czymś nieodwołalnym. Nic nie zdoła jej wzniecić, jeżeli sama nie płonie. Ani zaklęcia, błagania, ani groźba i gwałt. Te dwie cząsteczki ludzkie nie łączą się ze sobą, nie mogą się połączyć. Im jedna bardziej przyciąga, tym druga bardziej odpycha…”. - Mądry cytat. Ale skąd wiesz, że ona mu nie ulegnie, a on wysila się nadaremnie? - Duchy wiedzą wiele, poza tym znam ich jakiś czas i wiem co wydarzy się w przyszłości. - Co? - Kiedyś role się odwrócą... Ona tak go zrani, bardzo zrani, że zabije w nim całe uczucie do niej. Nic tego już nie zmieni, ani jej późniejszy afekt do niego, ani listy, spotkania, wyjazdy i kolejne próby. On tyle wycierpi, że będzie się bał wejść drugi raz do tej samej rzeki. Ich miłość, choć jeszcze możliwa, jest skazana na niepowodzenie. - Szkoda, że mi to powiedziałaś. Nie można ich jakoś ustrzec, jej w szczególności? - Nie! Jesteśmy duchami, ludzie nas nie widzą i nie słyszą.

Nikita spoglądał na młodą parę. Dziewczyna wkrótce poszła do pokoju, przebrała się w piżamę i wślizgnęła do własnego śpiwora na ogromnym, szerokim łożu zajmowanym już przez dwie inne kobiety. Chłopak dokończył piwo i w ciemnościach pokoju odnalazł jej czoło, które ucałował z uczuciem szepcząc: „Dobrej nocy, Ulu”. Po czym rzucił się na dmuchany materac na podłodze, u jej stóp. Strażnik czci i serca swej wybranki.

Nikita obserwował to wszystko, a następnie wrócił do sali jadalnej i dołączył do Anieli.

- Jak mi ich żal... - wyznał smutno. - Nie można im pomóc. Ludzie często ranią się, postępują bezmyślnie, a potem nie sposób już cofnąć tego, co się stało. Nie można odszczekać wypowiedzianych słów, które komuś zapadły, wielokrotnie zapadały w pamięć... - Ci tutaj, w izbie są tacy pogodni, jakby pozbawieni trosk i ziemskich zmartwień. - Dlatego właśnie tutaj ciebie przywiodłam. Chcę żebyś ich obserwował, uczył się ich zachowań, spokojnej radości z bycia razem. Tolerancji i dojrzałości. - Zostali już nieliczni. Dochodzi północ. Trzeba iść spać.

*****

O poranku, po wczesnym śniadaniu grupa zebrała się na werandzie prawie gotowa do całodziennej wyprawy. Mróz był siarczysty, na bezchmurnym niebie świeciło słońce, a wiatr nie dawał znaku życia. Zaczynał się piękny, wyżowy dzień. Wszyscy ubrali się w ciepłe kombinezony, kurtki, ortalionowe spodnie, grube czapy, szaliki i rękawiczki. Roześmiane twarze, wysmarowane kremem ochronnym lśniły w słońcu. Trwało szykowanie sprzętu, smarowanie nart i ostrzenie kijków. Ktoś wbiegł z powrotem do domku po zapomniany prowiant, kanapki lub czekoladę. Ktoś inny przypomniał sobie o termosie z herbatą. Jeszcze ktoś o zapasowej parze skarpet lub aparacie fotograficznym.

Przewodnik wreszcie rzucił hasło wymarszu i narciarze ruszyli po świeżych śladach. Minęli pojedyncze tory zostawione przez samotną dwójkę, która zazwyczaj wyruszała o świcie, podczas gdy inni jeszcze słodko spali. Ci dwoje, ex-guru i jego niewiasta przebiegali długie, prawie trzydziestokilometrowe dystanse, zaś pozostali, ze względu na zróżnicowany poziom sportowy, jak i wiek, ograniczali się maksymalnie do dwudziestu. Powoli zmierzali przed siebie, co jakiś czas zmieniał się tylko zakładający tory, bo była to ciężka praca. Maszerowali leśnymi duktami, wykonywali lekkie podbiegi i szybsze zjazdy. Czasem przedzierali się przez gęste chaszcze i wtedy trzeba było odpinać narty, bo jazda na nich była jawną niemożliwością.

Tymczasem w opustoszałym domku wszczął się ruch.

- Wstawaj! – Aniela potrząsnęła duszego druha za ramię – Oni już wyruszyli! - No i co z tego? – niemrawo, przecierając oczy odparł Nikita. - Musimy ich dogonić. Chcę, żebyś zobaczył, jak spędzają dzień. - Ale ja nie chcę! Jest zimno, wolę zostać tu, w ciepełku. - Nie marudź! Będziesz miał okazję popatrzeć na tę parkę, która tak chorobliwie cię fascynuje. - Dobra! Daj mi pięć minut.

Duchy dopadły grupę na krótkim postoju. Narty stały oparte o przysypany śniegiem stos drewna. Turyści odpoczywali na małej polance pożywiając się. Wesoło rozmawiali grzejąc zmarznięte dłonie o kubki z gorącym napojem. Co po niektórzy biegali do lasu za potrzebą. Panna Ula prowadziła konwersację z panem z brzuszkiem i nieśmiałą Danusią, którą ten żartobliwie ganił za jaskrawe łaty na kolanach, by po chwili wychwalać pod niebiosa za pyszne kanapki i malinową herbatę. Namolny, wieczorny miłośnik został ofuknięty przez dziewczynę i stłamszony palił jednego papierosa za drugim. Stał samotnie i zachłannie wpatrywał się w obiekt swoich westchnień. Ona odwrócona doń plecami nawet na niego nie spojrzała.

- Jak ona mi działa na nerwy! – rzucał się Nikita – Czemu tak się zachowuje? On by ją na rękach nosił, gdyby mu pozwoliła. - Może ona też cierpi... i myśli o kimś innym... - Ach, wy kobiety... - żachnął się duch i umilkł.

Biegacze przypięli narty i posuwali się dalej wzdłuż nasypu kolejowego. Wzgardzony adorator technicznie odstawał od reszty grupy, często tracił równowagę i przewracał się. Niezrażony tym uparcie człapał dalej, a jego nimfa śmiała się z niego.

- Przecież on to wszystko robi dla niej, stara się, a ona z niego jawnie szydzi! – bulwersował się Nikita. - Lepiej, żebyś nie wiedział, co o nim myśli. - No co? - W myślach nazywa go pająkiem. Takim włochatym, obrzydliwym, na cienkich nóżkach. - Biedny chłopak... - dodał po nosem Nikita i spojrzał na nieszczęśnika o chudej twarzy i wielkich, odstających uszach.

Narciarze dotarli wreszcie do celu wędrówki - zabytkowego młyna wodnego i po krótkim odpoczynku zaczęli obchodzić go dookoła. Głośny szum wody, poruszające się koło młyńskie, rażąca biel śniegu i ciemny brąz zabudowań sprzyjały kontemplacji piękna przyrody i własnych myśli. Rozmowy ucichły, każdy czarownie przeniósł się do świata marzeń. Pan Tadeusz stojąc na uboczu zapisywał jakieś nowe myśli, bądź strofy, które wieczorem odczyta zgromadzonym w izbie. Samotne panie i panowie w milczeniu spożywali prowiant. Pan z brzuszkiem czule pieścił wzrokiem swą lubą, a ona bezwstydnie oddawała się jego pieszczotom. Wybredna pannica siedziała na pomoście, na dmuchanej poduszeczce i w zadumie patrzyła na płynącą wodę. Pająk nie miał odwagi podejść bliżej, tylko obserwował ją z daleka.

Po powrocie, w domu z bali na wszystkich czekała gorąca zupa i sycące drugie danie. Zmęczeni całodziennym marszem, mrozem i natłokiem nowych wrażeń jedli w skupieniu, prawie nie odzywając się do siebie. Po kolacji, dla chętnych, była bania.

- Gdzie lecisz? – spytała Nikitę zaskoczona Aniela – Mówiłeś, że nie lubisz mrozu. - Jestem ciekaw, jak jest w bani. Nigdy tam nie byłem. - Ja zostaję tutaj, w przytulnej izbie, siedząc na ciepłym piecu.

Nikita pierwszy osiadł w małym, drewnianym domeczku, położonym tuż nad rzeką. Sauna składała się z dwóch pomieszczeń, chłodniejszego przedsionka i szatni zarazem, oraz właściwej bani. Powoli zaczęli przybywać chętni, każdy rozbierał się, do czego uznał za stosowne, a następnie przechodził do drugiej izdebki.

Sadowili się na dwóch półkach. Panowie, głównie starsi - bez niczego i młodsi, jeszcze wstydliwi - w slipkach. Panie tylko dwie: młodsza w bieliźnie i starsza naga pod czerwoną chustą. Ktoś chlusnął zimną wodą z cebra na rozgrzane kamienie, wnet para wodna nasyciła powietrze gorącą wilgocią. Ciała zaczęły się pocić, oddychać było znacznie trudniej. ‘Przeczekać, przeczekać ten moment’ – ta myśl kotłowała się w głowach zebranych. Potem chłostali się po plecach gałęziami z liśćmi, lecz ta boleść była przyjemna. Kilka razy ponawiali fale ukropów i biczowań, po czym wybiegali na dwór, by schłodzić się zimnym śniegiem. Nacierali nim swe ciała – jak szorstką gąbką.

W poczekalni, przed kolejną dawką bani raczyli się wódeczką. Plastikowy kubek krążył z rąk do rąk, omijał tylko niechętne dwie niewiasty. W saunie atmosfera była gorąca, bardzo gorąca, którą ostudzić mogła tylko jedna rzecz. Kąpiel z lodowatej rzece. Szturmem zaatakowali wartki nurt, skacząc doń wprost z drewnianego pomostu i doznali szoku. Przeraźliwy krzyk wyrwał się z ust pań i co po niektórych gardeł nowicjuszy. Ciała, nie nawykłe do niskiej temperatury, z rozkoszą opuszczały głębię, by po chwili rozgrzewać się szorstkim śniegiem. Urzeczony Pająk pochłaniał wzrokiem dziewczynę w mokrej, prześwitującej bieliźnie. Wabiła go uśmiechem i wyginając się jak modelka znów pozwalała mu mieć nadzieję. Dama w czerwonej chuście, która nic już nie kryła, zachwycała pozostałych panów. Alkohol zrobił swoje. Przemarznięci założyli suche ubrania i pobiegli do domu, gdzie czekała na nich gorąca herbata. Dołączyli do spokojnego towarzystwa w rozległej izbie.

- Było super! – wrzasnął rozentuzjazmowany Nikita sadowiąc się obok Anieli. - Cieszę się. A jak tam twoja parka? - Wiesz, działo się. Była wyjątkowo miła, nie fuczała na niego, pozwalała podziwiać swe wdzięki i nawet kokietowała trochę. - Fajnie, ale myślę, że to zwykła, kobieca próżność. - Ty znowu swoje! - A ty, kiedy wreszcie zmądrzejesz? Fascynuje cię iluzja, gonienie za motylem, czymś nieuchwytnym. To droga donikąd! Siadaj tu koło mnie, na piecu i poparz na pozostałych.

Przybysze, z mokrymi jeszcze włosami, zasiedli na ławkach obok mniej spragnionych wrażeń wieczornych domatorów. Ożywili ich świeżymi, baniowymi historyjkami i anegdotami. Rumiane twarze, oczy tryskające zdrowiem i radością, taktowne wypowiedzi – wszystko to sprawiało, że chciało się tam być. Po prostu być, nawet nie robiąc nic szczególnego, zwyczajnie siedzieć i słuchać. Przyjechali z wielu, odległych miast. Różnili się między sobą wiekiem, wyglądem, wykształceniem, wiedzą, płcią, poglądami, biografią, statusem, dosłownie wszystkim. Połączyła ich miłość do nart biegowych i niepowtarzalna atmosfera rajdu - uczucie ponad wszelkie granice, niosące ze sobą błogość i pogodne oczekiwanie jutra.

Nie było telewizora, ani radia. Telefony nie miały tutaj zasięgu. Nie było zagorzałych debat o polityce, czy sensacyjnych aferach. Prym wiodły życiowe historie, wspomnienia, wymiana doświadczeń, dzielenie się cennymi radami w gronie bliskich sobie osób. Rozmawiano o książkach, filmach, planowanych lub odbytych podróżach. Niektórzy studenci wkuwali materiał na poprawkę w zimowej sesji. Dwóch mężczyzn, w tym pan z brzuszkiem, grało na gitarach, inni wtórowali im śpiewem. Jakaś kobieta próbowała czytać książkę, w końcu, po wielu bezowocnych próbach skupienia się na fabule odłożyła ją na bok i oparłszy brodę na rękach spoglądała na innych. To jej wystarczało do szczęścia. Pan Tadeusz recytował najnowsze rymy. Panowie z sauny pili starkę i trzy zioła, i śpiewali wesoło, coraz głośniej, przekręcając słowa piosenek lub ośmielając się tworzyć własne składnie. Wieczór przedłużał się w noc, kominek w korytarzu wygasł. Jako pierwsze zasnęły duchy, a po nich aktywni turyści.

*****

Celem kolejnego dnia były jeziora. Wyruszyli wcześniej, kiedy nocny mróz otulał świat swoją…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych