Wróć do katalogu

Wierność

Trzy Wenery - część druga

tomarz, opublikowano , 1 godz. 12 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wierność, czyli coś z Saula.

Miasto to część świata wszechogarniająca każde zmysły i każde pragnienia. To miasto determinuje do czynów nieludzkich, bo człowiekowi raczej bliżej do ogrodu niż do stęchłych klatek schodowych. Cóż jednak zrobić, gdy cywilizacja wybija się w górę, powiększa się i ginie. Trzeba przyjąć świat za dobry prognostyk przed wiecznością. Słońce paliło w szyby biurowców. Na prowincji pewnie by się z tego wszystkiego cieszyli, ale tutaj, wśród betonu i chodników, wszystko staje się lepkie i oblane potem. Guma z opon klei się do jezdni. Spaliny przytłaczają, obraz rozmywając. A ludzie, roznegliżowani, mokrzy, bo każda kropla wody jest na wagę złota, snują się już nawet bez swej miejskiej popędliwości, tylko z flegmatycznym lepkim krokiem, ku domowi, ku wodzie, byłe by włączyć klimatyzację, jeśli ją ktoś w ogóle posiada, i zasnąć. Tu nie ma sjesty. W kraju, w którym żar spada na człowieka z dnia na dzień, po chłodnym jesiennym wieczorze budzi się w koszmarnym ukropie. Więc skąd sjesta, przyzwyczajenie, zwyczaj, gdy tu nikt nikogo nie rozumie, nikt nic nie potrafi przewidzieć. - Zasłońcie, do cholery, żaluzje! – rozlegało się po biurze, po całym piętrze, pięćdziesięciopiętrowego wieżowca. Zaraz kilku poderwało się z wygodnym biurowych krzeseł i ciągnąć za cienkie sznureczki, jakby rozwieszali żagiel, zasłaniali okna kremowymi roletami. Zaraz pomieszczenie zalało się przyjemnym cieniem, choć klimatyzacja ledwo co działała. Za szklaną ścianą, z odsłoniętymi żaluzjami siedział przy biurku człowiek. Nacisnął przycisk. Powiedział kilka słów do mikrofony, albo rzucił jej na wiatr o tak sobie. Rozłożył się wygodnie na swoim fotelu i czekał. Po chwili do „akwarium” wszedł młody mężczyzna w garniturze skrojonym na miarę, choć elegancji odbierał mu brak krawatu, choć to upał spowodował taką niekonsekwencję. Ukłonił się grzecznie, choć zza szyb wyglądało to trochę sztucznie. Reszta zespołu biurowego oderwała swój zamglony wzrok od niebieskich ekranów monitorów i przykuli uwagę do nowego obrazu. „Akwarium” zdawało się być telewizorem za którym toczył się kolejny odcinek ich ulubionego serialu. „Jak to zdziera się ostatnie koty na zasłużonych pracownikach biura.” Te gesty, ta mimika, a kłaniajcie się najlepsi komicy świata. Lekkie wydęcie policzków, rumieniec, aż płomień w oczach, Louis de Funes biura i kolejne skrywane salwy śmiechu ekipy, bo wszystko może wyjść na jaw i każdy może znaleźć się po drugiej stronie szklanej ściany. - Widzisz. Mogę już mówić ci na ty. - Oczywiście szefie. - Jasne przecież już długo tu ze sobą pracujemy. Więc wierz, że nasza firma podwoiła zyski i to nie ukrywajmy również dzięki twojemu wydziałowi. - Tak rynek Ameryki Łacińskiej jest bardzo chłonny i potrzebuje naszych produktów. - Widzisz sam. Świat idzie do przodu. On się rozwija no to i my się rozwijajmy. - Jakieś nowe zlecenie? - Nie! Teraz zachowamy spokój. Odrobina stabilizacji nam nie zaszkodzi. - Więc po co mnie pan, ty wezwałeś? - Chodzi o sukces. – kładzie mu rękę na ramieniu i poklepuje go. – Impreza. Bal. Albo jakbyś to nazwał. Takie wydarzenie należy obficie opić a szampana mamy oryginalnego. - No dobrze, ale nie wiem czy wyrwę się na kolejne podejrzane szkolenie. - Nikt tu nie mówi o konspiracji. To będzie święto całej firmy. Cała restauracja, basen, ogród, albo spotkanie w willi. - Ale i tak będę poszukiwał wymówki. - Wymówki przyjdą z nami. Żony, narzeczone, kochanki, przyjaciółki. Chodzi o kulturalne spotkanie towarzyskie. Wino, jazz, koniaczek... Wiesz. - Kiedy? - Niedługo w weekend. - Ten? - Jasne. Z żoną. No na pewno się ucieszy. Kiedy z nią wychodziłeś ostatnio? – tamten uśmiech się. – no to nadrobicie. - Dobrze szefie. - Jaki szefie, Dawidzie po prostu! – i mocno poklepał go w ramię. Nagle odwracając wzrok w stronę pracujących, którzy błyskawicznie odkleili wzrok z szklanej szyby, przenosząc go na swój niebieski ekran monitora. Młody mężczyzna wyszedł a szef wydarł się zamykając drzwi: „Do roboty! Koniec komedyjki!” Przesuwa się, lekko sunie cień między stoiskami hali. Znika gdzieś w tłumie, ale nie widać, widać ja jeszcze, czubek głowy, blond włosy. Jest lecz trochę dalej. Czy ucieka? Nie. Czy ją gonią? Ależ skąd. To tylko sunie fala ludzi w południe, wśród bluzek, spodni, zabawek, przeciwsłonecznych okularów, mięsa, masła, komórek, gazet, czego dusza zapragnie na śnieżnobiałych stoiskach, jakby w klatkach swego królestwa, lub w atelier artysty. Czy piekarz to nie Fidiasz masy chlebowej. A wizarzystka to nie Frida ze swoimi portretami pudrem i szminkom popełnionymi. Ale gdzie ona. Ta cała panorama hali spowodowała, że stracono ślad. Gdzie blond długie włosy, związane ciemną gumką w kucyk, w koński ogon. Dość staromodny ale jakże pasujący do jej urody. Jasnej opalonej posuwistej twarzy z wysokim czołem, delikatnymi powiekami, nad którymi unosiły się ciemne rzęsy. Błękitnooka, olbrzymiooka, z lekko zarysowanymi konturami swojej urody. Prosty nos, wręcz modelowy, jak i odsłonięte uszy, delikatnie opalone. No i usta – różane, pełne, lśniące w słońcu. Gdzie taka twarz mogła się skryć w bezimiennym, szarym tłumie bydła. Gdzie opalona cera, gdzież bydlętom do niej. A jednak zgubiono jej ślad, przesuwając się z prądem ludzkiego morza żądającego mleka, chleba, masła, szynki, kluczy, telefonu, kart, chusteczek, szminki, pudru... Szminki? Pudru? Tłum odpłynął a czas stanął. Eureka. Stała przy stoisku z kosmetykami, w pasmanterii, jak każda kobieta, oczywiście. Nałożyła lekko odrobinę tuszu na dłoń, by sprawdzić jak komponuje się jego barwa z jej opaloną skórą. - Ten jest bardzo dobry. – zapewniała kobieta po drugiej stronie lady - Jednak chyba wolałabym jaśniejszy. Przecież teraz tak parzy słońce. - Rzeczywiście. Ten, to ten będzie najlepszy, jak na tę porę roku, jak na pani typ urody. Naprawdę bardzo mody, no i elegancki. - Tak się pani wydaje? – mówiła z brakiem przekonania, dziewczęcym, lecz dość krzepkim głosem. – A na wieczór? - No... Jak do wystrzałowej sukienki, to na pewno. Szczególnie, gdy ktoś ma takie oczy. – zaśmiała się z lekką nutą ironii w tym śmiechu - Bo wie pani, jak to jest podczas takich wieczorów, gdy mąż przychodzi i rzuca nawet nie propozycją, lecz rozkazem. - Szczególnie jak rzadko zabiera... - Zabiera, to zaproszenie od szefa. - A to inna sprawa. Mąż pewnie wysoko postawiony? – pytała z coraz większym przejęciem, zaciekawieniem, zazdrością nawet. - Nie ma o czym mówić. - Ale na pewno będzie się pani dobrze bawić, szczególnie w tym kolorze. - Tak, tak, to ja wezmę tę tusz i puder, o w takim odcieniu. - A może nowe perfumy. - Cha!!! – zaśmiała się nagle – rzeczywiście musiałby być wysoko abym to wszystko przyniosła do domu. - No. Jak to ma być wieczór u szefa. - Nie, nie. Ile za to wszystko. – skończyła, nie chciała ciągnąć dalej takiej rozmowy, gdy ta na początku miła młoda kobieta, zmieniała się w uporczywą pijawkę, która wessała się już w ciała własnej ofiary i posmakowawszy odrobinę młodej, słodkiej krwi, chce ciągnąć więcej i więcej, aż do samego końca. Takie sytuacje trzeba szybko przerywać, zanim straci się kontrolę i rozum. Wrzuciła wszystko do błękitnego plecaczka i zarzuciła go na jedno ramię. Odwróciwszy się spłoszyła wzrok jakiegoś małolata, który pożerał swymi małymi, rozpalonymi oczami jej różową bluzkę. Dosyć tych wybryków, albo niech się patrzą. Trzeba nosić ciężar płci, wieku. Będzie czas a nikt na nią nie rzuci spojrzenia. Teraz byle by nie byli nachalni, byle by nie gadali za dużo, a wszystko będzie dobrze. Więc nie oburzyła się tylko minęła go i znów utonęła w morzu ludzkich ciał kołysząc biodrami, tak chyba dla draki, bo nigdy młodzieńczość z duszy żony z nikłym stażem do resztek nie wyparowała, choć dumnie podniesione do góry czoło i wyprostowana sylwetka miała dodać jej trochę powagi i zdecydowania. Znikła, zatopiła się, już nawet czubka blond fryzury nie było widać, a przecież jeszcze tyle spraw do załatwienia, tyle zakupów, a znów zgubiono jej ślad. Jednak czy chodzi o indoktrynację. Trzeba zachować umiar, oszczędzić ludzką intymność. - To chyba ta gęsta atmosfera. – powiedziała cicho do męża, tak aby nikt jej nie usłyszał. - Mówiłem, abyś wcześniej odpoczęła. - Wyjdę na taras, odsapnę. - Dobrze, ale zaraz wracaj. - Jeszcze mnie ktoś ukradnie. – rzuciła ironicznie. To chyba ta gęsta atmosfera wyższych sfer, jeśli tamtą zbieraninę dorobkiewiczów, maklerów, podejrzanych biznesmenów można by tak nazwać, znużyła, wykończyła ją. Kilka szampanów na cześć dyrekcji nie mogło tak bardzo uderzyć jej do głowy. Czarna sukienka z odkrytymi plecami, lekko ciągana po ziemi, była wygodna. Więc co tak bardzo zatkało jej płuca, sztuczność. Ileż to rozmów musiała wysłuchać od chwili przekroczenia progu wynajętego pałacyku. To nie są już czasy dla kopciuszków, musiała to wiedzieć, przecież filmy, o których rozmawiały kobiety w autobusach były fikcją. Już bliżej prawdy byli zgryźliwi reporterzy. Smutek i rozpacz, żadnej zabawy. Trzymając się uporczywie ramienia męża musiała rzucać na wiatr wytarte slogany innym „damą”. Dość już tego brudu. Stanęła przy barierce a jej oczom ukazywał się pejzaż na miasto. Wysokie słupy świateł, hałaśliwe ulice, i zaduch, nocny raj dla komarów, dla włóczących się po skwerach z puszką piwa. To jedyna chwila, gdy po ukropie dnia temperatura spada do normalnej na tej szerokości geograficznej. Nawet odrobina chłodnego wiatru może być sprowadzona. I to właśnie taki chłód otulał jej twarz, jakby szalem, plącząc się w rozpuszczonych wymodelowanych włosach. Ten szum zamykał ją od zgiełku sali, a nawet zatapiał w ciszy dochodzące sapanie śpiącego miasta. Stała tak z rozwianymi włosami, dość kiczowato, jak z seriali. Nieczuła, nie, albo była już do tego przyzwyczajona i percepcja w tym wymiarze zawodziła. Ktoś patrzył. Może przypadkiem zza szyby, tak od niechcenia, z ciekawości, kto to stoi tam przy balustradzie. Może to tylko mąż zazdrosny, choć raczej nadopiekuńczy. Spokojnie, tylko spokojnie można było przemilczeć takie zachowanie. Patrzono na nią, lecz skąd. Tam z dołu zza krzaków, ochrona nudziła się trochę. Z boku rzucając okiem na jej odkryte plecy. Może to tylko chłód, zawadiacki wiatr, który za parę godzin będzie piekł na czerwono wszystkie istoty rozumne. Czyje spojrzenie stąpało po linii jej lali. Nagle ktoś zbliżył się i opierając jedno dłoń na balustradzie podał jej kieliszek. Odwróciła się. To tylko kelner, jeden z tych specjalnie zatrudnionych na ten wieczór. Udający modnisia, z przylizanymi włosami, sztucznie pachnący, z krzywym uśmiechem. To on grał tu rolę nienasyconego młodzika żądnego ciała. Pewnie gdy odszedł na parę kroków, stracił ją z pola widzenia już od razu zapomniał nawet kształtu jej twarzy. Kolory pozostawały: opalenizna w kolorze lekkiego brązu, oczy w odcieniu błękitu, ust podkreślonych błyszczącym różem, ale oblicze zaniknie. Gdyby tak zamiast tej fotograficznej pamięci do twarzy mieć bardziej wyostrzoną wyobraźnie, by móc odtworzyć ją w umyśle jak na zdjęciu. Nie, to za trudne jak na rozum zwykłego, marnego kelnera. Ale w dalszym planie...wśród cieni łuków marmurowych słychać było oddech, czuć było człowieka. Pies tropiciel chwyciłby ślad i doprowadził do zbrodniarza, kryjącego się, nieśmiałego, lecz psa nie ma. Cóż jednak mógłby on wyczuć, gdy z salonu dolatywał wyłącznie wątły zapach alkoholu. Koniec z szampanem, ochłodą, lekkością, wszak się świętuje kolejne miliony. Śmiechu co niemiara, choć nie ma się z czego śmiać. Marynarki już odłożone na oparcie krzesła. Krawaty, a kto by o nich już pamiętał. Gdzieś leżą na pewno, pod stołem, na sofie. Te damy w sukniach już rumiane, czerwone, zapite likierem o wzmocnionym woltażu już bardziej skore do świńskich dowcipów, do idiotyzmu. Ktoś siadł przy fortepianie, postawionym raczej po to aby wszystko wyglądało tak bardzo kulturalnie. Nikt chyba nie myśli, że on umiał grać. Kto głośniej, kto dziwniej, a kelnerzy krążą, wymieniając butelki, wyciągając korki. Ale gdzie szef, już spity poszedł na górę, lub leży na sofie. Stoi. - To skur... – padło z tłumu śmierdzącego whisky – Jeszcze żyje? - Jesteś. – dopadła męża. Chwyciła za ramię silnie i zaciągnęła na stronę. – dawno nie byłam z tobą na takim wieczorze, i już nie mogę. - Spokojnie. – mówił rozweselony. - Popatrz na nich, na siebie. - Wolę na ciebie skarbie. - Nie ma co. Ci wszyscy podwładni, zarządzający działami, kim oni teraz są? A ty? To byli ludzie, a ty? A twój szef. - Wszystkich hamuje, wypędza na górę by spali. - Niestety za późno. – pociągnęła go mocniej. – Nie, idziemy! Biorąc pod pachę jego stęchłą marynarkę, pchała go przodem ku wyjściu, bez słowa, bo czy do zwierząt dojdzie choć odrobina kultury. Jej twarz spoważniała, rysy się zaostrzyły, a oczy przestały już błyszczeć, lecz płonęły wściekłością. Jakby ktoś kiedyś widział płonący błękit? Już miała go przy szatniarzu, by stanął na chwilę, ogarnął się i znalazł kluczyki. Ona będzie kierować. - Wychodzicie? – odezwał się ktoś trzeźwym głosem. - Tak. Musimy. - Wie pani. To nie tak miało wyglądać. - Mnie to już nie obchodzi. - Czy ja poradzę, że oni są tak zestresowani, że gdy nadejdzie okazja wybuchają. - Trzeba im stres zmniejszyć. - Nie można, taki zawód. Oni są słabi. - Pan nie. - Staram się. Ale cóż. Bardzo, bardzo przepraszam. – pocałował ją w rękę. Nie śmierdział. To od razu odróżniło go od kołyszącego się męża. - Niech się pan zrehabilituje i pomoże mi wrzucić go do samochodu. Szef złapał go i prowadził spokojnie przed siebie, za nią, za ruchem jej bioder skrywanych pod lekkim materiałem czarnej sukienki. Po nagich plecach spływała kropelka potu, aż spod karku, delikatnie, wzdłuż kręgosłupa w dół. Płynęła by zniknąć na wysokości lędźwi pod tkaniną. Niebo było dość jasne, jak na tą porę roku przystało, a na dodatek gwiazd i księżyca nic nie przysłaniało, żadna chmura. Za to gwiazdy firmy kompletnie usunęły się w ciemność, w niewyobrażalny mrok. Wiatr jeszcze chłodził czerwoną twarz „Uriasza”, równie spoconą, co gorącą. Ona spojrzała jeszcze na zdegustowanego tą całą sytuacją Dawida, który wciąż kłonił się nisko. Cykani nocnych świerszczy, towarzyszył odgłos zapalanego silnika. Do domu, byle z dala od nich. Byle było lepiej.

Leżała na łóżku z mokrą głową, owiniętą w kremowy ręcznik. W domu, w trzech pokojach panowała cisza. Nikt nie szeleścił papierami w kuchni. Nikt nie krzyczał oglądając telewizję w salonie. Z pokoju gościnnego nie dobiegał chrapanie popołudniowej drzemki. W sypialni – pozostawała sama. Telefon nie dzwonił. Nikt nie pukał do drzwi. Tylko ten srebrny zegar wybijał kolejne godziny samotności. Mogła się już do tego przyzwyczaić. Przecież to nie pierwszy raz musi się z wszystkim sama borykać. Nie jest już nastolatką, jest samodzielną kobietą, a jednak pusty dom jakoś ją przytłaczał. W kuchni stały nie rozpakowane reklamówki pełne jedzenia, ale kto to miał jeść. Znów będzie musiała wszystko robić wyłącznie dla siebie. W każdym człowieku znajduje się nieodparta chęć porozmawiania, wygadania się, chwycenia za słuchawkę telefonu i wykręcenia pierwszego lepszego numeru, do przyjaciół, by przyszli, by rozpędzili tą pustkę na wszystkie wiatry. Jednak żaden numer nie odpowiadał, jakby telefon był popsuty, albo cały zewnętrzny świat gdzieś znikł, pozostawiając ją samą sobie. Zostaje więc tylko bzdurny dialog z ekspedientką, z babą na targu. Może gdy nastanie wieczór, wszystko się rozbudzi. Wyjdzie gdzieś. Ale sama? Może się bać samotności wieczorem. Tyle się kręci podejrzanych typów. Lepiej zostać. Jednak czego się bać? Wieczory o tej porze roku są zaludnione bardziej niż popołudnia. Mieszkańcy przyzwyczajają się do upałów, i zaczynają żyć trochę jak na południu. Rozpoczynać godną egzystencję po osiemnastej. Ale miasto nie jest do tego przystosowane, wszędzie pełno ciemnych zaułków, podejrzanych uliczek, przejść podziemnych. Zostaje więc ta przerażająca cisza pustego mieszkania, jak po zgonie najbliższego, a przecież można zadzwonić. Dzwoni. Ktoś dzwoni. Telefon. Poderwała się z łóżka i doleciała do telefonu. - Słucham? - Pani Hetyta. - Tak. A kto mówi. - Szef pani męża. Mam pewną sprawę... - Coś się stało. – powiedziała z przejęciem. - Nie, jest już na miejscu. Chodzi jednak o pewne dokumenty, które są u mnie. Musi je pani odebrać. - Kiedy? - Najlepiej jak najszybciej. Wieczorem. Chyba nie jest pani dzisiaj z nikim umówiona. - Nie, nie. Dobrze, wieczorem jej od pana odbiorę. - Więc do zobaczenia. - Tak, do zobaczenia. W telefonie pożegnał ją jeszcze przerywany pusty dźwięk. Wieczór znów ciągnął ją gdzieś z nie swoimi sprawami, ale co miała innego do roboty: jeść samotnie kolację, siedzieć przed telewizorem, lub z nudną książką, czekając tylko aż zmorzy ją sen. Mogła z kimś porozmawiać. Mogła czegoś się dowiedzieć. Zbliżała się do dużego domu. Bez przesady, jego właściciel nie hołdował tradycji nowobogackiego szefa z wielką willą. Raczej dom ten odgrywał rolę przytulnego mieszkania na poziomie właściciela dobrze prosperującej firmy. Czego się miała bać. Nieznajomego mężczyzny? Głupstwo. Rozejrzała się jeszcze raz po okolicy do jakiej dojechała i podnosząc wysoko głowę podeszła do bramy. Upał zelżał. Nawet można by powiedzieć, że po jej ramieniu przeszedł lekki chłód. Jej czarna bluzka była tak wycięta, że utrzymywała się wyłącznie na jednym ramieniu, prawym, drugie pozostawiając nagie. Taka moda. Zadzwoniła, lecz po chwili drzwi się same otworzyły. Widocznie szef męża nie hołdował w przesadzie architektury, ale kochał zabawy z elektroniką. Młody, inteligentny, bogaty, a i jeszcze nie zepsuty przez towarzystwo. Wiele mogło przejść przez jej umysł, gdy dochodziła do drzwi wejściowych, za którymi pewnie już ktoś stał. Byleby nie było żadnych kłopotów. Raz, dwa i już po sprawie, i znów powrót przez dogorywające miasto, zamknięcie się na cztery spusty w domu, łóżko i sen, i samotność. Czy nie lepiej zostać tu, porozmawiać choć trochę. Przecież go jakoś poznała, na chwilkę, by przetrwać czas bez nikogo przy duszy. Stara rodzina tu już nie to samo, to już ktoś bardziej daleki. Przecież po to wychodziła za mąż, aby się usamodzielnić, również przyzwyczaić do samotności. Matka i ojciec, miło ich widzieć, ale oni też są daleko. Wystarczy telefon, ale czy to coś poprawi względem samotności. Weszła do środka zaproszona przez niego lekkim skinieniem głowy i podaniem ręki. Nic nie mogło ją zszokować, wszystko pozostawało takie normalne. - To są te dokumenty. – podał jej czarną teczkę, gdy siedziała już w wygodnym fotelu. – Ale chyba pani się czegoś napije. Nie ma się co śpieszyć. Zaraz podam. - Nie trzeba, ale...No dobrze, jeden kieliszeczek. – powiedziała widząc w jego rękach butelkę wina. To nie był już czas na kawę, za późna pora. Wszystko co miało rozbudzać, by chyba nie zadziałało, organizm był za bardzo wykończony dniem i temperaturą, duchotą. Potrzebował odrobiny alkoholu, łyk, jeden kieliszek, na podrażnienie apetytu, na polepszenie krążenia, na trawienie, a może i nas sen. Jednak chyba nikt nie chciałby aby jego rozmówca zasnął w czasie opowieści przy szklaneczce czerwonego trunku. Uśmiechała się do niego, z dużą ostrożnością, ale i ciekawością, chęcią poznania człowieka i własnego męża. - Jak dzwonił to coś mówił o domu. - Nie, praca to praca. Przecież może zadzwonić bezpośrednio do pani. - No wie pan, z Argentyny to jednak trochę daleko. - A na czym on ma oszczędzać. – zaśmiał się głupio – Tyle pani sobie życzy? - Tak, tak. Wie pan kiedy wróci. - Nigdy nie planujemy powrotów, ale niech się pani nie martwi. – znów pojawił się na jego twarzy uśmiech. – Nikt nie jest pewien jak szybko pójdą interesy. Jak bardzo kto jest mobilny. Nie wiadomo droga pani. – wzięli łyk wina. – Ale co będziemy sobie „panować”. Znamy się nie od dziś. Pani mąż to świetny pracownik. Mówmy sobie po imieniu. Dawid. - Beata. - No i od razu lepiej. Czas mijał, ale zegary wybijały kolejne minuty tak cicho, że nikt nich nie słyszał. Zdradziecka pogoda nie ujawniała pory wieczoru, a później nocy. Rozmowa tliła się, lecz nie wygasała, a nawet czasami wybuchała żarem. Mówiono o pracy, o tym jak odbija się ona na życiu rodzinnym, o Ameryce, tej dzikiej, na południu pełnej kontrastów, piękna przyrody i ludzi, ale i mnoga w niebezpieczeństwa. Jednak nikt tu nie chciał nikogo straszyć. Ta noc była kiepska, jeśli chodzi o koszmary. - Ja wiem, że człowieka ciągnie do innych, że sam czuje się fatalnie.- mówił - Rzeczywiście, ile razu wyjeżdża, tym bardziej jestem zniechęcona. - Bo my robimy wszystko dla innych, bądź na pokaz dla nich. Nie ma widowni, nie ma chęci. - Pozostaje tylko zasnąć i przeczekać. - Bądź spotkać się z innym człowiekiem. – gdy mówił patrzyła na niego coraz bardziej, jakby prześwietlała go wzrokiem na wylot. Przez cały czas nie tracili kontaktu. Jakieś pragnienie mogło się kryć za tymi błękitnymi źrenicami. – Najważniejsze jest ciepło. Ciepło domu, rodziny i bliskiej osoby. Każdy potrzebuje bliskości. - Tym bardziej kobieta. – dodała czując jak przestrzeń między nimi pomniejsza się. Tyle dni samotności i głupich dyskusji z ulicznymi przekupkami. Tylko sypialnia, telewizor i puste czekanie na telefon, który był zupełnie martwy. To była jej samotność... Już jego oddech pieścił jej skronie. Usta ciągnęły do siebie podświadomie, czerwieniały, podniecały kropelkami wilgoci. Jej gładka twarz, czysta cera, puder, wszystko to miało się zmieszać z jego głosem, z jego szeptem. Lekki trzepot długich rzęs. Drżenie w oddechu. Wiatr, który wiał przez otwarte okno tarasu chłodził jej nagie ramię. Przyglądał się bacznie lekkiemu, dziewczęcemu tatuażowi, może z draki, może z miłości zrobiony na lewej łopatce. Na miękkiej, lśniącej skórze widniał motyl z rozpostartymi skrzydełkami, tak samo tajemniczy, tak samo cudowny, jak jego właścicielka. Gdy tylko jej usta poczuły smak i płomień obcych ust, motyl jakby napełniony życiodajnymi siłami, zdawał się trzepotać skrzydełkami, rozpościerając tęczowy wachlarz barw. Gdy namiętność wzrastała, zdawał się płonąć. Już wiatr go nie ochładzał, lecz porywał. Chciał złapać jego skrzydła i uwolnić z rozgrzanego ciała kobiety, której usta stawały się czarą nie odkrytych przyjemności. Nich całuje, niech całuje. Niech wyciągnie całą gorycz samotności, w niej przebywającą. Niech policzki, powieki, czoło syci jego witalność, jego obecność, cielesność. Zbliżyli się do siebie po tym pocałunku, którego smak jeszcze pozostawał na jej ustach, mieszając się z kropelkami wina. Objął ją i przycisnął do swej piersi, czując jej oddech i nerwowe bicie serca. Jej miękka skóra pieściła jego palce, gdy włożył rękę pod czarną bluzkę. Aksamit. Wystarczyło zamknąć oczy i pieścić tą opaloną tkaninę, tak ciepłą, tak płonącą. Spoglądał w jej zamglone oczy, w brwi lekko opuszczone, i w ten trzepot zatraconych rzęs. Jeszcze kropelka wina spływała po jej wargach. Nasycą się, namaszczą swe ciała własnymi pocałunkami. Zsunął to jedyne ramiączko czarnej bluzki i całować, by pieścić jej ramiona, przyciskać do siebie jej piersi, drżącymi z podniecenia dłońmi rozpiąć jej stanik, i paść wreszcie. Osunąć się wzdłuż jej talii, ud. Paść na podłogę. Na miękki dywan i w orzeźwiającym chłodzie nocy, czuć zaciskające się na nim jej nogi, tak samo gładkie tak samo aksamitne. Pragnął, pragnęła, pragnęli oboje, rozpleść jej warkocz, rozpuścić te włosy, by rozlały się wokół jej głowy. Tak, tylko już usta, i dłonie, i oddech, i smak ciała, i falowanie bioder, to ich ogarnęło, w chłodnych okowach wiatru. Tego samego, który bawił się, pieścił firany. Tańczące szaleńczo, jak tamtych dwoje, ledwo co nie uwolniły się z więzów i nie pofalowały z wiatrem w dal, tam gdzie nikt nie patrzy, gdzie nikt nie żałuje, bez ostrożności, z szaleństwem, dla siebie, wyłącznie dla własnej przyjemności. Tak, tańczyły wspaniałe tango, tak czyste, lekkie i białe, jak puch, jak chmury, jak welon tańczącej kobiety, jeszcze dziewicy. Chwilo trwaj wiecznie. Syna, cały świat pragnie syna, własnego potomka dziedzica. Takiego, któryby wszystko zmienił i po układał na nowo, lepiej. Wielu życie oddałoby za syna. Wielu poświęciłoby syna dla własnych zysków. Wielu woli potomka odrzucić by nie pamiętać, by zapomnieć o całym horrorze jego narodzin. - To nie możliwe! – powiedziała gwałtownie, spoglądając na tester ciążowy. Wynik był pozytywny. Blade światło lampki odbijało się od białych kafelków na ścianach łazienki. W małym koszu leżała sterta wykorzystanych testerów, wszystkich zabarwionych na ten sam kolor dający wynik pozytywny. Mogła sobie tłumaczyć, że to wszystko jej jednym wielkim nieporozumieniem, że to błąd tego testera i kilku innych. Uczono ją, by nie załamywać się po pierwszym razie. Wiele tego typu produktów, nawet kupowanych w najlepszych aptekach, może być wadliwe. Po prostu każdy organizm jest inny, odporny na jedne odczynniki, nadwrażliwy na inne. Jednak czy wszystkie tego typu testery w pobliskich aptekach były wadliwe. Specjalnie kupiła kilka rodzajów w kilku aptekach, a teraz wynik mógł ją tylko załamać. - A jednak. Ale jak? Wtedy? Z nim? – próbowała głośno wszystko przemyśleć. Przecież na razie nikt nie musiał o tym wiedzieć. Nic nie powinno się wydostać z tego pomieszczenia. – Byliśmy wtedy zabezpieczeni. Wiele razy to działało. Najlepsze tabletki, prezerwatywy a teraz. Może pękła, zsunęła się. Ale czy on by nic nie powiedział. Nie czuł? Może nic się takiego nie stało. Pech. Boże co to ma znaczyć. Kara boska. Wszyscy grzmieli, że nigdy nie da się stuprocentowo zabezpieczyć. Zawsze jest ten wyjątek jeden na tysiąc, że nie udaje się zatrzymać natury. Zaraz, zaraz...? Sięgnęła po torebkę, w której trzymała swój notesik. Liczyła, namiętnie odliczała dzień, po dniu, aby tylko trafiła na odpowiedni moment, gdy do tego dojść nie może, lub gdy do tego dojdzie na pewno. Dziecko to nie możliwe. Miało być za rok, za dwa, spłodzone z mężem i miało to być wszystko jednym wielkim misterium poczęcia, a naprawdę, stało się w chwili słabości, samotności, stłumienia zmysłów winem. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Nawet gdy notes wypadł jej z rąk, gdy usiadła wykończona na wannie, chwiejąc się i tępo spoglądając na wiszące przed nią kryształowe, prostokątne lustro. Blask błękitu jej oczu zmatowiał. Gładkie czoło zdawało się być pomarszczone. Po długiej linii podbródka spływały kropelki łez. To był koniec. W jej świecie, w tym świecie, poczęcie dziecka było już końcem pewnej rzeczywistości, wolności, chęci do życia. Już nie widziała w lustrze siebie, młodej, pięknej, dynamicznej kobiety, lecz steraną życiem matkę o obwisłych, nabrzmiałych mlekiem piersiach, powolną i niewyspaną. Trzeba zadzwonić. Uprzedzić współ-winowajcę. Ale co on poradzi. Załatwi jej rozwód, ożeni się z nią. Bzdura. Zrzuci na nią całą winę i słusznie. Myślała jak całe społeczeństwo, tradycyjnie, że to kobieta jest kusicielką, i to ona powinna zadbać o ten mankament, który jej tylko przynosi problemów. Trzeba było powiedzieć nie. Męska rzecz żądać, kobieca odmawiać. Ale przecież w tym wypadku obowiązuje odpowiedzialność zbiorowa. Wyszła z łazienki, dopadła telefonu i wykręciła numer. Odpowiadał jej długi, przerywany, pusty dźwięk. Nikt nie odpowiadał w domu, a w biurze mówiono, że go nie będzie przez parę dni. „Wie pani. Interesy.” Uciekł, czyli wiedział, poczuwał się do odpowiedzialności i sam był główną przyczyną nieszczęścia. Albo rzeczywiście – interesy. Krzątała się po pokoju, gdy nagle rzuciła okiem na kalendarz. Zauważyła datę. - Przecież jutro już wraca!

Wiosenna pogoda tego lata sprzyjała podróży. Jednak zderzenie stref czasowych i nagłego przeskoku z gorącego Buenos tu w temperaturę blisko dwudziestu stopni wykończyłoby największego byka, a co dopiero finansistę. Samolot wylądował o czasie. Przejęcie na twarzy kobiety musiało jak najszybciej zniknąć. Potrzebna była maska szczęśliwej żony, a nawet namiętnej kochanki. Stała w ciemnej dżinsowej kurtce, w czarnych spodniach. Związane w warkocz włosy i spuszczona głowa nie były wspaniałym obrazem radości. Jednocześnie wtapiała się w tłum ludzi równie czekających, niecierpliwych, z kwiatami, z gratulacjami, z dziećmi. To ten ostatni obrazek wprawiał ją w szał, w rozpacz, w strach przed tu, że on jakoś metafizycznie może o wszystkim wiedzieć. Przed wyjazdem na lotnisko stała prawie z godzinę przed lustrem przyglądając się swojej figurze, jeszcze nie zniekształconej, ale już z obawy okryła się kurtką, aby tylko nic nie można by było zauważyć. Gdy pojawił się w drzwiach dla przylatujących, uśmiechnął się szeroko i z otwartymi rękami szedł jej na spotkanie. Maska, w takiej sytuacji najważniejsza była odpowiednia maska i wytrwałość w zachowaniu sztucznego, acz nierozpoznanego uśmiechu. Wziął ją w swoje ramiona jakby nigdy nic. Ludzie do około kochali melodramaty, spoglądając na nich jak na film. On leżał wykończony. Ona sama pozostawała w innym pokoju. Nic nie mogli do siebie powiedzieć. Wszystko jakby prysło w oka mgnieniu, gdy przyszli do domu, gdy ona usiadła, gdy on się położył. Nie to nie było zupełnie tak. To zmęczenie, uporczywa praca i stres mogły go wykończyć. Zmiana czasu zamknęła mu oczy, pozbawiła sił. Ani jednego słowa nie mógł wydobyć. Dla niej było to ułaskawienie. Nie musiała na razie się tłumaczyć, wymyślać, ani mówić, dlaczego z kącików jej oczu płyną łzy. Dlaczego płakała, na co były jej te łzy. Ze szczęścia. Z rozpuszczonymi włosami, siedziała z pochyloną głową, drżąca, łkająca i nie podobna do siebie. Zdawać by się mogło, że cały błękit jej oczu nagle wylał się w jej dłonie. Już nie takie delikatne i ciepłe, lecz przerażająco zimne i czerwieniące. Z dala do niego, od męża, a tak blisko swej nieodpowiedzialności, swej arogancji w stosunku do natury, dotykała lekko brzucha, jakby próbując wyczuć życie i zmusić je by się nie rozwijało, by odeszło, ustąpiło dla jej dobra.

Telefon był głuchy. Nikt po drugiej stronie słuchawki nie kwapił się odebrać, gdy dzwoniła do tego drugiego, tak samo winnego jak ona. Ale tam nikt nie odbierał. Może i dobrze? Co by powiedziała, czy nie zdawali sobie z tego sprawy. Jak często lubimy bawić się w dzieci, i próbować wszystkiego, wierząc, że nam to ujdzie na sucho. Mylimy się! Stała ze spuszczonymi włosami nad telefonem. Nie mogąc się ruszyć, wykręcała wciąż ten sam numer, nawet już błędny, przychodzący do myśli od tak sobie. Głupia maszyna szemrała w słuchawce: „Nie ma takiego numeru. Nie ma takiego numeru.” Nie ma nikogo, niczego, co mogłoby ją uwolnić. Szeptała do siebie, powtarzała i przeinaczała: - Nie ma takiego numeru. Nie ma takiego numeru bucika. Proszę pani. Poczuła jakby czyjaś dłoń spoczęła na jej ramieniu. Nerwowo odwróciła się. Za nią nikogo nie było, tylko powracał ten głos, jakby z zewnątrz - Niestety nie mamy takich malutkich numerów. Poprawiła nerwowo włosy, puściła słuchawkę, oderwała się jakby od tego otoczenia, wpadając w inne, zmieniając je, uciekając. Może sen, zwykły, leczniczy sen jej pomoże. Nie, bała się snu. Nie mogła przecież spać nawet w nocy, bo wciąż powracał szok porodu, gdzieś przeplatany z przyjemnością zbliżenia. Tylko nie sen. Ekspres cyknął. Kawa już była zaparzona. Wszystko było dozwolone, wszystko było mile widziane byleby nie zasnąć. Ogrzewała dłonie trzymając kubek czarnej, mocnej kawy, której opary uderzały w jej nozdrza charakterystycznym aromatem. Włączyła telewizor. Błyskawicznie przeskoczyła na inny kanał, bo już niemowlę dreptało w telewizji. Zobaczyła na innym kanale kobietę, młodą, ładną. Usiadła wygodnie, by trochę nasycić zmysły bajką, iluzją telewizji. Z czarnego pudła leciały słowa: „Każda matka odpowiada zawsze za swoje dziecko, bo to ona powiła go na świat. Jak mówią psychologowie nie ma kobiety, która nie pragnęłaby mieć dzieci. Niestety. Współczesny pęd życia, stres i inne choroby cywilizacyjne pomniejszają ludzkie możliwości reprodukcyjne.” – na dole ekranu pojawił się napis: dr medycyny Irena E. – „Wiele kobiet zabiega, by być w stanie błogosławionym. Współczesna medycyna nie wszystkim może pomóc. Chciałabym uświadomić młode mamy i dowartościować je. Jesteście wybrańcami losu, bądźcie dumne z własnego malca, z własnej ciąży.” Cisza. Umysł Beaty już nic nie mógł odebrać. Trwała jakby poza czasem, słysząc wciąż powtarzane ostatnie zdanie pani doktor. Ona nienawidziła tego stanu, który został nazwany błogosławionym. To było przekleństwo. A jednocześnie bała się wszelkich drastycznych kroków, bo to przecież człowiek. Jeszcze mąż, mąż pragnąłby własnego dziecka... - Własnego dziecka. – powtórzyła, budząc się jakby z transu. W jej młodym umyśle zrodził się plan. Nadzieja na normalność. Musiała jednak czekać, musiała uzbroić się w cierpliwość i wszystko porządnie obmyślić. Wygrać z wrednym, przebiegłym losem. Mogła być sprytniejsza od niego. Zapadł już zmrok nad miastem. Powoli w oknach kolejnych mieszkań zaczęły gasnąć światła. Cyk – jedno, cyk – drugie, cyk. Uriasz pociągnął za sznureczek lampki nocnej i od razu w sypialni zapanował mrok. Chłodne powietrze, przeciskające się przez otwarty lufcik, miło otaczało łóżko. Ułożył się na boku, lekko ocierając się plecami o leżącą obok żonę. Już podłożył dłoń pod zmęczoną głowę, gdy usłyszał słodki szept niewieści. - Chcesz już spać. Nie zdążył odpowiedzieć, bo miękkie jej usta spoczęły na jego karku. Pocałunek musiał go rozbudzić. - Bardzo chętnie, ale... Oplotła go rozpalonymi nogami i gładziła delikatnie jego włosy, szepcąc jeszcze bardziej podniecająco. - Tak króciutko... - Ale nie mam prezerwatywy. - Przerwiemy. Odsapnął i lekko zamknął oczy, gdy nagle poczuł jej palce wplatające się w meszek na jego klatce piersiowej. Usiadła na jego udach. Zdjęła jasnobłękitną swą halkę, ukazując krągłość swych piersi. Pochyliła się, by usta małżonków znów poczuły swój jedwabisty smak. Uriasz przymknął powieki, czuł przyjemność i płomień kobiecego ciała. Śnił na jawie.

Leżała sama w łóżku. Która to była już godzina? Straciła orientację. Powoli przebudzała się z krótkiego snu, ale w tym przebudzeniu nikt jej już nie towarzyszył. Uriasz wyszedł. Cicho, bezszelestnie uciekł do pracy. Coś to wszystko nie tak układało się w jej głowie. Dlaczego jej nie obudził? Sam zrobił pewnie pośpieszne śniadanie i wyszedł. Bez „do widzenie”, bez szeptania do ucha, pocałunku w policzek. Po takiej nocy, oddalił się jak gwałciciel. Szybko jednak te ostatnie słowo wyrzuciła z umysłu, wdeptała w ziemię. To głupie. Leżała jeszcze, szczęśliwa. Czując ciepłe, mokre prześcieradło, emanujące męskim zapachem, wiedziała, że przechytrzyła los. Spokojne dorastanie dziecka do porodu w jej łonie mogło trwać. Miała przecież alibi. Słyszała jakby już jego płacz, widziała łóżeczko blisko ich łóżka i te małe rączki wyciągnięte do góry. Tylko krew, gdzieś jeszcze w głębi umysłu pojawiała się krew. Bała się śmierci, bała się poronienia... To ten okrzyk bólu wydarł ją nagle z przestrzeni półsnu i rozleniwienia. Położyła swą dłoń na podbrzuszu, próbowała coś wyczuć, choćby ciepło, ślad po powstaniu nowego życia. A może to jeszcze nie było życie? Tylko komórka połączona z drugą ułożyła się na ściankach macicy i pomnaża się. Gdzie tej komórce jest człowiek? Gdzie jego malutka dusza, anielska niewinność? Jednak wielka błogość nią ogarnęła, nią, czującą jeszcze rozkosz namiętności, pełnię spełnienia i wielką pewność siebie, uświadomienie sobie własnego sprytu. - Dzięki Bogu. – wyszeptała w niebiosa samoistnie, będąc mało pewna tego, że ktoś rzeczywiście tego dziękczynienia wysłucha. Dzień alarmował o swoim narodzeniu, przeciskając swoje rażące płomienie przez szpary między żaluzjami. Koniec panowania uprzejmej i ślepej nocy. Dzień każe odsłaniać się, pokazywać zaspane twarze, skazana na poparzenie przez słoneczne promienie. Zmrużenie oczu to tylko oddalenie terminu wykonania wyroku, a nie ułaskawienie. Z narzuconym na nocną koszulę szlafrokiem, rozleniwiona przechadzała się po mieszkaniu. Smagana słońcem padła na sofę trzymając w ręku książkę. Leżąc, czytała…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych