Wróć do katalogu

Wingor i Zmienni (3)

Kolejne 20 stron. Wingor wyrusza w drogę i... świat dotąd opisywany przez Maghorta zamieni się w rzeczywistość.

Spajder, opublikowano , 45 min czytania, 4,1 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Brzask na placu zamkowym wypełniony był pomarańczowym światłem słońca, które rzucało długie cienie na zgromadzonym na nim tłumku ludzi. Wingor uzbrojony jedynie w lekki napierśnik i skórzane osłony na ramionach i udach szedł w kierunku bramy, zostawiając za sobą czterech wojów, tworzących jego, tymczasową chorągiew. Przy bramie, bracia Donghen pełnili już w nadgodzinach, swoją służbę i „umownie” zastępowali bramę księciu. Przy pierwszym pianiu koguta, mieli ich zastąpić strażnicy z zamku, ale, że byli wyżsi od nich rangą, mogli odsunąć zmianę w czasie. A oni za nic w świecie nie przepuścili by takiej okazji. Kodeks Ergwenn wymagał od książąt jednoznacznej zgody na opuszczenie Ergwenn przez organ najwyższy. W tym przypadku chodziło oczywiście o królową. Oczywistym było również, że takie prawo na dłuższą metę byłoby niezmiernie uciążliwe, więc stosowano je tylko w celach reprezentacyjnych, gdy książę wyjeżdżał na dłużej niż tydzień i dalej niż dziesięć ogniw od grodu. Minus tego prawa był fakt, iż każdy, nawet najbardziej nieudolny szpieg łatwo uzyskiwał informację o takich „książęcych wypadach”. Wingor wiedział, że gdy zostanie królem, to będzie jedno z pierwszych praw, które zmieni – poprzez całkowite anulowanie. Jakkolwiek nie planował koronacji na najbliższe lata, wiedział, że będzie je musiał czas jakiś jeszcze tolerować. Zatrzymał się przy bramie. Bracia Donghen zasalutowali mu, krzyżując piki, tradycyjnie zabraniając mu wyjścia. Skinął głową z uznaniem, po czym obrócił się na pięcie. Jego cień ciągnął się aż do ciężkich, dwupłatowych drzwi zamku, gdzie koniuszy czekał z jego koniem, przygotowanym do drogi. U drzwi czekał hrabia Delesco Fini z jowialnym uśmiechem na jego tłustej twarzy. Służba zgromadziła się po lewej stronie placu, a ta część szlachty, która przykładem darmozjadów mieszkała na zamku – po prawej. Tej na szczęście nie było zbyt wiele. Aazoja nie lubiła ludzi bezużytecznych, choć wiedziała, że każdy winien mieć swoje miejsce. Z czasem każdemu znajdowała takie, czy inne zajęcie, odkrywając nawet wbrew niemu ukryty talent. Drzwi otworzyły się. Wyszedł zza nich grubawy herold i krzyknął: - Aazoja, żona nieboszczyka, króla Dragana, pogromcy smoka, z woli Harmonii Królowa na Ergwenn i należących doń rozległych ziem Landu! Królowa wyszła w asyście dwóch dworek i dwóch strażników ubranych w złociste zbroje. Dworki rozdawały uśmiechy, a strażnicy wredne spojrzenia. Królowa, która powinna niezbyt spiesznie podejść do księcia, porzuciwszy konwenanse ruszyła szybkim krokiem w jego kierunku. Zabawnie to wyglądało, gdy dworki nadbiegały, a strażnicy przyspieszyli nieregularnie krok prostując karki w parodii zachowania powagi. - Boję się o ciebie synu – powiedziała bez ogródek Aazoja dotarłszy do Wingora, co zajęło jej trzy razy mniej czasu niż powinno. – Hallen pokazała mi... Twarz Wingora zaszła chmurą burząwą. - Och! Znowu ta Hallen! Mąciwoda! – Ugryzł się w język, uświadamiając nietakt, którego się dopuścił w obecności służby. Nawet generał nie beszta pułkownika w młodszych oficerach. Wziął płytki, skrywany oddech, po czym uśmiechnął się kojąco. – Matko, ja tylko na zwiad jadę. Nie wiadomo skąd pojawił się tuż obok nich Fini. Hrabia zaczynał już powoli działać Wingorowi na nerwy, jednakże jego użyteczność czasami rekompensowała tę wadę. - Aazojo, królowo moja! – wykrzyknął niemal teatralnie. – Książę ma rację. Przecież nie planuje żadnych samobójczych misji. - Gdy zwietrzy plan wroga – kontynuował biorąc ją za rękę, co nie umknęło uwagi Wingora, któremu coraz mniej się podobał ten „sługa uniżony”. – wtedy rozpatrzy jaką taktykę... - Ale Hallen pokazała mi przyszłość – broniła swego Aazoja. - Ależ królowo – nie dał się zbić z tropu. – Przepowiednie nigdy nie mawiają wprost. Niuanse tłumaczeń, chociażby wielkiego Dammusa z Nostry, pełne wciąż są różnych wątpliwości. Wingor miał już dość tej szamotaniny. Lubił konkretne podejście pozbawione kobiecego szczebiotania. Kochał matkę, ale był blisko twardego wtrącenia się, by ostatecznie zakończyć temat. Wtedy to też poczuł coś dziwnego, coś znajomego. Coś, co zwykł w ciągu ostatnich lat czuć w najmniej oczekiwanych chwilach. Był pewien, że nie może to być nic innego, jak zimne, wyrachowane, szpiegowskie wręcz spojrzenie Hallen. Podniósł wzrok. Mylił się. Hallen stała na tarasie i spoglądała w dół, jak podejrzewał, tyle, że jej twarz pozbawiona była zimnego wyrachowania, do którego zdążył przywyknąć, od czasu, gdy oczarowany jej urodą przywiózł ją z morza Demarc, jako gwarancję pokoju między Duradalem i Ergwenn. Ten widok nim wstrząsnął. Hallen ze łzami w oczach spoglądająca na niego ze strachem. I to wszystko. Tylko tam stała i patrzyła wzbudzając jego litość. W pewnej chwili Wingor zrozumiał. Przyjął to, za kolejny podstęp rozpieszczonej księżniczki. Tym razem ci się nie uda, pomyślał. - Przestałabyś mieszać w głowie mojej matki, Hallen! – krzyknął ze złością. - Ja również nie chcę cię widzieć martwym, Wingorze! – odpowiedziała i znikła z pola widzenia. Niewiele zostało w Wingorze z jego pewności, co do pobudek postępowania Hallen. Jej zachowanie albo uległo drastycznej zmianie albo do tej pory źle je odczytywał. Wzruszył ramionami. Nie była to chwila na rozważania filozoficzne. Czas był w drogę. - Wybacz mi tę scenę, matko. Muszę już jechać. Aazoja zrozumiała, że na tym koniec. Jej starania spełzły na niczym. Jej syn wyjeżdżał. Stało się. Pozostawało tylko wierzyć teorii hrabiego, że Wingor nie będzie bawił się w bohatera i szybko wróci. - Niech ci Harmonia sprzyja, synu Dragana. Na te słowa bracia Donghen odstąpili od bramy z brzękiem stawiając włócznie w pozycji pionowej. Koniuszy przyprowadził konia Wingorowi. Wsiadając na niego książę spojrzał, jak żołnierze jego chorągwi żegnają się szybko z rodzinami. Tylko Kmorko, rycerz o trochę większej niż przeciętna masie, gotowy, zbliżał się do niego na swym koniu. Reszta rychło do niego dołączyła. Gdy tylko przekroczyli bramę, obległ ich tłumek mieszczan w postaci kupieckich żon, dzieci, mieszczan różnej profesji, przekrzykujących się nawzajem. - Wiwat książę! - Wiwat syn Dragana, pogromcy smoka! - Wiwat syn królowej Aazoi! Po raz kolejny Wingor odczuł ciężar tego zupełnie odsłaniającego jego plany zwyczaju. Podniósł rękę i zaintonował przyśpiewkę rycerską. Bardziej mówioną niż śpiewaną, spokojną, z przeciągającymi się sylabami. Zaraz dołączyli do niego jego rycerze: Wawron, Brytnar, Grodon i Kmorko.

Cicho jeno, cicho sza, rycerz na szlak rusza, Modły jego do Harmonii ten wasz krzyk zagłusza. Cicho jeno, cicho sza, rycerz gród zostawia, Módlcie się wy: niech Harmonia pomyślność mu sprawia.

Opuścili Ergwenn. W ciszy.

Chmury opuściły niebo nad warownią Mutwill około południa. Wychodzące słońce pokonując wysoki mur ją okalający przedostało się nad plac. Lecący spokojnie brunatnopióry sokół zatoczył koło nad bramą, by ostatecznie wylądować na blance muru. Modko właśnie wywieszał flagę przedstawiającą białą plamę człowieka ze skrzydłami na czarnym tle, co miało odstraszać maluczkich od kręcenia się pod murami, gdzie stały drewniane katapulty będące częścią planu przygotowywanego przez braci Maghorta i Dernhorta. Po zainstalowaniu flagi, Modko spojrzał na sokoła. - Przedziurawisz mnie tymi ślepiami, ptaszku. Widzisz ten znak na płótnie? On teraz straszniejszy nawet od ciebie. Wirchen, jak zwykle, ubrany był w coś rodzaju worka z otworem na głowę. Ten strój, pełen poprzyszywanych kieszeni, przewiązywał grubym, skórzanym pasem. Za pasem tym trzymał w pochwie zielarski nóż. Miał on tę przewagę nad sierpem, że w nagłych sytuacjach mógł on również posłużyć do obrony. Na nogach nosił mocne skórzane buty o twardej podeszwie. Jako alchemik, często wędrował przez góry i leśnymi szlakami w poszukiwaniu ziół lub innych naturalnych produktów. Te buty były też jedyną pozostałością z jego ostatniego domu, który był zmuszony opuścić. Nie lubił o tym myśleć. Nie lubił też, jak ją nazywał, poprawności politycznej. Co to ma do rzeczy? Otóż Wirchen zwykł służyć temu, kto go w danej chwili utrzymywał. Co prawda, mógł bez większego problemu sam siebie utrzymywać, prowadząc życie koczownika, ale tak wprawdzie to lubił wygodę. Dlatego też, gdy nogi zaprowadziły go w te strony, zaczął szukać pracy odpowiedniej do jego zainteresowań i umiejętności. Gdy, z kolei, grupa braci Dernhorta i Maghorta, bez większego problemu przejęła warownię, najął się do pracy u nich. Miał mieć zapewniony dobry wikt, opierunek i godną zapłatę. Teraz, niestety, powoli zaczynało mu ciążyć ta decyzja, gdyż „osiedleńcy” okazali bardziej bandą pijaków niż, jak to zapowiadali, poważna opozycja dla Ergwenn. Wirchenn z wyglądu był przeciętnym mężczyzną z szarą podłużną twarzą, z kilkudniowym, ciemnawym zarostem i o szarych oczach oraz niemniej szarych włosach. Był przeciętnego wzrostu i wagi. Był tak zwykły, że aż zwracało to uwagę. Gdy dodać do tego raczej spokojną postawę, tworzył postać anachroniczną do czasów i nie pasującą ani do miejsca, w którym był, ani zawodu, którym się parał. Jego postać bardziej pasowała do wizerunku legendarnych filozofów, którzy zwykli nie robić nic, poza spacerowaniem leśnymi ścieżynami i tworzeniem wzniosłych, choć raczej mało przydatnych zwykłemu śmiertelnikowi idei. Mały stworek Dębik, którego Wirchen trzymał w rękach był sporym kontrastem w stosunku do jego osoby. - No, gadajże, Wirchenie, co odkryłeś! – krzyknął Maghort, zbliżając się z bratem od strony wieży. Za nimi człapali nieodłączni żołdacy Modko i Fras. Głupawi, ale wierni niczym psy. - Lepiej uczynię, prezentując to... sire – ostatnie słowo podkreślił nieco ironicznie, dając Maghortowi do zrozumienia, że nie uznał jego samozwańczego tytułu, a tylko na jego wyraźne życzenie go używa. Gdy bracia już podeszli, Wirchen rozpoczął prezentację. - Ten Dębik nie potrzebuje wiele Zieleni, by ta zaczęła działać. Stworek o wysokości co najwyżej jednej stopy stwarzał bardzo miłe wrażenie. Posiadał duże oczy, które znikały niemal, gdy je zamykał. Nos stanowiły dwie pociągłe dziurki na drewnianej, brązowo-zielonej cerze. Usta niczym wycięcie zarysowywały się nieco niżej. Tułów prawie nie istniał, wypuszczając komicznie długie łapki i nóżki niczym dzikie pędy ze starej gałęzi. Wyjąwszy wolną ręką z kieszeni fiolkę napełnioną opalizującym zielonym płynem, Wirchen wyciągnął z niej zębami korek i, wypluwając go, dał zawartość do wypicia Dębikowi. Maghort skrzywił się na to jednoznaczne marnotrawstwo. Obserwował stworka, który pomagając sobie fikuśnymi łapkami pił zielony, fluorescencyjny płyn. - Starczy. – Wirchen schował pustą fiolkę do kieszeni, po czym wyjął nóż zza pasa. – Ukażmy skutki uboczne. – Szybkim, lekkim niczym powiew wiatru cięciem, upuścił Dębikowi szarej krwi z łapki. Do tej pory spokojny i ufny stworek, przeraził się i wyskoczył z ręki Wirchena w desperackim akcie ucieczki. - Iiiiiiiiiaaaaaaeeeee!!! Odbił się od ziemi między zaskoczonymi tą sceną braćmi Maghortem i Dernhortem, potem między nogami zaskoczonego Modka. - Ucieka! – krzyknął Dernhort. Modko i Fras, jak na rozkaz rzucili się w pogoń, co przy ich niezgrabnych sylwetkach wyglądało dość komicznie. - Puśćcie go – zwolnił ich z obowiązku Wirchen, co Dernhort potwierdził wzruszeniem ramion. – Nie po to go puściłem, żeby urządzać tu jakieś cyrkowe zabawy. Bez obawy. Nie ucieknie daleko. Dębik obejrzał się w szaleńczym biegu, błysnąwszy czerwonymi oczami. Chciał polizać ranę, ale gdy tylko ją zobaczył, targnięty nagłą słabością potknął się i potoczył kilka stóp po placu. Obnażona łapka przedstawiała już, co najmniej, dwukrotnie większą ranę niż tę, którą zadał jej Wirchen. Miejsce to pokryło się zieloną pianą, huczącą niczym kwas zżerający stal. Stworek leśny patrzył na parującą ranę z paraliżującym przerażeniem. W jego oczach nie widać było bólu, lecz tylko i wyłącznie strach – strach przed czymś, czego nie rozumiał, a co zbliżało się nieuchronnie. Coś, co zjadało go, pożerało bezboleśnie, ale koszmarnie konsekwentnie. Wkrótce żrąca piana zajęła się jego korpusem i na chwilę obnażając wnętrzności, zajęła się i nimi. Fras wstrzymując torsje dłonią wielkości bochenka chleba, oddalił się szybko od miejsca przedstawienia, pozostawiając, towarzyszącego mu Modka, nie mogącego oderwać wzroku od Dębika. Maghort i Dernhort patrzyli na śmierć stworka oczami przyciąganymi niczym magnes, bezkreśnie zdumieni i zajęci sceną. Dębik był już tylko szkieletem spienionych ścięgien, po czym zniknął zupełnie, pozostawiając po sobie jedynie parującą, zieloną plamą na placu. - Zżarło go! – krzyknął Maghort, wytrzeszczając oczy. – Całego! Co to za czarna magia?! Rozumiesz coś z tego?? – spojrzał na brata. - To ten piekielny eliksir! Zieleń! – powiedział Dernhort. Wirchen nie wyglądał na specjalnie poruszonego. Spokojnie wycierał nóż o kawałek materiału, po czym wsunął go za pas. Wkrótce, wszystkie spojrzenia zwróciły się ku niemu. - Grandenar długo żywił się Zielenią – zaczął wnioskować. – Jego oczy nabrały przez to, na stałe, zielonej barwy. – Spojrzał na plamę po Dębiku, po czym prawie pustym spojrzeniem na Maghorta. – Teraz wciąż jest pod wpływem Zieleni. – Zakończył. - Oczywista, że bał się zranienia – stwierdził ze zrozumieniem Maghort. – Wiedział, czym to grozi. - Nigdy nie wezmę tego świństwa do gęby! – wrzasnął z obrzydzeniem Dernhort. – Tfu! Trucizna! - Ani ja! – przyłączył się do ogółu Modko. - Aaaanii jaaa... – dołączył zbliżając się na kołyszących nogach Fras. Aż za bardzo oczywiste było, co się z nim działo minutę wcześniej. - Cisza! – krzyknął Maghort. – Zamknąć ryje! Wszyscy! Maghort zasępiony zrobił kilka kroków, obchodząc towarzyszy niczym inspektor. Po prawdzie, starał się jak najszybciej coś wymyślić, żeby nie dopuścić do paniki, która zniweczyłaby jego plany. Rozejrzał się, dziękował teraz w duchu alchemikowi, że nalegał, aby spotkać się za wieżą, z dala od widoku innych najemników. Wirchen obiecał wyjawić coś, co będzie mogło mu przeszkodzić w jego rachubach na najbliższe dni. A przecież wszystko miało pójść tak łatwo. Zieleń miała tak samo otworzyć wszystkie bramy, jak otworzyła bramę do Mutwill. Teraz okazuje się, że będzie musiał zmierzyć się z wysokimi schodami pełnymi szerokich wyrw. Aż dziw, że nie odkryli tego, do tej pory. Na szczęście, podczas zdobywania Mutwill, żołnierze warowni byli tak przerażeni, że nie podjęli walki, a żaden z najemników nie wymyślił robienia sobie sznytów na pamiątkę łatwego podboju. Maghort podszedł do brata i położył mu rękę na ramieniu. Dernhort był jego oczkiem w głowie. Jeżeli dla swojego celu gotowy był poświęcić wszystkich, to brata nie poświęciłby nawet za wszystkie królestwa landu. - Braciszku – powiedział kojącym tonem. - Nie chcę tak skończyć jak ten potworek, Maghorcie. Nie zmuszaj mnie, nie wezmę tego świństwa... - Ależ weźmiesz – zripostował twardo. Jednego, czego nie lubił, to mazgajstwo. Nawet u brata, będącego jego oczkiem w głowie. – Tyle, że będziesz bardzo ostrożny. – Położył drugą rękę na drugim jego ramieniu. Wiedział, jak obudzić w bracie duszę bohatera. Trzeba by dać mu jakieś zadanie lub przynajmniej uzależnić je w jakimś stopniu od jego zdania. – A na razie musimy wybrać jednego ze swoich – ściszył głos przykuwając jego uwagę. Dernhort zapomniał od trwodze, niczym dziecko, porwany okrutnymi zakusami brata. – i wysłać go na zwiad, bo nasz szpieg... Uwaga Dernhorta spłowiała nagle niczym palone płótno. Zainteresowało go coś, co znajdowało się dokładnie za plecami rozmówcy. - A kto to wchodzi? – zapytał zaciekawiony. Maghort odwrócił się rozdrażniony lecz jego humor uległ nagłej poprawie, gdyż oto przez otwartą bramę do warowni wjeżdżali najbardziej oczekiwani przez niego goście. Byli zdumiewająco punktualni. Były to zbiry najwyższej maści. Wjeżdżali konno na oklep w ilości dwudziestu chłopa. Ubrani w maskujące barwy, pełni powagi, a jednak zupełnie nie pasujący do rasy, którą przedstawiali. Trzech z nich wyróżniało się nie tylko tym, że przewodzili grupie. Środkowy, dumny i o inteligentnym spojrzeniu wyglądał na przywódcę, po jego prawej i lewej nieco mniej reprezentacyjni, ale nadal bijący na głowę, chociażby takiego Maghorta, dwaj towarzysze wyraźnie zarysowywali się jako jego ramiona w podejmowaniu ważnych lub w ogóle wszystkich decyzji. - A oto i osławieni Wyklęci! – ogłosił Maghort niczym herold. – Haha! Mają też inne miano, nadane im przez złośliwców! Elfowie Ziemni! Za sakwę miedziaków gotowi sprzedać swój własny ród! – Ruszył im naprzeciw. Dernhort ruszył za nim. Wirchen z kolei stał nie poruszony tym, niecodziennym widokiem. Bardziej bolało go, że Maghort zbyt szybko zapomniał o scenie, której był reżyserem, a która była jego osobistym wkładem w bezpieczeństwo tej grupy głupców i pijaków. Wszystko wskazywało na to, że nie musiał poświęcać miłego, sympatycznego Dębika. Mógł posłużyć się zwykłym, brudnym szczurem. Efekt byłby taki sam. Może mniej emocji, bo szczura nikt by nie żałował. Uświadomił im defekt Zieleni i co? Maghort witał się ze swoim dawnym kamratem, zapominając o wszystkim. - Witaj, Onerfinie! – powitał radośnie głównego herszta. - Aż tak tanio się nie najmujemy! Haha! – Onerfin pochylił nieznacznie głowę w geście ukłonu. – Na twoje rozkazy, Maghorcie! Siedzący na blance, brunatnopióry sokół zobaczył dość. Poderwał się w powietrze, wymijając flagę z symbolem Zmiennych i odleciał w kierunku wielkiej puszczy, znanej większości pod nazwą Gaju Wieczności.

Śpiewy rytmiczne i proste dochodziły z ust rozrzuconych po polach ludzi.

Rośnij ziele, pnij się w górę, Aż do słońca rośnij. Rośnij ziele, w górę, w górę, Naszej pracy pomnij.

Droga na wskroś pól uprawnych podlegających Ergwenn ciągnęła się blisko dziesięć ogniw, a kończyła aż przy ogromnej puszczy elfów, zwanej Gajem Wieczności. Wingor wraz ze swą chorągwią miał już trzy czwarte pól za sobą, a puszcza już zarysowywała się na horyzoncie, gdy dwóch wieśniaków na jego widok porzuciło swoje pługi i podskoczyło do niego i jego konnych. - Panie rycerzu! Panie rycerzu! – krzyknął mniejszy, ubrany w szarą koszulę o krótkich rękawach, spodnie z nogawkami sięgającymi łydek i wiązane, materiałowe buty o twardej podeszwie. - Książę! – poprawił go Wawron, wprawiając chłopa swoją potężną aparycją i nie cierpiącym sprzeciwu głosem w niemałą trwogę. – Masz do czynienia z synem królewskim, wieśniaku! - No tak – wskoczył mu w słowo Grodon, około trzydziestoletni rycerz, trochę zbyt luźnego obycia, jak na zawód, który sobą reprezentował. – To zawsze zależy, z którego łoża cię spłodzili, kmiotku. Chłop zdębiał. Najwyraźniej nie bardzo rozumiał, o czym tu się mówi. Co ciekawe, sami rycerze, zmieszani wypowiedzią Grodona, również nie komentowali jego wypowiedzi. A Wingor w zasadzie oniemiał. - Dosyć tego. – Przerwał przedłużającą się ciszę, Kmorko. – Mówcie, z czym przybiegliście... rolnicy. Chłop zorientował się, że w zasadzie może już mówić, otworzył usta lecz w tym czasie gadać zaczął jego wyższy i chudszy, brodaty towarzysz; a był wyższy od niego prawie o głowę. - Szybował jak orzeł! – wykrzyknął podniecony. - Głupiś, Mormiko! – przerwał mu oburzony ten pierwszy. – Co gadasz panom rycerzom?! To czart był ni orzeł! Rozpoczęli w ten sposób głęboką wymianę poglądów, w których Zmienny stawał się w ich oczach diabłem wcielonym wielkości latającego słonia albo i większy, gdyby tylko znali, chociażby z opowiadań, jakieś większe zwierzę. Wingor, zauważywszy, że Kmorko znów traci cierpliwość postanowił wtrącić się do konwersacji. - Nie kłopoczcie się tym – rzekł, z miejsca zyskując ich uwagę. – Niedługo kres temu będzie. To, czym powinniście się teraz przejmować, to wasze pola – zamaszyście wskazał je ręką, rozglądając się – a nam zostawcie... – wstrzymał oddech zobaczywszy wśród pracujących rudą, niewysoką wieśniaczkę ze specyficznie podwiniętą koszulą; w ów koszuli, dziewczę trzymało ziarno, co raczej nie dziwiło, w porze siania. Wingor ją znał. - ...wojaczkę – dokończył prawie bezgłośnie. To właśnie ta dziewczyna, ruda, piegowata i nieco przy kości, rozkochała w sobie ongiś księcia. To właśnie za jej sprawą doszło tragedii, których bohaterami stali się posłowie z Zongolu, odległej, górskiej krainy, której zwyczajem było nie przyjaźnić się z grodem Ergwenn – czy to starym, czy nowym Ergwenn. Po tradycyjnym pojedynku, swoje zwycięstwo, Wingor zadedykował właśnie jej, co już wzbudziło wzburzenie, nie tylko u posłów. Co więcej, po ów wydarzeniu Wingor najzwyczajniej urwał się z imprezy, by na osobności ćwierkać serenady swojej wybrance serca. Przedstawił ją nawet smokowi w smoczej grocie. Na swoje nieszczęście, nieco już podchmieleni posłowie ulegli namowom Hallen i udali się tam za księciem, popełniając jednocześnie śmiertelny błąd. Zabrali broń. Kosztowało ich to życie, a Ergwenn odroczenie rozmów pokojowych z Zongolem, a Wingora... Wtedy to Wingor zrozumiał, że w królestwie, książę nie może pozwalać sobie na precedensy tylko z tytułu posiadania swojego widzimisię. Wtedy to Rachana, ów chłopka, odeszła, a on został w Ergwenn. Dojrzalszy o jej stratę i zrozumienie, że nie tylko wiele w królestwie zależy od niego, ale również od wielu rzeczy w królestwie on jest zależny. Wtedy to Wingor ochłodził swoje serce. Nie do końca jednak. Rachana! – pomyślał wzruszony. – Jakże mi ciebie brak! Zapominając o konwenansach, jak również o swoich chłopskich rozmówcach, stuknął brzuch konia łydkami i ruszył w jej kierunku. Biedna dziewczyna, nie miała pojęcia, co robić. Zamieniła się w statuę z zaskoczenia i nieruchomymi oczami przyglądała się podjeżdżającemu do niej byłemu kochankowi i... księciu. Policzki spiekły jej buraka, a ona sama, jedynie resztką opanowania podporządkowała sobie swoje ciało, a szczególnie drżące nogi, aby nie upaść. Wingor również był skołowany. Zastanawiał się, co go napadło. Czemu, na Harmonię, do niej podjeżdżał? Co chciał jej powiedzieć? Co mógł powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze, że miłość wygra wszystko? Przecież w ich przypadku miłość przegrała. Przegrała z kretesem! I nie mogła wygrać! To nie była piękna pieśń rycerska, gdzie rycerz wraca do damy swojego serca i następuje wielki, wspaniały finał. Nie. To było życie. Życie, które nie znało pojęcia sprawiedliwości. - Bądź pozdrowiony, książę – rzekła Rachana, gdy tylko Wingor podjechał. Wiedział, że nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych