Wróć do katalogu

Witek Mikołaj

O Witku, który...

tysoniczek, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Witek Mikołaj

Był grudzień. Zbliżały się święta. Na zegarach smętnie odmierzających czas dochodziła siedemnasta. Całe trzydziestotysięczne miasteczko, skąpane było w depresyjnej ciemności. Na szczęście w tym roku była prawdziwa zima, a nie jesienna chlapa i gnijące wszędzie liście. Był połyskujący pod latarniami śnieg i skrzypiący pod butami mróz. Były różnokolorowe lampki rozwieszone nad dwoma największymi skrzyżowaniami w mieście. Byli ludzie taszczący siaty wypełnione półproduktami na świąteczny stół. Były dzieci pastwiące się nad leniwie leżącym śniegiem. Było także osiedle, gdzie odbywał się coroczny konkurs na najobficiej udekorowany, świątecznymi lampkami balkon. Każdy wiedział, że ten konkurs co roku wygrywał Stefaniak spod trójki, który był jednocześnie pomysłodawcą, organizatorem i członkiem jednoosobowego jury konkursu. Wygrywał także dlatego, że tylko on brał w nim udział. Ponieważ jury konkursu skrupulatnie, co roku dyskwalifikowało osiedlową agencję towarzyską, za to, że lampki na ich balkonie świeciły się przez calutki rok. Chociaż trzeba przyznać, że w tym roku obok podświetlanego cennika i ogromnego neonowego prącia, pojawiła się tam także podświetlana od dołu, zupełnie naga pani mikołajowa. Poza tym, to było zupełnie przeciętne osiedle. Kilka bloków porozrzucanych w artystycznym nieładzie jeszcze przez komunistów. Niemal przy każdym bloku ławki, zardzewiałe huśtawki, którymi najczęściej niezręcznie bawił się znudzony wiatr, pełne śniegu piaskownice; gdzieniegdzie trafił się kiosk, do którego codziennie o szóstej rano zjeżdżały najświeższe wiadomości i ploteczki z całego świata; niezbędny był także mały sklep spożywczy, który jakimś bliżej niezidentyfikowanym cudem przetrwał desant wszędobylskich supermarketów. W przypadku tego osiedla był także parking, wijący się między blokami niczym wąż wokół rajskiego drzewa. To właśnie na ten parking z dużym trudem wjechała granatowo-rdzawa skoda, która minęła wszystkie samochody i zatrzymała się dopiero na jednym ze śmietników. Skoda była poobijana z każdej możliwej strony, więc kolejne dwa wgniecenia, które zawdzięczała bliższemu zetknięciu się ze śmietnikami, nie zrobiły żadnego wrażenia na kierowcy. Nie pofatygował się on nawet, żeby cofnąć kawałek i znaleźć jakieś wolne miejsce dla swojego rzęcha. Siedział w samochodzie i z ogromnym skupieniem na twarzy lustrował zabazgroloną rysunkami i znanymi chyba tylko dla niego literami, kartkę. Co jakiś czas odrywał wzrok od kartki, drapał się po głowie i spoglądał na otaczające go bloki. Wskazywał palcem i najprawdopodobniej liczył piętra, a potem mieszkania. Coś mu jednak nie wychodziło, bo kilka razy urywał liczenie w połowie i zaczynał od nowa. Nic dziwnego miał lekkiego zeza, no i, co chyba ważniejsze, nigdy nie był dobry z matmy. Zresztą Witek z niczego nie był dobry. Prawie nic nie umiał robić. We wszystkim co robił był po prostu przeciętny. Nie beznadziejny, nie dobry, tylko po prostu średni. W podstawówce był przeciętny. W ogólniaku był przeciętny. W miejskim klubie badmintona był przeciętny. W podrywaniu dziewczyn był przeciętny. W nawiązywaniu, kontaktów, gotowaniu, sikaniu na odległość, seksie, bekaniu, opowiadaniu kawałów był po prostu przeciętny. On był przeciętny i jego życie było przeciętne. Nawet miał przeciętne marzenia. Chciał skończyć studia na politechnice; poznać dziewczynę – nie boginię seksu, ani matematyczno – fizyczno – chemicznego geniusza. Taką zwykłą, przeciętną dziewczynę. Chciał mieć przeciętny, rodzinny samochód i dwójkę jak najbardziej przeciętnych dzieci. Chciał być przeciętnym inżynierem. Założyć warsztat samochodowy i przywracać do życia silniki, którym wróżono już tylko złomowanie. Niestety nic z tego nie wyszło. Z powodu jego nadzwyczaj zwyczajnej przeciętności wyrzucono go z politechniki już po pierwszym semestrze. Długo szukał pracy. Chciał znaleźć coś, dzięki czemu mógłby się rozwijać zdobywać kontakty, które są w dzisiejszych czasach niezbędne, żeby cokolwiek załatwić. Rodzice naciskali, żeby nie wybrzydzał, tylko brał, co mu proponują, bo oni nie mają zamiaru go dłużej utrzymywać. Wziął zatem posadę zastępcy głównego magazyniera w jednym z osiedlowych marketów. Pocieszał się, że to przecież tymczasowe. Będzie chociaż miał źródło jakiegoś utrzymania i nic nie będzie stało na przeszkodzie, żeby szukać innej pracy. Dzieci nie spłodził. Rodziny nie założył. Dziewczyny nie poznał. Co prawda, starał się, szukał, zamieszczał ogłoszenia. Chodził na dyskoteki. Tylko, że nic z tego wszystkiego nie wychodziło. Był ciągle sam. Innej pracy też nie znalazł. Tak naprawdę, to nawet jej nie szukał. W markecie było dobrze. Nie wiedział dokładnie czemu, ale lubił rozładowywać ciężarówki, rozwozić towar po magazynie, żeby później posegregować wszystko na sklepowych pólkach. Tylko pieniądze były strasznie małe. Ledwo wystarczało na opłacenie mieszkania, kilku rachunków i skromne życie. Żył z dnia na dzień. Wmawiał sobie, że umie cieszyć się tym, co ma. Udawał sam przed sobą, że lubi samotne wieczory i biedę; że nie przeszkadza mu grobowa cisza, od której boli go głowa; brak obowiązków i możliwość myślenia tylko o sobie. Do tego wszystkiego, zaczął mieć dziwne sny, o których rozmyślał cale dnie. Śniła mu się jego dawna obietnica, jaką złożył tacie i sobie, gdy miał czternaście lat. Obiecał, że jeśli kiedyś będzie bogaty i osiągnie w życiu wszystko, co chciał, to zacznie pomagać ludziom, którzy będą tego potrzebowali. Chciał być posłańcem radości. Niestety wszystko wskazywało na to, że jednak nie będzie bogaty, a co gorsze, nie zrealizował żadnego ze swoich marzeń. To wszystko powodowało, że coraz bardziej zamykał się w sobie. Stawał się coraz bardziej introwertyczny. Zaczął łapać się na tym, że rozmawia ze swoimi myślami. Pytał się ich, co myślą na dany temat, radził się i żalił się im. Zerwał nawet kontakty z rodzicami, którzy starali się ukryć jak mogli, że wstydzą się syna nieudacznika. W końcu doszedł do wniosku, że nie ma dla kogo żyć. Przygotował sobie tabletki. Położył się do łóżka. Zaczął płakać. Chciał zasnąć, potrzebował tego. Zostawić to wszystko i odejść. Przecież i tak nikt nawet nie zauważy. Znajdą go dopiero za kilka dni i tylko dlatego, że nie pojawił się w pracy. Tylko dlatego! Już miał tabletki w rękach, już miał je połykać. Nagle pojawiło się coś nieoczekiwanego. Coś, czego się zupełnie nie spodziewał. To był strach. Naturalny strach przed śmiercią. Zaczął wyć z niemocy. Miał ochotę rozszarpać sam siebie. W końcu zasnął z wyczerpania. Minęło kilka zwiędłych dni. Nie zrezygnował ze śmierci. Nie wiedział kiedy, ale był pewien, że się zabije. Tylko jeszcze nie teraz. Całkowicie zrezygnował z kontaktu z rzeczywistością. Z pracy wracał od razu do domu, gdzie ślęczał nad tabletkami. W pracy też do nikogo się nie odzywał, jeśli to nie było konieczne. Wszystko zmieniło się, gdy szef złożył mu propozycję nie do odrzucenia: - Panie Witku mam do Pana ogromną prośbę. - Słucham, szefie? - Trochę mi niezręcznie…, bo widzi Pan, chodzi o to, żebyś został Pan świętym Mikołajem. - Kurwa, ja? - …Bo tak wyszło. Zamówiłem takiego Mikołaja z agencji, ale okazało się, że został zamknięty za pedofilię, czy coś takiego, a wszyscy inni z tej agencji są już zajęci. Pomyślałem, więc, że skoro Pan podobno nie ma rodziny, to może mógłby Pan wpaść do mnie w wigilię i rozdać moim dzieciakom prezenty. Oczywiście nie za darmo, ma się rozumieć. - Ale ja nie mam brody i czerwonego kubraka i w ogóle jestem chudy. Może ktoś inny mógłby. Ja nie umiem być miły dla dzieci, przecież szef wie. - Aha! No dobra, w takim razie Pan już tu nie pracuje. Żegnam - Ale.. chwila…jak to, ja tu przecież…ja muszę…no dobra. Zgadzam się! - Wiedziałem, że Pan się zgodzi. Strój, brodę i prezenty dostaniesz Pan jutro. Aa! No i oczywiście dychę za fatygę. Pasuje? - W zasadzie mogłoby być trochę więcej, bo… - To super jak pasuje. Porządny z Pana człowiek. Oczywiście poszedł do domu szefa, rozdał te prezenty i gdy wracał do domu zdał sobie sprawę, że się uśmiecha. Próbował to sobie jakoś racjonalnie wytłumaczyć: może to były zapachy wigilijnych potraw, które przypomniały mu rodzinny dom, gdy był jeszcze mały; albo zobaczył szczęśliwą rodzinę, której on już najprawdopodobniej nigdy nie założy, bo nie będzie potrafił nikogo już pokochać. Nie to też nie było to. Uśmiechał się, bo w końcu, po kilkunastu latach, chociaż przez chwilę poczuł się szczęśliwy. Zamknął oczy i przypomniał sobie rozradowane twarze dzieci, gdy zobaczyły go w czerwonym szlafroku, brodą z waty i reklamówką z prezentami. Widział je jak święcą się im oczy z podniecenia, podekscytowania i ciekawości, gdy siedzą u niego na kolanach i mówią mu, że były grzeczne calutki rok, pomagały rodzicom i w ogóle. Potem mówią mu, co chciałyby od niego dostać, a on niemal w tym samym czasie, schyla się i wyciąga z reklamówki ich wymarzoną zabawkę. On schowany pod czerwoną czapką i brodą z waty, czuł się jak prawdziwy Mikołaj. Jakby dostał od nich te listy, które zostawiły w skrzynce w supermarkecie. Potem, pewnego wieczoru zasiadał przy kominku i filiżance gorącej czekolady, żeby dokładnie przestudiować każdy list z osobna i skrupulatnie wynotować, co kto chciał. Następnie kompletował te wszystkie prezenty i w ciągu jednej nocy rozwoził je dzieciom, które czekały na niego cały rok. Tak właśnie chciałby żyć – być Świętym Mikołajem. Nagle coś w nim pękło, jakaś trybik się w nim przesunął i zrozumiał, że być może nie będzie mógł robić wielkich rzeczy w swoim życiu, ale będzie mógł robić małe rzeczy z pasją, oddaniem i sercem. Co ważniejsze, będzie mógł, chociaż po części spełnić daną obietnicę. Zostanie Świętym Mikołajem. Oczywiście nie prawdziwym, tylko takim z ogłoszenia, na telefon, takim jakim był dzisiaj. Oszukiwał w pewnym sensie sam siebie. Zdawał sobie sprawę, że te prezenty nie będą od niego, on będzie tylko posłańcem. Radość i uśmiech na twarzach, nie będzie dla niego. Mimo to, chciał to robić. Chciał to robić także dla siebie. Potrzebował tego, w przeciwnym razie nie miałby po co żyć. Przez cały rok bardzo starannie przygotowywał się do następnych świąt. Chciał, aby jego odwiedziny i rozdanie prezentów, był prawdziwą ceremonią. Chciał, żeby maluchy pamiętały jego wizytę przez długie lata. Dlatego też, skrupulatnie i z ogromnym uporem symulował rozmowy z dzieciakami, które następnie testował w markecie na małych klientach. Nawet nie spostrzegł kiedy stał się bardziej uśmiechnięty, towarzyski i zabawny. Dla spotkanych dzieci miał zawsze jakiegoś cukierka albo gumę do żucia. Zaczął nawet rozmawiać z przypadkowo napotkanymi ludźmi na ulicy lub w tramwajach. Czuł się naprawdę dobrze. Po ulicy chodził z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i z miesiąca na miesiąc, dojrzewała w nim myśl, że staję się Mikołajem. Każdego ranka, gdy tylko otworzył oczy, zrywał się z łóżka i biegł do maleńkiego przedpokoju, gdzie wisiał kalendarz, z którego wyrywał kolejną kartkę z minionym dniem, co znaczyło, że do świąt jest o jedne dzień mniej, niż wczoraj. Potem przyszedł czas na kostium. Tylko nie taki wypłowiały i poszarpany jaki miał u szefa. Szukał specjalnego. Chciał wyglądać wyjątkowo i uroczyście. Szukał stroju o prawdziwym czerwonym kolorze, na widok, którego hiszpańskie byki dostałyby palpitacji serca. Potrzebował prawdziwego worka na prezenty. Wymarzył sobie taki obszyty z dwóch stron aksamitem i żeby go kupić przez ponad pół roku odkładał jedną czwartą swojej pensji. Oprócz tego bardzo intensywnie zastanawiał się na swoim wizerunkiem. Z jednej strony chciał być nowoczesny i wyglądać jak ,,Santa” z reklamy coca-coli, ale z drugiej strony chciał mieć w sobie coś z biskupa Mikołaja – w tym przypadku chodziło mu głównie o laskę, która miałaby dodawać mu odpowiedniego majestatu. Po długich sporach i myślowych potyczkach, zdecydował się na imperialistyczną wersję ,,Coli”. Gdy w kalendarzu zostało już tylko trzydzieści kartek, własnoręcznie zrobił i porozklejał około dwóch tysięcy ogłoszeń. Potem czuwał przy telefonie, sprawdzał kilkanaście razy w ciągu dnia czy aby na pewno nie jest zepsuty. Modlił się do niego, żeby w końcu się do niego odezwał, dał jakikolwiek znak życia. Po dwóch dnia milczenia był załamany. Zdał sobie sprawę, że się wygłupił. Zaczął się wstydzić swoich całorocznych przygotowań, wybierania stroju i odkładania pieniędzy na aksamitny worek. Zaczynał ponownie zamykać się w swojej skorupie, którą dzielił ze swoimi myślami, gdy nagle całe mieszkanie utonęło w głuchym odgłosie dzwoniącego telefonu, krzyczącego wręcz, żeby ktoś go w końcu odebrał. To było pierwsze zlecenie, a po nim posypały się następne i to w takiej ilości, że po niecałych dwóch tygodniach przestał w ogóle odbierać telefony, bo nie miał serca mówić ludziom wprost, że Mikołaj nie ma już wolnego czasu dla ich dzieci w te święta. W końcu przyszły święta, w które nie robił nic innego tylko rozdawał prezenty. Wychodził z jednego mieszkania i natychmiast pędził do następnego. Mimo ogromnego nawału zleceń, w każdym domu był radosny i zawsze szeroko uśmiechnięty. Rozbawiał przrażone dzieci, które ze strachu przed facetem ze śnieżnobiałą brodą wchodziły pod stoły lub wgryzały się spódnice mam. Potrzebował zaledwie pięciu minut, żeby zjednać sobie nawet najbardziej zapłakane dziecko. Do swojej zabawy rozdawania prezentów wciągał niemal całą rodzinę. Wszyscy musieli opowiedzieć kawałek bajki, zaśpiewać coś, powiedzieć, dlaczego lubią Świętego Mikołaja lub przytoczyć jakaś zabawną historię z ich życia. Każdą rodzinę i każde dziecko traktował wyjątkowo. Widział, że ludzie doceniają to, co robi i w jaki sposób to robi. Pewnie dlatego niemal wszyscy zapisywali się już na następny rok. I tak minęło pięć lat, czyli pięć cudownych dla Witka świąt. Z każdym rokiem zdobywał większe doświadczenie i wprowadzał więcej nowinek, zaczynając od przyklejanej brodzie, która trzymała się tak mocno, że musiał ją nosić przez prawie dwa tygodnie, a kończąc na wilkiem mosiężnym dzwonie, którym dzwonił zanim jeszcze wszedł do jakiegokolwiek mieszkania. Z tym każdym kolejnym rokiem był szczęśliwszy i z jeszcze większą niecierpliwością czekał na święta. Miał już swoje stałe rodziny, u których spędzał nieraz po dwie, trzy godziny. Tak było do dzisiaj, zanim przyjechał na to osiedle. Było coś dziwnego w tym wszystkim. Dwa dni temu, gdy odebrał dzwoniący telefon, usłyszał w słuchawce dziwnie zachrypnięty głos, który chciał zamówić Mikołaja dla swoich dzieci. Dopiero kilka dni temu były mikołajki, do świąt jeszcze daleko, więc to było pierwsze zlecenie, jak dostawał w tym roku. Ucieszył się, bo skoro dzwonią już tak wcześnie, to znaczy, że te święta również miałby pracowite. Tylko, że ochrypły głos prosił go, żeby przyjechał nie w święta, ale tak szybko jak będzie mógł, najlepiej za dwa dni. Co prawda, Witek nigdy nie chodził po domach tak wcześnie, ale nic nie stało na przeszkodzie, żeby raz wrzucił na siebie czerwony strój, o kilka dni wcześniej. Kiedy Witek zapytał się o adres, pod który miałby przyjechać to aż ręce spociły mu się z wrażenia. Okazało się bowiem, że miałby jechać do miasteczka oddalonego o sto kilometrów. Ochrypnięty głos zapewniał, że zwróci koszty podróży i zapłaci podwójną stawkę, jeśli tylko zgodzi się przyjechać. Tłumaczył mu, że nie interesują go inni Mikołajowie, bo słyszał, że to właśnie Witek jest najlepszy w swoim fachu. Tak właśnie, pełen obaw i mnóstwem najróżniejszych wątpliwości znalazł się na tym zupełnie przeciętnym osiedlu. Po kilkunastu minutach, w końcu udało mu się rozszyfrować mapę. Nie był do końca pewien, ale według jego obliczeń mieszkanie, które miał odwiedzić znajdowało się na drugim piętrze, po lewej stronie od wejścia do bloku. Tylko, że tam wszędzie było ciemno. Nie było nawet cieni, które rzucałby włączony telewizor. To wszystko było jakieś dziwne. Czuł, że te odwiedziny odmienią jego życie. Właśnie tego się obawiał. Witek chciał żyć tak jak teraz, od świąt do świąt. Nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych