Wojsko
Rzecz dzieje się podczas słóżby wojskowej w jednostce specjalnej na północy kraju. A dzieje się sporo...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wojsko
Żołnierz wstaje! Żołnierz siada! Żołnierz idzie!... i tak dalej bo Andrzej Markowski stał się teraz trzecią osobą liczby pojedynczej i przez najbliższe dwa lata życia musiał się do tego przyzwyczaić. I rzeczywiście przyzwyczaiłem się z czasem mimo, że już sam ten zwrot w trzeciej osobie wydawał mi się na początku trochę poniżający, no bo z lekcji języka polskiego pamiętałem, że jeśli zwracamy się do żołnierza, to mówimy na przykład „panie żołnierzu” lub choćby „żołnierzu”, natomiast w kulturze wojskowej było jedynie „żołnierz”, co mniej więcej znaczyło tyle samo co beret, pas czy buty. Zresztą przekonałem się niebawem, że język polski w wydaniu wojskowym, różnił się zasadniczo od tego, którego używałem do tej pory. Służbę rozpocząłem na jesień. Wysłano mnie pociągiem do jakiejś głuszy na północy kraju, gdzie wokół były tylko jeziora i lasy, a najbliższa wioska była oddalona o jakieś dwadzieścia kilometrów od naszej jednostki. Nawet nie było trakcji elektrycznej. Prąd potrzebny dla całej kompanii był pozyskiwany za pomocą generatorów spalinowych. Nawet ostatni pociąg, którym jechałem, bo miałem kilka przesiadek, miał silnik Diesla, który generował smrodliwe spaliny tak, że nie można było uchylić okna, więc od razu pomyślałem, że nieźle musiałem wdepnąć. Czułem się tak, jakbym się cofnął o jakieś pięćdziesiąt lat wstecz a może i jeszcze dalej. Kiedy po skończonej podróży koleją, wysiadłem z wagonu, okazało się, że nie byłem tu jedynym poborowym a transport ciężkimi samochodami terenowymi już na nas czekał. Bez żadnych dodatkowych informacji, każdy z nas czuł, że właśnie jest on przeznaczony dla nas. Poszedłem więc za tłumem i tak jak pozostali, wdrapałem się na pakę jednego z pojazdów i już za chwilę, niczym worki ziemniaków, powieziono nas, gdzieś w nieznanym nam kierunku. Jechaliśmy tak dobrą godzinę, a może nawet dwie, a to już wystarczyło aby zawrzeć nowe znajomości i wypić parę łyków wódki z podawanej z rąk do rąk butelki. Butelka opróżniała się mniej więcej co piątym, szóstym poborowym. Potem była krótka przerwa i po czym kolejka wznawiała swój bieg napoczynając nową butelkę. Jej inicjator niejaki Binek, bo tak się przedstawił używając szkolnego pseudonimu, opowiedział skąd jest, co robi i co o tym wszystkim myśli, po czym sięgnął do plecaka po wspomnianą butelkę, i jak gdyby nigdy nic odkręcił i pociągnął parę łyków podając zaraz sąsiadowi. Sąsiad również się przedstawił, pociągnął z butelki i podał ją dalej. I tak sobie jechaliśmy w coraz weselszym gronie, spoglądając na tumany kurzu, jakie wzbudzała sunąca po piaszczystej drodze nasza ciężarówka. W oddali za nami, dotrzymując nam tempa, jechał drugi samochód z podobnym ładunkiem na pace. - Ciekawe czy tam tez teraz pija? – wtrącił ktoś. - A co lepszego w takiej chwili można robić? – odezwał się drugi. - Nooo, jak mają tam jakąś cycatą babkę, to można mieć dużo lepiej niż my teraz! – zaśmiał się Binek. – Mówię wam panowie, siedziałem w pociągu koło takiej, że aż usiedzieć spokojnie nie mogłem. Pogadałem z nią trochę i dowiedziałem się, że mieszka we wsi oddalonej o trzydzieści kilometrów od jednostki,. Powiedziała mi jeszcze, że mają dyskoteki u siebie co sobotę w remizie strażackiej więc trzeba będzie się tam kiedyś zjawić. Co powiecie? – a w odpowiedzi zawtórował mu zgodny chór akceptujący tę propozycję. Podczas drogi spotkała nas niemiła niespodzianka w postaci nagle wlewającej się wody na pakę, gdzie siedzieliśmy a to za sprawa rzeki, którą kierowca pokonywał w bród nie zwalniając nawet zbytnio. Wszyscy nagle się poderwali ale i to na niewiele się zdało bo i tak mięliśmy w momencie mokre spodnie a nasze tobołki pływały już w wodzie. Towarzystwo zaczęło kląć siarczyście ku zadowoleniu obserwujących nas przez małe okienko z szoferki starszych rangą żołnierzy. Za moment pokonaliśmy rzekę i jechaliśmy jakby nic się nie stało dalej tą samą drogą przez las. A kiedy po paru nastu minutach emocje opadły, rozmowy przy wódce toczyły się jak poprzednio w przyjacielskiej atmosferze a wiódł w nich prym wspomniany Binek, który nade wszystko na świecie cenił kobiety ale i alkoholem nie gardził. – Hmmm, alkoholu w wojsku pewnie jeszcze nigdy nikomu nie zabrakło ale z kobietami chyba będzie gorzej – pomyślałem, choć jak się później okazało byłem w błędzie, co do tego drugiego rzecz jasna. Towarzystwo było coraz głośniejsze i kiedy zdawało się, że na dobrze się rozbawiło, samochód ni stąd, ni z zowąd zatrzymał się, a po chwili dojechał do niego ten drugi, który jechał cały czas za nami. Zaraz podeszło dwóch żołnierzy i otworzyli tylna klapę. Skinieniem głowy jeden z nich pokazał żebyśmy wysiadali. Wytoczyliśmy się chwiejnym krokiem gromadząc się w dwóch grupkach zerkających ciekawie na siebie. I kiedy tak się sobie przyglądaliśmy było już jasne, co działo się na drugim samochodzie, bowiem i tamci mięli problemy z zachowaniem równowagi. Kiedy wszyscy poborowi już wysiedli, samochody wjechały przez bramę na zagrodzony teren a my dalej staliśmy w towarzystwie czterech uzbrojonych żołnierzy groźnie trzymających swoje karabiny w postawie budzącej respekt. Za chwilę z betonowej wieżyczki strażniczej wyłonił się jakiś ważniak i zaczął nas ustawiać w dwuszereg. Kiedy wśród jego ryków i przekleństw wreszcie staliśmy tak, jak chciał nasz porucznik, bo stopień można było wyczytać z jego pagonów na mundurze, pod warunkiem, że się znało te wszystkie szlaczki – ja nie znalem - ten wygłosił nam zwięźle przemówienie. - Witam nowo przybyłych poborowych! Skoro tu trafiliście, to znaczy, że macie jaja! Jesteśmy elitarną jednostką i szkolimy najlepszych, o czym przekonacie się już za chwilę bo czas ucieka. Żebyście nie mięli złudzeń, to powiem, że przez pierwsze pół roku, to znaczy od teraz do przysięgi, będziemy wami orali, później, kiedy przyjdzie młodsza fala, zajmiemy się nimi a i wy będziecie mogli się na nich trochę wylądować. Tak w wojsku było, jest i będzie czy się to komu podoba, czy nie. Ale do tego czasu będzie naprawdę ciężko. – Tu skończył tak nagle, jak zaczął i złapawszy głęboki oddech podał nową komendę. - Poborowy, odzież zdjąć! – i wszyscy leniwie zaczęli odpinać kurtki i rzucać je na ziemie popatrując na siebie zdziwieni ale nikt nie odważył się już zdjąć spodni, zatem komenda się powtórzyła i zaczęły spadać spodnie i tak dalej aż ostatni z nas stanął zupełnie nagi. - Poborowy baczność! W dwuszeregu zbiórka! – I rząd golasów wyprężył się jak struna a porucznik kontynuował swoja pogawędkę. – Jest u nas taka tradycja, że żołnierz elitarnej jednostki zostawia wszystko, co miał za bramą i wchodzi na teren jednostki zupełnie nagi z książeczką wojskową w dłoni bo nic z waszych rzeczy nie będzie wam przez te dwa lata potrzebne. Jednostka daje wam wszystko. – i w ten oto sposób odcięto nas od naszych ubrań, zdjęć, książek i tym podobnym. Mieliśmy skupić się teraz tylko na szkoleniu a świat zewnętrzny nie miał nam w tym w żaden sposób przeszkadzać a przynajmniej taki były założenia. W ten oto sposób dołączyłem do wojskowej braci. Oczywiście na samym początku byłem nastawiony na „nie” i starałem się negować wszystko to, co było wojskowe, jednak zgodnie z powiedzeniem, że kropla drąży kamień i ja w końcu zmiękłem. Nie chcąc opisywać szczegółowo mojej historii z tego okresu, ograniczę się jedynie do podania kilku najistotniejszych faktów, które miały tam miejsce. Zacznę od informacji, iż samo szkolenie wojskowe było zaiste bardzo ciężkie zarówno fizycznie, jak i psychicznie, zwłaszcza dla tych, którym było trudno dostosować się do panującej tu hierarchii i pewnych nieformalnych reguł. Co do mnie to myślę, że przekonałem się do wojska głównie poprzez ćwiczenia fizyczne, które zawsze bardzo lubiłem, notabene byłem przecież przez kilka ładnych lat zawodnikiem klubu karate, a więc wiedziałem już, co to znaczy dyscyplina i ból. Jednak w jednostce osiągnąłem wyżyny sprawności i siły. Dla zobrazowania podam prosty przykład. Kiedy zrobiono nam sprawdzian wydolności fizycznej na samym początku, to znaczy drugiego dnia, podciągnąłem się na drążku zaledwie dziesięć razy, a kiedy opuszczałem jednostkę robiłem już takich podciągnięć dwadzieścia. Podobnie było z ćwiczeniami siłowymi ze sztanga jak i z bieganiem, pływaniem czy nurkowaniem. Znacząco polepszyła się moja sprawność i siła. Wychodząc z wojska byłem niczym zawodnik przed olimpiadą – w szczycie formy i tak się też czułem i nigdy potem już tego nie doświadczyłem. Była to jedna z rzeczy w wojsku, która dawała mi dużo satysfakcji i motywowała do ciężkiej pracy. Z postępów w rzeczach, które były dla mnie nowe cieszyłem się jeszcze bardziej a wymienić tu musze podstawowy pilotaż śmigłowcem, skakanie ze spadochronem, a nie ze spadochronu, jak niefortunnie do tej pory to nazywałem oraz strzelanie z broni palnej, na którego trening nie żałowano tu i czasu i amunicji. Strzelaliśmy minimum dwie godziny dziennie z różnej broni aż mdlały nam ręce. Zresztą strzelanie odbywało się w najróżniejszych warunkach – w deszczu, w palącym słońcu, w nocy, w lesie a nawet pod wodą. Pamiętam jak którejś nocy zrzucono nas nad bliżej nieokreślonym terenem, wręczając wcześniej każdemu w kopercie jakieś zadanie do zrealizowania. To był styczeń i do tego bardzo mroźny i śnieżny. Wylądowałem w białym puchu i po ukryciu spadochronu, przeczytałem instrukcje i ruszyłem przed siebie przez ten puch w kierunku, który ustaliłem według kompasu. Moim zadaniem było przenikniecie w stroju cywilnym do pewnej wioski i nawiązanie kontaktu z tajnym agentem, którym miał być właściciel sklepiku z rybami. Nie wolno nam było przy tym zabijać ani czynić komuś trwałego uszczerbku na zdrowiu. O innych regułach nie słyszałem. Dano nam z jednej strony do zrozumienia, że najlepiej będzie jak przejdziemy przez misję niezauważeni i nie wyrządzimy żadnych szkód, choć z drugiej uświadomiono nas, że najważniejsze jednak było to aby zakończyć misję sukcesem bo po to byliśmy szkoleni a ofiary i szkody czasem mogą się pojawić. Wykonanie zadania zajęło mi cztery dni, to znaczy dokładnie tyle, ile wyznaczyło mi na to dowództwo i akcję zakończyłem pomyślnie. Jedynym moim poważnym problemem tamtych kilku dni było jedzenie i spanie. Pierwszego dnia nie jadłem nic, gasząc pragnienie jedynie woda z bukłaka, a potem śniegiem, którego było aż nadto. Drugiego, do południa też nic nie jadłem i myślałem już, że to będzie mój koniec, nie mając łączności z bazą i widząc wokoło jedynie śnieg i niekończące się lasy. Na ratunek przyszedł mi jednak zając, którego, po kilku strzałach zdołałem śmiertelnie trafić z karabinu. Oprawiłem go swoim wielkim nożem i poćwiartowałem mięso w małe kawałeczki, które żułem na surowo aż do wieczora. Nie było tego dużo ale zawsze coś. Dodam tylko, że to bynajmniej nie zaspokoiło mojego apetytu i przez cały czas trwania misji czułem potężne ssanie w żołądku. Noc, tak jak i poprzednią spędziłem w śpiworze wymościwszy sobie jamę w śniegu. Było zimno jak diabli ale w końcu zmęczenie wzięło górę i zasnąłem. Obudziłem się skostniały i myślałem tylko o jedzeniu. Trzeciego dnia dotarłem do jeziora, gdzie zrobiwszy najpierw małą dziurę w lodzie kilkoma wystrzałami z karabinu a potem umieściwszy tam granat, wysadziłem lód, dotarłem do lustra wody i po kilku godzinach schwytałem na uniwersalny zestaw, jaki miał każdy żołnierz, kilka sporych rybek, robiąc sobie mały zapasik. No i znów napiłem się normalnej wody bo zapas, w jaki byłem zaopatrzony na początku, skończył mi się już pierwszego dnia. Natomiast czwartego dnia dotarłem do wioski, gdzie wdarłem się niepostrzeżenie do jakiegoś domu, i z zaskoczenia obezwładniłem właściciela, zabrałem mu z szafy ubranie, w które się przebrałem pakując swoje żołnierskie do worka, który również zabrałem z tego domostwa i związanego mężczyznę ułożyłem gdzieś w kącie aby się nie rzucał w oczy w razie czego, a sam nie śpiesząc się zbytnio, jako, że sytuacja w domu była opanowana, zacząłem posilać się w tym, co mi się nawinęło. Po opuszczeniu tego domu, udając cywila z dużym płóciennym workiem na plecach, dotarłem do miejsca, gdzie spodziewałem się zastać tajnego agenta. Oczywiście go nie znałem, jednak mając skromne instrukcje udało mi się go zlokalizować i po wymianie haseł przejść do rzeczy. Właściwie rola agenta sprowadziła się w tym przypadku jedynie do przekazania mi dalszych instrukcji. Tym razem dotyczyły one już tylko stawienia się w określonym miejscu nieopodal w celu transportu do bazy. Zanim jednak opuściłem agenta ugościł mnie pyszna i gorącą zupą rybną. Od razu poczułem, że żyję. Stawiłem się na wyznaczone miejsce, gdzie jak się okazało musiałem poczekać na jeszcze dwóch kolegów. Ci, którzy nie zdarzyli na wyznaczona godzinę, zostali pozostawieni na pastwę losu i musieli spędzić kolejna noc poza jednostka. W sumie w moim zrzucie brało udział sześć osób i tylko polowa a może aż polowa wykonała swoje misje w regulaminowym czasie. Cieszyłem się, że zadanie miałem już za sobą i po odczekaniu kilku godzin, mknąłem już ciężarówką przez zasypane śniegiem drogi. Był to pojazd z napędem wszystkich trzech osi kierowany przez znanego mi kierowcę z naszej jednostki. Było nas czterech w szoferce, mimo że teoretycznie były tam tylko dwa miejsca ale z racji mrozu kierowca się nad nami zlitował i wziął nas do siebie, zresztą kabina była bardzo przestronna. W ramach podziękowania dostał od nas paczkę papierosów i pół litra wódki zakupionych niedawno we wiosce. Siedząc w cieplej szoferce każdy z nas coś opowiadał i tak w dość milej atmosferze, dumni własnych sukcesów sunęliśmy przez zasypana śniegiem wieś. Droga była prosta a po jej obu stronach stały domy, za którymi rozciągały się rozlegle połacie pól, a za nimi z kolei były już tylko lasy i jeziora. W którymś momencie dostrzegliśmy, że autobus, który stal jeszcze przed chwilą w zatoczce przystanku nagle wyjechał przed nas tak, że Krzysiek - nasz kierowca musiał trochę przyhamować. - Co jest!? Gdzie się wpychasz!? – warknął. - Dziwnie tu jeżdżą. – zauważyłem – przecież za nami nic nie jechało, mógł poczekać dosłownie trzy sekundy i wtedy się włączyć. Dla niego to żadna różnica, a my musieliśmy przez to hamować i teraz będziemy się za nim wlec aż do następnego przystanku, o ile takowy w ogóle istnieje. - Spokojnie wyprzedzimy go. – uspokajał Krzysiek. - Nie za wąsko? Zmieścimy się? – zapytał któryś z nas. - Spokojnie nie takie numery ten samochód potrafi. – i rzeczywiście kierowca zredukował bieg, wychylił się na lewa stronę i przyciskając gaz, zaczął wyprzedzać, jednak było na tyle wąsko, że musiał lewymi kołami taranować śnieżną zaspę. Miałem wrażenie, że nic nie było widać przed nami i kierowca prowadzi jedynie na wyczucie bowiem wycieraczki nie nadążały zgarniać śniegu. Kiedy udało nam się wyprzedzić wreszcie tego kolosa o kształcie ogórka, jego kierowca zaczął na nas trąbić i wygrażać pięścią. - O co chodzi? Co ci się nie podoba? – burknął Krzysiek. - Najpierw się wpycha a teraz się denerwuje, że go ktoś wyprzedził. Co za kierowca! – zauważyłem. - To nie kierowca, tylko rybak. - Hehe, jak to rybak? – zaśmiał się któryś. - Widzicie, chodzi o to, że tu kierowców zawsze było jak na lekarstwo a rybaków za to aż nadto, więc przyuczają tych drugich do prowadzenia autobusów i tak to potem wygląda. Ale wiecie co, mam pewien pomyśl! Zaraz zobaczymy, co ten rybak rzeczywiście potrafi. - Co chcesz zrobić? - Co chcę zrobić? Hehehe. Pokażemy temu rybakowi pewna sztuczkę. Zobaczycie. Ale na razie zwolnimy trochę. – i tak, jak powiedział podniecony kierowca, tak zrobił bo za chwile jechaliśmy zdecydowanie wolniej pozwalając autobusowi trzymać się za nami. Notabene, kiedy ten ogórek się do nas zbliżył znów jego szofer-rybak zaczął na nas trąbić i wygrażać pięścią. - Chyba nas tu nie lubią. - Niektórzy stąd może tak ale generalnie wieś i jednostka żyją w zgodzie bo to się opłaca i im i nam. Weźmy na przykład taką sprawę, jak chłop potrzebuje paliwa do swojego traktora, to nie jedzie na stacje ale do nas bo u nas zapłaci mniej a my w ten sposób dorabiamy sobie do naszego skromnego żołdu. Nasz pułkownik dobrze żyje z wójtem i pomagają sobie wzajemnie. Więc nie rozumiem, po co się ten tak denerwuje zwłaszcza że o dobre relacje trzeba dbać. W pewnym momencie droga zaczęła się delikatnie wznosić a potem w ostatniej fazie jej pochylenie stawało się znacznie większe a sama droga lekko skręcała w lewo. Kiedy dojeżdżaliśmy do tej stromej części nasz kierowca zdecydowanie zwolnił tak, że dystans dzielący oba pojazdy topniał w oczach. Po chwili autobus już siedział nam prawie na zderzaku trąbiąc i mrugając światłami. My za to jechaliśmy jeszcze wolniej i kiedy już byliśmy prawie na szczycie, nasz kierowca zdjął nogę z gazu i auto zaczęło wyraźnie zwalniać. Obserwowaliśmy patrząc przez małą szybkę w tylnej części kabiny kierowcę autobusu – był wściekły, czerwony ze złości i przeklinając pod nosem wymachiwał pięścią. Po chwili poczuliśmy jak do nas dobił przodem swojego autobusu i próbował nas pchać swoją wielką masą. My jednak stanowiliśmy dla niego zbyt duży opór i po chwili oba pojazdy stały na drodze przyklejone jeden do drugiego. - Ale się bronił aż sobie zderzak przytarł! - Twardziel. – zaśmiał się ktoś. - No to teraz wsteczny i do rowu z nim! - Eeee spokojnie chłopaki, teraz to już nic nie trzeba robić bo on sam się do tego rowu wpakuje. Zobaczycie! No chyba, że rzeczywiście potrafi jeździć tym autobusem przynajmniej tak dobrze, zarzuca wędkę. - Patrzcie wysiada! – rzucił ktoś nagle bo istotnie kierowca autobusu wyskoczył z kabiny i leciał do nas z podniesiona pięścią. - To co panowie, czas pozbyć się tego balastu? – powiedział Krzysiek, ruszając delikatnie z miejsca. Nasze auto bez większych kłopotów ruszyło pod stromą i zaśnieżoną drogę zaopatrzone w napęd sześciu wielkich kół. Zatrzymaliśmy się jakieś dwieście metrów dalej i wyszliśmy z kabiny na papierosa. Kierowca autobusu, po nieudanej pogoni wrócił już za kierownicę a my paląc papierosy, patrzeliśmy jak raz po raz przy próbach ruszenia zarzuca tyłem swojego pojazdu, który zmierzał nieustannie w stronę pobocza aż wreszcie stanął ukosem do drogi grzęznąc tylnymi kołami w zaspie. - Może to cię czegoś nauczy koleś! – warknął nasz kierowca. – Dobra wsiadajcie panowie! Jedziemy do bazy. - rzuciliśmy niedopałki w stronę stojącego autobusu, ktoś jeszcze zrobił siku malując coś moczem po białym śniegu i zaraz potem pognaliśmy dalej przed siebie. Niebawem i ja sam zostałem przeszkolony w jeździe tym samochodem i zrozumiałem, dlaczego Krzysiu tak pewnie czuł się za jego kierownicą.
Pułkownik
Po przysiędze zaczęto nas traktować dużo lepiej, a pewnego razu zostałem nawet wezwany do naszego pułkownika Igora Iwanowicza, który w jednostce był najwyższą władzą. A osobista rozmowa z nim oznaczała, że żołnierz stawał się również osobą. - Panie pułkowniku pan mnie wzywał. – zasalutowałem nieco zdenerwowany i stuknąłem obcasami wchodząc to gabinetu pułkownika. Pułkownik miał około czterdziestu lat i wyglądał absolutnie groźnie, choć był człowiekiem niskim i chuderlawym. Miał jednak w sobie taką siłę, że nie było nikogo, kto by go lekceważył i nie chodziło tu o to, że był tu najwyższy ranga i wszyscy, dlatego się go bali. Ludzie właściwie się go nie bali, ale mieli dla niego respekt a to była różnica. Kiedy drzwi się za mną zamknęły, pułkownik zupełnie zmienił swój wojskowy ton. Nawet zaniechał trzeciej formy liczby pojedynczej. - Siadaj młody żołnierzu. Napijesz się czegoś? – zapytał – I nie proponuje ani kawy ani herbaty. - A to bardzo chętnie. – i pułkownik podał mi pół szklanki złotawego trunku. – Zdrowie pana pułkownika! – powiedziałem wznosząc do góry szklankę. - O nie! Twoje zdrowie, bo mojego już mi szkoda. Ty na razie jesteś młody, więc możesz pić. – Kiedy pociągnąłem łyk, mój rozmówca kontynuował. - Widzisz tobie dobre zdrowie daje pewną dużą szansę, o której chciałem teraz z tobą porozmawiać. Słyszałem, że ładnie ci poszło na zadaniu bojowym w terenie – tu zerkając w moja teczkę mówił dalej patrząc to na mnie to na teczkę z dokumentami leżąca na jego biurku. – Najwyższa nota. Ładnie, bez żadnej zadymy, żadnych strat. Dobra robota! – Oparłszy się wygodnie w fotelu mówił dalej. – Bo widzisz wojsko szkoląc młodego żołnierza a zwłaszcza takiego jak wy tutaj do zadań specjalnych, naraża się na pewne straty. I nie chodzi mi tu o koszty samego szkolenia bo to jest oczywiste ale rzecz w tym, że musimy pokrywać pewne, nazwijmy to, wyrządzone krzywdy ludności cywilnej. Ot choćby ten wieśniak, do którego domu się zakradłeś, związałeś go i zabrałeś mu kilka drobiazgów. To było jak najbardziej dobre posuniecie z twojej strony, żebyś nie miał co do tego żadnych złudzeń ale przecież z tymi wieśniakami musimy jakoś żyć w zgodzie. Więc skoro ty go pobiłeś, to my później wysyłamy tam kogo trzeba i sprawę łagodzimy. Oczywiście sprawę najpierw wnikliwie badamy bo zawsze są i tacy, co nas próbują naciągać ale my nie jesteśmy przecież naiwni. Tak więc rekompensujemy jedynie uzasadnione krzywdy. - To znaczy? - No domyśl się. - Dostają jakąś zapomogę. - Można to tak nazwać. Dostają zawsze trochę grosza i sprawa ucicha. - To chyba uczciwy układ. - Tez tak myślę i cieszę się, że się ze mną zgadzasz w tej kwestii. To dobrze wróży żołnierzu. Ale muszę przyznać, że jeden z twoich kolegów to poszedł trochę za daleko. - A co się stało? - Doniesiono mi ostatnio, że jeden, który skakał razem z tobą, owszem zadanie wykonał ale przy okazji przydybał gdzieś jakąś babę i...sam rozumiesz trzeba teraz sprawę odkręcać bo jej mąż nas straszy sądem. Do sądów raczej nie dochodzi ale my musimy za każdym razem płacić ludności cywilnej za takie wybryki żeby zamknąć im usta, rozgłos tutaj jest niepotrzebny. Chociaż czasem zdarzają się i tacy, którzy koniecznie chcą postawić na swoim i wytaczają nam procesy ale wiesz sam jak jest. Takie procesy ciągną się latami a potem sprawę i tak się umarza, więc…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andriosz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…