Wolny jak ptak
Satyryczne opowiadanie o sfrustrowanym kierowcy autobusu
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{b}WOLNY JAK PTAK{/b} czyli krwi rozlew
Pióra Tomasza M.
W przekładzie Tomasza M.
Uwaga! Zawiera tanie żarciki! ( I nikt nie każe wam tego czytać)
Wydawnictwo Borsuki i Ska S.p.z.o.o Rok pański 2007
"Ale tu jest szkło!” - Rafał G.
„Ojejjjjjjjjjjjjj!” - Ola S.
„Czasami próbuję się ścigać z chmurami. Ale zawsze przegrywam” - Beret
Wszystkie cytaty pochodzą ze zbiorów własnych autora. To on je wymyślił, i to właśnie jemu powinny być przypisywane wszysktie zasługi z tym związane. Wszelkie podobieństwa do osób prawdziwych są jak najbardziej zamierzone i celowe. Przed użyciem wstrząśnij.
{b}Prolog{/b}
Ciepłota. Gorąco. Niesamowity upał. Termometry już dawno przestały pokazywać właściwą temperaturę, więc siedzący w niezwykle ciasnej kabinie czerwonego autobusu typu przegub Mariusz Bednarczyk pocił się jak gruby wieprz. Mimo spływającego zewsząd ukropu, kierowca był ubrany w przepisową niebieską koszulę i sweterek z wyszytym za pomocą zapomnianych już technik szycia podwójnym ścięgnem krzyżowym napisem „PKM Sokołów” na piersi oraz granatowe spodnie w kancik. Wnętrze jego małego pomieszczenia wypełniały przeróżne nalepki (typu „Coca-cola™ forever”) oraz porozwieszane tu i ówdzie wszelkiej maści pluszaki. Trzeba bowiem wspomnieć, że nasz kierowca miał wielką pasję – otóż kolekcjonował zabawki wypełnione po uszy pluszem już od jakiś 20 lat. Z małego radia samochodowego sączyły się powoli kolejne zwrotki wesołego piosenki „It's jungle out there” Newmana. „40 stopni jak nic!” - pomyślał, zatrzymując pojazd przed krwistoczerwonym znakiem STOP, który oznajmił mu, iż należy się zatrzymać przed nieuchronnie zbliżającym się rondem. „Wytrzymałbym jeszcze te dwa kółka, ale ten piekielny upał nie daje mi żyć!”, westchnął cicho, myśląc równocześnie o zgrzewce piwa marki EB, które chłodziło się w jego lodówce w mieszkaniu własnościowym przy ulicy Palusińskiego. Mieszkanie to Bednarczyk otrzymał jako prezent ślubny od swych poczciwych rodziców, dokładnie tydzień przed tym jak jego jedyna miłość – zielonooka Baśka opuściła go bezpowrotnie i bez słowa. Jak później się dowiedział, zrobiła to zupełnie bez żalu. Autobus wjechał na rondo. Mariusz (a właściwie Maro – tak mówili na niego wszyscy, nie wyłączając rodziców i matki) puścił lekko gaz i pozwolił wtoczyć się leniwie pojazdowi na szaro bury przystanek, który zapełniała masa ludzi – przywodziła mu na myśl falę wezbranego oceanu. Kierowca zaklął siarczyście, gdy tylko ujrzał tłum zbliżających się pasażerów, który już rozbijał się o wszystkie trzy pary drzwi, niczym wspomniana wcześniej fala. Wprawnym ruchem ręki otworzył tylko tylnie i środkowe drzwi (nie cierpiał, gdy ludzie pakowali mu się do kabiny), ale kilku łysych jegomościów z szalikami klubu „GKS Sokołów” dobijali się do tychże drzwi. Niechętnie otworzył. Pakerzy weszli do środka i podeszli do Mariusza, który w obawie przed natłokiem osób z wieloletnią wprawą zamknął składane drzwi z powrotem. Jeden z nich grzecznie przeprosił, bo zorientował się, że mógł naruszyć delikatną strukturę tychże szklanych drzwi („Co tak k... długo!). „Trzy ulgowe” krzyknął drugi, ubrany w gustowną łososiową koszulkę z dużym, wyraźnym napisem BOBO oraz zielone, krótkie spodenki. Maro spoconą ręką wręczył mu trzy bilety, chociaż wydawali mu się ciut za starzy jak na ten rodzaj biletów. Nie płacąc, wkroczyli zamaszystym krokiem w głąb autobusu i zajęli wygodne miejsca przy oknach, zrzucając kilku pasażerów na podłogę. BOBO rozdał bilety swym kolegom, po czym jeden z nich, opatulony od stóp do głów dresem, podniósł bilet na wysokość twarzy i przyglądając się mu wielkimi brązowymi oczyma spytał nieśmiało: „I co, mam to sobie w d… wsadzić?”. Tymczasem, zanim nieustraszony kierowca zdążył zareagować, do kabiny podeszły dwie starsze panie w brązowych prochowcach, z nienawiścią wymalowaną ręką mistrza na twarzach, które pokrywały pieczołowicie maskowane od lat zmarszczki mimiczne. - „Panie kierowco, czy my z Danusią musimy kupować bilety? Bo Danusia twierdzi, że jesteśmy w już w tym wieku, w którym za bilety się nie płaci, natomiast ja...” - „A ile ma pani...” – zaczął Mariusz, lecz jego wypowiedź została ukrócona przez natarczywą staruszkę. „ Natomiast ja twierdzę, że nie można w ten sposób okradać w ten sposób skarbu naszego ukochanego miasta, które...” - „Ależ zapewniam, że...” spróbował jej ponownie przerwać, jednak staruszka dalej ględziła swoje. „Argh!!! Ile bym dał teraz za porządny myśliwski nóż!” westchnął cicho Maro, opierając swoje wezgłowie na miękkiej poręczy fotela. Po tym, jak jego małżonka zostawiła go bez słowa, Bednarczyk doznał głębokiego szoku i spędził 2 lata na progresywnym leczeniu w szpitalu psychiatrycznym, które jednak nie dawało większych efektów. Zwolnili go ze szpitala nie dlatego, że był zdrowy – nikt nie miał po prostu pomysłów na jego dalszą kurację. Nagle Mariusz otworzył szeroko swoje brązowe oczy, które momentalnie zmieniły barwę na blado niebieskie i z całą siłą uderzył głową w idealnie wyprofilowaną kierownicę. Rozległo się ciche jęknięcie klaksonu. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Czerwona posoka powoli sączyła się mu po nierównych liniach policzkowych, lecz mało go to obchodziło. Podniósł lewą rękę, na której zawsze nosił swój komunijny zegarek czeskiej firmy „Czas Pol” i kipiąc złością do wszystkiego co ludzkie ponownie przywalił, jednak tym razem nie trafił w kierownicę, tylko w zielonkawy przycisk z nadrukowaną rzymską cyfrą 1. Drzwi ponownie się rozwarły się na oścież wpuszczając kolejnych spragnionych wrażeń obywateli – tym razem była to 24 osobowa klasa wraz z jej wychowawczynią panią Bobol, która właśnie wybierała się z dziećmi na wycieczkę do Narodowego Muzeum Chleba i postanowiła, że miejski autobus prowadzony przez Mariusza będzie idealnym środkiem transportu aby osiągnąć ten jakże daleki cel. Prawdę mówiąc, Marzanna Bobol nigdy nie była i nie chciała być dobrą nauczycielką - to nie do niej należała pogoń za spragnionymi wiedzy oseskami z kagankiem oświaty w ręku. Uczyła tylko dlatego, że jej matka (do nie dawna jej jedyne źródło dochodów) zmarła nie tak dawno na koklusz. Pośród tej rozwydrzonej tłuszczy, która czekała na schodach autobusu, prowadzonej przez kobietę opętaną żądzą pieniędzy wyróżniał się dziesięcioletni Bartuś, dziecko-geniusz z okularami zajmującymi powierzchnię równą połowie jego głowy i wodogłowiem. Należy tu też dodać, że Bartuś jest wojewódzkim mistrzem kanasty i dodatkowo chlubi się tym, że uwielbia dręczyć dorosłych ludzi. Dzisiaj jeszcze nikomu nie zepsuł dnia, jak to ma w zwyczaju, więc tylko po wejściu do autobusu obrał za swoją ofiarę nieszczęsnego kierowcę. Ubrany w komplecik spodenki + koszulka ze swoim ulubionym bohaterem filmów, niejakim Haniballem Lekterem podreptał wprost do kabiny pojazdu. Na czworakach podszedł do kabiny, otworzył czarne jak dziegieć drzwiczki i niepostrzeżenie wszedł Marowi pod deskę rozdzielczą upstrzoną kolorowymi guziczkami. Następnie spojrzał lekceważąco na jego zdziwioną gębę, po której wciąż skapywała krew i lewą ręką złapał za pokryty miękką gumą trzonek hamulca ręcznego, a następnie szarpnął go w dół. Drugą zaś jednocześnie nadepnął gaz. Autobus gwałtownie ruszył z kopyta i wszyscy pasażerowie, którzy stali obok kabiny wbrew wszystkim prawom grawitacji wylecieli majestatycznie przez przednią szybę osiągając dokładnie 12 km/h i idealną parabolę lotu. Wylądowali z przeciągłym gruchotem kości na asfalcie pokrytym szkłem ocierając swoje kolana i łokcie do krwi. Gdyby nie doświadczenie i iście filmowy refleks Mara, nie żyliby już w następnej sekundzie. Jednak on, widząc, że jakiś bachor spuścił mu ręczny i wdepnął gaz ręką, odruchowo nacisnął śródstopiem lewej nogi hamulec oraz ponownie zaciągnął ręczny. Pojazd zatrzymał się centymetry od pani Danusi, która skamlała niczym chory pies u pana stóp. Natomiast Mariusz, zły jak zły szeląg wyciągnął berbecia spod swoich nóg i trzymając go za głowę jednym szybkim ruchem dłoni skręcił mu kark. - A niech to! - krzyknął i wyrzucił dzieciaka przez wybitą przednią szybę. Martwy jak nigdy dotąd, Bartuś uderzył z plaskiem o grupę ludzi, która leżała na asfalcie rozkoszując się pięknym dniem i wyjąc z bólu. - Cholera! Już po wszystkim: po pracy, po wolności... (Maro niedawno wyszedł z więzienia i był na warunkowym – skazano go na 5 lat za napad z bronią w ręku na magazyn soli i przypraw) Po wszystkim! - krzyknął Mariusz. Jednak w tej samej chwili zaświtała mu w głowie słodka myśl: - Nie mam nic do stracenia. Może wybiorę się w ostatni kurs? Taki w jedną stronę? - decyzja Mara mogła być tylko jedna – podwyższył tylko lekko fotel kierowcy i wcisnął gaz do dechy...
{b}Rozdział I – Ptaszek w kalce{/b}
- Nie uważasz, że powinniśmy już obudzić tego bandziora? – funkcjonariusz policyjny Jerzy Radwan tym pytaniem spróbował rozładować napiętą sytuację, która już od rana ciążyła nad nim i jego partnerem, Edkiem Wojskim, który siedział za kółkiem radiowozu. Burzę rozpętał jak zwykle Edek, znany ze swojego buńczucznego charakterku, jednak tym razem wina leżała wyłącznie po stronie Radwana, najgrubszego gliny w Sokołowie. Ot, zeżarł raptem 3 drugiego śniadania swojego kolegi. - Nie odzywam się do ciebie, ty… ty… tłusta kupo mięcha! – ostatnie słowo wykrzyczał mu prosto w twarz, sprawiając, że na twarzy Jurka pozostała część jedzonego przez jego partnera hamburgera z samym kotletem, bez mięsa i dodatków w postaci zbędnych warzyw tudzież sosów. Poza tym w to samo miejsce trafiła większość produktów ślinianek przyusznych gliniarza, ponieważ odległość pomiędzy przednimi siedzeniami pojazdu policyjnego, w którym właśnie przebywali, była skrajnie mała (być może spowodowała to marka samochodu – Fiat 125p - lub niebywała wręcz tusza Jerzego – na oko ważył ze 150 kg i zawsze, kiedy pakował się do swojej fury, niepokojąco przechylała się na bok). Oprócz tej parki radiowóz był wypełniony ponadto masą kubeczków, papierków i opakowań po wszelkiej maści przekąskach Radwana oraz niestrawionymi resztkami dań na ciepło, które kłębiły się na tylnych siedzeniach pojazdu oraz wszędzie indziej. Nad lusterkiem wstecznym wisiał żółty odświeżacz marki „Areon” w kształcie krzewu róży, jednak nie maskował on odoru, który wydobywał się z tyłu samochodu. Równie dobrze można by go było powiesić obok wysypiska. Z tego całego brudu zgromadzonego przez policjantów w ciągu wielu lat wytężonej pracy wystawał koniuszek czyjegoś pociągłego, spieczonego przez nieustannie grzejące słońca nosa. - No już, miśku, nie dąsaj się tak. Jak tak bardzo chcesz to odkupię ci te dwie kanapki. A dlaczego właściwie nazywasz go „bandziorem”? Co on takiego zrobił? – zapytał Jurek, ścierając pokaźną dłonią mięso z twarzy. - Po pierwsze: nie dwie, tylko pięć – tym razem ci wybaczam, ale to ma być ostatni raz! Po drugie primo: człowieku, chyba ustanowiłeś nowy rekord lenistwa! To niemożliwe żebyś przespał całą akcję, przecież cały czas rozmawialiśmy, a nawet odbierałeś meldunki przez radio! – Edek miał niezdrową tendencję do ciągłego krzyczenia, z kimkolwiek by nie rozmawiał, więc jego wypowiedzi pewnie usłyszano nawet w oddalony o 4 km od miejsca zdarzenia sklepie samoobsługowym „Orzech The Nine”, zwanym przez miejscowych po prostu marketem. - Rety, nie czepiaj się mnie. Nie moja wina, że pierwszy patrol zaczynamy o takiej pogańskiej godzinie. Poza tym każdy powinien być świeży i wyspany, żeby móc zaatakować z pełną siłą świeży dzień, prawda? A co do tych meldunków, wiesz, że zdarza mi się czasami gadać przez sen… - Sraty - taty! Przecież jest już 18! - Spokój! Koniec tematu. Co z tym tutaj? Co zrobił? - Naprawdę mocno spałeś! Ten facet rozjechał w drobny mak autobusem 27 osób, a 19 ciężko ranił! Nie mówiąc już o stratach materialnych! Zachlapał pół alei Kościeja krwią! - Jejku! Teraz powiedzonko „czerwony autobus” zmieni chyba trochę znaczenie, co? - Eh! Czemu ty zawsze musisz puszczać takie kiepskie żarciki?! - Eeee tam. Lepiej go obudź. Muszę mu przecież przeczytać jego prawa, nie sądzisz? Wojski pokiwał tylko głową i obrócił się z chrzęstem kości na swoim siedzeniu pokrytym koralikową narzutą. Spojrzał w stronę góry śmieci. - Ej ty, tam na dole! Obudź się! – nie widząc zadowalających go wyników spojrzał na partnera i zapytał – I co teraz?! - Chyba się nie rozpłaczesz? Edek zlustrował go tylko zniesmaczonym wzrokiem i wziął do ręki swoją wierną strzelbę powtarzalną, którą żartobliwie nazwał „Rozpylaczką” – brał ją na każdy patrol. Ponownie obrócił się do tyłu i dźgnął spoczywający tam barłóg końcem lufy. W stercie śmieci coś się poruszyło. Po chwili część kubeczków i papierków zsunęła się na dywaniki leżące na podłodze ukazując głowę Mariusza Bednarczyka. Znów miał nienaturalnie rozszerzone spojówki. Gęste czarne włosy posklejane tu i ówdzie zastygłą czerwoną posoką zakrywały większą część jego twarzy. Powieki nie wykonywały żadnego ruchu. - Jezu! Popatrz tylko na niego! Pięć lat za sam wygląd! – Jerzy nie zwrócił nawet uwagi na spostrzeżenie partnera, tylko otworzył schowek i wyciągnął z niego podręcznik policjanta. Następnie otworzył tę zieloną skarbnicę wiedzy i zaczął recytować: - Masz prawo zachować milczenie. Wszystko co powiesz, może być użyte przeciwko… Wojski zniesmaczył się jeszcze bardziej (o ile to było możliwe) i obrócił się w stronę przedniej szyby, wziął do ręki czasopismo „Sokół”, które dotychczas spoczywało na jego chudych kolanach, otworzył na stronie 18, na której znajdował się artykuł o toaletach dla psów podwórkowych i zaczął wnikliwie czytać. Nagle leżący z tyłu Mariusz poruszył się nieznacznie. Pod papierkami od hamburgerów jego pięści powoli zaczęły się zaciskać. -… swoje prawa? – Radwan skończył czytać i wrzucił książkę z powrotem do schowka. – Pytam: czy zrozumiałeś swoje prawa? – wyciągnął rękę do Bednarczyka, złapał go za ramię i mocno potrząsnął. Reszta śmieci zleciała z Mara – jego niebieski sweterek pod wpływem ostatnich wydarzeń zmienił barwę na ciemnoczerwoną. - Hej kolego, słyszysz mnie? Człowieku, odpow… - w tym momencie gliniarz zamilkł, ponieważ jego wzrok spoczął na niebieskich oczach zatrzymanego. Jego dłoń wciąż ściskała prawe przedramię Mariusza. Obrócił głowę do partnera. - Jejku, Edek. Zauważyłeś, że on wcale nie mruga? A jaki on zimny! Zupełnie jakby… - głos ponownie uwiązł mu w gardle, ponieważ poczuł na swoim przegubie mocny, lodowaty uścisk. Powoli, ze zgrzytem kości, przesunął głowę w stronę tylnego siedzenia. Ujrzał siedzącego Bednarczyka, wyprężonego jakby do skoku, z głową odchyloną do tyłu, tak, że niemal dotykała pleców. Jego dłoń spoczywała na ręku policjanta, a oczy dalej był nienaturalnie wytrzeszczone. - Eeeddek… - Jerzy zajęczał przestraszonym głosem. - Co do… - Wojski ze znużeniem odłożył gazetę i także się obrócił. Zdążył tylko zobaczyć, jak zatrzymany uderza jego partnera w głowę, używając do tego swojej. Następstwem tego działania było rozpryśnięcie się czerepu starszego aspiranta Jerzego Radwana na przedniej szybie radiowozu. Krew i cząstki mózgu zachlapały wnętrze pojazdu. Spora część posoki wyleciała przez otwarte przednie okno z ogromną prędkością, trafiając kilku nierozważnych przechodniów, którzy mieli pecha przechodzić obok pojazdu. Wszystko w radiowozie było mokre od posoki. Kawałki czaszki spłynęły Jerzemu po dumnie wypiętej piersi, a jego korpus, z którego wystawała jeszcze górna część kręgosłupa powoli osunął się na kierownicę, przyciskając zepsuty od co najmniej dwóch lat klakson. Policjant przetarł mokrym rękawem nabiegłe krwią oczy i ujrzał Bednarczyka, który siedział skulony w pozycji embrionalnej, a jego oczy stały się brązowe. Najwyraźniej nie ucierpiał w wyniku zderzenia. Przerażony Wojski mocno przytulił się do drzwi. Przez kilka chwil nie mógł poruszyć żadną częścią ciała, a w głowie miał zupełną pustkę. Wreszcie podniósł umoczoną w umyśle swojego byłego już partnera rękę i zaczął szybko szarpać za jasno metalową klamkę, która zdążyła już ocieknąć z cieczy wiadomego koloru, jednak nie dawało to żadnych widocznych efektów. Nagle przypomniał mu się Radwan, który zawsze kazał zamykać mu drzwi. „Przecież nie chcemy żebyś przypadkiem wypadł na gdzieś po drodze, prawda?” – mawiał. Wykorzystując tę wiedzę glina momentalnie chciał wcisnąć przycisk otwierający wszystkie cztery pary, lecz ten znajdował się po stronie Jerzego, tuż obok kierownicy. Z obrzydzeniem sięgnął przez zastygłe już ciało partnera sięgając do guzika, jednak na jego drodze stanęła większa część mózgu Radwana, która wylądowała akurat po lewej stronie kierownicy, gdzie swoje zaszczytne miejsce zajmował wspomniany wcześniej klawisz. - JezujezujezujezujezujezuJEZU! – wykrzyczał Wojski, biorąc właśnie rozum przyjaciela w obie ręce. Krew przeciekała mu przez palce. Nagle dłonie odmówiły mu na chwilę posłuszeństwa i mózg upadł z pluskiem w kałużę krwi znajdującą się na podłodze. Policjant spojrzał ponownie na partnera – posoka wciąż wytryskała mu z szyi, brudząc regularnie przednią szybę i podnosząc ogólny poziom cieczy w samochodzie. Gwałtownie wcisnął lewą ręką guzik. Wszystkie drzwi otworzyły się na oścież jak jeden mąż i krew wypłynęła z radiowozu niczym wesoły górski strumyk, wprost pod stopy przechodzących obok ludzi. Edek szarpnął się do tyłu i wypadł na ulicę, uderzając plecami o asfalt. Momentalnie zerwał się na równe nogi i pobiegł w świat, zostawiając za sobą radiowóz, przyjaciela, nieorientujących się w sytuacji szarych obywateli oraz mordercę, który miał już na swoim koncie równo 28 ofiar.
*****************************************
- Wstać, sąd idzie. Rozprawę poprowadzi sędzia Jan Maria Zdzirski. - Maks, facet zatrudniony w ochronie Budynku Sądowego ze zdziwieniem podrapał się w łysą głowiznę. Jego oczy, umiejscowione były poniżej kartoflanego nosa, więc wyglądał trochę nietypowo jak na tę szerokość geograficzną. Codzinne, lecz nieregularne ćwiczenia na poniemieckim urządzeniu do ćwiczeń mięśni górnych partii ciała każdego zdrowego Aryjczyka zrobły swoje. Mimo iż miał około 45 lat trzymał niezłą formę. Był ubrany bardzo podobnie do oskarżonego, którego policjanci właśnie wprowadzali na salę rozpraw – w sumie ten sam pulower, spodnie w kancik i brakujący krawat. Jedyną różnicę stanowiła osoba znajdująca się wewnątrz swetra, no i oczywiście stan ubrania, ponieważ Maksio nie miał w zwyczaju kąpać się w krwi przed rozpoczęciem swej jakże morderczej pracy. Mimo jego zapowiedzi, prowadzący sprawę nie znajdował się jeszcze na sali, a poza tym nikt nie raczył wstać. Spojrzał na ławę oskarżonych. Nie był to wesoły widok. Gdyby prawo było w rękach Maksymiliana Służyńskiego, wypuścił by na wolność człowieka, który kiwał się z lewa na prawo na swoim czteronogim stołku, mimo że zbrodnie popełnione przez niego były wszem i wobec znane. - „ Jak ten biedaczyna wygląda. Przecież to obraz nędzy i rozpaczy. Jak takie chucherko można oskarżyć o takie zbrodnie” - pomyślał Służyński, szczerze współczując seryjnemu mordercy. Następnie rzucił okiem na resztę sali. Wszystkie miejsca dla widzów były puste. Swoje zasłużone miejsce zajmował obrońca – były piłkarz górniczego klubu sportowego GKS Sokołów. W tej chwili był ubrany w służbowy uniform, a jego twarz nosiła znamiona częstych walk z kibicami, z których to mieścina zwana Sokołowem była znana jak świat szeroki. Obok niego siedział niczym nie wyróżniający się prokurator oraz pani Basia, proton. Dalej na prawo znajdował się piedestał, gdzie powinien być już sędzia. Wielkie, oszklone okna wpuszczały ogromne ilości popołudniowych promieni słonecznych, które miarowo oświetlały całe pomieszczenie. Jednak największe ich skupisko skupiało się na drzwiach obok podwyższenia – prowadziły one do garderoby sędziowskiej. Z jej wnętrza wydobywały się miarowe uderzenia i stuknięcia, co po chwili zauważył również Maks. - „Co znowu? Może to te szczury, o których wspominała pani Krysia? Pójdę sprawdzić.” - jak pomyślał, tak zrobił. Dokładnie mierząc każdy krok, przebiegł po schodkach prowadzących na piedestał i dopadł drzwi. - Cholera, zamknięte! - krzyknął. Służyński oprócz wykonywania pracy ochroniarza, zatrudniał się jako woźny na pół etatu, więc bez problemu mógł otworzyć każe drzwi w budynku. Maks ospale szarpał za klamkę, gdy nagle go oświeciło. - „Przecież po ostatniej rozprawie zawsze zamykam wszystkie drzwi na cztery spusty!”. Momentalnie sięgnął do pasa, gdzie przypiętę miał okrągłe kółko z kluczami. Wyciągnął właśnie ten, który pasował do zamka i otworzył drzwi na pełną oścież. Z pomieszczenia wypadł sponiewierany sędzia. Ledwo utrzymując się na nogach, oparł rękę na ramieniu ochroniarza. - Ty....Ty....Ty.... idioto! Tkwiłem w tej dziurze od trzech dni! Co ty sobie gnoju wyobrażasz?! Jesteś tu skończony, słyszysz? S-K-O-Ń-C-Z-O-N-Y!!! - sędzia, najwyraźniej nieco zdenerwowany, wyklinał biednego Maksymialian na czym to świat stoi. - Przepraszam, ale nie będę słuchał więcej podobnych obelg. Moja duma została poważnie urażona. Teraz wychodzę, a jak wrócę masz to wszystko sobie przemyśleć. Zrozumiałaś, kruszyno? - zapytał Maksiu, po czym tupiąc i powłócząc nogami niezwłocznie opuścił salkę. Wyraźnie urażony sędzina wszedł na podwyższenie. Łzy gęsto skapywały mu po bujnej, czarnej brodzie, która pokrywała jego spracowaną twarz. Na oko miał około trzydziestkę, ale tak naprawdę miał dopiero 31 lat. Ubrany był w czarną, powłóczystą togę i wyglądał na nieco wychudzonego. W ręku trzymał gumowy młotek marki „Stomil”. Wziął w rękę mikrofon, który do tej pory leżał pod piedestałem i przysunął go sobie do najbliższej części twarzy. - Serdecznie przepraszam za tego nadętego bubka, oraz za moje zachowanie. Jest jednak ono zrozumiałe dla państwa, dlatego że siedziałem zamknięty w tej norze przez co najmniej 3 dni o samej wodzie. Więc, jeśli państwa to nie urazi, przegryzę co nie co. - sędzia złożył dłoń w pięść i uderzył w drzwiczki schowka, który był umiejscowiony na bocznej ściance podwyższenia. Klapka opadła z wręcz niewyobrażalnym hukiem, który mało co nie rozsadził głowy oskarżyciela pomocniczego, dr Marka Karskiego, który zajmował miejsce tuż obok. Doktor widział całe zdarzenie, które miało miejsce już przeszło tydzień temu. Przyglądał się rozrywanym ciałom, ze zdumieniem przypatrywał się także rozjeżdżanym naprędce ludziom i nie mógł pojąć, jakim cudem zdarzyło się tak, a nie inaczej. Rozmyślał przez długie minuty ostatniej godziny swego sennego życia, że źle się stało. Tak, według tegoż znachora źle się stało. Przecież to on mógł siedzieć za kierownicą tego autobusu! Oczywiście, szczerze żałował, że to nie jemu dane było poćwiartować te szalone, pozbawione rozumu stwory zwane ludźmi. Więcej, uważał, że sam by zrobił lepiej. Wedle słynnego w pewnych zawężonych kręgach powiedzonka „ Lepiej późno niż wcale”, wyszedł dziś z domu z mocnym postanowieniem poprawy. Otóż, jak już wsadzi tego nieudacznika do kicia, sam ukradnie jakiś autobus (albo lepiej czołg) z zajezdni PKM przy ulicy im. Afrika Korps i zrobi to lepiej. O tak, zrobi to duuuużo lepiej. Podczas gdy oskarżyciel posiłkowy snuł diaboliczne plany eksterminacji połowy mieszkańców zaludniających najbliższe 200 kilometrów kwadratowych, sędzia zdołał wsadzić już jedną łapę w schowek i wyciągnąć trzy dorodne, dojrzałe w słońcu kalifornijskiej wyżyny Osgod, czerwone aż do bólu pomidory koktajlowe. Następnie rozważając wszystkie aspekty rozprawy, którą miał poprowadzić już za chwilę, zamknął drzwiczki schowka, używając do tego kolana i uważając przy tym, żeby cenne pożywienie nie upadło mu z powrotem na szorstką podłogę typu Kamaz, jedyne 30 groszy za metr sześcienny – znajdziecie taką w każdym dobrym sklepie, który sprowadza podłogi takiego typu, jednakowoż nie sprowadza innych, żeby nie zaśmiecać sobie niepotrzebnie półek sklepowych, które trzeba i tak wysprzątać do soboty, bo pan Antek z sanepidu wpada na niezapowiedzianą kontrolę i jak wlepi nam karę, to ty potem będziesz się tłumaczyła szefowi, i uważaj, bo na pewno odciągnie ci to od pensji, a dzieciaki trzeba przecież czymś wykarmić, nie mogą codziennie jeść bułek ze smalcem, nawet jeśli to ich ulubione danie, a do pierwszego jeszcze daleko - jak ty się z tym wyrobisz kobieto, przecież nie dość że sobie zmarnujesz życie to i wciągniesz w bagno niepowodzeń i źle przemyślanych sytuacji swoje biedne, chudziutkie jak parasolki, dwie zrodzone z bólu i nienawiści, wychowane w otoczeniu wojny, pociechy. Powracając do rzeczywistości: Zdzirski rozsiadł się w stojącym nieopodal fotelu a'la Ludwik XVI z błękitnymi obiciami, które tak naprawdę były bardzo brązowe – po prostu sędzia Janek już od lat siadał na nim obżerając się wiecznie jagodami i innymi niebieskimi owocami (niekoniecznie leśnymi). A więc tradycji po raz kolejny stało się zadość, znów to konserwatyzm zwyciężył nad biegnącą na złamanie karku, ale wiecznie do przodu, w kierunku znanych tylko sobie i kilku osobom z poza Układu, nowoczesną technologią. Jadł, wgryzał się swymi ostrymi siekaczami w delikatną powłokę zewnętrzną pomidorów, czy po prostu żarł…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Tomok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…