Wózek
o ,,sensach" i ,,bezsensach" - całkiem bez sensu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wózek
Była zima, a ja jechałem właśnie do pobliskiego większego miasta bez konkretnego celu - ot, żeby zabić nudę. Autobus taplał się w topniejącym śniegu. Na dworze panował półmrok. Niebo było ciemne i gęste, ale nie złowrogie jak przed burzą. Chuderlawe gnaty drzew świetnie komponowały się z jego odcieniem, a nieestetyczne i zaniedbane ogródki działkowe, które właśnie mijaliśmy, doskonale wchodziły w tonację. Wszystko mieniło się jakże bujną szarością (tak bujną, nie inaczej). Byłby to widok zaprawdę niepokojem przejmujący, gdybym nie wiedział, że niepokój jest całkiem nieuzasadniony. Odwróciłem głowę w drugą stronę - obrazy już nie tak spójne, bo zaczęły pojawiać się tu i ówdzie większe bloki mieszkalne. W pewnej chwili oczom moim ukazał się pomiędzy nimi szkielet straszący tu pewnie od wielu lat. Był to niedokończony moloch, zaplanowany jako typowy kloc użytkowy. Budowy jednak z jakichś całkiem nieciekawych powodów nie skończono i stał tak bidul, a wiatr hulał między nagimi, nasiąkłymi wilgocią ścianami i licznymi niezabudowanymi otworami - zarodkami drzwi i okien. Gdyśmy go mijali, ujrzałem na piętrze chyba drugim pewien majak. Zjawisko absurdalne, którego z oczywistych względów tam tak naprawdę nie było. Naturalnie, że nie było. Zwyczajnie - miałem zwidy. Każdemu czasem przytrafia się zoczyć rzeczy, które nie istnieją. Nie było tam nic, poza betonem, blachą, kurzem i świstami a gwizdami. Cokolwiek zeźliłem się na swój umysł, że takie mi dyrdymały podpowiadał. Takie bzdury, takie bzdury, o, mój Boże, jakie bzdury...Wysiadłem na następnym przystanku i czym prędzej pognałem do budynku. Jako, że znajdowałem się po tej samej stronie drogi, co on, spoglądając w górę nie mogłem przekonać się, czy jestem wariat, czy to świat zwariował. Przejść też niebardzo, bo auta pędziły jednolitym sznurem, a ja nie miałem dość cierpliwości, by czekać. Molocha ogrodzono - pewnie jeszcze kiedy trwały prace - płotem z falowanej blachy, ale była w nim wielgachna dziura. Nie musiałem szukać wejścia do środka, bo płaszczyzna ściany składała się w 40 procentach z wejść. W środku było dość widno jak na tę porę dnia. Na ścianach widniały napisy opiewające jedne i krytykujące inne kluby piłkarskie. Po podłodze gdzie, niegdzie walały się flaszki z gorzały i puszki po piwie, a w niektórych miejscach stopiony był plastik. Wszedłem po schodach na pierwsze piętro. Tam jeszcze mniej ścian, bardziej widno, ale przez to i chłodniej, wiatr hula dziko i wariacko. Czasem jakiś liść przeleci - nie wiadomo, skąd się wziął. Rozejrzałem się dokoła - a tam było nic. Nic nadzwyczajnego. Schody, półpiętro, drugie piętro. A tam... Ach... Siedział za biurkiem w okularach i szarym garniturze. Wiatr rozwiewał jego krótko przystrzyżone włosy. Pochylał się nad arkuszem papieru i zapalczywie coś notował. Był do mnie profilem. Zacząłem zataczać łuk, pozostając cały czas w bezpiecznej, jak mi się wydawało, odległości. Zdawał się mnie nie widzieć. Gdy znalazłem się dokładnie naprzeciwko mężczyzny, przystanąłem i patrzyłem. Trwałem tak czas jakiś, a on skrobał i skrobał. Bez opamiętania i ruchem nerwowym - skrobał. Był to widok dalece groteskowy, biorąc pod uwagę okoliczności, ale gryzipiórek jak ten nie wzbudzał we mnie emocji, przez które mógłbym zaniemówić. Przeto spytałem. -Co tu robisz? - zaprzestał gryzmolenia, zamarł. Po chwili zaczął się trząść na całym ciele (a oczu ani na moment nie spuszczał z kartki). W tej pozycji przemówił tak, jakbym nękał go poraz wtóry w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ton jego głosu był niespokojny i niecierpliwy. -Nie widzisz, że pracuję? - gryzmolił dalej. -Że co? - pytam. -Ja - pra - cu - ję. - wyartykułował jeszcze bardziej podenerwowany. -Pracujesz? Tutaj? To bez sensu! Ponownie znieruchomiał, a następnie wpadł w rezonans. -To nie jest bez sensu! Dziwnym jakimś sposobem wstąpiła we mnie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…