Wróć do katalogu

Wózek

o ,,sensach" i ,,bezsensach" - całkiem bez sensu.

Robin Goodfellow, opublikowano , 8 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wózek

Była zima, a ja jechałem właśnie do pobliskiego większego miasta bez konkretnego celu - ot, żeby zabić nudę. Autobus taplał się w topniejącym śniegu. Na dworze panował półmrok. Niebo było ciemne i gęste, ale nie złowrogie jak przed burzą. Chuderlawe gnaty drzew świetnie komponowały się z jego odcieniem, a nieestetyczne i zaniedbane ogródki działkowe, które właśnie mijaliśmy, doskonale wchodziły w tonację. Wszystko mieniło się jakże bujną szarością (tak bujną, nie inaczej). Byłby to widok zaprawdę niepokojem przejmujący, gdybym nie wiedział, że niepokój jest całkiem nieuzasadniony. Odwróciłem głowę w drugą stronę - obrazy już nie tak spójne, bo zaczęły pojawiać się tu i ówdzie większe bloki mieszkalne. W pewnej chwili oczom moim ukazał się pomiędzy nimi szkielet straszący tu pewnie od wielu lat. Był to niedokończony moloch, zaplanowany jako typowy kloc użytkowy. Budowy jednak z jakichś całkiem nieciekawych powodów nie skończono i stał tak bidul, a wiatr hulał między nagimi, nasiąkłymi wilgocią ścianami i licznymi niezabudowanymi otworami - zarodkami drzwi i okien. Gdyśmy go mijali, ujrzałem na piętrze chyba drugim pewien majak. Zjawisko absurdalne, którego z oczywistych względów tam tak naprawdę nie było. Naturalnie, że nie było. Zwyczajnie - miałem zwidy. Każdemu czasem przytrafia się zoczyć rzeczy, które nie istnieją. Nie było tam nic, poza betonem, blachą, kurzem i świstami a gwizdami. Cokolwiek zeźliłem się na swój umysł, że takie mi dyrdymały podpowiadał. Takie bzdury, takie bzdury, o, mój Boże, jakie bzdury...Wysiadłem na następnym przystanku i czym prędzej pognałem do budynku. Jako, że znajdowałem się po tej samej stronie drogi, co on, spoglądając w górę nie mogłem przekonać się, czy jestem wariat, czy to świat zwariował. Przejść też niebardzo, bo auta pędziły jednolitym sznurem, a ja nie miałem dość cierpliwości, by czekać. Molocha ogrodzono - pewnie jeszcze kiedy trwały prace - płotem z falowanej blachy, ale była w nim wielgachna dziura. Nie musiałem szukać wejścia do środka, bo płaszczyzna ściany składała się w 40 procentach z wejść. W środku było dość widno jak na tę porę dnia. Na ścianach widniały napisy opiewające jedne i krytykujące inne kluby piłkarskie. Po podłodze gdzie, niegdzie walały się flaszki z gorzały i puszki po piwie, a w niektórych miejscach stopiony był plastik. Wszedłem po schodach na pierwsze piętro. Tam jeszcze mniej ścian, bardziej widno, ale przez to i chłodniej, wiatr hula dziko i wariacko. Czasem jakiś liść przeleci - nie wiadomo, skąd się wziął. Rozejrzałem się dokoła - a tam było nic. Nic nadzwyczajnego. Schody, półpiętro, drugie piętro. A tam... Ach... Siedział za biurkiem w okularach i szarym garniturze. Wiatr rozwiewał jego krótko przystrzyżone włosy. Pochylał się nad arkuszem papieru i zapalczywie coś notował. Był do mnie profilem. Zacząłem zataczać łuk, pozostając cały czas w bezpiecznej, jak mi się wydawało, odległości. Zdawał się mnie nie widzieć. Gdy znalazłem się dokładnie naprzeciwko mężczyzny, przystanąłem i patrzyłem. Trwałem tak czas jakiś, a on skrobał i skrobał. Bez opamiętania i ruchem nerwowym - skrobał. Był to widok dalece groteskowy, biorąc pod uwagę okoliczności, ale gryzipiórek jak ten nie wzbudzał we mnie emocji, przez które mógłbym zaniemówić. Przeto spytałem. -Co tu robisz? - zaprzestał gryzmolenia, zamarł. Po chwili zaczął się trząść na całym ciele (a oczu ani na moment nie spuszczał z kartki). W tej pozycji przemówił tak, jakbym nękał go poraz wtóry w ciągu bardzo krótkiego czasu. Ton jego głosu był niespokojny i niecierpliwy. -Nie widzisz, że pracuję? - gryzmolił dalej. -Że co? - pytam. -Ja - pra - cu - ję. - wyartykułował jeszcze bardziej podenerwowany. -Pracujesz? Tutaj? To bez sensu! Ponownie znieruchomiał, a następnie wpadł w rezonans. -To nie jest bez sensu! Dziwnym jakimś sposobem wstąpiła we mnie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych