Wróć do katalogu

Wśród ulic Cenote

Nigdy nie możemy być pewni, jaki wpływ wywrze na nas zasłyszana historia.

Brenin, opublikowano , 36 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Drogi Czytelniku, tekst znajdujący się poniżej jest jedynie fragmentem dłuższej opowieści. Postanowiłem jednak podzielić się wspomnianym fragmentem, licząc że chociaż kilkoro z Was wytknie mi błędy i niedociągnięcia, które obniżają poziom niniejszej historii. Być może, dzięki Wam, uda mi się poprawić jej wartość i nadać zadowalający ton. Życzę znośnej lektury, obyście na końcu nie żałowali poświęconego czasu. Pozdrawiam!

Wśród ulic Cenote

Słońce dawno skryło się już za horyzontem i jedynie pomarańczowa łuna rozchodząca się szerokim pasem na zachodzie, wciąż odganiała noc. Delikatny wiatr próbował poruszyć ciężkimi okiennicami, które jedynie drżały, połechtane jego wysiłkiem. Cienie rozproszone za dnia wychodziły powoli, rozpływając się po ścianach i suficie, jakby ktoś przypadkiem je tam rozlał. W izbie panowała cisza i można byłoby przypuszczać, że stoi zupełnie pusta. Za zamkniętymi drzwiami dało się słyszeć wolne kroki. Ktoś zatrzymał się przed nimi i po krótkiej chwili popchnął je delikatnie, a te skrzypiąc, otworzyły się na oścież. Do pomieszczenia weszła kobieta ubrana w czarną, prostą sukienkę. Jej twarz skąpana w świetle świecy, wyglądała wciąż młodo i świeżo, chociaż czasy pierwszej młodości miała już dawno za sobą. Odstawiła srebrny talerzyk, gdzie w roztopionym wosku utkwiony był niewielki ogarek. Rozejrzała się po izbie, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. - Chłopcy? – zapytała cicho. Nikt nie odpowiedział, chociaż zdawało jej się, że usłyszała stłumiony śmiech dochodzący gdzieś z bliska. Szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz. Podeszła wolno do łóżka stojącego na środku i wzdychając, niby w pełnym zrezygnowaniu, opadła na jego skraj. - A co my tu mamy? – żartowała, poklepując delikatnie niewyraźny kształt, znajdujący się pod kocem. Ten najpierw poruszył się nieznacznie, później gwałtowniej, w końcu jego brzeg uniósł się i wychyliła się zza niego chłopięca główka, okraszona burzą kręconych, brązowych włosów, które bezwiednie opadały na czoło. - Mamo! - Tu się schowałeś? Gdzie twój brat? - Tam gdzie zawsze – zaśmiał się chłopiec. Kobieta wstała i wolnym krokiem zwróciła się w stronę okna. Nie zdążyła jeszcze podejść, kiedy pojawiała się w nim postać, której zarys odcinał się od ciemniejącego nieba. Tajemnicza postać zręcznie niczym kot wślizgnęła się do pomieszczenia i z głośnym trzaśnięciem zamknęła za sobą ciężkie okiennice. Pokój rozświetlał jedynie niewielki płomień świecy. - Julianie, musisz skończyć z tym wychodzeniem przez okno. Pokaż no się! – zakrzyknęła matka, przyciągając syna do siebie. Miał nie więcej niż piętnaście lat. Zdawało się, że ten wysoki i chudy jak tyczka chłopak patrzył na matkę z góry, lecz jego duże, ciemne oczy utkwione były w jakimś dalekim, nieobecnym punkcie. - Znowu się pobrudziłeś. Mój boże, co ja się z wami mam – lamentowała kobieta. – Co ty tam robiłeś? - Myślał! – krzyknął malec. Nadal leżał w łóżku i tylko jego głowa wystawała ponad kocem. Wprawienie brata w zakłopotanie wyraźnie go ucieszyło. - Fi-zolof! – kontynuował. - Jeśli już, to filozof, głupku! – obruszył się Julian. - Mówiłem, mamo! - Dajcie spokój, obaj! Pora już spać! Przyszłam, żeby sprawdzić, czy już leżycie, ale jak zwykle widzę, że trzeba was zmusić. Julek, kładź się. Chłopak westchnął ciężko i bez słowa, wykonał polecenie, zajmując miejsce obok młodszego brata. - Mamo… - zaczął chłopak widząc, że ta zbiera się do wyjścia. – Dlaczego nie odejdziemy? Może gdzieś jest lepiej? Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, gładząc syna po twarzy. Chociaż podobne pytania padały bardzo często, wciąż nie udało się jej znaleźć właściwej odpowiedzi. Za każdym razem wprawiały ją w nie małe zakłopotanie. Z uczuciem nieskrywanego przybicia spojrzała na dzieci i przywołując wspomnienie własnej matki, powtórzyła jej słowa: - Nie możemy… Po prostu nie możemy – dodała ciszej, jakby próbując przekonać samą siebie. - Już to słyszałem. - Julek, daj już spokój. Męczysz ten temat nieustannie, jak ci tak źle to sobie idź! – włączył się malec. - Todo, ledwo od ziemi odrosłeś, a udzielasz się więcej niż dorośli. Zaraz zrobię z tobą porządek! - Spróbuj! – prowokował malec, którego poziom odwagi niezwykle wzrósł w obecności matki. Podobnej zachęty nie trzeba było powtarzać dwa razy. Starszy szturchnął młodszego pięścią, tamten próbował odwdzięczyć mu się szczypnięciem i prawdopodobnie ta braterska walka trwałaby nadal, gdyby w porę nie zareagowała matka. - Przestańcie! Obaj! Co się z wami dzieje? Chociaż raz moglibyście zachowywać się jak bracia. Czy to takie trudne? – kobieta bezradnie rozłożyła ręce. – Przemyślcie to. Chłopcy jeszcze chwilę próbowali dokazywać, ale widząc, że matka wstaje, uspokoili się. - Mamo – zaczął niewinnym głosem Todo. – Mogłabyś opowiedzieć nam naszą ulubioną historię? Jego oczy zaszkliły się, a odbity w nich płomień świecy zadrgał i zdawało się, że rozbłysnął. Julian, który do tej pory sprawiał wrażenie osoby sceptycznej wobec każdego słowa brata, jedynie nieznacznie kiwał głową, jakby pełne poparcie pomysłu było zupełnie sprzeczne z jego naturą. - Znacie przecież tę historię. Opowiadałam wam ją tyle razy, pewnie sami pamiętacie ją lepiej niż ja. - Ale mamo… - nie poddawał się Todo. – Mistrz Chaca mówił nam, że jako dzieci każdego dnia inaczej patrzymy na świat. Często tak jakbyśmy patrzyli na wszystko po raz pierwszy. Może po dzisiejszej opowieści uda nam się wyciągnąć właściwe wnioski z tej historii? Nie uważasz? – widmo uśmiechu zadrgało na jego ustach, ale w ostatniej chwili powstrzymał się przed tą zuchwałością. Kątem oka spojrzał jedynie na brata, jakby szukał w nim oparcia. Matka nie zauważyła, jak tamten nieznacznie kiwnął głową. - Todo, skąd ty bierzesz te wszystkie pomysły? Kto ci kazał tak powiedzieć? - Nikt – odparł niepewnie chłopiec. – A zatem? - Dobrze, już dobrze! – zdecydowała się w końcu. – Jest jeszcze całkiem wcześnie, więc mogę wam coś opowiedzieć, tylko słuchajcie uważnie, żebym nie musiała się powtarzać. I żadnego dokuczania – dodała pospiesznie. Obaj przytaknęli ochoczo. Kobieta poprawiła koc, okrywając synów najszczelniej, jak tylko mogła. Sama rozsiadła się wygodniej, opierając o wezgłowie łóżka. Odchrząknęła głośno, a następnie jej miękki głos rozbrzmiał, przeszywając półmrok. Słowa zamieniały się w obrazy, które niczym film przesuwały się przed oczami zasłuchanych dzieci. - Cenote jakie znacie, jest zupełnie niepodobne do tego, jakim było jeszcze prawie sto lat temu – zaczęło swoją historię. – Niestety nie ma już nikogo, kto mógłby wam opowiedzieć o tym, jak było tu naprawdę. Pozostały nam jedynie opowieści, które rozbrzmiewają, gdy słońce skryje się za horyzontem. Noc uwielbia stare dzieje, rozpamiętuje wszystko, pielęgnuje wspomnienia. Kobieta zamilkła na moment. - Mamo? – zaniepokoił się Todo. - Już, już… Przepraszam. Zamyśliłam się – usprawiedliwiła się. – Dzisiejsze Cenote jest jak cień samego siebie. Choć można dostrzec w nim zarys dawnej chwały, nie ma już sposobu na to, by jej dotknąć. Cień przeszłości, w końcu opada na wszystko. Miasto, w którym żyjemy, było kiedyś prawdziwą metropolią wspaniałości i cudów. Piękno i powab tego miejsca ściągały całe rzesze ludzi, którzy niestrudzenie przybywali z najdalszych zakątków świata. Niewielkie łodzie przypływały rzeką i przybijały do portu obok Starej Bramy, gdzie uradowani karczmarze witali przybyłych. Na pobliskim wzgórzu, które góruje nad okolicą, stał piękny i potężny Złoty Pałac. Prowadziły do niego kamienne schody, wyciosane ze szczególną starannością w skalistym zboczu. U ich podnóża rozpościerał się wybrukowany plac, który oświetlony promieniami słońca, mienił się tysiącami kolorów. Na jego środku stała niewielka fontanna, wokół której nieustannie krążyła grupka dzieci. Ich śmiech niknął we wschodnim wietrze, który niósł ze sobą zapach kwiatów i drzew cytrynowych. Pomiędzy placem a ulicą rzemieślników stała wysoka wieżyczka z czerwonym dachem, pod którym ukryty był dzwon. Kiedy dzwonił, znaczyło to, że skończył się czas pracy. Ludzie po ciężkim dniu wracali do domów, a ulice zapełniały się krzykami i śmiechem. - Mamo, mamo… Opowiedz o parku! – zakrzyknął żywo Todo. - Od placu odbiegała wąska alejka. Zupełnie niepozorna, niemal na uboczu, wiła się w cieniu niewysokich, równo przyciętych drzew. W połowie jej długości odbiegała od niej odnoga, którą można było dotrzeć do Królewskiego Rynku, gdzie dachy ogromnych straganów falowały na wietrze. Jednakże, mało kto korzystał z tej odnogi, wszyscy bowiem raz wstąpiwszy w alejkę, woleli dotrzeć do jej końca, gdzie znajdował się park Świętej Anny. Nazwany ku pamięci pierwszej królowej i wybudowany z polecenia jej męża. W jego centrum umiejscowiony był trawiasty dywan, ze wzorami wybranych konstelacji, z nisko formowanego, ciętego bukszpanu. W pobliżu znajdowała się niewielka dolina w środku, której niewielki staw otaczały zastępy kolorowych kwiatów. Wzdłuż głównej alei, wąskim strumieniem płynęła rzeczka, nad którą w równych odstępach przerzucone były drewniane kładki. Niekiedy zmęczeni wędrowcy przysiadali i chłodzili zbolałe stopy w chłodnej i orzeźwiającej wodzie, to zrywając się z krzykiem, to śmiejąc się, gdy któraś z ryb otarła się o ich nogi. Pomimo tego, że wysokie drzewa, o grubych pniach, pokrywały większą część parku, nie szkodziło to temu, by jedną z największych atrakcji, był ogromny szpaler lip, których sadzonki ktoś podarował królowi, jako prezent z odległego kraju. - Naprawdę mogło tak być, mamo? – dziwił się Todo. Pytanie wyrwało mu się zupełnie przypadkiem. Jego zamyślony wzrok utkwiony był w odległym punkcie i zdawało się, że wędruje teraz jedną z alejek, przeczesując dłonią miękkie, zielone liście. - Tak, tak. Naprawdę – odparła matka, śmiejąc się. – Wspomnienie tego miejsca jest stale pielęgnowane i przekazywane, by nigdy nie umarło. Chłopiec wziął głęboki oddech i spojrzał na matkę wyczekująco. - Jednym z największych cudów był Złoty Pałac, którego nazwa wzięła się od złotego dachu w kształcie kopuły. Gdy zachodziło słońce, jego promienie ślizgały się po kopule i przywodziły na myśl, jakoby jedna z gwiazd zawisła tuż nad ziemią. Wielu starców, którzy opowiadali mi o tym, gdy byłam mała, twierdziło, że nigdy nie widziało czegoś tak pięknego. W pałacu mieszkała rodzina królewska, choć sami woleli nazywać siebie piastunami i opiekunami miasta. Zgodnie z legendą to ich przodkowie osiedli na tych ziemiach jako pierwsi i własnymi rękami wybudowali fundamenty przyszłej chwały. Władza przechodziła z ojca na syna, przez wiele pokoleń, w czasie których miasto rozkwitło i wybiło się wysoko ponad przeciętność. Ojcem ostatniego władcy był król Aurelian. Potężny mężczyzna, z sumiastym wąsem i ostrym wyrazem twarzy – bardzo łagodny i sprawiedliwy. Jeśli za prawdę przyjmiemy, że każdy człowiek posiada jakiś dar, to bez wątpienia jego polegał na tym, że wszystko, czego dotknął, potrafił zamienić w złoto. - W prawdziwe złoto? – zdziwił Todo. - Smyku, przecież znasz tę historię, powinieneś już to pamiętać. - Zapomniałem – stwierdził zawstydzony, zwieszając głowę. - Nie, nie chodziło dosłownie o złoto – odpowiedziała w końcu na wcześniejsze pytanie. – Nie był jak mityczny król Midas. Jego talent polegał na tym, że miał ogromne zdolności do interesów. Podejmował decyzje, dzięki którym całe Cenote mogło się wzbogacać. Jego decyzje i wybory zdawały się, być ze złota. To za czasów jego panowania pozłocono główny dziedziniec i zastąpiono mosiężny dzwon – złotym. Okrzyknięto go w końcu Aurelianem Złotorękim. Zawsze witany z honorem i czcią, jakiej pozazdrościć mogliby mu nawet niektórzy bogowie. Nie trudno więc wyobrazić sobie, jak wielki ból i cierpienie zadały ludziom wieści o jego śmierci. Tron przejął wówczas jego jedyny syn – Stefan. Oczekiwano, że będzie równie wielkim i sprawiedliwym władcą jak jego ojciec. Wszyscy utwierdzali się w tym przekonaniu, kiedy widywano ich jeszcze, jak ramię w ramię, spacerowali po parku, pochłonięci do żywego kolejnym dyskursem. Byli podobni – ich wygląd, sposób zachowania się, mówienia, nawet spojrzenie, którym przeszywali swoich rozmówców. W czasie pierwszych lat, panowania nowego władcy, nikt nie wiedział, że Stefan dotknięty był jedną z najczęstszych chorób trawiących ludzkie serca i myśli. Chorobą odbierającą spokojny sen, wpędzającą w ramiona obłędu, jedną z tych, która trawiła nawet nieśmiertelnych bogów. Męczyła go chciwość i ciągłe pożądanie, które płonęło ogniem żywszym niż serce niejednego wulkanu. W czasie panowania swojego ojca udawało mu się ukrywać swoje słabości. Powstrzymywał się i hamował, by nie przyciągać do siebie zbyt wielkiej uwagi, jednak bogactwo, które posiadał, nie wystarczyło mu, klejnoty odziedziczone po matce nie zachwycały go, a rozległe połacie ziemi, które przechodziły w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, nie miały dlań żadnej wartości. Był jak ślepiec, który błądzi po koleinach własnych myśli i pragnień, szukając w nich podpowiedzi i celów, które mogłyby zaspokoić jego żądze. Kobieta jeszcze mówiła, gdy świeca wypaliła się i pokój pogrążył się w zupełnej ciemności. Todo przylgnął do matki, opierając głowę o jej nogę. Julian, od jakiegoś czasu, spał już w najlepsze. - Zdarzyło się, że pewnego razu, młoda służka, która opiekowała się starą królową, podsłuchała rozmowę, pomiędzy Stefanem a jego dworakiem, przebiegającą mniej więcej w tych słowach: „- Posłuchaj mnie, czy wiesz może, co stanowi największe bogactwo tego świata? – pytał Stefan. - Nie wiem, panie. Zresztą – dworak odpowiadał wymijająco – nie interesuje mnie nic poza tym, by służyć ci jak najlepiej. Młody władca odwrócił się od okna, w które wpatrywał się uparcie i spojrzał na sługę z nieskrywaną odrazą. - Mój panie, istnieje wielu bogów, którzy cenią sobie różne rzeczy. Jak moglibyśmy zawierzyć im w tych kwestiach? Poza tym czyż nie pieniądze są najważniejsze, czyż nie można za nie kupić wszystkiego? – tłumaczył się. - Zamilcz! - przerwał mu Stefan. – Według jakiegoś północnego boga – uśmiechnął się krzywo – największą wartość tego świata stanowi ludzkie życie. - Bzdury, to nierealne! – zapomniał się dworak. – Czy całe miasto wraz ze swoimi mieszkańcami nie należy do ciebie, panie? Czy czujesz się przez to bogatszy? - Źle na to patrzysz, głupcze – zaczął pouczającym tonem. – Ojciec powtarzał od zawsze, że jesteśmy jedynie opiekunami tego miejsca i nigdy nie będzie ono całkowicie nasze. Przez wzgląd na pamięć o nim, przez szacunek, jakim zawsze go darzyłem, właśnie tak patrzę na to miasto. Mam dbać o Cenote, otoczyć je ramieniem – westchnął ironicznie – czy coś takiego. Sługa nie kryjąc zdziwienia, stał osłupiały i ze strachem przyglądał się swojemu władcy. - Chciałbym – zaczął Stefan – byś sprowadził mi kilku niewolników. Będą moją własnością i dzięki nim wzbogacę swój skarbiec o ludzkie życie. Każę przygotować dla nich celę. Sługa kiwnął tylko głową i bez słowa skierował się do wyjścia. Miał bowiem tylko jeden cel – zadowolić swojego władcę, sprawić by był szczęśliwy. - Tylko się pospiesz! – krzyknął za nim młody król. – Wiesz, że nie lubię czekać. - I niech to pozostanie tajemnicą – dodał, kiedy tamten był już przy drzwiach. – Diabli wiedzą, jak zareagują ludzie”. - Królewskie życzenia mają ogromną moc i niemal zawsze się spełniają – ciągnęła kobieta, ostrożnie ważąc każde słowo. – Sługa nie chciał narazić się na gniew swojego pana, więc niezwłocznie wyruszył z zamiarem wykonania powierzonego mu zadania. Pomimo zakazu, wieść o żądaniu Stefana szybko rozeszła się po Cenote. Zdecydowana większość mieszkańców nie dawała wiary tym rewelacjom i sceptycznie podchodziła do każdego, kto ją powtarzał. Niepokojące jednak było to, że wśród ogólnego zaskoczenia dało się słyszeć kilka cichych szeptów, które popierały ten pomysł. Kobieta spojrzała na syna znacząco. - Ktoś, kto zna siłę szeptu, nigdy go nie zignoruję – dodała, akcentując każde słowo. – W niecały miesiąc później pokorny dworak powrócił, ciągnąc za sobą grupkę wychudzonych i przestraszonych ludzi. Łachmany i prowizoryczne przepaski na biodrach ledwo trzymały się ich ciał. Rozbiegane, szeroko otwarte oczy pochłaniały świat, w który siłą zostali wrzuceni. Zapędzono ich na plac i w obecności równie przerażonych, jak i zaskoczonych mieszkańców, przekazano Stefanowi. Kilkoro mężczyzn i kobiet, pięcioro dzieci i dwóch starców. Zdawało się, że jedyne co ich łączy, to niedola, w jaką zostali wtrąceni, przytwierdzona łańcuchami do ich rąk i nóg. Zbili się w grupę, przylegając do siebie na tyle blisko, że wzajemnie znaczyli swoje karki śladami urywanych oddechów. „- Dobrze! Bardzo dobrze – ucieszył się Stefan. – Czeka cię nagroda – zwrócił się do dworaka. Ten skłonił się nisko, niemal dotykając nosem ziemi. - O! A ten tu! Co to za indywiduum?! – wskazał palcem na jednego z dwóch starców, który w przeciwieństwie do reszty niewolników stał obok, o krok od grupki. Z wpół przymkniętymi oczami, bez cienia lęku, zdawało się, że drzemie. - To jakiś pustelnik, mój panie! Handlarz, od którego kupowałem, ten najlepszy towar – zaznaczył wyraźnie dworak, klepiąc starca poufale po ramieniu – powiedział mi, że schwytano go w górach. Jedni mówią, że jest niemową, inni twierdzą, że złożył śluby milczenia, do momentu, w którym odnajdzie swojego boga. Podobno mieszkał w górach przez ostatnie pięćdziesiąt lat, nie odzywając się ani słowem, żywiąc się tylko jagodami i korzeniami. Będzie tani w utrzymaniu! – zarechotał. - Niemy Zaratrusta! – drwił Stefan. – Dobrze, zaprowadźcie ich do cel, później pomyślę co z nimi zrobić. A temu – wskazał na pustelnika – powiedz, że właśnie odnalazł swojego boga”. - Widowisko, którego świadkami byli mieszkańcy Cenote pogorszyło ogólne nastroje. Jednakże to, co miało być, gwoździem do trumny dopiero nadchodziło. Bardzo szybko okazało się, że cele przygotowane dla niewolników są zbyt małe i nie sposób pomieścić ich w tych ciasnych pomieszczeniach. Zastanawiano się, co zrobić z dwójką niewolników, gdy do pałacu przybył nadworny lekarz pozostający w dobrych stosunkach z ówczesnym władcą. „- Gabgabi, przyjacielu! – ucieszył się Stefan,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych