Wychodzenie z depresji dla opornych, cz.2 - Trzyma
Dalsze przygody depresyjnej desperatki.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{font:times} {b} Rozdział 2 Trzymaj się planu! {/b}
Noc była ciężka i trwała do czternastej następnego dnia. Ewa nie mogła zasnąć, tarzała się w niewygodnym łóżku, które w niczym nie przypominało jej domowego łóżka, mimo że zrobione było z jej starych materaców. Nie słyszała tego kochanego skrzypienia, które wydawało jej domowe łóżko, ani też latarnia nie świeciła jej w oczy, gdy próbowała zasnąć. W jej domowym pokoju latarnia zawsze świeciła jej w oczy. Nie było tu zasłon pokrytych bezsensowną podróbą czegoś, co miało wyglądać jak obrazy Roya Lichtensteina, albo amerykańskie komiksy z lat pięćdziesiątych, nie było czerwonych ścian przytłoczonych przez plakaty z Pulp Fiction, ulotek z muzeów przywieszonych na ścianie... Nie było tu niczego znajomego. Tak jakby nie było tu nawet jej. Ciężko jest wyrażać swojego ducha w małej klitce, którą odstąpiły ci dobroczynne współlokatorki, żebyś czuła się bezpiecznie, śpiąc sama. Ewa nie lubiła spać w jednym pokoju z innymi ludźmi. Bała się, że zacznie chrapać, albo gadać przez sen, a oni to zauważą i wykorzystają przeciwko niej. Wolała nie zdradzać im swoich największych słabości, ani nawet małych, czy jakichkolwiek innych. Nigdy nie wiedziała, co może zostać użyte przeciwko niej. Niestety, nie zawsze udawało się utrzymać wszystko w tajemnicy. Gdy w życiu pojawia się taki pan Tomasz, informacje same chcą wyskoczyć z ust, tak jakby były bezpieczniejsze gdzieś z dala od Ewy. Czemu? Pan Tomasz nie wydawał się być nikim wyjątkowym. Ot, zwykły człowiek, plotkujący ze starszymi paniami, jedzący jakieś tosty z dżemem w swoim kosmicznym mieszkaniu, popijając to wszystko espresso w malutkiej, białej filiżance, która ma grube ściany i małą pojemność, za to jest nowoczesna i urodzona do espresso. Zwykły człowiek, który ją podszedł i wplątał w głupkowatą Grę w Życie. Gdy Ewa otworzyła oczy i zaczęła widzieć mniej więcej wyraźnie, wyciągnęła swojego przestarzałego smartfona, otworzyła ulubioną aplikację z notatkami i do listy zachcianek dopisała: Zabić pana Tomasza. Po chwili jednak skasowała ten punkt. Jeśli zabicie pana Tomasza uratowałoby ją przed samobójstwem, musiałaby iść do więzienia, a wcale nie chciała tam iść. Chwilę później powiedziała samej sobie, że był to tylko nieudany żart, więc nie musiała aż tak nad tym myśleć. Prawda była taka, że nie powinna była tyle pić. Wiedziała o tym. Nie dość, że pomieszała, to jeszcze przesadziła z ilością. Czuła się jak głupi dzieciak, który pierwszy raz urwał się ze smyczy rodziców i poszedł na całość. Głowa pękała jej w szwach. Najbardziej bolał przód, choć czasem kuło ją z prawej albo lewej strony. Nie wiedziała, jak sklasyfikować taki ból, ale nie obchodziło ją to w tej chwili. Zobaczyła pustą szklankę stojącą na taborecie. Była pokryta białym nalotem czegoś musującego. Wyhodowałam pleśń? - zapytała się w myślach. Nie pamiętała, kiedy ta szklanka się tu znalazła. Powąchała ją i odkryła, że to tylko nalot z aspiryny. Czyli musiała już jedną wypić. Wygramoliła się z łóżka i podreptała do kuchni. Współlokatorki poszły już chyba na zajęcia, bo mieszkanie było wyraźnie puste. Cisza i spokój na kacu stulecia. Zrobiła drugą aspirynę, nie przejmując się za bardzo sposobem przyjmowania leków. Nigdy jakoś się do niego nie stosowała. Pomyślała, że sok pomarańczowy będzie dobrym pomysłem. Sprawdziła w lodówce, tam jednak leżała tylko połowicznie skonsumowana butelka coli. W szafce znalazła jakiś napój jabłkowo-brzoskwiniowy. Będzie musiał wystarczyć. Wypiła go duszkiem, następnie pochłonęła aspirynę i poszła wziąć prysznic, gdyż podobno prysznic pomaga na kaca, choć wydawało jej się to trochę nieprawdopodobne. Prysznic trochę pomógł. Nie czuła się już taka brudna, jak do tej pory. Brzuch bolał ją trochę mniej, za to głowa buzowała, jakby wsadziła ją sobie do subwoofera. Mama zawsze mówiła, że na kacu dobrze jest zjeść jajecznicę, więc Ewa postanowiła jej posłuchać. Po usmażeniu rozbyrdanych jajek przestała być taka pewna.
Ewa zerknęła na zegar. Od dwóch dni w jej życiu nic się nie działo. Kac minął już przedwczoraj i dziś nie posiadała właściwie żadnych dolegliwości. Razem z bólem wyparowało też trochę wspomnień na temat feralnego dnia pijackiej balangi. Pamiętała tylko, że sama nie wstała z chodnika i niezbyt wyraźna postać przyprowadziła ją pod drzwi. Czy to był pan Tomasz? A może jego syn? Rozpatrywała jeszcze opcję jakiegoś nieznajomego księcia z bajki, który wjechał po schodach na białym Triumphie, jednak to byłoby odrobinę nieprawdopodobne, gdyż Triumphy są drogie i nikt nie chciałby ryzykować, wjeżdżając nimi po schodach. A, no i książęta nie istnieją. Przez dwa dni zdążyła się o tym przekonać, jeśli nie przez całe życie. Ponieważ i tak nie chodziła na zajęcia, postanowiła zagospodarować swój czas w tak samo nieambitny sposób, oglądała więc ekranizacje książek Jane Austen, by już całkowicie się przekonać, że pan Darcy to bujda. Nigdy nie darzyła go zresztą szczególną sympatią. Pułkownik Alan Rickman, jak go nazywała, z „Rozważnej i Romantycznej” był dużo wspanialszy, nie wspominając już o panu Knightley z „Emmy”, gdyż jego darzyła uczuciem nigdy niewygasającym. Był jeszcze przecież Rochester, choć nie zaliczał się już do tworów Jane Austen. Ponury typ, ale Jane Eyre też nie była nazbyt rozrywkową osobą. Rzucał aroganckim sarkazmem i w ogóle wcale nie wydawał się być zainteresowany pięknem prawdziwego afektu. Ewa nie rozumiała, jak młoda guwernantka mogła na niego polecieć. Według niej w ogóle do siebie nie pasowali. Pod koniec historii zaczął jej się podobać, gdyż stracił wszystko, a najbardziej wzrok, co zawsze podnosiło u Ewy poziom zainteresowania bohaterem. Ślepy facet musi wyjść przecież na plus. Wtedy zaczęła myśleć też o Daredevilu, jednak jej fantazje zostały przerwane natarczywym pukaniem do drzwi. - Jest tam kto? - zapytał głos pukającego. Ewa wygramoliła się ze swoich materaców i z ociąganiem otworzyła drzwi. - Dzień dobry pani. Czy lista już gotowa? - zapytał pan Tomasz, uśmiechając się okrutnie wesoło. Ewa ziewnęła. - Mam jakiś jeden punkt – wyjawiła. Punkt „Zabić pana Tomasza” nigdy nie wrócił na listę. - To i tak nieźle, ale powinnaś się streszczać. Chciałbym już wygrać ten zakład. - Ale pan miły, naprawdę – rzuciła sarkastycznie, z zamiarem zamknięcia mu drzwi przed nosem. Mężczyzna zaparł się ręką. - O nie, moja panno. Jadło się obiad? - Jeszcze nie. - Ale już piąta po południu! Masz szczęście, że przyszedłem. Jak cholera jasna, pomyślała Ewa. - Znowu mnie pan wyciąga na jakąś herbatę? - Nie, wyciągam cię na obiad. Dziś będzie spaghetti carbonara. Mamy tylko jeden problem – Antek gdzieś poszedł, a ja nie umiem zrobić. Ewa przewróciła oczami. Mogła również dodać przeciągłe westchnięcie. - Czyli tak naprawdę, przyszedł tu pan, żeby mnie wkopać w zrobienie obiadu? - No – przyznał szczerze, niezbyt zaniepokojony tym stanem rzeczy. Dziewczyna musiała przyznać, że to lepsze niż przybywanie z natrętną pomocą. - Ale wie pan, że włosi jedzą sos carbonara z tagliatelle? - Nie wybrzydzaj, mądralińska. Mam tylko spaghetti. Ewa sięgnęła po klucze i zamknęła za sobą drzwi. - Juhu! Wiedziałem, że się zgodzisz! - Jest pan strasznym dzieciuchem. Jak pana syn to wytrzymuje? - A, no wiesz... Tak samo jak ty, tylko jego bardziej to bawi. Pieprzony Antoni Rochester. Ewa rozgościła się w kosmicznej kuchni. Bardzo podobało jej się, że nie ma w pobliżu metalowego Antoniego, gdyż nie była dziś odpowiednio przygotowana na jego cięte uwagi. Wstawiła wodę na makaron i kazała panu Tomaszowi pokroić pancettę, ale że nie miał akurat pancetty, to pokroił boczek. Kazała mu też nie pokroić siebie, ale nie udało mu się dotrzymać tej obietnicy. - Niech pan mi odda ten nóż, bo robi się pan niebezpieczny – westchnęła, po czym wyciągnęła mu z dłoni ostrze. - Nie! - krzyknął nagle, wyrywając jej nóż i przytulając go do piersi. - To znaczy... muszę poćwiczyć krojenie. Ewa wzdrygnęła się, gdy doszła wreszcie do porozumienia z własną głową. Jak mógł to zrobić? Popatrzyła na pana Tomasza jak na największego zdrajcę. On wyglądał, jakby czuł się winny. - Czemu się na siebie gapicie? - zapytał przybyły Antoni, który zawsze wybierał najmniej odpowiedni moment do wtargnięcia. Pan Tomasz odwrócił się do blatu kuchennego i zaczął kroić. - Dałaś mojemu ojcu nóż? - wtrącił się Antoni. - Przecież on jest straszną ciapą... A w ogóle, co ty tu robisz? Ewa nie zdołała w tej chwili odpowiedzieć, patrzyła więc tępo na metalowego Antka, wybałuszając oczy. - Synu, Ewa umie gotować, więc ściągnąłem ją tu, żeby zrobiła nam obiad – wtrącił się pan Tomasz. - A pytałeś, czy chce to zrobić? I czy naprawdę umie gotować, czy znowu sobie coś założyłeś? - No niby założyłem, ale tym razem miałem rację – wyjaśnił po chwili, całkiem spokojnie. Ewa nie wiedziała, co się z nią teraz dzieje. Wydawało jej się, że dryfuje w kolorowym kosmosie, a obok niej przepływa kot w pelerynie, pędzący na jednorożcu. To prawie tak, jakby znajdowała się w sercu Internetu. - Ojciec, a czemu ona tak stoi jak kołek? Wyłączyła się z sieci? Pan Tomasz dopiero teraz zwrócił uwagę. - Oj no, Ewa, ocknij się! - prosił wytrwale, potrząsając jej ramieniem. Ewa mrugnęła. - To chyba nie działa. Weź ją skuś czymś kuszącym – zarządził pan domu. - Niby czym? - Nie wiem, powiedz jej, że mamy czekoladę. A nie, ona nie lubi słodyczy. Wymyśl coś, Antek, bo dziewczyna skamienieje do końca życia. - Będziemy mogli sobie ją postawić przy kominku przynajmniej – stwierdził Antoni, podchodząc po posągu Ewy. - Kobieto! Ogarnij się! Życie czeka! Zero reakcji. - Patrz, Channing Tatum przechodzi przez ulicę za oknem! - wskazał dłonią krajobraz szarej eminencji miasta, jednak nawet Channing Tatum nie podziałał. - Coś mi się zdaje, że ona ma niestandardowe ustawienia, tato... - Ty, czekaj, coś mi się przypomniało... Jak tu była ostatnio, mówiła mi o jakichś pięćdziesięcioletnich aktorach. Spróbuj którymś. - To jedna z tych, co preferują staruchów? No dobra, spróbuję... Hej, dziewczyno, w kawiarni za rogiem Pietraszak daje autografy! - To już przesadziłeś – stwierdził pan Tomasz. - Coś nie masz wyczucia. Powiedz, że kosmici nas atakują, może uwierzy. - Czemu... - wydobyło się nagle z ust Ewy – Czemu pan to zrobił? Szeroko otwarte oczy pełne zgrozy patrzyły teraz na pana Tomasza. - Co żeś zrobił? - pytał Antek, którego nagle to wszystko zaczęło interesować. Ewa, krokiem robota, podążyła w stronę młodszego z rodziny Mających Przerąbane, by wymierzyć mu plaskacza prosto w policzek. - Ej! Za co? - Channing Tatum? Serio? Za kogo ty mnie uważasz, za zdesperowaną czterdziestolatkę na wieczorze panieńskim córki? Antoni, pierwszy raz w życiu, całkowicie zamilkł. Pan Tomasz wyglądał na rozbawionego. - Ewo, jesteś pierwszą osobą, która zamknęła mojego syna. Jestem pełen szacunku do ciebie w tej chwili! Ewa wymierzyła plaskacza także jemu. - Myślicie, że możecie się mną bawić? Wpływać na mnie? Jakim prawem? - Naprawdę nie wiem, o co ci chodzi – mruknął pan Tomasz, trzymając się za lewy policzek. Antoni nadal milczał. - Zabrał mi pan nóż, bo bał się pan, że coś sobie zrobię, tak? Myślał pan, że postanowię zachlastać się w pana kuchni? A może sądzi pan jeszcze, że u siebie w mieszkaniu nie mam żadnych ostrych narzędzi, żeby coś sobie zrobić? Gdybym chciała się pociąć, to niech mi pan wierzy, znalazłabym sposób. Niech mnie pan przestanie naprawiać na siłę, bo to wyraz braku szacunku. Żegnam panów! - krzyknęła gniewnie, po czym szybkim krokiem podążyła do drzwi wejściowych. - A, i jeszcze jedno: niech pan doda gałki muszkatołowej do jajek, będzie lepsze. Chłopcy zostali sami, z kipiącym makaronem i poczuciem klęski. A Antoni nadal nie odezwał się słowem.
Ewa siedziała na ławce, przeżuwając wołowego hamburgera ze słuchawkami na uszach. Wreszcie mogła odznaczyć pierwszy punkt ze swojej listy zachcianek, jednak zrealizowanie tego marzenia nie przyniosło jej tyle satysfakcji, ile powinno. Była zła, strasznie, strasznie zła. Ludzie mijali ją ze wszystkich stron i nikogo nie obchodziła. Lubiła to w dużych miastach. Nie zwracali na ciebie uwagi, więc mogłeś przez chwilę być sobą. Tyle, że to wcale nieprawda. Ewa nigdy nikomu nie pokazała swojego prawdziwego ja. Gdy informacje wyślizgiwały się z jej ust, to zawsze kończyło się w ten sposób. Ludzie nie chcieli nawet jej zrozumieć, ciągle wciskali swoją niezbędną pomoc, tak jakby tylko oni mogli ją ocalić. I zawsze kończyło się w ten sposób. Musiała ich odtrącić. Musiała ich odtrącić. Nie rozumieli jej przypadłości. Pan Tomasz i ta jego irytująca, pseudopomagająca dobroć... Wiedziała, że ludzie tak naprawdę nie są źli, tylko trochę za mało otwarci. Za głupi na niektóre sprawy. Dlatego nie można im zawracać głowy trudnymi rzeczami. Swoimi problemami. Trzeba je trzymać dla siebie i dusić w środku. No trudno. Bardzo chciała po prostu odpuścić i być sobą, choć przez jeden dzień. Wyciągnęła chusteczkę i wytarła nią twarz. Potem wyrzuciła do kosza, razem z folią aluminiową, która kiedyś okrywała jej hamburgera. Zaraz po tym, powstał nowy punkt na liście ostatecznych zachcianek. Przez jeden dzień BYĆ SOBĄ. Dziewczyna wstała i zaczęła iść w stronę rynku. Nie chciała jeszcze wracać do mieszkania, w którym mogła już rozpocząć się jakaś pijacka impreza organizowana przez współlokatorki. Miała dosyć pijaństwa co najmniej na dwa tygodnie. Latarnie na ulicy zaczęły się włączać, każda w innym momencie. Zawsze, gdy Ewa widziała nieskoordynowane latarnie, rozśmieszało ją to. Nawet nie zapalały się jedna po drugiej. Wychodzi na to, że latarnie są jak koty. Zapalają się, kiedy chcą. Parę nawet zgrało się z powolnym rytmem piosenki, której słuchała, idąc przed siebie. Cisza i wiatr... Ewa zawsze płakała na tej piosence, dziś słuchała jej jednak pełna złości, w dodatku na środku ulicy, nie mogła więc tak się obnażać. Mimo tego, że ulica była praktycznie pusta. Niby duże miasto, a można jeszcze znaleźć w nim kilka ustronnych miejsc, szczególnie po zachodzie słońca. Cicha, poboczna uliczka skończyła się i Ewa była na dobrej drodze do rynku, co oznaczało też znaczną ilość ludzi. Trudno, jakoś to wytrzyma. Może uspokoi się w tłumie rozbawionych młodziaków, przypomni sobie, jakie bezproblemowe miała dzieciństwo. Mogła być jedną z nich – wiecznie młodych, którym wolno wszystko. Naginać granice, bawić się do upadłego, cieszyć się życiem i ludźmi, udawać miłość na pokaz... To wszystko mogło być na wyciągnięcie ręki, lecz w którymś momencie zbłądziła. Zrozumiała, jaki świat jest sztuczny i pusty w środku. A może ma jakieś wnętrze, tylko nie da się go znaleźć? Środkiem miasta był rynek z gotyckim kościołem mariackim, lecz nie to najbardziej interesowało w nim Ewę. Przełączyła utwór na smartfonie na coś bardziej odpowiadającego chwili – „Nessun Dorma” z Turandota. Subtelne nuty Pucciniego popłynęły ze słuchawek, by potem nabrać wielkości. Oto stała tam, w obliczu wielkiej głowy. Jedyną atrakcją w całym tym mieście, jak wydawało się Ewie już od dawna, była rzeźba Mitoraja „Eros bendato”. Wielka głowa, leżąca na boku. Ewa wprost ją uwielbiała. Podeszła bliżej, rozejrzała się dookoła, sprawdzając, czy nikt na nią nie patrzy i dotknęła chropowatego nosa. Sprawiało jej to wręcz nieokiełznaną przyjemność. Patrzyła na puste oczodoły tej pięknej głowy, jakby była jej własną. Tak, ta głowa mówiła jej wiele o niej samej. Ona też upadła i nie widzi niczego na tym świecie, co miałoby jakiś sens. Spętany Eros był dla niej trochę jak męska Temida. Mógł być symbolem sprawiedliwości, której nie da się przekupić, ale nie był. Upadł, mimo wszystko. Nawet opaska, która zapewniała mu bezstronność, opadła mu na nos. A oczy nadal miał puste. Widziała milion razy, jak ludzie wchodzą do środka i robią sobie śmieszne zdjęcia, wyglądając przez te oczodoły. Jej nie wydawało się to ani trochę zabawne, musiała jednak przyznać, że kusiło ją, żeby to zrobić. Zawsze chciała wejść do głowy Mitoraja, dosłownie i w przenośni. Znowu sprawdziła, czy nikt nie zwraca na nią uwagi, i wtedy, jak na złość, zobaczyła coś, co zniszczyło jej szczęście. Z jednej z kawiarń wychodziła grupka roześmianych dziewczyn. Wszystko byłoby jak najbardziej zwyczajne i na miejscu, gdyby nie to, że były to jej dziewczyny. Grupka tak zwanych przyjaciółek, z którymi trzymała się od gimnazjum. Tylko że Ewa nie była teraz w humorze, by sztywno uśmiechać się i słuchać ich opowieści. Najszybciej jak umiała wdrapała się do głowy i schowała w mało prześwitującym miejscu. To znaczy, bardzo chciała się schować, zauważyła jednak pewną niedogodność w postaci całującej się pary. No naprawdę, nie mogli sobie znaleźć lepszego miejsca, myślała Ewa ze zgorszeniem. Żeby tak lizać się w prawdziwej sztuce! Para również zdała sobie sprawę z obecności Ewy. Chłopak starał się ją wygonić energiczną gestykulacją z nieco niegrzecznym akcentem środkowego palca, jednak Ewa wciskała się pomiędzy nich na siłę. W końcu przepchała się do samego czubka głowy. To tak, jakby być w mózgu samego Mitoraja. Wielki zaszczyt. Para wreszcie zrezygnowała z walki i całowania, i opuściła świętą mekkę prawdziwego artyzmu. Ewa prychnęła lekceważąco, gdy już poszli. Profanacja. Wyglądnęła ostrożnie przez prawe oko Erosa, by sprawdzić, czy jej psiapsiółki już sobie poszły. Nie widziała ich nigdzie, więc droga była chyba wolna. Postanowiła jednak jeszcze chwilę posiedzieć w tym wspaniałym miejscu, skulona w kłębek. Jakieś dwie, czy trzy osoby chciały w tym czasie zrobić sobie zdjęcie wyglądając przez oczodół, Ewa jednak wygoniła ich krótkim i zdecydowanym „Sio”. Wreszcie wyciągnęła telefon, by wyłączyć wciąż grającą muzykę i przy okazji dodać nowy punkt na liście przedśmiertnych atrakcji. Wejść do głowy Mitoraja – zrobione. Na razie nie BYŁA jeszcze SOBĄ przez cały dzień, ale postara się odhaczyć ten punkt w najbliższym czasie. Na wszelki wypadek postanowiła wrócić do domu boczną uliczką. Obok niej przeszło stado kibiców, wykrzykując różne chwytliwe hasła dotyczące piłki nożnej i jakichś klubów. Ewa nie zwróciła na nich uwagi, a stado odwdzięczyło się tym samym. Skręciła w bardziej mroczną uliczkę, gdzie usłyszała przejmujące jęki. - Ej ziomek, przestań, bo zabijesz gościa – mówił jeden, odziany w gustowny dres i szalik Cracovii jegomość do drugiego, większego, aktualnie kopiącego w czyjś brzuch. Ewa schowała się za zakrętem, w całkowitej ciemności. - A to nie taki był plan? - Przecież ty zawiasy masz, Przemek – tłumaczył mu kolega. - No i? - No i przestań go kopać, bo cię wsadzą. Przemek trochę się ociągał. - To ty weź go kopnij na pożegnanie, Jacek – zaproponował Przemek. Jacek chyba pomyślał, że to dobry pomysł. Ewa odetchnęła z ulgą, że to już koniec. - Ej, a może odprowadzimy kolegę do domu, co, Jacek? - Ty to masz łeb, Przemek. Może nam jeszcze jakiś hajs pożyczy, tak z dobroci serca. Ewa, w nagłym przypływie głupoty, zwanej też odwagą, postanowiła zostać Samarytaninem. - Wisła pany! - krzyknęła niskim głosem. Przemek poczuł się urażony. - Który to? - pytał ciemnej uliczki, ruszając w stronę Ewy. Jacek podążył za nim. Chłopcy skręcili w ciemny zaułek. - Tam poszli – powiedziała Ewa, na wszelki wypadek bardzo dziewczęco, wskazując ręką kierunek. - Dzięki – odparł Przemek z przejmująco życzliwym uśmiechem, przyśpieszając kroku. Ewa ulotniła się szybko. Pobity mężczyzna właśnie zbierał się z ziemi. Ominęła go, udając, że nie wie, o co chodzi. - Ej, czekaj! - krzyknął facet. - Dziękuję za pomoc. Dziewczyna zatrzymała się, odwracając z poczuciem bycia przyłapaną na gorącym uczynku pomagania bliźniemu. - Ewa? - zapytał człowiek, trzymając się za brzuch i lekko kulejąc. Miał też przeciętą wargę i lekko opuchnięty policzek. Aha, w dodatku był metalowym Antonim. Ewa skrzywiła się. - To ty? Uratowałam ciebie? Postanowiła uciekać. - Czekaj no! Cholerna babo, zatrzymaj się w tej chwili! Proszę cię! Ewa odpuściła. - Czego chcesz? - zapytała, zbliżając się niepewnie i z niechęcią do chłopaka. - Chciałem ci podziękować. - Już to zrobiłeś. Walnęli cię w głowę? - Nie. To znaczy, tak, ale nie o to chodzi. Chciałem też przeprosić. No wiesz, za wcześniej. - Nie ma takiej potrzeby. Po prostu nie zbliżajcie się do mnie więcej – rzuciła Ewa, gotowa do ponownej ucieczki. - Nie wiedziałem – zaczął się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil SirPotworny
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…