Wróć do katalogu

Wygódka Drzymały

Ot, dzień jak co dzień, pomyślał Pan Wojciech i stanął przed bramą Banku Państwowego w którym pracował od lat trzydziestu. Wielki portier, bez liberii, o dłoniach mocnych spracowanych od bicia klientów dyskotek otworzył drzwi i z nieukrywaną ...

byq73, opublikowano , 41 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wygódka Drzymały

Pan Wojciech był spokojnym, nie wadzącym nikomu człowiekiem. Pracował od lat trzydziestu w państwowym banku przekładając papierki z konta w kont. W czwartek, roku psa — dwa tysiące czwartego, jak zwykle co rano :

Kupił bułkę na rogu Kruczej i Foscha. Karmił gołębie na placu teatralnym. Zrugał kilku kierowców za nieostrożną jazdę. Obserwował młodzież biegnącą do swych zajęć i biznesmenów w pogoni za pieniędzmi. Dalej, kupił czerwoną różę dla przyjemności ducha. Rozejrzał się, czy aby nie pada i poszedł dalej w swą podróż do pracy. Jak co dzień. W odbiciu wystawy zauważył twarz poszarzałą od zwykłej zwykłości. Bo trzeba wam widzieć, że życie nagradza balans pomiędzy doznaniem, a zwykłością. W odbiciu wystawy widać było jednak człowieka zmarnowanego, co nosa poza zwykłość nie wychylił. Pan Wojciech w swym płaszczu, przykrótkim, spranym, stalowym. Z parasolem, bo padać zawsze może. Z facjatą przykurczoną. Wyglądał jak człowiek, co ani chybi co dzień PIT'y wylicza, lub może w dzieciństwie tran ze szpinakiem w usta rodzona matka mu wlewała. Jest jednak jaskółka mała, co świadczyć może o przyszłym biegu wydarzeń.

Kapelusz, przywiezion przez dziadka Pana Wojciecha z samego miasta Paryż, zwanem. Bo trzeba Wam wiedzieć, że drogi protoplastuś Pana Wojciecha. Jest wzorem, drogowskazem i światełkiem w tunelu szarości życia jego. Drogi dziadunio wielkim człowiekiem był i basta. Na dziatki zarabiał chleb piekąc. Na sławę pisząc odezwy do ludu prostego. Tłumacząc im, że żyć można inaczej niż w cierpieniu i pokorze. Krótko mówiąc, namawiał praczki do edukacji w materii rachunków, węglarzy do czytania książek. Za co nie raz do domu z obitą gębą przychodził.

Z myśli zwykłych, wyrwał Pana Wojciecha krzyk młodzieńca kopanego jak piłka. Przez sportowców jak mniemam w dresy ubranych. Sportsmeni owi szarpali go za odzież, wykrzykując przy tym słowa nieprzystojne o profesji matki jego. Mężczyźni zachowywali się wyjątkowo frywolnie nawet jak na czasy. Gdzie, nagie pieczone kawałki ziemniaków, frytkami zwane, sex przed ludźmi w domach uprawiają. Odchodząc zabrali telefon mobilny, kolegi swego, wyjątkowo się przy tym ciesząc.

Ot, dzień jak co dzień, pomyślał Pan Wojciech i poszedł dalej do kioskarza, po gazetę złych wiadomości. Kioskarz przywitał się grzecznie, ropę z oczu przetarł i rzekł: - Dzień Dobry Panu, to co zwykle ? - Tak poproszę - odparł. Schował Pan Wojciech do swej teczki ze skóry gazetę złych wiadomości. Paczkę papierosów z napisem „Palenie zabija” i cukierki miętowe na zły oddech po papierosowy.

Z ciekawością otworzył gazetę na stronie pierwszej od niechcenia nagłówki czytając. Dwadzieścia siedem ofiar w Iraku. Były premier „Marka Piwa” przesłuchany przez komisję śledczą. Mięso droższe niż węgiel. Poseł Śliwka wypił jechał i nie dojechał.

Ot, dzień jak co dzień, pomyślał Pan Wojciech i stanął przed bramą Banku Państwowego w którym pracował od lat trzydziestu. Wielki portier, bez liberii, o dłoniach mocnych spracowanych od bicia klientów dyskotek otworzył drzwi i z nieukrywaną satysfakcją w głosie powiedział:

-Pan już tu nie pracuje. Poczym drzwi zasłonił ciałem jak Rejtan.

Pan Wojciech postanowił rozmówić się z szefem swoim. Sięgnął za połę płaszcza i telefonu szuka. Widząc to securitas schował się za kontuar, jak dziewczę płochę za brzózką w lesie. Rewolweru się ptaszyna spodziewał.

Wszedł zatem Pan Wojciech na środek hallu i dalej nie zatrzymywany aż do windy. Guzik obły, metalizowany przycisnął i czeka. Tu moja rola narratora się kończy, dalej niech sam bohater resztę opowieści dopełni.

Stałem w windzie skołowany, ludzie wymieniali się na każdym piętrze. Nawet nie wiem czy pamiętałem o bardzo ważnym rutuale mówienia dzień dobry. Co to ma za znaczenie ? Portier powiedział przecież że jestem zwolniony. Jezu raty za mieszkanie , jak ja zapłacę raty . Zostało mi przecież jeszcze jakieś siedem lat. Dobrze że wziąłem kredyt we frankach szwajcarskich. To jednak najbardziej stała waluta, a złoty skacze. Znowu poczułem na przemian te dziwne fale zimna i gorąca. Przecież zachowuje się jak wariat. Nieracjonalny spłoszony, wariat.

Do kierownika, muszę to szybko wyjaśnić. Jedno jest pewne jeśli ten portier, burak w kułak bity. Pomylił się to zrobię wszystko żeby to On od jutra podziwiał korytarze urzędu pracy. Nie odpuszczę mu tego.

Z każdym krokiem traciłem trochę energii. Jakby wątpliwości wygaszały cały mój pęd aby jak najszybciej wyjaśnić tą sprawę. Odgłos kroków tłumił puszysty chodnik. Sam siebie oszukując podziwiałem wzorki wykładziny i przyjemne pastele na ścianach. Takie dziecięce odciąganie tego co ma się wydarzyć.

Z wielką niechęcią przyłożyłem kartę do czytnika. Przeszklone drzwi uchyliły się, zapraszając do środka. Dobrze, więc karta jeszcze działa nie jest źle. Przechodząc koło gabinetu prezesa próbowałem wybadać coś po minie sekretarki. Kiedy przechodziłem upuściła długopis. Zrobiła to specjalnie ? To nic dziewczyny w kadrach na pewno coś wiedzą.

Drzwi od kadr jak zwykle otwarte na oścież. Na korytarzu jazgot młodości miesza się z naturą kobiecego plotkarstwa. Kiedy tylko stanąłem w drzwiach , wszelkie rozmowy ucichły. Spróbuje zagadnąć o tematy neutralne. -Cześć dziewczyny, jakie wieści. Będą bony nas święta. Młoda praktykantka Aneta, widząc mnie omal nie zachłysnęła się kawą.

Nawet spokojna zazwyczaj kierowniczka kadr Pani Justyna przybladła nieco. Poprawiła okulary w rogowej oprawie. Strzepnęła z biurka niewidoczny pyłek, i bawiąc się długopisem, rozpoczęła. -Panie Wojtku, znamy się tyle lat. Nie będę jak reszta chować głowy w piasek. Pewnie się Pan już zorientował, że coś nie jest tak. Pan pójdzie do naczelnika wydziału i się wszystkiego dowie. Po wszystkim zapraszam do mnie coś wspólnie poradzimy.

Wiec jednak, pomyślałem. Zdecydowanym ruchem szarpnąłem ozdobną mosiężną klamkę. Masywne drewniane drzwi ustąpiły i zobaczyłem małego człowieczka za wielkim biurkiem. Pan naczelnik to wielki duch w małym ciele. Uśmiechnął się do mnie serdecznie i wskazał ręką wygodne krzesło.

Siadając starałem się myśleć tylko o pięknie rzeźbionych nogach krzesła. Potem o zielonej materii firan. Na końcu o ożywczym aromacie kawy unoszącym się w gabinecie. Nie pomagało. Po krótkiej chwili milczenia, naczelnik podniósł wzrok z nad papierzysk i wystrzelił.

Decyzją rady nadzorczej z dnia 14 listopada 2004 roku. W związku z reorganizacją struktury banku. . . . słowa rozmywały się a ja nie bardzo wiedziałem co ja tu robię. Za szybko, za dużo tego wszystkiego, za bardzo kołacze mi serce.

Obudziło mnie klepanie po twarzy zatroskanej Pani Justyny. -Panie Wojtku, ależ nas Pan wystraszył. -Ładnie to tak ? -Przecież to nie koniec świata. Ludzie zmieniają pracę, tracą ją i jakoś żyją. No a Pan to jakoś zaraz tak dramatycznie. Widziała że gada bzdury, ale co miała mówić. -Starych drzew się nie przesadza, odpaliłem. Czy tylko ja wylatuję czy jeszcze ktoś ? Do końca miesiąca z wszystkich działów zostanie zredukowanych piętnaście etatów. Natomiast do końca 2006 roku w całym banku zostanie trzydzieści osób. Tak Panie Wojtku, komputeryzacja, plus dziwne decyzję naszej władzuni ukochanej. Siedzą sobie baranki w sejmie i przyciskają z nudów te guziczki to jak ma być dobrze.

Dobra muszę się wziąć w garść.

Siedziałem w kadrach jak zgaszony pies. Paląc papierosa za papierosem i wcinając stare pączki. Śmieszne, kadrówki nigdy mnie nie widziały z papierosem. Tym bardziej zaskoczone były moją reakcją na pismo. Ja zawsze opanowany, wyniosły ułożony po prostu zemdlałem jak podfruwajka na pierwszej randce.

Co zamierza Pan dalej robić, zapytała Pani Justyna. -Jeszcze nie wiem . Na razie chciałbym zabrać rzeczy ze swojego biurka.

Dostałem tekturowe pudełko i odprowadzany wzrokiem przez korytarz, poszedłem do swojego pokoju z miną zbitego psa. Po drodze spotkałem kolegów z którymi spędziłem dobrych dwadzieścia parę lat na tej łajbie. Każdy z nich współczuł , marudził, narzekał ale nic ponadto. Każdy bał się ze zaraza może przenieść się również na niego. Najbardziej rozbawił mnie, przedstawiciel związków zawodowych. -Oczywiście zajmiemy się tą sprawą. Poklepywał mnie przyjacielsko. -Rozmawialiśmy już górą, w najgorszym przypadku dostanie Pan wysoką odprawę.

Wiedziałem że nie można palić się mostów za sobą. Ale głupoty które opowiadał ten obibok od parzenia kawuś i wciągania pączków wyprowadziły mnie z równowagi. Panie, jak właściwie się Pan nazywa. -Drymza tak. -Weź Pan te dobre rady schowaj sobie w kieszeń. Jak w zeszłym roku zwalniali czterech ludzi z działu technicznego. To też Pan takie głodne kawałki zasuwał. Związki nie robią nic, poza braniem pensji przez ich przedstawicieli wybranych wolą ludu. -Do widzenia się z Panem.

Przedstawiciel jedynego słusznego związku zrobił oczy jak jelonek Bambi. Próbował jeszcze coś tłumaczyć, że są ograniczeni, ręce związane. Bardziej przydatny jest czajnik. To po jaką cholerę w ogóle są związki ?

Powoli zacząłem się pakować. Ile to człowiek różnych szpargałów, przez te trzydzieści lat nazbiera. Dyplomy, wyróżnienia, zdjęcie żony, moneta na szczęście, porcelanowy słonik od córki. Słoik miodu, kawa, drzewko szczęścia. Każdy z nas chce aby jego miejsce pracy chociaż trochę przypominało dom. Wszystkie te skarby wylądowały w tekturowym pudełku. Ostatni raz spojrzałem przez okno na wielki kasztan. Kiedy tu po raz pierwszy przyszedłem był małym drzewkiem. Teraz konary sięgają trzeciego piętra. Razem zaczynaliśmy, tylko on rozkwita a ja więdnę. No dobrze może mała łezka gdzieś w kąciku oka się zakręciła. Pożegnałem się z wszystkimi i wyszedłem.

Powrót do domu był istną udręką. Samochody smrodziły bardziej niż zwykle, reklamy krzyczały na billboard’ach a młodzież nieznośnie obnosiła się ze swoją młodością. Postanowiłem zajrzeć do jednej z tych nowo otwartych kawiarni. Uchyliłem drzwi i wszedłem przyjemnie zaskoczony miłą atmosferą lokalu. Zamówiłem małe espresso i dla przeciwwagi dużego eklera. Aromatyczna woń kawy z kardamonem rozchodziła się po całym lokalu. Radosne miny zadowolonych kawoszy unoszą się nad każdym stolikiem. Z wieszaka zabrałem gazetę a na zgrabnym stoliczku postawiłem filiżankę z kawą. Rozsiadłem się na drewnianym krześle. Naprzeciw mnie usiadła młoda kobieta o przyjemnej powierzchowności. Ubiór nie krzyczy, kolory stonowane nie wykonuje zbędnych gestów. Patrzę na nią lekko zawstydzony znad gazety. Młoda kobieca lewa dłoń bez zbędnego pośpiechu unosi wieko cukiernicy. Delikatnie chwyta srebrne szczypce, bierze jedną kostkę i wrzuca do filiżanki. Później łyżeczką miesza spieniony płyn. Uśmiecha się do siebie zapatrzona w magiczny rytuał. Krzyżuje nogi, beżowe pończochy świetnie komponują się ze spódnicą. Każdy mężczyzna woli myśleć że to pończochy a nie te bezpłciowe worki zwane rajstopami. Patrzę dalej lekko zauroczony, odgarnia niesforny kosmyk włosów. Poprawia okulary i niby to od niechcenia spogląda na mnie. Mija sekunda i już wszystko wie. Jestem dla niej za stary. Mam szpakowate włosy, stary płaszcz i obrączkę. Trzy razy nie.

Tak, w moim wieku mogę sobie już tylko popatrzeć. Dla takich kobiet wygrywa się wojny lub chociażby kupuje sportowy samochód. Ja mogę co najwyżej postawić jej eklera albo dziesięć deko krówek. Czy taka kobieta poleci na krówki ? W takich chwilach jest mi smutno. Wiem że w moim życie coś się kończy a ja nie dokonałem jeszcze niczego wielkiego. Przyznam się że nigdy nie wykroczyłem poza sztywne ramy własnych zasad. Z resztą mój kodeks moralny to nic innego jak zlepek tego co przekazali mi rodzice, kościół, książki. Gdybym tak choć raz w życiu zrobił coś szalonego. Nie wiem poszedł na zabawę, a wracając bladym świtem wypił mleko sąsiadów. Wykąpał się w ubraniu w publicznej fontannie, na środku placu ku uciesze gawiedzi. Pojechać na wycieczkę kradzionym rowerem. Gdyby tak zatracić się na chwilę w sposób od początku do końca kontrolowany. Taki skok na bungie z asekuracją. Wiem poproszę Ją o chwilę rozmowy. Jeśli pierwszy raz w życiu się odważę To znaczy że nie jest jeszcze za późno. Jeszcze nie.

-Przepraszam, czy Pani Podniosła ten swój wyniosły wzrok. -Tak -Czy Pani mieszka sama. O piękna Pani księżyc jak z idylli. Jam niegodzien twych stóp całować, ni wypić wody po kąpieli. Za jedno twe spojrzenie niech zginie tysiąc, nie lepiej legion męskich dusz. O Heleno jam twój Parys. W pobliżu oceanu przy świetle świecy leżę u twych stóp, skomląc o prawo łaski.

Powoli, jednostajnie, zaczęły docierać do mnie, me bełkotliwe myśli. Rozejrzałem się, towarzystwo miało niezły ubaw. Kreski obcych uśmiechów, wbijały się z bólem z każdej strony. Nikt nie rechotał, tylko te bezczelne słuszne uśmieszki. Czy ja to powiedziałem w myślach czy naprawdę ?

Powiedział Pan to, odpowiedziała nieznajoma. Mam na imię Beata, wyciągnęła smukłą białą dłoń. Już nie było ludzi wkoło, byłem tylko ja i ona. Przysiadła się do mnie lekko czerwieniąc na twarzy.

-Mam na imię Wojciech. Przepraszam wygłupiłem się. Zazwyczaj nie rozpoczynam znajomości od monologów ze spalonego teatru. Nic nie szkodzi każda kobieta marzy, aby choć raz w życiu poczuć się jak księżniczka. Tak naprawdę pragniemy być wielbione słowem i czynem. Więc proszę nie myśleć, że pomimo myśli nieskładnych nie było warto usłyszeć tego wyznania. Powiedział Pan to co myślał, prawda ? Nie czekając, sama odpowiedziała. Było to wzruszające przez to ,że nieoczekiwane. Wręczył Pan bukiet róż, kobiecie którą widzi się po raz pierwszy. Magiczny bukiet słów, przybrany nagłym wyznaniem. Każda z nas marzy o wakacjach w ciepłych krajach. Dobrych perfumach i bieliźnie z wieloma zerami na metkach z ceną.

Wie Pan ile razy usłyszałam, wyznanie miłości. Tylko raz i to od swojego męża, w dniu oświadczyn. Mimo że mnie kocha wiem ,że były to słowa wymuszone przez konwenanse i ludzi z otoczenia. Bo tak wypada powiedzieć przy oświadczynach. To tak jak wypada powiedzieć, „Dzień dobry” kupując bułki. Czasem więcej miłości jest w psim merdaniu ogonem niż ludzkim „kocham cię”.

Bardzo bym chciała usłyszeć takie słowa z ust swego męża przy jakiejś prozaicznej czynności. Wymień Wojtku jakąś prozaiczną czynność.

-Obieranie ziemniaków, kupowanie porannej gazety, sex z żoną po trzydziestu latach małżeństwa. Ta ostatnia czynność to akurat wyczyn, zaśmiała się serdecznie.

Więc pozostaje obieranie ziemniaków. To akurat nie możliwe mój mąż nigdy nie obierał ziemniaków. Ma od tego ludzi. Beta zaśmiała się bez skrępowania, odsłaniając wybielone równe zęby.

Wojciech ośmielił się nieco, twarz rozpromieniła się nieco, przysunął się bliżej i zakończył. Chciałbym się z tobą umówić do kina lub na film jak wolisz.

Czego oczekujesz od mnie. Jestem stary jak mój płaszcz znoszony. Wszystko co mogłem to osiągnąłem wieki temu. Wiesz że byłem kiedyś pracownikiem roku ?

Przez grzeczność nie parsknęła śmiechem. Chciałabym byś mnie pokochał, choć przez chwilę zatraćmy się w sobie bez końca. Idźmy do tego kina, obejmij mnie jakby kończył się świat. Teraz jesteś ty ja i nic więcej. Uszanujemy to. Co mnie obchodzi ile masz lat, czy masz żonę i koniec jakiejś drogi. Pocałuj mnie. Słyszysz pocałuj mnie jak nikt wcześniej nie całował. Boisz się tych wszystkich zaciekawionych twarzy ? Tak jesteśmy w kawiarni. Tak dotyczą nas konwenanse, ale cóż to w obliczu śmierci ? Wiesz że umrzesz nie zaznając prawdziwej miłości. W Wojciechu włączył się racjonalista. Jestem w kawiarni we mnie wlepione dziesiątki zaciekawionych par oczu. Nawet babcia szaletowa wyszła ze swej jaskini wietrząc w powietrzu jakąś zmianę. Przecież żyje się tylko raz. Na granicy myśli i miłości, pocałował Beatę tylko raz. Długo namiętnie, bez pośpiechu, znowu przez czas krótki miał dwadzieścia lat i kieszenie pełne pomysłów. Potem wyszedł, odprowadzany smutnym wzrokiem Beaty i oklaskami kawoszy, świadków tego niecodziennego wydarzenia.

Dzwoneczek u drzwi kawiarni otrzeźwił go nieco. Teraz mogę wszystko nawet przenosić góry, pomyślał. Dlaczego nie zacząć od czynów przyziemnych, malutkich skundlonych. Zatem, wracając do domu kopnął w skrzynkę w której więcej reklam niż listów. Wypił mleko sąsiadki, przestraszył graficiarzy od ścian białych. Pokazał palec nieprzystojny młodzieńcom co zbierali dwadzieścia groszy na buczka. Wreszcie, powiedział co myśli o polskich żołnierzach w Iraku i cenie benzyny. Wszystko to w czasie krótszym niż jedna machloja rządu. Sprinter i tyle, szkoda marnować choć chwilę.

Dochodząc do domu, przekręcił klucz od drzwi które malował dziesiątki razy. Klamka puściła z lekkim oporem. Wysłużony zamek zgrzytnął, a nozdrza wypełnił znośny zapach środka do mycia podłóg. Powiesił płaszcz, przywitał się z żoną i kotem. Laczki wylądowały na jego kościstych stopach, jeszcze gazeta złych wiadomości do ręki i można iść posiedzieć w fotelu.

Stary mebel lekko zgrzytnął po ciężarem Wojciecha. Jak zwykle od lat trzydziestu, głowa domu rozpoczęła rytuał, zasłużonego odpoczynku po pracy. Nawet myśli zjawiały się podobne. Jestem zmęczony, zasłużyłem na obiad gazetkę i cichą służalczość ślubnej.

Ślubna lekko szurając kapciami, przyniosła dymiący talerz grochówki. Nie wiedziała, że jej życie również może się zmienić. Kochała Wojciecha ale bardziej moherowy beret i kazania jedynie słusznego księdza. Wojciech zanurzył łyżkę w zupie spojrzał w sufit na co żona zareagowała podnosząc głowę. Poczym klepnął ją w zadek siarczyście jak Piłsudzki kasztankę. Zdziwienie żony zmieszało się z wyrazem buntu na jej twarzy. Bez słowa wyszła , mamrocząc pod nosem „zwariował dziad jeden”.

Kończąc akcję, Wojciech przeciągnął się na wygodnym oparciu drewnianego krzesła i powiedział. Tak dziś jest początek reszty mojego życia. Ślubna trzasnęła drzwiami dając upust swojej złości.

Wojciech uśmiechnięty bujał się na krześle jak niesforny dzieciak z podstawówki. Zaintrygował go widok kuferka z papierami dziadunia na szafie. Stanął na palcach, ściągnął kuferek i położył go na parkiecie. Kuferek wyglądał jak mała skórzana walizka z ciężkimi metalowymi okuciami. Wieko kuferka zaskrzypiało. Zapach starych szpargałów rozniósł się po całym mieszkaniu. Co my tu mamy, mamrotał. Świadectwo ukończenia gimnazjum. Piękny pożółkły liść. Prawo jazdy. Ciekawy czym jeździł dziadek ? Kolorowe zakładki od książek. Książka Wellsa bez okładki, pewnie „Niewidoczny człowiek”. Kilka pocztówek z egzotycznych krajów, mały skrzypiący globus i ....

Wojciech wziął to pod światło, założył okulary ciężkiego kalibru. Przeglądał ten kawałek papieru dobre piętnaście minut z coraz większymi wypiekami na twarzy. Nie możliwe powtarzał jak katarynka. Niemożliwe. Przecież to jest akt własności. To mi daje olbrzymie możliwości. Ja mogę ...

Wojciech jak stał tak wybiegł z mieszkania, pobiegł piętro wyżej do swej mentalnej przyjaciółki Inez. Sąsiadka była wróżką. Była bo teraz to bardziej udaje niż wróży. Bardziej obrosła gadżetami niż sprzedawca tandety z marketu. Szklane kule, karty, indyjskie kiecki mistyczne miny. Tym niemniej była przyjaciółką Wojciecha od wielu lat z wzajemnością.

Wojciech przestępując z nogi na nogę zniecierpliwiony zapukał do drzwi trzy razy. Z głośnika za drzwiami dobył się mistyczny głos z automatu . Wróżka Inez jest w transie, proszę nie przeszkadzać. Jeśli nie byłeś umówiony zadzwoń na numer telefonu wypisany na drzwiach. Do widzenia, odpływam do wiecznego świata duchów. Żegnaj zagubiona duszo. W tle płynęła stłumiona muzyka relaksacyjna.

Inez otwieraj to ja Wojtek. Kto ? Pan hydraulik syknął przez zaciśnięte zęby, tym razem bez narzędzi. Przy drzwiach słychać było chrzęst otwieranych zamków.

Drzwi otworzyły się, sąsiad wszedł do sąsiadki. Muszę ci coś pokazać. Panie hydrauliku ja taka nie ubrana, co na to mój mąż. Wyginała się pusia nimfa.

Nie teraz Inez. Mówiłem ci, że jestem bez narzędzi. Lekko obrażona Inez odwróciła się wchodząc do pokoju. Proszę wejdź, zawsze musisz popsuć te nasze gierki. Starzejesz się panie hydrauliku, o panu strażaku już nie wspomnę. Napijesz się czegoś Wojciechu. -Wolę już być włamywaczem nie mów do mnie Wojciechu. Czuje się jakbym był w pracy. -Apropos już nie pracuje. -Jak to ? -Normalnie, redukcja etatów. Nowe wypiera stare i takie tam mądrości wschodu. -Zrobię ci herbatki leśnej z rumem, chcesz ? -Może być tylko zgaś proszę te kadzidełka za dużo tego…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych