Wróć do katalogu

Wyrok

Bohater siedzi w celi śmierci, pomału się nawraca by w końcu zawisnąć na szubienicy...

andriosz, opublikowano , 35 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wyrok

Mijały tygodnie. Damian pojawiał się u mnie od czasu do czasu. Rozmawialiśmy raz dłużej raz krócej, analizowaliśmy nasz model świata, ale najważniejsze dla mnie było to, że się w ogóle pojawiał w mojej samotnej celi, choćby na jednego papierosa, choćby tylko aby ucisnąć mi dłoń i spytać, jak się mam. Dzięki niemu znów zacząłem się modlić i im bliżej było do końca, tym modliłem się dłużej i z większym oddaniem. Bałem się śmierci. Bardzo się bałem. I może dlatego regulamin więzienny zezwalał skazanemu na śmierć na odwiedziny księdza przypisanego z urzędu. Natomiast nie zezwalał już na żadne inne odwiedziny, nawet najbliższych. Oczywiście dotyczyło to tylko tych, którzy siedzieli w celi śmierci. Wiedziałem od Damiana, że matka bardzo chciała się ze mną zobaczyć ale mimo jej wielu próśb, nie została wpuszczona. Dostawałem jednak od niej listy i różne drobiazgi przemycane w sutannie przez mojego księdza, co oczywiście było niezgodne z regulaminem. Damian w pewnym sensie musiał zastąpić mi matkę bo nie było w końcu innego wyjścia. Stał się dla mnie kimś bardzo bliskim i czułem jakbym znał go od zawsze a pewnie nigdy bym go nie poznał, gdybym tu nie trafił. Dużo myślałem o tym pierwszym zabójstwie, że w pewnym momencie dałem się zaślepić nienawiści, i że krok po kroku pozwalałem jej aby mnie w końcu zatruła na wskroś, jak zatruwa palacza śmiertelny tytoniowy dym. Z początku niewinny, niby szkodliwy ale jednak dozwolony a po wielu latach palenia zadający człowiekowi ostateczny i bezwzględny cios. Tu nie było miejsca na sentymenty. Sam niestety paliłem ale w obecnej sytuacji nie bałem się raka. Było oczywiste, że na to akurat nie umrę. Ta nienawiść wydawała mi się czymś prawdziwym, kiedy byłem pod jej wpływem, teraz jednak dostrzegałem wyraźnie, jakie zło wyrządziłem sobie i innym, idąc za jej przeklętym głosem. Żałowałem i plaskałem skruszony, jak przepowiedział mi Damian. - Szkoda, że dałem się jej tak uwieść, że nie pilnowałem siebie lepiej, tak samo zresztą jak dałem się uwieść Adzie. Wówczas miałem jeszcze szansę wszystko naprawić, wyjść z tego, jak człowiek wychodzi z nałogu, szkoda, że się poddałem. – niestety moja słabość wtedy zwyciężyła i potrzebowałem tego całego procesu, samotnej odsiadki, długich rozmów z Damianem, który stał się dla mnie prawdziwym przyjacielem, żeby to zrozumieć. Zrozumieć i...umrzeć! W tej swojej samotni, stojąc niejako z boku tego, co można nazwać ogólnie życiem w świecie, zrozumiałem jeszcze jedną rzecz - że w istocie i wcześniej byłem człowiekiem samotnym, pomimo rodziców, żony i różnych znajomych czy klientów, z którymi utrzymywałem „dobre kontakty”. Ale to było tylko na zewnątrz, natomiast moja dusza była zawsze samotna. Zamknąłem ja przed bliskimi - przed ludźmi, którzy mogliby mi pomóc, kiedy był jeszcze na to czas. Ja jednak byłem na to zbyt dumny. Chciałem do wszystkiego dochodzić sam. Niebawem dla życia miałem się stać już tylko wspomnieniem, a jedynie, co dawało mi nadzieję, to przebaczenie, to Bóg, który jest miłosierny. Bóg, którego swego czasu wymiotłem z mojego życia bo przyjąłem innych bogów, tych nieprawdziwych jak powiedziałby Damian, ale też dlatego, że był on trudnym Bogiem i nie raz mi przeszkadzał. A teraz znów dotarłem do Niego albo to może On raczej dotarł do mnie. Żyjąc w dostatku, którego notabene nigdy nie doceniałem, Bóg nie był mi potrzebny, jednak teraz stał się dla mnie istotny bo przecież miałem stanąć niebawem przed Jego obliczem a w moim życiu już nie miało być przecież czasu na starość, w której, z braku innych zajęć, człowiek zaczyna stawać się na nowo religijny. Mimo oziębłości, jaką Go darzyłem przez ostatnie lata, czy nawet dziesiątki lat, nie przestałem wbrew pozorom wierzyć. Wierzyłem ale i nienawidziłem Go. Drażnił mnie. Była bowiem we mnie sprzeczność, która jednak była dowodem na to, że wierzyłem. Ponieważ gdybym nie wierzył, nie byłoby emocji, które w sobie dusiłem a czasem dawałem im upust zwłaszcza podczas moich pijacki z Nim rozmów. Oczywiście wiele rzeczy, które w życiu robiłem nie były zgodne z prawdą, czyli miłością jak uczył Damian, co intuicyjnie już wtedy wyczuwałem, tym samym wyzwalały one we mnie negatywne emocje, rozdarcie i bunt przeciwko Niemu. - Panie, czyż nie ma dla mnie ratunku?! Wiesz przecież, jak bardzo boję się śmierci. To prawda, że sam zabijałem a teraz nie potrafię tego znieść, że i mnie zabiją. Duszę się w tej celi bez okien. Tak tu cicho. Jestem tylko ja ale już nie długo. Spójrz na moje ciało - jakie jest jeszcze pełne siły, muskularne i zdrowe a już niedługo ma być uśmiercone na przekór mnie, przez obce ręce, które mają prawo mi to uczynić. Maja prawo ponieść mnie i powiesić. Przeraża mnie to! Zrób coś! Proszę! Popatrz na moje dłonie, to są ostatnie dni, kiedy mi służą, za moment staną się sztywne, zimne i już nigdy się nie poruszą, choć mogłyby jeszcze wiele zdziałać i to nawet dobrego. O tak, jakże chciałbym teraz robić coś dobrego! Ooo gdyby można było tak cofnąć czas, to byś dopiero zobaczył, jakim bym stał się człowiekiem! A tak, zmarnowałem życie! Nie pozostawiłem po sobie nic wartościowego. Wszystko, co miałem to była tylko iluzja. Nic z siebie nie wykrzesałem. Nic! Choć może jednak ten dom…– i kiedy tak myślałem o tym, co w życiu zrobiłem, to przypomniał mi się właśnie ten dom, który budowałem wraz z dwoma zawziętymi góralami, i to, jak go budowałem - jak szalony, jakby w uniesieniu, niemalże tylko za dach nad głową i jedzenie do syta, bo nie zarobiłem tam nawet tyle, ile w miesiąc jako agent ubezpieczeniowy. Tak, tylko tam zostawiłem jakoś cześć siebie, bo pracowałem z pasją i uczciwie do bólu bo nie chciałem zawieść majstra, który dał mi szansę. - Jakże chce Boże teraz wszystko zmienić! Jakże chcę żyć! Odkupić swoje winy! Zadośćuczynić całym swoim życiem a nie śmiercią! Chcę wspomagać biednych, kochać moją żonę i wszystkich tych, którym zazdrościłem i których nienawidziłem! Byłbym ich bratem, tak jak w tym śnie, który mi wtedy zesłałeś! Szkoda, że tego nie zauważyłem. Może wszystko potoczyłoby się inaczej? Ooo, gdyby tylko można było cofnąć czas! Zerwałbym z każdym nałogiem, choćby tak głupim jak to palenie, które coraz bardziej mnie zniewala. – wszystko to stało się dla mnie takie oczywiste i czułem jak podczas takich z Nim rozmów, już bez alkoholu wzbierała we mnie siła, dzięki której, nie zachwiałbym się przed wieloma rzeczami, które za życia w świecie wydawały mi się trudne do osiągnięcia i spychane gdzieś na margines. Zamarzyła mi się rodzina z prawdziwego zdarzenia, w której byłyby dzieci, którymi bez zmrużenia oka zajmowałbym się dniem i nocą, pomagając w ten sposób żonie, byle słyszeć ich śmiech w domu pełnym życia a nie martwej natury i spotkań z wielkomiejskimi karierowiczami. Tyle nie przeczytanych książek na mnie również czekało, zawsze odkładanych na korzyść pracy, której stałem się niewolnikiem a raczej pieniędzy, które ona mi dawała, nie będąc wcale pracą ciekawą, pasjonującą a jedynie dobrze płatną. I nie trzeba by jej było wcale zmieniać ale zmienić tylko swoje spojrzenie na nią, złapać trochę dystansu, stanąć z boku, jak mawiał Damian i nie dać się zwariować. - Boże, zrobiłbym wiele rzeczy inaczej, tak jak podpowiadało mi niejednokrotnie serce i marzenia ale jedyne co mi teraz pozostało, to żal, smutek i wielka rozpacz. Ale mam też w Tobie nadzieję. Ty znów stałeś się dla mnie ważny. Jesteś dla mnie ważny! Jesteś… - rozmyślałem tak jeszcze jakiś czas, po czym zasnąłem. Ile to razy tak właśnie spędzałem tutaj długie chwile, leżąc na łóżku myśląc i modląc się, po czym zapadałem w sen lub choćby krótką drzemkę. Zresztą nie bardzo byłem nigdy świadom, jak długo spałem bo kiedy się budziłem nie wiedziałem czy była noc czy też dzień, bo w mojej celi nie było okien a posiadanie zegarka było zabronione. Dzięki temu zatraciłem poczucie czasu. Zaraz na początku powiedziano mi, że skazani na śmierć już nie mają takich praw, jak inni więźniowie, nawet nie mają prawa do okna, papierosów, spacerów czy zegarka. Oficjalnie nie maiłem żadnych osobistych przedmiotów, choć czasem jednak coś mi przemycano ale i tak przy najbliższej rewizji, zabierano mi wszystko. Zamiast dającego światło okna miałem do dyspozycji okratowaną świetlówkę, którą mogłem włączać i wyłączać, kiedy chciałem. Kiedy ją gasiłem i kładłem się na pryczy patrząc w sufit choć i tak nic nie widziałem z racji mroku, który szczelnie mnie otaczał, moje oczy pomału przystosowywały się do ciemności i po kilku minutach dostrzegałem jedynie cieniutką strużką światła z korytarza, która sączyła się pod potężnymi stalowymi drzwiami wejściowymi do mojej celi i sprawiała, że dostrzegałem kontury niektórych przedmiotów. Widocznie obsługa więzienia przeoczyła ten mały szczególik, który dla mnie był szczególnie ważny, tym samym, nie czułem się aż tak odcięty od reszty więzienia. Często ją obserwowałem. Czasem ktoś przechodził pod moimi drzwiami i wtedy strużka nagle znikała i zaraz pojawiała się ponownie. Której nocy albo i dnia przypomniałem sobie o butelce wódki, jaką dostarczył mi na moja gorącą prośbę Damian. Nie pamiętam już ile czasu minęło od jej zamówienia do momentu, kiedy ją dostałem ale trochę to trwało. Oczywiście Damian nie świadczył takich usług na każde moje życzenie ale tu mi nie odmówił, choć nie był zadowolony, twierdząc, że trzeźwość mimo cierpienia, jakie człowieka w danym monecie doświadcza, powinna być przestrzegana, bowiem tylko wtedy można poznać siebie, docierając w sposób niezmącony do swojego wnętrza. Widać cela śmierci miała w takich wypadkach nawet taryfę ulgową u księży. Oczywiście była to sprawa jednorazowa. Damian dając mi jednak tę butelkę powiedział, że mogę ją wypić choć wcale nie muszę i że zrobię to, co będę chciał. I kiedy to powiedział, nie byłem już taki pewien, czy ją wypiję. Nie była to zwyczajna butelka ale plastikowa, jak do napojów gazowanych, widać Damian wolał nie ryzykować tego czy nie spróbuję podciąć sobie żył stłuczonym szkłem. Tak, w chwilach goryczy, zwłaszcza na początku, istotnie myślałem o samobójstwie ale cela była tak urządzona, że nie znalazłem nic, co mógłbym wykorzystać do uśmiercenia swojego ciała. Teraz butelka była schowana pod materacem i czekała na odpowiedni moment, który wciąż przesuwałem bo nie chciałem już się obudzić trzeźwy po jej wypiciu to znaczy planowałem, że wypiję alkohol tuż przed egzekucją, żeby się znieczulić. Problem jednak był w tym, że nie wiedziałem, kiedy się to stanie. Mogli przyjść po mnie w każdej chwili, dziś, za trzy dni lub za tydzień. Bardzo mnie ta niepewność męczyła. I tak oto butelka przeleżała już u mnie jakiś czas, to znaczy na pewno kilka dni, co sobie policzyłem obserwując swoje ciało, co później jeszcze wyjaśnię. Drugą niedogodnością, przemawiającą raczej za tym żeby ją wypić, były wspomniane rewizje ale one nie były regularne abym nie potrafił na ich podstawie określać czasu. Pozostawał wciąż inny problem – czy zdążę w ogóle wypić, kiedy już przyjdą po mnie? Nie mogłem przecież przypuszczać, że za każdym razem jak otwierali moją celę, to po to aby już mnie zabrać na tamten świat. Od czasu do czasu przychodzili, no i przecież przychodził Damian. Miałem więc dylemat. - Jeśli nie zdążę wypić przed egzekucja, to nie zdążę już wypić wcale. Więc lepiej wypić teraz. – i już miałem wyciągnąć butelkę kiedy usłyszałem głos: - Hmm, czy ja wiem, może jednak poczekać. Wypij a jutro się okaże, że cię tam poprowadzą. Tam! Rozumiesz Andrzejku? I to jeszcze na kacu! - Eee tam od razu, że jutro poprowadzą. Ile już tu siedzę? Skoro nie przyszli przez tyle czasu, to przecież nie przyjdą akurat jutro. Za tydzień, za dwa, może za miesiąc ale na pewno nie jutro. Spokojnie. Myślę, że można się teraz napić. A do tego czasu, to i kolejną butelkę się załatwi. To co, po łyczku na dobry sen? Tylko po łyczku. - Ale tylko po jednym, żeby jeszcze zostało w razie czego. Hmm, choć sam nie wiem bo Damian przecież mówił, żeby z tym walczyć. Żeby się od tego uwolnić, rozumiesz? - Przecież nie musisz robić wszystkiego, co mówi Damian. Czasem można sobie pofolgować, no nie? - Niby tak ale jeśli zaufać mu a właściwie nie jemu tylko Bogu, to rzeczywiście to wszystko ma sens i chce się i śmiać i płakać bo człowieka pali w środku coś takiego że....to chyba miłość... - Czy ja wiem, miłość nie miłość ale napić się trzeba, a przynajmniej można, to co po maluchu? Andrzejku no co ty! Kiedyś piłeś. - No nie wiem, może lepiej zostawić na potem, na przed śmiercią albo... - Albo co? - ...albo może wylać to po prostu do zlewu, wystarczy odkręcić i przechylić butelkę nad zlewem i znów zaprzeć się siebie samego. Przecież zrobię to, co będę chciał albo nawet to, czego nie będę chciał. - Ależ wymyślił! Jakie to zawile i po co to robić? Żeby jeszcze więcej cierpieć? I tak już cierpisz. Daj sobie tę odrobinę przyjemności. Andrzej masz do tego prawo. Co jest z tobą stary? Tak czy nie? - Daj spokój, mogę nie pić przecież. Słyszałeś, mam wolną wolę! - Pewnie, że masz ale po to, żeby się napić! - Chcę to zrobić dla Niego. - Dla kogo? Dla tego nawiedzonego księdza? On ma takich na pęczki jak ty, łazi od celi do celi i sprzedaje te swoje nauki. I to niby jest ta jego misja, to on nie ma wolnej woli i właśnie jest tego przykładem – coś go opętało i nim steruje, czy myślisz, że on potrafi żyć inaczej – nie, nie potrafi, to nim steruje – imperatyw powiada. Tfu! - Zamknij się i daj mi spokój. Nie robię tego ani dla siebie ani dla Damiana. - Więc dla kogo? Aaaa już wiem, dla tego niewidzialnego faceta, którego nazywają Jezusem. Którego kochają miliony – ty stary durniu, jak można kochać kogoś, kogo się nie zna, kogo się nie widzi? Napij się mówię ci, to od razu ci się rozjaśni. - Kochać! Co ja wiem o miłości! Ja nawet nie kochałem tych, którzy byli obok mnie, na których codziennie patrzyłem, których dotykałem. Chcę żebyś wiedział kolego, że się nie napiję i zrobię to właśnie dla Niego, choć tego wcale nie rozumiem, wcale go nie widzę i wcale go nie... - ...kocham. Hehehe, sam widzisz, że gonisz za jakimś złudzeniem. I chcesz robić coś, czego nie rozumiesz? Dla jakiejś ułudy? A tu masz wszystko jak na dłoni, wystarczy odkręcić kapsel i zanurzyć usta, napić się tylko jeden łyczek, nic więcej. Już nie pamiętasz jak latałeś kiedyś za Adą – tam też miałeś wszystko jak na dłoni, wystarczyło, że spojrzeliście na siebie i już czuliście ten ogień, który was palił. Tu też sprawa jest oczywista. Jest potrzeba, ot i jest butelka. No dawaj, napij się za stare dobre czasy w świecie, no dobra tylko jeden łyczek na dobranoc, jak nie chcesz więcej. - A potem na dzień dobry? - A czemu nie? Co ci zostało? Żal ci? Daj spokój, nie bądź dzieckiem. - A może właśnie powinienem być jak jedno z nich. Tak, bez nałogów i tego wszystkiego, co niosę teraz na swoich plecach, co mnie przygniata i ty mnie przygniatasz. I wiesz co, mam cię gdzieś, patrz co zrobię, oto masz tę swoją butelkę, tę swoją Adę i w ogóle to wszystko co mnie opętało – tu wziąłem butelkę z wódką, podszedłem do zlewu i odkręciwszy, słuchałem jak chlupał znikający w dziurze zlewu przeźroczysty płyn. Nie zapachniało jednak alkoholem a zgodnie z tym, co było na etykiecie, zawartość powinna mieć czterdzieści procent alkoholu. Posmakowałem. - Woda! To jest woda! Damian! Ty… Sprytnie to sobie wymyśliłeś. Więc cały ten czas trzymałem pod materacem butelkę z wodą!? Śmiechu warte! - zaśmiałem się i nie mogłem wciąż uwierzyć, że jednak mi się udało, że pokonałem siebie, tą swoją słabość do alkoholu, tym bardziej, że jak się okazało i tak bym nic nie zyskał chcąc zalać się w trupa. Kiedy emocje już opadły, położyłem się na moim więziennym posłaniu. Oddychałem głęboko i po woli, jakbym był tylko oddechem i po chwili stałem się lekki i tak odpłynąłem do sennej krainy. Jeszcze tej samej nocy obudziłem się zlany zimnym potem – śnił mi się jakiś koszmar. Usiadłem na materacu i wpatrywałem się w zamknięte metalowe drzwi mojej celi, dokładnie tam, gdzie widniała jasna rysa światła. Z kratki wentylacyjnej dochodził jednostajny szum wentylatora. Nie posiadając zegarka, nie wiedziałem, która była godzina. A nie miałem go dlatego, że nie wolno mi było mieć nic osobistego, jak na skazanego na śmierć przystało, zgodnie z regulaminem. Oczywiście czasami, jak już powiedziałem, coś mi przemycono, ot choćby tę butelkę wódki a właściwie wody, bo gdyby alkohol wyparował to przecież bym zauważył. Jednak sporadyczne kontrole w mojej celi pozbawiły już mnie dwóch zegarków i na obecną chwilę nie posiadałem takowego. Nie wiedziałem zatem, czy było koło północy, południa czy może już nad ranem. Pewien rytm oczywiście wyznaczały przynoszone mi posiłki ale zauważyłem, że odstępy miedzy nimi były także nieregularne. Czasem przynoszono mi jeden po drugim a czasem wiłem się już od dawna z głodu, zanim dostałem następny. Na podstawie uczucia głodu mogłem przypuszczać, że jeśli zjadłem obiad, to powinienem czuć sytość przez co najmniej trzy, cztery godziny. Później znów zaczynałem być głodny ale nie zawsze, jak wspomniałem, oznaczało to, że niebawem znów się czymś posilę. Czasem byłem tak głodny, że aby oszukać organizm, piłem tylko wodę, której, miałem pod dostatkiem, jeśli używałem jej tylko do picia. Zaskoczył mnie system podawania posiłków, bowiem nikt mi ich nie przynosił a jedynie wyskakiwały ze ściany, a dokładniej mówiąc ze szpary tuż pod kratką wentylacyjna i spadały z około trzech metrów na posadzkę bo tak wysoko była kratka.

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych