Wyrwane z kontekstu
Przez tamtą krótką chwilę należeli do siebie. Tylko do siebie. Aż.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Niechętnie spojrzała na zegarek i wskaźnik stanu paliwa. Powoli wyswobodziła dłoń z warstw koców, śpiworów i swetrów, żeby wyłączyć ogrzewanie w samochodzie. Husky na siedzeniu pasażera poruszył się niespokojnie, jakby rozumiał ciąg przyczynowo skutkowy pomiędzy kliknięciem przełącznika, a spadkiem temperatury wewnątrz pojazdu. - Wiem, zimno… - szepnęła, ustawiając alarm w telefonie na dwie godziny później. - …ale bywało już gorzej. – pies w odpowiedzi tylko mruknął. Znów zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosami usypiającego miasta. Zaułek, w którym zwykła parkować na noc, wybrała specjalnie pod względem spokoju. Jej plan, by nie zapuszczać nigdzie korzeni i sypiać w aucie, do tej pory zdawał egzamin. Nie przewidziała jednak, że zima nadejdzie tego roku tak szybko. Zbyt szybko, by odhaczyć wszystkie punkty na liście do zrobienia. Chociaż, im dłużej nad tym myślała, tym bardziej była przekonana, że gdyby nie pewne przeciwności losu, już dawno zakończyłaby swoją misję. Przeciwności losu w postaci wkurzającego, dociekliwego gliny, który musiał akurat doczepić się właśnie do niej. Tak jakby sypianie we własnym aucie było nielegalne. I jeszcze, żeby ten glina był zwykłym krawężnikiem, znudzonym latami szukania kieszonkowców i wlepianiem mandatów babciom handlującym pietruszką, może by zrozumiała. Ale nie – do niej akurat musiał przywalić się aspirant z dochodzeniówki. Może niepotrzebnie wdała się w pyskówkę z jakimś pijaczkiem pod nocnym sklepem i może faktycznie wyzywanie – jak wtedy jej się zdawało - przypadkowych klientów sklepu, starających się rozładować sytuację, którzy okazali się właśnie policjantami w cywilu, nie było najlepszym początkiem znajomości. Ale facet nie musiał jej śledzić (a tego była pewna) i zatrzymywać rutynowo, wręcz czekając na najmniejsze potknięcia. Tak, jakby nie miał nic innego do roboty… Powoli odpływała myślami, szukając tych kilkudziesięciu minut snu, gdy Baloo zerwał się spod pledu i zaczął głośno ujadać. - Co, kur… - ocknęła się i zamarła widząc postać w kapturze tuż przy swojej szybie. Pies nie przestawał szczekać, a ona zadrżała ze strachu. Dopiero gdy intruz wzruszył zniecierpliwiony ramionami i odsłonił twarz. Odetchnęła z ulgą, uchylając okno i uciszając zwierzę. - O, dobry wieczór panie aspirancie. Za co dzisiaj zatrzymujemy? Może małe przeszukano…? – jego twarz była niewzruszona. Krótko ostrzyżone włosy i dwudniowy zarost dodawały surowości i tak już bardzo męskiej twarzy. Ciemne, nieprzeniknione oczy nigdy, nawet przez chwilę się nie uśmiechały. - Starszy aspirancie. Proszę wysiąść z pojazdu. – nie mogła uwierzyć, że nawet dzisiaj, w taką noc, facet będzie kontynuował swoje nękanie. - Naprawdę…? – wyszeptała, starając się ze wszystkich sił powstrzymać łzy bezsilności. – Dopiero nagrzałam… Miejże litość… co zrobię z… - spojrzała na spokojnego już psa. - Proszę. – powtórzył rozkazująco i odsuwając się od drzwi. Sięgnęła po plecak z najpotrzebniejszymi przyborami i dokumentami, niechętnie wydostała się z wszelkich okryć i stanęła naprzeciwko mężczyzny dygocząc z zimna i nerwów. - Weź kundla. – rzucił – I chodź. – nie obejrzał się nawet, nasunął kaptur na prawie łysą czaszkę i ruszył w kierunku głównej ulicy. Oszołomiona, po prostu wykonała polecenia. Mężczyzna poprowadził ich do jednej z bram, czystszej niż inne w tej okolicy. Otworzył drzwi i wpuścił ją przed sobą. - Światło po lewej. – nie zareagowała, więc wyminął ją i sam oświetlił klatkę schodową. W ciszy weszli na trzecie piętro i znów na chwilę zatrzymali się pod drzwiami. W jej głowie odgrywały się wtedy wszystkie znane sceny morderstw. Mógł jej przecież zrobić wszystko. I nikt by się nigdy nie dowiedział. A nawet gdyby – przecież nic mu nie zrobią… Ścisnęła mocniej smycz zwierzęcia, które było jej jedyną opcją obrony w razie ataku. Czuła ulgę, że nie pomyślała nawet, by założyć Baloo kaganiec. Po chwili mocowania się z zamkami, weszli do małego, ale przytulnego mieszkania. Mężczyzna zawiesił klucze w widocznym miejscu, zdjął swoją kurtkę i buty i zapalił wszystkie światła w pomieszczeniu. Nieśpiesznie podszedł do jednej z dużych szaf, otworzył ją ukazując rzeczy poukładane w idealnym porządku. Wyjął jeden z ręczników i jakiś dres, dopiero wtedy zwrócił się do niej. - Masz jakieś alergie? – oszołomiona, nadal stała w małym przedpokoju, topniejący śnieg z butów i płaszcza, tworzył już małą kałużę. - Nie rozumiem…? - Czy możesz jeść wszystko? Nie chcę cię otruć. – skinęła głową i wzięła od niego ręcznik – Łazienka jest tam. Weź ciepły prysznic. – przejął od niej smycz – Kundel zostanie ze mną. – uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc że jej pies nie lubi obcych i nie da się nawet dotknąć, gdy jej nie będzie w pobliżu. Ale myśl o ciepłym prysznicu była tak kusząca… Może to właśnie był dobry plan – zostawić Baloo z tym facetem, by ten nie mógł się nigdzie ruszyć?
W idealnie wysprzątanej kabinie od razu znalazła wszystko, czego potrzebowała. Na chwilę zapomniała, że to nie jest jej mieszkanie i że jeszcze wiele ją czeka, zanim wreszcie będzie mogła rozluźnić się u siebie. Ale przynajmniej nie marznie teraz w swoim rozszczelnionym samochodzie. Nawet jeśli za chwilę będzie musiała do niego wrócić. Osuszyła włosy, pozwoliła sobie nawet użyć kremu nawilżającego. Dopiero gdy spojrzała na napis na bluzie, którą otrzymała od mężczyzny, aż prychnęła. - To ma być jakiś chory żart? – spytała z ironicznym uśmiechem prezentując biały napis C.H.W.D.P. na plecach. - Kumpli. – odparł nawet nie odrywając wzroku od telewizora. Baloo spał spokojnie przy nogach mężczyzny popijającego Lecha. – Na stole jest świeża herbata, może nie dostaniesz zapalenia płuc, jeśli szybko się rozgrzejesz. Jeśli wolisz ryzykować, zimne piwo stoi w lodówce. Tylko zostaw coś na jutro. Pizza w drodze. – wybrała opcję pierwszą. Musiał ją obserwować, bo gdy tylko spojrzała na pustą psią miskę, rzucił – Nakarmiłem kundla odpowiednią puszką. Na pewno lepszej jakości, niż to, co ty mu dajesz. - Nie byłabym taka pewna… - odparła nie do końca przekonana o swojej racji. Pizza dotarła szybko i równie szybko zniknęła. Gdy skończyli jeść wstała, by wysupłać drobne ze swoich dżinsów i zwrócić część poniesionych kosztów. - Dres odniosę ci jutro. Baloo, idziemy. – zostawiła pieniądze na stole i sięgnęła po smycz. Pies nawet nie drgnął, udając że nie usłyszał. - Śpisz dzisiaj na kanapie. Chyba zwariowałaś, jeśli myślisz, że dam wam wrócić na noc do auta. – zmienił program w tv na prognozę pogody, w której ostrzegano przez falą silnych mrozów i zamieciami śnieżnymi. - Nie mam zamiaru mieć was na sumieniu. I przynajmniej mam cię na oku. – mówiąc to podszedł do szafy i rzucił w jej stronę grubym kocem i poduszką. – Rano wychodzę przed 10. Dobranoc. – dodał, zanim sam zniknął w jednym z pokojów. Poczuła ogrom wdzięczności i ulgę, ale również lekki niepokój. Bo to wszystko mogło jedynie jeszcze bardziej skomplikować jej plany.
Wiedział, że nie zaśnie. Nie spał przecież od prawie dwóch lat, chyba że po wódce. A teraz jeszcze obecność obcej dziewczyny w salonie sprawiała mu dyskomfort. Wiedział o niej tyle, ile udało mu się sprawdzić w pracy, a było tego niewiele. I ten dziwny zbieg okoliczności, że od kilku miesięcy zawsze znajdował ją kręcącą się w okolicy większych porachunków półświatka narkotykowego. Nie na tyle blisko, by móc mieć z tym coś wspólnego, ale na tyle często, by było to podejrzane. Do tego brak stałego adresu i sypianie w aucie wcale nie poprawiały sytuacji. Przerzucał bezmyślnie kanały, próbując nie myśleć o tym, że ostatnia kobieca wizyta w tym mieszkaniu miała miejsce dwa lata temu. I że od kiedy jego (nadal) żona odeszła wraz z nowonarodzonym synem, nie zaprosił tutaj nikogo. Czemu więc teraz? Czemu więc ona? Tłumaczył sobie, że przecież ta dziewczyna naprawdę zamarzłaby przy dzisiejszych -15. I że przynajmniej tej nocy nie kręci się w pobliżu ciemnych typów, których on próbuje rozpracować od kilku lat. Zapadł w swoisty półsen, gdzie wspomnienia i serial telewizyjny mieszały się w jedno, budziło go skrzypienie kanapy z salonu, tylko po to, by za chwilę mógł znów wtopić się w marzenia senne. Dopiero głośne trzaśnięcie drzwiami wejściowymi otrzeźwiło go na tyle by wstać. Dziewczyny nie było, zostawiła jego ubrania, obok ułożonej pościeli i garści drobniaków za pizzę. Uśmiechnął się pod nosem. Jeśli któreś z nich pomyślało wtedy, że to by było na tyle – myliło się.
Wrócił po nią tego samego wieczoru. I kolejnego. I jeszcze kilka razy, różnych porach dnia, zależnie od godzin pracy. Nigdy nie rozmawiali. Oficjalnie nie znali nawet swoich imion, nigdy nie wypili bruderszafta. Nigdy się sobie nie przedstawili. Kupka drobnych na stole rosła z każdą jej wizytą, on nigdy nie brał tych pieniędzy, a ona zawsze je zostawiała. Któregoś poranka podłożył tam naczynie, żeby nie robić większego bałaganu. Ona nigdy nie zostawała na tyle długo, by wspólnie wypić poranną kawę. Jakimś sposobem wiedziała dokładnie, kiedy się zmyć przed jego przebudzeniem.
Po dwóch tygodniach to ona czekała na niego pod bramą, trzymając w ręce torbę z ciepłą chińszczyzną. Później znów była pizza, kurczak i burgery. On ostentacyjnie dodał kilka banknotów do naczynia na stole. Ona zaczęła odkładać pożyczone ciuchy i pościel na miejsce do szafy (to nic, że nie umiała wszystkiego poskładać jak należy i codziennie musiał to poprawiać). Któregoś razu spytała, czy może coś ugotować – na co niechętnie się zgodził (nie lubił bałaganu w kuchni) i wyszło jej to nadzwyczaj dobrze. Trwali w takim zawieszeniu, w totalnej nicości i żadne nie chciało tego zmieniać. Zniszczyć.
Tego dnia, po nocnej zmianie, akurat gdy gospodarz wypakowywał produkty do obiadu, niespodziewanie rozległ się dzwonek do drzwi. Już wcześniej zwróciła uwagę na brak jakiegokolwiek życia towarzyskiego mężczyzny – jego telefon nigdy nie dzwonił, nigdy nie dostawał nawet smsów, nie używał laptopa, nikt go
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Atomówka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…