Wróć do katalogu

Wysoka cena

typowe fantasy - magia, potwory itp. uwaga! bez happy endu :)

jimmy, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Kain skończył czyścić swoją kuszę. Od dłuższego już czasu nie patrzył w stronę zbliżającej się figurki jeźdźca. Odrzucił brudną szmatę i z zadowoleniem przyglądał się efektom swojej pracy. Drewno było idealnie gładkie, a w każdej, najdrobniejszej nawet, metalowej części odbijały się promienie południowego słońca. Kontemplację zabójczej broni przerwał mu cień, przesłaniający palące niemiłosiernie słońce. – Czego? – warknął żołnierz, podnosząc głowę. – Mam najświeższe rozkazy. Młody posłaniec, aby dostosować się do panujących na równinie piekielnych warunków, był rozebrany od pasa w górę, nogawki spodni podwinął aż nad kolana, a na nogach, zamiast wysokich kozaków, których cholewy wystawały teraz z juków, nosił lekkie półbuty. Nawet kawaleryjska czapka zamieniona została na ocieniający twarz kapelusz z szerokim rondem i smętnie zwisającym piórem, kiedyś zapewne kolorowym i nadającym zużytemu nakryciu głowy reprezentacyjny charakter. Zadość regulaminowi czynił jedynie pas z szablą. Goniec zeskoczył z konia i zaczął zawzięcie grzebać w jukach. W końcu wyciągnął poobcierany bukłak, pociągnął solidny łyk. – No, słucham wreszcie! – Kain nigdy nie był służbistą, ale swobodne zachowanie posłańca lekko go zirytowało. – Dwa dni drogi na północ. – młodzik machnął ręką w kierunku drgającego w rozrzedzonym powietrzu masywu gór, a drugą otarł ściekającą po brodzie wodę. – Jest miasteczko, zwane Temhun, do którego macie się natychmiast udać. – Natychmiast? – Kain ściągnął z głowy namoczoną chustkę i przetarł nią twarz. – Jesteśmy po ośmiodniowym marszu. Słońce chowa się tylko na noc, ostatnią chmurę widzieliśmy na niebie dobry tydzień temu. Deszcz to nawet nie pamiętam jak wygląda. Kierowaliśmy się na południowy wschód, gdzie już jutro bylibyśmy w lasach we włościach hrabiego Manfreda Warvicka. Mieliśmy nadzieję pod osłoną drzew szybko dotrzeć do obozu i tam odpocząć przynajmniej kilka dni... Zresztą, spójrz na moich ludzi! Posłaniec rozejrzał się. Dziesiątki żołnierzy leżało stłoczonych pod dającymi niewielki cień płaszczami i koszulami, rozpiętymi na wbitych w ziemię włóczniach. Nie było słychać żadnych rozmów, jedynym odgłosem było gromkie chrapanie. Wszelki ekwipunek rzucony był na jedną wielką kupę, a uwolnione od niego muły z zapałem pożywiały się resztkami pożółkłej trawy na brzegu strumienia. Oprócz dowódcy kuszników, jedynie czterech strażników było na nogach. Siedzieli na obrzeżach małego obozowiska, każdy zwrócony w inną stronę świata. Zdawać by się mogło, że wartownicy śpią albo dostali udaru i w momencie ataku nie zdążą sięgnąć po leżące obok kusze i miecze. Co jakiś czas jednak jeden z nich wstawał i udawał się do strumyka, żeby schłodzić ociekające potem ciało i namoczyć koszulę, którą zarzucał sobie na głowę i ramiona. - No cóż – uśmiechnął się jeździec. – Ważny jest pośpiech, ale w takim przypadku możecie odpocząć i wyruszyć wieczorem. Kain również się uśmiechnął tyle, że ironicznie. - Dość swobodnie interpretujesz rozkazy dowództwa. Myślałem, że gońcy są tylko od przekazywania wiadomości. - Powiedzmy, że mam dodatkowe kompetencje - upiwszy kolejny łyk wody, posłaniec się skrzywił. Przechylił bukłak, wytrząsając z niego ostatnie krople. - Jest was tu pięć tuzinów prawda? Myślę, że cztery wystarczą w zupełności, a resztę można wysłać z bagażami do tego waszego obozu. Wszystkiego dowiecie się na miejscu, ja wiem tylko tyle, że chodzi o jakąś bandę zbirów, którzy ostatnio zbytnio się rozzuchwalili. Temhun nie ma licznego garnizonu, więc ściągają do tego wojsko. Wy nie powinniście mieć tam żadnych problemów. – Jeździec schwycił konia za uzdę, a drugą ręką dotknął lekko ronda kapelusza. – Czas mnie goni. Skorzystam tylko z waszej wspaniałej rzeki i ruszam dalej. Żegnam! Kusznik nie odpowiedział na pożegnanie. * * * Po odejściu posłańca, Kain udał się do jedynego w obozowisku namiotu z prawdziwego zdarzenia i wślizgnął się do środka. Obaj zajmujący go mężczyźni nie spali. Pierwszy z nich podobny był do kusznika: mężczyzna w sile wieku z ogorzałą twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Drugi różnił się od obu żołnierzy pod każdym względem – szczupły, wymuskany młodzieniec z aż nazbyt widoczną delikatną i nienawykłą do trudów skórą. - I co, warto było wychodzić na ten skwar? Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? – spytał starszy. Kain sięgnął do worka, który spoczywał w kącie namiotu i wyciągnął zeń fajkę oraz tytoń. Poczęstował towarzyszy, z czego tylko starszy skorzystał. Kusznik zapalił i pyknąwszy dwukrotnie, powtórzył swoją rozmowę z posłańcem. - Co o tym sądzisz, Bodvarze? – zapytał na zakończenie. - Jak rozkaz, to rozkaz, trzeba będzie tam się wybrać, choć nie wiem, czemu nie może tego załatwić garnizon miasta. Nawet jeśli nie są zbyt liczni to powinni sobie poradzić z obroną obwarowanego miasta. Myślę, że wyruszymy najwcześniej tuż po zachodzie słońca, a najlepiej po północy. Marsz do wschodu słońca, całodniowy odpoczynek i następnego ranka powinniśmy być u podnóża gór. - Ale przecież rozkazy mówią, że powinniśmy się spieszyć – po raz pierwszy odezwał się najmłodszy z trójki mężczyzn. - Drogi Lambercie, pozwól, że zajmą się tym bardziej doświadczeni... - Wypraszam to sobie, kapitanie! – podniósł głos młodzieniec. – To ja tutaj dowodzę! - Uspokój się, młody człowieku – Kain cały czas mówił spokojnie. – Jeżeli sądzisz, że ktoś dałby dowodzić oddziałem nieopierzonemu podrostkowi, to się grubo mylisz. Jest tu 60 chłopa plus nas dwóch i każdy bez wyjątku bardziej od ciebie nadaje się na dowódcę. Połowa już dawno powinna była awansować. Szlacheckie urodzenie bynajmniej nie czynie cię kimś lepszym. - Jak śmiesz! Lambert poderwał się z posłania, ale Kaina natychmiast szybkim ruchem ściągnął go w dół. Drugą ręką lekko uderzył młodzieńca w grdykę, przez co ten natychmiast przestał krzyczeć i się szamotać. - Posłuchaj, dzieciaku, twoim zadaniem jest obserwować i uczyć się. Jeżeli nikt ci tego nie powiedział wprost, nadając ten przydział, to tylko dlatego, że liczyliśmy na twoją inteligencję. Ale jak widać nie pomogły nawet lata mozolnej nauki w klasztorach i na książęcych dworach. Na zewnątrz jest strumień, proponuję, żebyś trochę ochłonął. Wściekły Lambert, wciąż trzymając się za gardło, wybiegł z namiotu. - Mam nadzieję, że nie zrobiłeś mu krzywdy. To nie jest zły chłopak... - Jasne, jak każdy rozpieszczony szlachetka – sarkastycznie przerwał Kain. – Chociaż... Starsi opowiadali, że jego ojciec też był na początku taki. Ale bardzo bym się zdziwił, gdyby ten mały został choć w połowie tak dobrym wodzem i wojownikiem, jak ojciec. Nie mówiąc o legendarnym prapradziadku po którym nosi imię. - Pożyjemy, zobaczymy, zadatki ma... – Bodvar wypuścił kilka kółek z dymu. – Dokończmy ten wspaniały tytoń, który z takim trudem zdobyłeś i zdrzemnijmy się. - Dobra, dobra... – zaśmiał się Kain. – Ja przynajmniej kradłem coś przydatnego. Co z wartownikami? - Poradzą sobie. Sami dopilnują zmian, w końcu to nie rekruci. Poza tym, nasz młody dowódca na pewno będzie o tym pamiętał. * * * Dwa tuziny żołnierzy pod dowództwem jednego z zastępców Bodvara, wraz z mułami i zdobycznymi dobrami, udało się na wschód, aby przez skraj Lasu Zachodniego hrabstwa Warvick dotrzeć do obozu. Pozostali ruszyli, zgodnie z poleceniem, na północ. Kain wziął wszystkich swoich 15 kuszników, natomiast Bodvar wybrał półtora tuzina najbardziej doświadczonych ze swoich podwładnych. Lambert sarkał, że jego kapitanowie wybierają się zbyt opieszale, a poza tym lekceważą przeciwnika pozbawiając się prawie połowy oddziału. Tymczasem jedynym problemem obu dowódców zdawało się być dokładne podliczenie łupów i przypomnienie żołnierzom, udającym się do obozu, że odpowiadają za nie głową. Maszerowali całą noc, a uwolnieni od zbędnych ciężarów żołnierze szybko posuwali się do przodu. O wschodzie słońca zaczęli wkraczać na teren, gdzie gorące dni nie dawały się już przyrodzie tak bardzo we znaki. Trawa rosła wyżej i miała zdrowy kolor, a strumyk rozlewał się w większą rzeczkę. Po przejściu kolejnej mili zaczęli natrafiać na pojedynczo rosnące potężne drzewa i w końcu w cieniu jednego z nich rozłożyli obóz. Kolejnej nocy, z powodu pnących się coraz wyżej traw, coraz gęściej poprzetykanych krzewami i drzewami, przebyli dystans niewiele większy, niż poprzednio. Mimo wszystko, krótki o tej porze roku, okres ciemności i chłodu wystarczył aby dotrzeć na miejsce. O świcie oddział rozłożył się pod murami miasta, a Lambert, w asyście swoich kapitanów, zakołatał do bram Temhun. * * * - Tak jak powiedziałem, mimo że to sąsiednia wioska, zresztą bardzo ważna dla nas, jako dostawca pożywienia, i w moim geście leży jej ochrona, to nie jestem po prostu w stanie – tłusta twarz burmistrza Rennara przybrała maskę zbitego kundla. – Sami widzicie, że osada ta z ledwością zasługuje na miano miasteczka, także pod względem fortyfikacji. Absolutnie nie mogę wypuścić stąd żadnego z tych kilkunastu zdolnych do noszenia broni mężczyzn. Nawet na krótką wyprawę do Kozich Rogów. Bo co będzie jak zbójcy przejdą naokoło i zaatakują Temhun? No co? Żaden z trzech siedzących przy stole żołnierzy nie odpowiedział na to pytanie. Tak jak oczywistym było, że burmistrzem nie kieruje bynajmniej troska o bezpieczeństwo swoich obywateli, tak też nie było wątpliwości, że Temhun rzeczywiście było niewielkim miastem i w razie większego ataku miałoby niemałe problemy. Usypany z ziemi wał zakończony palisadą i drewniana brama nie stanowiły tak pewnego zabezpieczenia co powszechne w bardziej cywilizowanych regionach kraju mury i fosa. - I właśnie po to nas tu przysłali – burknął Kain. – Dajcie nam tylko kogoś kto doprowadzi nas przez las do tej wioski. Chociaż nie rozumiem czemu nikt tu jeszcze nie zrobił porządnego traktu... - Ach, ależ oczywiście, jak najbardziej – zagulgotał burmistrz. – Może jeszcze wina? Obaj starsi żołnierze skwapliwie skorzystali z propozycji. Młody Lambert odmówił i zamiast tego podszedł do okna, któremu przypatrywał się już przez dłuższy czas. Dom burmistrza był, nie licząc świątyni, najwyższym budynkiem w mieście. Cały parter zajmował sklep i magazyny – oficjalny urząd burmistrz udanie połączył z przynoszącą bardziej wymierne korzyści profesją kupca. Na pierwszym piętrze burmistrz podejmował gości, zarówno oficjalnie w biurze jak i goszcząc biesiadą przy wielkim stole. Wyższą kondygnację i strych zajmowały prawdopodobnie sypialnie. Okno przy którym stał Lambert wychodziło na północ, więc młody szlachcic miał wspaniały widok na Białe Góry. Potężne poszarpane szczyty wysoko w górze rozpływały się w bieli kryjąc się kompletnie nawet przed najbystrzejszymi oczyma. Nikt nie wiedział na pewno czy były to nisko osiadłe chmury, wiecznie utrzymująca się mgła, czy po prostu śnieg i zmarźlina. Dlatego też nadano im nazwę Białych, choć co i rusz ktoś używał słów Mgliste, Śnieżne czy Wysokie, ale i tak każdy wiedział, że chodzi o najwyższe góry w kraju. - Widzę, panie rycerzu, że przypadł wam do gustu nasz krajobraz – zaszczebiotała po raz niewiadomo który tego wieczora, żona burmistrza. Szczupła, młoda i zadbana wyglądała na wyjętą z całkiem innej bajki niż jej mąż. Bodvar z każdym kuflem stwierdzał, że jest coraz ładniejsza. - To zadziwiające, że tak blisko największego pustkowia w naszym kraju, przez które mozolnie się przedzieraliśmy, są potężne wielkie puszcze, rwące rzeki i żyzne pola. A tuż obok jeszcze te wielkie ośnieżone szczyty. - Na urodzaj rzeczywiście nie narzekamy, a i lasów mamy dość, choć naprawdę wielkich puszcz trzeba szukać na wschód stąd, w hrabstwach Warvick i Edain. – wymlaskał burmistrz między jednym a drugim kęsem pieczeni. – A góry? Góry Białe to jedno wielkie złudzenie. Tak naprawdę to są daleko stąd. Idąc na północ milami można brnąć przez lesiste wzgórza, takie jak to, później wchodzi się już w wyższe góry, porośnięte kosodrzewiną lub łyse. Czasem można utknąć w wiecznie leżącym śniegu. Ale i tak zawsze, kiedy zwrócisz się na północ, będziesz widział przed sobą Białe Góry, jeszcze większe, potężniejsze i piękniejsze od tych na które właśnie wszedłeś. Wiem coś o tym, bo w młodości robiłem naprawdę długie wyprawy. Ba! Raz brałem nawet udział w specjalnej ekspedycji wysłanej przez miłościwie nam panującego, która miała wyjaśnić czy w ogóle na północy jest cokolwiek poza górami. I wyobraźcie sobie panowie, że... - Tak, mamy naprawdę specyficzny krajobraz – zaśmiała się wchodząc mężowi w słowo burmistrzowa. – Ale jest tu też wiele innych interesujących rzeczy. Kain trącając się kieliszkiem z Bodvarem pochylił się w jego stronę i szepnął: - Uważaj na naszego młodego, ta lafirynda ciągle robi do niego słodkie oczy. Ja się stąd zmywam. Spróbuj wymusić na tłuściochu jak najwięcej prowiantu i znającego się na rzeczy przewodnika. – dopił wino i głośno dodał: - Wybaczcie państwo ale zmuszony jestem już podziękować za gościnę i opuścić to jakże miłe towarzystwo. Obowiązki wzywają, trzeba dopilnować całej tej hołoty, która gnieździ się przed bramą miasta. Wszyscy wstali na pożegnanie. Bodvar miał przyjacielowi za złe, że zostawiał go samego w nieprzyjemnym otoczeniu tłustego burmistrza, jego rodzinki i rozweselonych alkoholem, co znamienitszych mieszczan zaproszonych na biesiadę, którzy jednak zbyt zajęci byli pałaszowaniem darmowej kolacji aby odzywać się częściej niż co pół godziny. Pilnować hołoty, dobre sobie, pomyślał żołnierz, czasem mam wrażenie, że ta hołota lepiej daje sobie radę bez nas. Po kilku kolejnych kielichach przepitych do dowódcy miejscowego garnizonu, nieprzyjemne myśli odeszły w siną dal, a co gorsze Bodvarowi zaczęła się niebezpiecznie podobać chudsza z córek burmistrza. W końcu przypomniał sobie po co właściwie został i zaczął rozmawiać o jutrzejszej wyprawie. Burmistrz ciągle wyglądał na trzeźwego, ale kapitan piechoty mimo to miał nadzieję że negocjacje poszły pomyślnie i jutro będą czekać na nich spore zapasy. Później, wracając do obozu, prowadzony przez swojego młodego dowódcę nie był już tego taki pewien. Zresztą już niewiele go to obchodziło. * * * Burmistrz okazał się jednak być dobrym handlarzem, ponieważ Bodvar nie uzyskał nic poza przewodnikiem i okropnym bólem głowy. Roztoczywszy wizję przeraźliwych kataklizmów które nawiedziły region, burmistrz z żalem stwierdził, że miasto może zaoferować dla wojaków jedynie możliwość napełnienia bukłaków w studni i jednego ubitego prosiaka. Wyruszyli następnego dnia o świcie. Las nie był szczególnie gęsty i według zapewnień przewodnika powinni dotrzeć do Kozich Rogów w kilka godzin. Prowadzący ich człowiek okazał się być myśliwym. Podczas, gdy okoliczne wsie zaspokajały głód miasta, Hurz dbał o podniebienia co bogatszych mieszkańców urozmaicając ich jednostajną dietę bardziej wyszukanym mięsiwem. Potężny myśliwy, który mimo że był w sile wieku, sam wciąż wyglądał trochę jak niedźwiedź. Okazał się też być niezrównanym plotkarzem. W pewnym momencie Bodvar udał się w przeciwnym kierunku, pod pretekstem sprawdzenia tylnej straży. Lambert od początku szedł zatopiony we własnych myślach, nieczuły na wszystko co działo się naokoło. Kain również starał się nie zwracać uwagi na gadułę, ale zdenerwowany powtarzaną po raz niewiadomo który historię, już miał zamiar uciszyć myśliwego, gdy ten nagle zmienił temat. - Musicie być dobrymi wojownikami, bo nie za wielu was tu idzie. - Co przez to rozumiesz? - No, mało was, lekkozbrojni... – Nagle myśliwy zwolnił kroku, a w jego oczach zapalił się dziwny błysk. – Co wy właściwie wiecie o tych napadach? - Niewiele, tyle, że na cmentarzu w pobliskiej wiosce przez kilka ostatnich nocy, rozkopywano groby. Prawdopodobnie kilkuosobowa grupa złodziei, bo widziano też w lesie obce postacie, a z wioski zaczęły ginąć drobne przedmioty... Przynajmniej ze słów burmistrza wynikało że to błahostka. - Jest tego więcej – myśliwy całkiem się zatrzymał, a przed chwilą jeszcze rozweselona powtarzanymi plotkami twarz spochmurniała. Kain podniósł wysoko rękę zatrzymując pochód. - Zrobimy krótki postój. Żołnierze, mimo że nie maszerowali długo, z wielką ochotą cofnęli się na mijaną kilka kroków wcześniej polanę i zwalili się na ziemię kto gdzie stał. - Co się stało? – spytał Bodvar. - Sam jeszcze nie wiem. Pilnuj ich. – odparł kusznik. – Powoli zbliżamy się do celu, a ponieważ nie chcemy żadnych niespodzianek, wybieram się z naszym przewodnikiem na mały zwiad. Odpowiedział mu niewyraźny pomruk odpoczywających żołnierzy. Kain wzruszył ramionami, skinął na Hurza i zanurzyli się w las. Bodvar długo odprowadzał ich wzrokiem. Odszedłszy na odległość z której nikt z obozu nie mógł ich usłyszeć, Kain zatrzymał myśliwego łapiąc go za ramię. - Czy jak skończymy rozmawiać, masz zamiar przeprowadzić ten rekonesans? - Zobaczymy, zależy od tego co mi powiesz myśliwcze... A może raczej łowczy królewski? Hurz spojrzał w dół i wsadził kciuki za szeroki ozdobny pas na którym nosił długi sztylet i sakwę. - Skąd wiesz, może go ukradłem? - Wątpliwe, niewielu odważyłoby się paradować z kradzionym pasem, który sam król wręcza swoim ulubieńcom. Widziałem kiedyś podobny u swojego dowódcy. Burmistrz jest aż takim idiotą, czy... - Nie, burmistrz zna moją historię – przerwał Hurz. – Ale nie o tym mieliśmy mówić –

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych