Wróć do katalogu

Z pamiętnika Sheiny... (50)

żyje -_- tytuł bez sensu, ale nie miałam pomyslu. jeśli nie czytałeś(łaś) poprzednich części - nie musisz. Przeczytasz tą, może się spodoba. Trójka elfów + dziewczyna gubią się w lesie =]

Synis, opublikowano , 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Za pięć dwunasta... (dziewiąty miesiąc, trzeci tydzień, pierwszy dzień)

„Leganne to zioło, o liściach przypominających trochę serce. Mają kolor jasno zielony albo brunatny. Rosną na małych krzaczkach tylko i wyłączenie w Wielkim Wschodnim Borze. Nie jest ono spotykane zbyt często, ale ma jedną zasadniczą cechę, która sprawia, że jest bardzo pożądane. Słyszałam o niej wcześniej. Na ziemiach ludzi jest stosowana w tych samych celach, co alkohol, bo i działanie ma podobne. Lecz w odpowiednio małych dawkach może działać jak środek niwelujący objawy zmęczenia. Jak również braku snu. Dzięki temu jestem w stanie funkcjonować w miarę normalnie. Wiem, że Leganne tak naprawdę mi w niczym nie pomaga. Nie likwiduje problemu. Pomaga tylko w nie odczuwaniu go. Moich Opiekunów nie ma ze mną. Dwa tygodnie po przybyciu do Evehre’ester ruszyli w drogę do Lazanfill. Do tej pory nie wrócili. Nie miałam też żadnych wiadomości od nich. Być może dziwnie to zabrzmi, ale brakuje mi ich. Nadal czuję się tu obco i nie na miejscu. Poczynania Kadekatzu tylko wzmagają to uczucie. Jeśli szybko się coś nie zmieni to ucieknę stąd z krzykiem. Coraz częściej myślę o rezygnacji. Przed podjęciem ostatecznej decyzji wstrzymuje mnie tylko świadomość, że nie mam gdzie uciec. I obietnica, którą złożyłam Rivilnowi. Przyrzekłam mu, że już nie ucieknę… Ale jeśli tak dalej pójdzie to nie wytrzymam. Albo zwariuje albo kogoś zabiję. Próba sił i nerwów przyszła za szybko. - Sheina wiesz co? Innae miał dziwny zwyczaj wpadania do mojego pokoju bez pukania. Lekkoduch, z wiecznym uśmiechem na twarzy, dusza towarzystwa o niewyczerpalnym zapasie optymizmu. Nie jest czystej krwi elfem, ale po wyglądzie, ani też po zachowaniu nie można było się domyślić. Usiadł sobie beztrosko obok mnie na łóżku dalej się uśmiechając. - Nigdy się nie domyślisz, co twój dręczyciel wymyślił. Innae był też jedną z nielicznych tu osób, które zwracały się do mnie po prostu po imieniu i traktował mnie tak jak każdego innego Varreta. Przyjrzał mi się dokładniej. - Nadal wyglądasz okropnie. Te cienie pod oczami… Leganne nie działa? - Działa, ale już mi się skończyła. Elf skrzywił się lekko. - Zbyt dużo ich używasz. Ale nie martw się, na przyszłą wyprawę dostaniesz odpowiedni zapas – po czym uśmiechnął się lekko. - Wyprawę? - Kadekatzu przesunął termin zaliczenia, na jutro rano. I wiesz co… ty też idziesz. - Przecież mi się jeszcze palce dobrze nie zrosły! - Tak – westchnął. – Wszyscy to wiemy, on też o tym wie, ale powiedział, że nawet ze sprawnymi palcami wiele nie pomożesz. - Doprawdy? To po co mnie w to wpakował? - To jest dobre pytanie – udał zamyślenie. – Mówisz tak, jak byś go nie znała. - Pięknie… - Po obiedzie będzie oficjalny komunikat, więc lepiej zejdź na czas. Westchnęłam tylko. Zaliczenie… sprawdzian umiejętności radzenia sobie w dzikim terenie, bez większych zapasów, przez kilka, lub kilkanaście dni. Mówiąc prościej, grupkę zielonych całkiem dzieciaków zostawia się na pastwę losu w lesie. Dla urodzonych i wychowanych w kniei elfów to nic nadzwyczajnego, chleb powszedni. Trudność tego egzaminu polega na tym, że z niewielką ilością zapasów z jednego punktu w lesie trzeba jak najkrótszym czasie dotrzeć do innego punktu, mety. Trasa naturalnie biegnie po przez najtrudniejsze odcinki Boru. I prawdę mówiąc będę tylko obciążeniem dla swojej drużyny. - Sheina, obiad! I znów Innae wpadł do pokoju, jak do siebie, uśmiechając się niewinnie. - Przy okazji – rzucił mały woreczek w moją stronę, w środku były znajome liście. – I nie zużyj tego za szybko. - Tak, tak – odrzekłam sennie, kierując się w stronę drzwi.

- Wszyscy obecni? No to w drogę. To miała być próba generalna naszych nabytych umiejętności. Spojrzeliśmy po sobie z powątpiewaniem. Moim skromnym zdaniem głupotą było posyłanie grupki dzieciaków, że się tak wyrażę, niedoświadczonych małolatów, które nadal nie odnalazły swego Kainze’ghena. Młodzi nie mieli więcej niż po pięćdziesiąt lat, co w standardach elfickich było odpowiednikiem naszych dwudziestu lat życia. Czyli bardzo mało. Co prawda uczyli się sztuki walki już od kilku lat, ale niepewność w oczach większości z nich utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie byli gotowi na prawdziwą misję. Ja też nie. - Co ja tutaj robię? – mruczałam pod nosem mocując się ze zbyt obciążonym plecakiem. Mój łuk został odebrany, pomimo wszelkich protestów, zarówno z mojej strony jak i moich Opiekunów. Bo takie jest prawo. Choć nowy, który otrzymałam nie wiele ustępował w funkcjonalności i urodzie nawet, ale jednak… to był mój łuk i ciężko było mi się przyzwyczaić do nowej broni. - Sheina, rusz się. Nie opóźniaj marszu. - Staram się, ale ja prawie biegnę! Prawdą było, że za nic w świecie nie potrafiłam poruszać się po lesie tak szybko i sprawnie jak elfy. A ten, który mnie poganiał był również człowiekiem. Kadekatzu. Zdążyłam go prawdziwie znienawidzić. I bynajmniej nie potrzebowałam na to dwóch miesięcy. - Jak zwykle skomlisz – mruknął uśmiechając się w swój codzienny, ironiczny sposób. – Może w końcu powinnaś dać sobie spokój? Jedyne, co mogłam zrobić to posłać mu mordercze spojrzenie. Celowo wpakował mnie w tą misję, żeby udowodnić mi i wszystkim innym, że marnuje tu czas, próbując się nauczyć czegokolwiek. Od samego początku nauki robił wszystko bym się jak najszybciej zniechęciła. Nadal nie wiem skąd wzięła się u niego taka niechęć do mnie, ale nawet nie próbował tego ukryć. Mogłam jedynie westchnąć i dalej człapać przed siebie. W końcu dotarliśmy do punktu, z którego miał się zacząć test. Każda drużyna oprócz skromnych zapasów, które miały starczyć na trzy dni, otrzymała mapę terenu z zaznaczonymi punktami kontrolnymi i miejscem docelowym. Każda drużyna miała wyznaczoną inna trasę, przecinały się jedynie w punktach kontrolnych. Teoretycznie odległości i stopień trudności był ten sam dla wszystkich, ale… Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na porównywanie map. Po gwizdku startowym każdy z nas ruszył przed siebie, w nieznane knieje, mając nadzieję, że po prostu będzie dobrze. Moja drużyna liczyła, łącznie ze mną cztery osoby. Naer został wyznaczony na kapitana i od niego zależały najważniejsze decyzje. Był też najstarszy z nas i mówiło się, że był pechowcem. Jego rówieśnicy w większości ruszyli już na Poszukiwanie Broni, a on nadal „tkwił”, jak to sam określał, w Evehre’ester. Był to temat drażliwy i raczej nikt go przy nim nie poruszał. Plus polegał na tym, że był też najbardziej doświadczony z wszystkich tych, którzy dziś ruszyli ku mecie. Neruki z naszej czwórki był najbardziej milczący. Po prostu szedł przed siebie, rozglądając się od czasu do czasu. Jedynie na początku bąknął coś o tym, że przydzielono im piąte koło u wozu. To nie było miłe, ale niestety zgodziłam się z nim. Bo też taka była prawda. Każda inna drużyna liczyła sobie dokładnie po trzy osoby. Wypisz, wymaluj, pasowałam do tej imprezy jak pięść do oka. Liam wydawał się być typowym przedstawicielem swojej rasy. Szedł sobie lekko, pogwizdując pod nosem jakąś cichą, spokojną melodie. Wydawał się być pozytywnie do wszystkiego nastawiony. Choć, jak się okazało później, nie był zaślepiony na to, co się wkoło działo. Zazwyczaj miewam problem z różnieniu, który elf to ten a tamten. Wysokie Elfy wyglądają dla mnie po prostu identycznie. Ale z tej trójki tylko Liam był Wysokim elfem. Naer był z rasy Dzikich elfów, bądź jak wolał o sobie mówić Leśnych, a Neruki był mieszańcem. Niestety Natura obdarzyła go ciemniejszą karnacją od przeciętnej i czarnymi włosami, co jego współplemieńcom źle się kojarzyło, sprawiając, że jego życie było mniej znośne momentami. I rzeczywiście, w pierwszej chwili, gdy go zobaczyłam pomyślałam, że jest z rasy Mrocznych. Ale to by był raczej absurd… Ja szłam na końcu, starając się dorównać kroku trzem elfom. Przez to szybciej się zmęczyłam niż oni. Z każdą chwila byłam coraz bardziej zła na Kadekatzu, że mnie w to wpakował. Liam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych