ZA 12 GODZIN SKOŃCZY SIĘ ŚWIAT
No właśnie, czy grozi nam nagła, głupia globalna katastrofa?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ZA 12 GODZIN SKOŃCZY SIĘ ŚWIAT
Hagardzie Hill za 12 godzin skończy się świat- usłyszał w swojej głowie dziwny głos, który nie należał do niego. -I co z tego?- odpowiedział w myślach. Świat nie był ostatnio dla niego łaskawy i wiadomość o tym, że nagle mógłby przestać istnieć nie wzbudziła w nim wielkich emocji. Wyszedł na ulicę z przytułku św. Wojciecha, w którym spędził noc i z rękoma w kieszeni ruszył ulicą w stronę centrum miasta. Świat wydawał się normalny i niezagrożony. Ludzie, jak co rano spieszyli się do swoich obowiązków, swoich zajęć, zdradzonych żon i pieniędzy, które pragnęli pomnażać. I tylko tacy jak on bez pośpiechu zaczynali dzień nie przeliczając go ani nie planując dalej niż kilka minut do przodu. Dla niego będzie jednym z kolejnych, gdy znudzony posiedzi w parku do południa a potem uda się na bezpłatny posiłek do kościoła ewangelistów. Wracając postoi pewnie chwilę przed sklepem z TV i obejrzy przez szybę wiadomości. Kiedy sklepikarz odgoni go od wystawy, zacznie myśleć o tym gdzie spędzić noc i jak zdobyć kolejnego papierosa. Może pójdzie do sióstr elżbietanek lub na przedmieścia gdzie mieściła się miejska noclegownia dla bezdomnych. Jeżeli dyżuru nie będzie miała Helga, wpuszczą go na noc i zostanie tam do rana. A jeżeli nie to cóż, pójdzie na dworzec i wkradnie się do jednego z wagonów kolei podmiejskiej. Lubił jak czasami wyciągali go z tych pociągów i wsadzali do więzienia na kilka długich godzin. Zyskiwał w tym czasie ciepły prysznic i śniadanie. Lecz ostatnio nie mógł się do nich dostać, bowiem były zbyt dobrze strzeżone przez ochraniarzy. Dla niego świat przestał już dawno istnieć i nie miało to znaczenia, w którym momencie to rzeczywiście nastąpi.. Po drugiej stronie ulicy zobaczył dwóch mundurowych. Przystanęli i przyglądali mu się z uwagą. W ich oczach wyglądał na włóczęgę i wcale nie wiele się mylili w swoich ocenach. Jego brudne i podarte ubranie, nieogolona twarz i ręce, wychudzona sylwetka nie sprawiały dobrego wrażenia. Aby uciec od nich wzrokiem skręcił w pierwszą boczną uliczkę, gdzie ruch był mniejszy a domy i wystawy mniej ekskluzywne. Tutaj przynajmniej mniej wzbudzał swoją osobą zainteresowanie innych, którzy byli bardziej przyzwyczajeni do widoków ludzi takich jak on. Czasami nawet współczuli i dawali coś do jedzenia wiedząc, że tacy jak on czekają już tylko na własną śmierć. Starał się nie zaglądać ludziom zbyt głęboko w oczy, gdyż wtedy obawiali się tego, że zatrzyma przy nich i zażąda pieniędzy. Kiedyś próbował tak robić, lecz zjawiała się wtedy policja, poczym zakuwali go w kajdanki i prowadzili na posterunek. A tam zamiast wsadzić do paki obijali mu twarz i wywozili po za miasto, by podczas powrotu dobrze mógł przemyśleć swoje postępowanie Taki ten popieprzony świat, że nawet w więzieniu nie należał mu się spokój. Tacy jak on byli nieszkodliwymi włóczęgami, którzy próbowali wykorzystywać państwo i naciągać je na niepotrzebne wydatki. Im nie należała się nawet cela, tylko kilka razy po pysku i porządny kop w tyłek na pożegnanie. Niech więc skończy się ten popaprany świat i da mu wreszcie spokój. Szedł dalej coraz bardziej oddalając się od Centrum. Już nie miał ochoty tam iść. Pewnie i tak nie dotarłby do głównego placu. Kilka ulic dalej zatrzymano by go, po czym grzecznie powiedziano by poszedł tam gdzie chcą go oglądać. Czyli oznaczało to tylko jedno miejsce, miejskie przedmieścia w pobliżu wysypiska śmieci i składowiska środków chemicznych. Tam, chociaż było mniej ludzi, jakieś ogniska i czasami trafił się gość z pieczonym królikiem na ruszcie. Jeżeli był równy to udawało mu się pogadać chwilę i dostać jakiegoś kęsa. A on umiał sobą zainteresować innych tym co mówił o świecie, który dla nich na poczekaniu wymyślał. Ale rzadko trafiał na inteligentnych włóczęgów. Najczęściej byli to zwykli alkoholicy popijający ścieki z miejscowej wytwórni spirytusu. Kaszlący i ziejący ogniem odganiali takich jak on kijami i obelgami. Mimo że sami byli włóczęgami niepotrzebnymi nikomu, strzegli swojego azylu i nie dopuszczali nikogo, kto mógłby im w jakikolwiek sposób odebrać niezależność. Czasami myślał, że na takich jak on powinno się dokonywać przymusowej eutanazji. gdyż tylko wzbudzali litość wśród niewielkiej grupy ludzi, która prowadziła przytułki i dobre kościoły dla biednych. Dla innych po prostu nie istnieli. Skręcił w kolejną uliczkę, tutaj było jakby ciszej, mniej sklepów, mniej ludzi i mniej czysto. W swojej głowie usłyszał znowu ten dziwny głos. -Hagardzie Hill za 11 godzin skończy się świat! -Do diabła z nim. Co mnie to w ogóle obchodzi? Czy ktoś inny bardziej od niego nie powinien się o tym dowiedzieć? Świat to wielkie świeże gówno, które woli obchodzić dookoła. Mimo wszystko ciągnęło go do ludzi, jak do plastra miodu. Nie umiał bez nich żyć. Bez tego ciągłego kontaktu z nimi i wpatrywania się ukradkiem w ich twarze. To była jego codzienna gra w zgadywanie tego, kim są i dokąd idą. Najczęściej odwracali głowy, ale on i tak wiedział, co sprawia, że nie są do końca szczęśliwi. Tutaj mógł z nimi konkurować, bowiem miał mniej problemów od nich. Nie musiał biegać po bankach, płacić podatków, nie było go w żadnych bazach informatycznych. I tylko martwił się tym by się najeść, przespać i nie narazić się niepotrzebnie nikomu. I nic więcej ponad to. Tylko czasami pojawiała się zazdrość, gdyż przypominał sobie, że kiedyś był jednym z nich. Jeżeli od niego by to zależało, to świat może się skończyć nawet w tej chwili. Do diabła z nim... W oddali zobaczył znowu patrol mundurowych. Musiał przejść ruchliwe skrzyżowanie, aby się na nich nie natknąć. Skręcił w prawo w jeszcze węższą uliczkę z jeszcze gorszym chodnikiem pod nogami i gorzej ubranymi ludźmi. Właściwie był prawie sam, bo zaułek był jednym z tych gdzie nie wypada wchodzić. Małe sklepiki, zabite deskami, drewniane okna z folią zamiast szyb. Nie wielu już tutaj ludzi mieszkało. Mógł zamieszkać w jednym z tych opuszczonych domów, lecz nie lubił tych ponurych miejsc gdzie nocą czuło się strach i samotność. Wolał przytułek i takich jak on w jednej sali, którzy podobnie narzekali na świat wokół nich. Jednak przynajmniej byli trzeźwi i czasami nawet potrafili się uśmiechać i cieszyć, ze swego pogmatwanego losu. Może mimo wszystko tacy jak on byli światu potrzebni? A chociażby, dlatego by ludzkość zachowała odrobinę współczucia? Bo tak naprawdę świat nie miał sumienia, gdyż pozwalał, aby tacy jak on żyli na Ziemi i czuli się nieszczęśliwi. Nie oczekiwał już wiele od innych, potrafił się cieszyć najmniejszą cząstką szczęścia, lecz i tą znajdował na swojej drodze niezwykle rzadko. Dotarł w końcu do rozwidlenia drogi, gdzie zauważył duży samochód, na który ładowano meble z pobliskiego sklepu. W środku był już duży skórzany tapczan i dwa fotele. Gdy tragarze weszli do sklepu wpadł mu do głowy głupi pomysł. Co by się stało gdyby przejechał się tym samochodem w miejsce, do jakiego się uda? Nie spodziewał się, że zajedzie nim do eleganckiej dzielnicy, gdyż nikt z nich w takim miejscu jak to nie dokonywałby zakupów. Mimo to była to jakaś szansa, poznania czegoś nowego. Nie zastanawiał się długo tylko wskoczył na platformę i schował się za ciężką staromodną kanapą. Wkrótce załadowano samochód innymi meblami i zatrzaśnięto za nim metalowe drzwi.. Nie robił często takich numerów, bo przeważnie okazywało się, że zjawiał się w domu, którego strzegła ochrona. Jeżeli właściciel był na tyle dobry, że miał w sobie odrobinę współczucia, pozwalał mu w spokoju wyjść i dostawał nawet dolara na drogę. Ale najczęściej poganiał go kijem, straszył policją i szczuł psami. Miał na swoich spodniach wiele śladów ze spotkania z nimi. Wciąż jednak dreszcz emocji nakazywał mu by kolejny raz odważyć się na podobny numer.. A nóż tym razem szczęście mu dopisze? Tylko nie miał wyobrażenia o tym jak to jego szczęście miało by wyglądać. -Hagardzie Hill za 10 godzin skończy się świat- usłyszał ponownie w swojej głowie. Kiedy samochód jeszcze jechał zastanowił się, co mogłoby się stać w ciągu tak krótkiego czasu, że świat przestanie istnieć? Może spadnie bomba i zmiecie wszystko z powierzchni Ziemi? W wiadomościach nie ogłaszali jednak żadnego kryzysu politycznego, chociaż w dzisiejszych czasach wszystko było możliwe. Zresztą, co on wiedział o świecie i polityce. Nie wiedział nic po za to, co słyszał od innych i przez grubą szybę przed sklepem TV. Gdyby nawet toczyła się wojna on na pewno dowiedziałby się o niej ostatni. Popaprany świat, ale ta wiedza nie była mu do niczego potrzebna od chwili, kiedy z własnego wyboru stał się tym, kim był teraz. Samochód zatrzymał się z piskiem opon. Usłyszał stłumione głosy a potem zaległa cisza. Nikt nie zamierzał widocznie w najbliższym czasie dokonać rozładunku, co bardzo go ucieszyło. Postanowił odczekać kilkanaście minut i ruszyć na zbadanie pomieszczenia, w którym stał pojazd. Dreszczyk emocji przeszedł przez jego plecy i dał mu poczucie dobrze podjętej decyzji. Przez te kilka minut próbował zgadnąć, w jakim jest miejscu i co może tutaj znaleźć. I na ile poprawi mu to humor. Miał jednak swoje zasady i niczego nigdy nie kradł. To, co zabierał z miejsc w których przebywał, nazywał dzieleniem się bogactwem. Doskonale wiedział, że tym ludziom to na pewno nie zaszkodzi. Ten świat już i tak istnieje za długo i może powinno się zacząć dzielić tym zbytkiem, którego inni nawet nie zauważają. Kiedy uznał że już czas, otworzył drzwi samochodu i wyszedł do ciemnego garażu. Gdzieś z boku dostrzegł blady snop światła prowadzący od strony klatki schodowej. Wszędzie było cicho i spokojnie i wyraźnie nikogo nie było w pobliżu. Wrodzona zapobiegliwość kazała mu niemal na palcach wejść po chodach na górę. Światło było tam coraz silniejsze i widział coraz więcej szczegółów. Wkrótce znalazł się na korytarzu domu i zobaczył przed sobą wielki salon urządzony z wielkim przepychem. Stał przez chwilę w jego progu zaślepiony bogactwem wnętrza i nowoczesnym wystrojem. Serce zaczęło mu bić mocno a słuch wytężył do granic możliwości próbując wyłowić jakiś obcy dźwięk. Wyglądało na to, że nikogo nie było w środku, był sam w domu kogoś ważnego i bogatego, pozbawionego na dodatek ochrony. Chyba miał wyjątkowe szczęście i co najmniej kilka godzin na to by zaspokoić swoja ciekawość i znowu stać się normalnie wyglądającym obywatelem. Najpierw znalazł dużą kuchnię z wielką jak szafa lodówką wyładowaną po brzegi żywnością, na widok której żołądek podszedł mu do gardła. Pomyślał, że może zje spokojnie przy stole, lecz zanim to zrobi przygotuje sobie wikt na drogę. Duża czarna torba, leżąca na krześle po chwili wypełniła się kiełbasą i puszkami szynki a w zębach zazgrzytał świeży kawałek indyka. Potem odstawił torbę w korytarzu i zajrzał w głąb domu. Zaglądnął do pierwszego z pokoi i zobaczył otwartą szafę wyładowaną ubraniami. Jego już nie pachniało najlepiej i nie było czyste, albowiem od miesiąca nie miał okazji zmienić na sobie niczego a spanie w zaułkach ulic nie służyło utrzymaniu schludności i higieny. Zaczął, więc wyciągać z niej wszystko to, co uważał, że mu będzie potrzebne, tak by po odświeżającej kąpieli i ogoleniu zarośniętej twarzy znów mieć odwagę spojrzeć na siebie w lustrze i uzyskać pewność, że na ulicy nikt nie okaże mu fałszywego współczucia. Wybrał elegancki garnitur, białą koszule, krawat i długi płaszcz na deszczową pogodę. Zapakował także do torby ciepły wełniany sweter, skórzane czarne buty i zadowolony opuścił pokój. Otworzył po chwili kolejny a w nim przy dużym biurku zobaczył odwrócony w jego stronę komputer i inne nieznane mu urządzenie. To drugie połączone z nim było kilkoma grubymi kablami a na końcu pokoju zobaczył skierowaną w stronę okna antenę satelitarną. Na obudowie urządzenia świeciło się czerwone i zielone światełko a pod nim były dwa o tym samym kolorze przyciski. Słowo komputer wywołało w nim eksplozje marzeń. Nigdy jeszcze nie był tak blisko tego cuda techniki, które mógł podziwiać jedynie na wystawach sklepowych i w markowych sklepach, kiedy jeszcze go tam wpuszczano. Powinien jednak dać sobie z tym spokój i zająć się tym, co powinien, czyli kąpielą, zaspokojeniem głodu i wyjść stąd jak najszybciej. Jednak jego ostrożność została uśpiona, widokiem czegoś, co zawsze go fascynowało. Z drącym sercem usiadł przy biurku i pchany ciekawością wdusił zielony przycisk. Dookoła niego rozległ się szum i powietrze wokół zawirowało, sprawiając, że na moment stracił poczucie rzeczywistości. Ale jego czujność nie została wyostrzona tylko uśpiona jeszcze bardziej po przeczytaniu słów na ekranie: Podaj Hasło. No tak, to pewnie koniec zabawy, czy do cholery wszyscy muszą używać haseł? Nie miał ochoty na szukanie czegoś, co i tak było po za zasięgiem jego możliwości. Mimo to rozglądając się po bardzo profesorskim wystroju gabinetu, gdzie jego większą część stanowiły książki na półkach wpisał na klawiaturze najbardziej niedorzeczne zdanie, jakie przyszło mu do głowy. Brak hasła. -Hagardzie Hill za 9 godzin skończy się świat- usłyszał znowu w swojej głowie. Ale zaraz za tym głosem przyszło zdumienie, bowiem ekran zapalił się różowym światłem i zobaczył ekran powitalny programu i rząd biegnących z góry w dół liczb, które w chwilę później przeobraziły się w obraz jego ukochanego miasta. Widocznie przypadkiem uruchomił zapis video, co nie bardzo go interesowało w tej chwili. Wędrujący obraz znalazł się pomiędzy ulicami, wśród ludzi i wolno przemieszczał się wśród nich ukazując mu coraz to inne miejsca. Dotknął klawiatury i zauważył, że może sterować obrazem i nakazać mu by poruszał się ulicami, jakimi tylko zapragnął. Ogromnie go to wciągnęło i zaczął bawić się wspaniale, jak nigdy dotąd zapominając o tym, że nie jest w domu przecież mile widzianym gościem. Naraz zjawił się przed swoim ulubionym sklepem z wegetariańską żywnością. Pracowała w nim kobieta, jego ulubiona ekspedientka, która zawsze dawała mu coś, kiedy pojawiał się w oknie wystawy. Wcisnął enter i zatrzymał się przy nim obserwując życie toczące się przez krótką chwilę. Zastanawiał się nad tym czy to obraz wydarzeń, które już miały miejsce? Czy też czas teraźniejszy, chwila obecna, której był ukrytym obserwatorem? Znał tą okolicę doskonale i nie mógł zgadnąć, w jakim miejscu może być ukryta kamera? Nadusił raz jeszcze enter i obraz zatrzymał się a na…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil nexus1
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…