Za trzcinowym lasem
Wakacyjna, przygodowa historia dla tych, co nie do końca jeszcze wyrośli z wiary w niemożliwe.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Za trzcinowym lasem
Było gorąco, nawet jak na początek lipca. Żar lał się z nieba na dachy domów, na zakurzone podwórka, na przecinającą wieś drogę. Powietrze nad tu i ówdzie wyszczerbionym asfaltem falowało niczym pustynny miraż. Liście drzew zwisały bezwładnie w martwej duchocie, zmatowiałe od nawianego pyłu. Jak okiem sięgnąć żadnego ruchu, poza drobnym, z wolna powiększającym się punkcikiem na przysłoniętym mgiełką oddalenia horyzoncie. Wyblakły, niegdyś granatowy słupek przystanku PKS nigdy nie był specjalnie pionowy, ale w ostatnich latach pochylił się do granicy niemożliwości. To zaniedbanie nie wydawało się nikomu niezwykłym, bądź co bądź w Gromadzie zatrzymywał się jeden autobus raz na dwa dni. Przy takiej intensywności kursowania słupek z rozkładem nie był w zasadzie potrzebny. Po przystanku, wokół tego reliktu lepszych czasów, spacerowała kobieta w trudnym do określenia wieku. Poradlona zmarszczkami twarz i mocno posiwiałe włosy sugerowały, że osoba ta jest po siedemdziesiątce. Trzymała się jednak prosto, chodziła sprężystym krokiem, trzymając wysoko głowę. Wpatrywała się w wyniosłość drogi, na której punkt widoczny wcześniej na horyzoncie przybrał tymczasem dobrze znany kształt starego Autosana. Grzechocząc i zgrzytając zużytymi mechanizmami, wiekowy pojazd wtoczył się niespiesznie do wsi i z sykiem pneumatycznych hamulców zatrzymał dokładnie przy słupku. Jeden z pasażerów odryglował i otworzył drzwiczki, czemu towarzyszył kolejny przyprawiający o ciarki jęk spracowanych mechanizmów. Mężczyzna odsunął się i przepuścił przed sobą niewysokiego, szczupłego młodzieńca w szortach i czarnym T-shircie. Sięgające poniżej uszu włosy koloru piasku przykrywała czapka w wojskowym stylu, oczy zasłaniały owalne okulary przeciwsłoneczne. Chłopak, dźwigając słusznych rozmiarów plecak turystyczny, przecisnął się wąskim wyjściem i stanął na poboczu drogi przed starszą kobietą. Był jedynym wysiadającym na tym przystanku, toteż kierowca po zaryglowaniu drzwi zgrzytnął biegiem i autobus, pozostawiając po sobie sinawą chmurę spalonego oleju, ruszył w dalszą trasę. Kobieta przez chwilę przypatrywała się chłopakowi, po czym przywołała na usta ciepły uśmiech i odezwała się melodyjnym głosem. -Antek? Mój Boże, jak ty wyrosłeś! Pamiętam cię o, takiego! - Zatrzymała dłoń jakiś metr nad ziemią, mniej więcej na wysokości sprzączki paska chłopaka. -Dzień dobry...- Młodzieniec zaciął się na chwilę, niepewnie spoglądając we wciąż uśmiechniętą twarz kobiety. -Babciu – Dopowiedziała usłużnie- Wprawdzie nie rodzona, ale jako siostrę swojej właściwej babci możesz mnie tak przecież nazywać: Babcia Jadzia. -Dzień dobry, babciu – Odpowiedział wyraźnie odprężony Antek, zdobywszy się na lekki uśmiech. Pani Jadwiga nie spodziewała się nawet tego, więc ów gest odebrała ze szczególnym zadowoleniem. Może to znak, że dzieciak zaczyna wracać do równowagi, pomyślała. Daj Boże... Ruszyli poboczem szosy. Antek maszerował za babcią, rozglądając się po domach. W większości stare, ale porządne zabudowania z czerwonej cegły, którą wyrabiało się w okolicznych cegielniach od niepamiętnych czasów. Uporządkowane podwórza, gustowne, chociaż miejscami przesadne dekoracje przydomowych ogródków. Sklep wielobranżowy z nieodzowną ławeczką, z której jednak upał zgonił nawet najwytrwalszych amatorów napojów wyskokowych. Ot, wioska, jakich na całym Mazowszu, a pewnie i w całej Polsce, bez liku. A on ma tu spędzić wakacje... Kobieta skręciła w pierwszą za sklepem ulicę, odchodzącą od głównej drogi pod ostrym kątem. Piaszczysta nawierzchnia, spękana od słońca, sucho chrzęściła pod pantoflami babci i sportowymi sandałami wnuka, znacząc ich ślad kłębuszkami wzbijanego pyłu. Szli jeszcze kilkanaście minut, mijając rzadziej rozrzucone i nieco skromniejsze domy, by wreszcie wejść w zielono malowaną furtkę w ogrodzeniu, za którym pysznił się stary sad. Jabłka na drzewach były jeszcze zupełnie zielone, ale na tle ciemniejszych liści dało się ocenić, że jest ich bardzo wiele. Pani Jadwiga, schylając lekko głowę, przeszła pod szpalerem gałęzi i poczekała na Antka. Ten niepewnie zamknął za sobą furtkę i uważając, by nie zahaczyć plecakiem o drzewka, dołączył do babci. Zobaczył teraz, że sad otacza niewielki, ale bardzo foremny domek o proporcjach starej, wiejskiej chałupy, postawiony jednak z solidnej, biało malowanej cegły na podmurówce z dużych polnych kamieni. Rzeźbione, drewniane drzwi osadzono w niewielkim ganeczku, po którego kratkach pięły się pędy dzikiego wina. Kryty tradycyjną, czerwoną dachówką dach zdobiły blaszany kurek wiatrowskazu i bielony komin, szpeciła zaś na wskroś nowoczesna antena satelitarna. Na tyłach widoczna była niewielka obórka, w której jednak nie było typowych, wiejskich sprzętów czy zwierząt. Antek wiedział, że ma to związek z zawodem babci Jadzi. Kobieta poczekała, aż chłopak rozejrzy się po obejściu, po czym gestem zaprosiła go do domu. Sień pachniała suszonymi ziołami i ciastem, którego woń dolatywała z umieszczonej po prawej stronie od wejścia kuchni, urządzonej na tradycyjny wzór, za to wyposażonej wygodnie i nowocześnie we wszelkie udogodnienia. Zarówno z sieni, jak i z kuchni, otwierało się przejście do dużego, widnego salonu, którego okna wychodziły na wewnętrzny ogródek i sad. Tu także dało się wyczuć specyficzną woń ziół, ale prócz niej także trudny do uchwycenia aromat, który rozpoznają tylko nieliczni: zapach spokoju i życzliwości. Babcia minęła wejście do salonu i otworzyła środkowe z trzech par drzwi po lewej stronie sieni. -Tutaj jest łazienka, ciepłej wody ile zapragniesz- Objaśniła z uśmiechem kobieta, po czym powiodła wnuka dalej, gdzie kręcone schodki prowadziły na stryszek. -Tutaj będziesz mieszkał- Oznajmiła, kiedy wspięli się już na piętro budynku. Pokoik, w którym stali, był niewielki, ale wygodnie urządzony i jasny dzięki dużemu oknu w szczycie domu. Na wyposażenie składały się staroświeckie, drewniane łóżko z wysokim wezgłowiem, niewielki sekretarzyk z przystawionym do niego krzesłem, dwudrzwiowa szafa i charakterystyczna, malowana skrzynia, pełniąca funkcję stolika nocnego. Nieduży, ciekłokrystaliczny telewizor wisiał na ścianie przeciwległej do łóżka, ustawionego pod oknem. Pokoik był cichy i przytulny. -Chciałem babci podziękować- Zaczął chłopak, ostrożnie odstawiając plecak pod ścianę-Za zaproszenie i w ogóle... -Nie ma o czym mówić- Szybko odrzekła kobieta- To dla mnie prawdziwa przyjemność gościć wnuka mojej siostry, a więc i mojego. -Tak czy owak jeszcze raz dziękuję- Poważnie odpowiedział Antek, odpinając sprzączki plecaka i wyjmując z niego przybory toaletowe – Mogę znieść to do łazienki, czy... -Naturalnie, tak, ustaw je w szafce nad umywalką. Chłopak przytaknął i wyminąwszy babcię zszedł cicho po schodach. Jadwiga westchnęła głęboko i poprawiwszy firankę w oknie także opuściła pokoik.
Popołudnie upłynęło na zdawkowych rozmowach o wszystkim i niczym, jak zwykle, kiedy spotyka się dwójka ludzi teoretycznie bliskich, a w praktyce ledwie się znających. Antek był małomówny i mimo zachęt babci unikał pewnych tematów. Jadwiga wiedząc, jaka jest przyczyna takiego zachowania, nie naciskała i skupiała się raczej na neutralnych sprawach, takich jak szkoła, koledzy czy hobby. Przy okazji starała się przypomnieć sobie wszystko, co wie o swoim młodym krewnym. Jej starsza siostra, faktyczna babcia Antka, mieszkała w Warszawie i od dwóch lat była jedyną bliską osobą chłopca. Doprowadził do tego tragiczny wypadek samochodowy, w którym zginęli jej syn i synowa. Uratował się tylko czternastoletni wówczas chłopak, którego wyrzuciło z koziołkującego auta. Niebywałe, ale wyszedł z katastrofy niemal bez szwanku. W każdym razie tak wyglądało to na pierwszy rzut oka, kiedy odbierała go zapłakanego ze szpitala, do którego przewieziono całą rodzinę. Szybko okazało się, że urazów dzieciaka należało szukać w jego psychice. Wcześniej gadatliwy i wesoły stał się posępny i zamknięty w sobie. Mimo konsultacji u specjalistów nie pojawiała się poprawa. Wkrótce babcia musiała przenieść Antka do nowej szkoły, jako że jego stosunki z rówieśnikami przestały się układać. Stał się samotnikiem, chociaż wciąż miał dobre stopnie i nauczyciele nie skarżyli się na jego zachowanie. Nie zmieniało to jednak faktu, że troskliwa opiekunka martwiła się o wnuka. Kiedy więc Jadwiga zaproponowała, że weźmie Antka na wakacje, nie wahała się długo. Taka zmiana otoczenia nie powinna mu zaszkodzić, a była duża szansa, że przyniesie tak pożądaną poprawę. Zwłaszcza, że chłopak będzie pod doskonałą opieką. Jadwiga miała sześćdziesiąt dwa lata i żelazne zdrowie. Z wykształcenia i zamiłowania lekarz internista, wiele lat temu porzuciła praktykę w stołecznym szpitalu i przeniosła się na wieś, do domu po stryju. Poza pracą w gminnej przychodni udzielała porad we własnym domu. Miała wielki szacunek tak w Gromadzie, jak w okolicznych wioskach. Jeżeli ktoś miał troszczyć się o Antka, ona na pewno zrobi to najlepiej. Teraz jednak sama Jadwiga nie była tego całkiem pewna. Chłopak był na pozór normalny, odpowiadał rzeczowo na pytania, zdobywał się nawet na żartobliwy ton. Jednak temat jego rodziny otoczył tak silnym murem, że w żaden sposób nie zdołała do niego dotrzeć. Może z czasem się uda, pomyślała. Przecież to dopiero pierwszy dzień. Ten zaś chylił się już ku zachodowi. Zanosiło się na pogodną, chociaż jeszcze bezksiężycową noc. Babcia i wnuk zjedli kolację i po krótkiej wymianie wieczornych grzeczności rozeszli się do swoich pokojów. Zza drzwi sypialni gospodyni rozbrzmiał po chwili motyw z czołówki popularnego serialu, którego powtórki telewizja nadaje w każde wakacje. Tymczasem na stryszku chłopak wypakował swoje rzeczy do szafy i skrzyni, na blacie sekretarzyka ułożył laptopa, ale nie uruchomił go. W ubraniu siadł na łóżku i podparłszy głowę splecionymi na parapecie dłońmi wyglądał w ciemność nocy, rozpraszaną blaskiem odległych, a mimo to widocznych jak na dłoni, gwiazd. Siedział tak, dopóki świt nie pobielił pobliskich dachów, a w opłotkach nie odezwały się koguty.
* * *
W Gromadzie, jak w każdej małej miejscowości, gdzie każdy zna każdego i wie, bądź stara się wiedzieć o sąsiadach wszystko, przybycie młodego Warszawiaka zostało naturalnie dostrzeżone. Ponieważ pani Jadwiga była starą panną, natychmiast pojawiły się plotki i domysły co do tożsamości jej gościa. Jednak sama lekarka chętnie wyjaśniała wątpliwości sąsiadów i pacjentów, mając w tym swoje wyrachowanie. Liczyła, że zabezpieczając wnuka od naturalnej w niewielkiej społeczności podejrzliwości wobec obcych, zyska dla niego równocześnie nieco przychylności. Jak miało się wkrótce okazać, wyliczenia te sprawdziły się jedynie częściowo.
Upał nie ustępował, wypijając ze spieczonej roli ostatnie krople wilgoci. Liście ziemniaków, kłosy zbóż, gałęzie drzewek w sadach owocowych: wszystko zdawało się modlić o deszcz. I modły te zdawały się być wysłuchane. Tego dnia już od rana coś zaczynało dziać się na niebie. Drobne kłaczki chmur, widoczne poprzedniego wieczora, rozciągnęły się w szerokie pasma, od czasu do czasu przesłaniając słońce. Duchota stała się nie do wytrzymania, ludzie szukali ochłody w ogrodach i sadach, inni wybierali się do lasu. Młodzież natomiast niemal bez wyjątków wyległa nad Komtura, czyli rozległe, obrosłe trzcinami, jezioro na skraju lasu.
Antek szedł środkiem wąskiej, polnej drogi. Piasek był rozgrzany do tego stopnia, że zdawał się parzyć bose stopy, ale chłopiec niezbyt na to zważał. Był pogrążony w myślach, pustym wzrokiem chłonął uśpione w stojącym powietrzu łany zboża. Doskonale orientował się, gdzie jest, takie wycieczki podejmował od drugiego dnia pobytu u babci Jadzi. Coraz dalsze, coraz śmielsze, byle dalej od ludzi i kłopotliwych pytań krewnej. Wiedział i wyczuwał, że starsza kobieta wszystko, co robi, robi z życzliwości do niego, niewiele go to jednak obchodziło. Nie chciał się jej zwierzać, to co pamiętał, co miał wciąż przed oczami, to należało tylko do niego. Musiał jednak przyznać, że tutaj, na łonie natury, gdzie czas biegnie dużo wolniej i gdzie zgiełk miasta nie wdziera się w każdą sekundę życia, wspomnienia zdają się blaknąć, pozwalając nowym wrażeniom zapisywać się w pamięci. Chłopca z zamyślenia wyrwał donośny, opętańczy śmiech. Przystanął i wzrokiem poszukał źródła dźwięku. Głos powtórzył się, zdawał się dochodzić zza niewysokiego wzgórka, odległego o mniej niż dwieście kroków. Antek, sam się sobie dziwiąc, skierował się w tamtą stronę. Pagórek był piaszczysty i trudno było się na niego wspiąć, zbocze osuwało się spod nóg, ale wreszcie dokonał tej sztuki. Stanąwszy na szczycie ujrzał przed sobą zieloną połać jeziora, otoczonego trzcinami i chaszczami. Śmiechy dochodziły z jego przeciwległego brzegu, gdzie na rozległej plaży dostrzegł kilkanaście ludzkich sylwetek. Zorientował się, że to miejscowe dzieci korzystają z wakacji i bawią się nad wodą na całego. Uśmiechnął się leciutko i ruszył w dół, żeby ochłodzić nogi przy brzegu. Szedł chwilę wzdłuż szpaleru trzciny, szukając dojścia do wody. Niespodziewanie natrafił na szeroką, niegdyś zapewne jeszcze szerszą przecinkę w trzcinowym lesie, prowadzącą do starego, nadbutwiałego pomostu. Antek zawahał się chwilę, ale wypróbowawszy nogą wytrzymałość desek uznał, że pomost powinien utrzymać jego niewielki ciężar. Ostrożnie wkroczył na omszałą konstrukcję i już po chwili z rozkoszą zanurzył stopy w chłodnej wodzie jeziora. Wstał leciutki, południowy wiaterek, przegarniając trzciny. Rozległ się szelest, w którym Antek złowił jakąś ledwie uchwytną melodię, coś jak odległe brzmienie pasterskiej fujarki. Skoncentrował się i próbował rozpoznać nutę i jej źródło, zanim mu się to jednak udało, poczuł drgania pomostu. Podniósł się szybko i stanął plecami do jeziora. Od strony brzegu na pomost weszło dwóch młodzieńców, mniej więcej w wieku Antka, ale znacznie wyższych i lepiej zbudowanych. Mieli na sobie krótkie, kąpielowe spodenki, na nagiej skórze znaczyły ślady niewyschnięte kropelki wody. Antkowi zdawało się, że widział dryblasów już wcześniej, nie mógł tylko skojarzyć, gdzie i kiedy. Nim zdążył się nad tym dobrze zastanowić, jeden z nich odezwał się niskim głosem. -Ty jesteś wnukiem pani Bogacz, nie? - Uśmiech złagodził ostre rysy twarzy chłopca – Warszawiak? -Tak – Zdawkowo odparł Antek, starając się przejść między dryblasami. Ci jednak niespodziewanie zwarli szyk, zmuszając chłopca do zatrzymania. Ku swemu niezadowoleniu odkrył, że żeby spojrzeć im w oczy, musi zadzierać głowę. -Czekaj, gdzie się spieszysz?-Drugi z miejscowych miał głos jeszcze niższy, a twarz jeszcze mniej sympatyczną- Poznać się chcemy. Na piwo idziesz? -Nie piję. -Ta, pewnie, nie pije-Rzucił pierwszy, jakby na użytek niewidzialnej publiczności-A może ci nasze towarzystwo nie odpowiada, co? -Słuchajcie, dajcie mi spokój, nie potrzebuję żadnego towarzystwa-Starał się wybrnąć z niezręcznej sytuacji Antek, ale skutek był przeciwny do oczekiwanego. -Dziwne. Powinieneś potrzebować. Sieroty zwykle są samotne-Ze zjadliwym uśmieszkiem na kaprawej gębie rzucił drugi, z zadowoleniem zauważając, że Antek zamarł w pół kroku z wzrokiem wbitym w ziemię. -Ty, a może to nie prawda? Może jego starzy żyją, tylko się go pozbyli, bo debil?-Pierwszy wyczuł słaby punkt przyjezdnego niczym sęp padlinę-Może nie jest sierota, tylko zwykły podciep. -Odwal się-Wysyczał Antek, zaciskając pięści-Odwal się, bo... -Bo co, suszko? No, gnojku, bo co?-Drugi był już gotów do rozróby. Wszystko wskazywało na to, że liczył na to od początku-Chcesz dostać wciry? Tylko pamiętaj, że tatuś nie przyleci na... Tego Antkowi było aż nadto. Sprężył się i z zaciśniętymi pięściami rzucił naprzód. Szczęśliwie wymierzony cios spadł na szczękę kaprawego, wtłaczając mu ostatnie słowo z powrotem do gardła, wraz z krwią płynącą z przyciętego języka. Chłopak zachwiał się i postąpił parę kroków w tył, co Warszawiak chciał wykorzystać i przemknąć obok drugiego prześladowcy. Był jednak za wolny. Poczuł uderzenie w żołądek, które wyparło mu powietrze z płuc. Jęknął i zwinął się w kłębek, obejmując ramionami bolący brzuch, podczas gdy dryblas pomagał otrząsnąć się z szoku swojemu kompanowi. -O zes ty...-Wysyczał przez krwawiące wargi kaprawy-Ja ci pokaze, Warsawiaku piepsony... Podszedł do skulonego Antka i kopnął go mocno w ramię. Chłopiec jęknął i przewrócił się na bok, jeszcze ciaśniej obejmując ciało ramionami. Dwóch osiłków miało już ręce uniesione do ciosów, gdy z brzegu rozległ się wysoki, rozkazujący głos. -Stać! Co was znowu napadło, głąby!? -A co cię to obchodzi, Zocha? Idź stąd! -A niby dlaczego, bęcwale? Żebyś mógł się wyżyć? Spróbuj ze mną, jeśli taki mocny jesteś! Antek rozchylił lekko powieki. Kiedy odzyskał ostrość widzenia, zobaczył na brzegu wysoką, szczupłą dziewczynę o miedzianorudych włosach. Ubrana w obcisły top odsłaniający brzuch i króciutkie szorty, stała pewnie na szeroko rozstawionych nogach, ręce trzymając na biodrach. Na kształtnej, opalonej twarzy malował się grymas pogardy i gniewu. Nie ulegało wątpliwości, że wyzwanie rzucone osiłkowi traktuje jak najbardziej poważnie. -Żeby później mówili, że baby biję? A na cholerę mi to? -No to w takim razie odwalcie się od niego i wynocha, gdzie wam wygodnie. Byle nie tu! -Dobra, dobra, chcesz, to masz- Ugodowo odrzekł pierwszy z chłopców, na pozór delikatnie chwytając Antka za ramiona i pomagając mu podnieść się na nogi. Ból brzucha zelżał na tyle, że mógł swobodnie odetchnąć i wyprostować na całą wysokość. -Jak dobra, to dobra. Poszli won!- Zocha ani na jotę nie zmieniła pozycji, wciąż mierząc osiłków złym spojrzeniem. -Już, tylko pokażemy Warszawiakowi, jak się u nas wita nieproszonych gości- Odparł kaprawy i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, chwycił znacznie drobniejszego i lżejszego Antka wpół i z rozmachem zrzucił z pomostu, wprost na głębinę. Dziewczyna krzyknęła i rzuciła się naprzód, mijana w pędzie przez rechocących łobuzów biegnących w kierunku wsi. Kiedy znalazła się na skraju pomostu, spojrzała w dół, ale Antka nie było nigdzie widać. Jedynie kręgi na wodzie znaczyły miejsce jego upadku. Dziewczyna zaczęła nawoływać. Gdyby sama wskoczyła do wody, mogłaby zostać uwięziona przez zatopione gałęzie i korzenie, a wówczas nikomu by nie pomogła. Po kilku chwilach, podczas których nie zauważyła nawet śladu obecności chłopca, popędziła brzegiem jeziora w kierunku plaży, wzywając ratunku.
* * *
Kiedy Antek dotarł do domu, ostrożnie rozpoznał teren przed sobą. Wprawdzie ubranie zdążyło przeschnąć, ale wciąż nosiło ślady mułu i przybrzeżnego błota, podczas gdy włosy, pozlepiane w strąki, cuchnęły zgnilizną. Zdając sobie sprawę, że w takim stanie może przestraszyć babcię, ostrożnie wślizgnął się do łazienki, brudne ciuchy schował na dnie kosza z rzeczami do prania i wszedł pod prysznic. Usiadł na dnie kabiny i podciągnąwszy kolana pod brodę, spróbował ułożyć w głowie wydarzenia popołudnia. Żołądek już go nie bolał, ale poniżej torsu kwitła sinawa plama, więc przygoda na pomoście na pewno się wydarzyła. Później ten idiota wrzucił go do stawu, w którym, wnosząc po stanie jego odzieży, również był naprawdę. Nie potrafił jednak wytłumaczyć sobie całej reszty. Nie umiał przecież pływać! Nigdy nie zdarzyło mu się wejść do wody głębiej, niż do pasa. Nie umiał pływać, a więc jak dopłynął do brzegu? Kiedy woda zamknęła się nad nim i zrozumiał, że już się nie wydostanie, ogarnął go spokój, jakiego nie doświadczył nigdy wcześniej. Był gotów wisieć w tej toni już zawsze. Widział rozproszone na powierzchni promienie światła, piękną mozaikę blasku na łusce fali wywołanej jego upadkiem. Wszystko zdawało się tracić znaczenie. I wtedy stało się coś niezwykłego. Poczuł uścisk na przedramieniu, zrozumiał, że jest wleczony przez toń. W stronę brzegu. Uścisk zelżał dopiero wtedy, kiedy jego stopy dotknęły pokrytego wodorostami dna o dwa metry od lądu, wśród trzcin. Rozejrzał się, ale gęsty las sitowia ograniczał widoczność. Słyszał nawoływania dziewczyny, pomost miał jakieś pięćdziesiąt metrów po prawej. Jakim cudem przebył taki dystans pod wodą, nie umiał powiedzieć. Kaszląc i prychając, wypełznął na brzeg i ukradkiem oddalił się od jeziora, uważając, żeby nikt go nie zauważył. Rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. Pani Jadwiga wyszła ze swojego gabinetu i podeszła otworzyć. Antek przykręcił wodę i począł nasłuchiwać. -Pani doktor, nieszczęście!-Zaczął głos nieznajomego mężczyzny-Jakiś chłopak się w Komturze utopił, mówią, że z Warszawy! -Rany Boskie, co pan najlepszego mówi, panie Walczak!-Zawołała gospodyni-Czekaj pan, wezmę apteczkę i lecimy. Znaleźli go? -Nie, wpadł w wodę, moja córka widziała, jak szedł na dno, tam już ludzie szukają! -Dobry Boże... W tym momencie Antek uznał, że trzeba się ujawnić. Przewiązał się ręcznikiem i zawołał przez uchylone drzwi. -Babciu, tu jestem! Nic mi nie jest! Pani Jadwiga wykrzyknęła jakieś niezrozumiałe słowo i przyskoczyła do wnuka. Czule objęła go za głowę i pocałowała w czoło. Tymczasem pan Walczak, który okazał się być członkiem ochotniczej straży pożarnej, zaczął indagować. -A skąd się tu wziąłeś? Przecież Zośka widziała, jak się topisz! Jakim cudem żeś się wydostał? Antek grzecznie skłamał, że stracił równowagę, zleciał z deskowania a po upadku wypłynął pod pomostem i chwytając się elementów jego konstrukcji dotarł do brzegu. Tam, osłonięty przez trzciny i pewnie dlatego niezauważony przez dziewczynę, zwyczajnie wyszedł na drogę i wrócił do Gromady. Strażak poklepał go po ramieniu. -Miałeś, młody, cholerne szczęście. Ale żeś mojej Zośce napędził stracha, niech cię piorun strzeli... No, wszystko dobre, i tak dalej. Lecę odwołać akcję, bo się tam jeszcze ktoś rzeczywiście utopi. Do widzenia, pani doktor! Strażak ukłonił się uprzejmie gospodyni i wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi. Tymczasem pani Jadwiga okiem lekarza obrzuciła wnuka. Zauważyła siniaki na torsie i ramieniu i ze smutkiem pokiwała głową. Doskonale wiedziała, że nie było żadnego upadku. Oto, dlaczego mówi się o dobrych chęciach, że piekło jest nimi wybrukowane, pomyślała udając równocześnie, że niczego się nie domyśla. -Miałeś szczęście-Powiedziała tylko krótko, przywołując na usta uśmiech-Ale staraj się go na przyszłość nie nadużywać, bo też ma swoje granice. -Postaram się-Odpowiedział Antek, ze wzrokiem utkwionym w podłogę. -No, nie przejmuj się, kawalerze- Gospodyni pogłaskała go po wilgotnych włosach, zmuszając delikatnie do uniesienia głowy- Swoją drogą to jezioro ma w sobie coś ciekawego. -Co na przykład? Że łatwo się do niego wpada?-Z lekkim uśmiechem zagadnął chłopak. -Wprost przeciwnie. To dziwne, ale przy tylu kąpiących się dzieciakach, przy tylu wędkarzach, studentach, którzy przyjeżdżają tu w wakacje na ogniska, wreszcie przy tylu miejscowych pijaczkach, błąkających się bez celu nad wodą... Dość, że od osiemdziesięciu lat nikt się w tej wodzie nie utopił. To właśnie jest ciekawe. Powiedziawszy to, babcia Jadzia wzruszyła ramionami i wróciła do swojego gabinetu, zostawiając Antka z niemądrą miną w kałuży wody na progu łazienki.
Tego wieczora pogoda przełamała się na dobre. Powiał silny, zachodni wiatr, a wraz z nim pojawiły się gęste, ciemne chmury. O zmierzchu rozpętała się nad Gromadą gwałtowna burza. Pioruny biły raz po raz, poprzedzając ulewny deszcz. W oknach niektórych domów pojawiły się, zgodnie z tradycją, święte obrazy i gromnice dla odpędzenia błyskawic. Tymczasem w okienku na poddaszu domu pani Jadwigi majaczyła jedynie jasną plamą twarz Antka. Chłopak uwielbiał burze, zawsze chętnie obserwował te pokazy potęgi przyrody. Kiedyś towarzyszył mu zwykle ojciec, ale teraz... Antek wzdrygnął się i wychylił mocniej przez okno. Wśród huku grzmotów i szumu ulewy zdało mu się, że usłyszał muzykę. Ledwie uchwytne tony przypomniały mu to, co słyszał na pomoście przed spotkaniem z osiłkami. Szybko pomyślał, że to niemożliwe, bo od Komtura dzieliła go zbyt duża odległość. Ale ulewa stopniowo cichła, burza przesuwała się na wschód, a melodia trwała, cicha, niczym szelest drzew w dogasającym deszczu. Była jednak czymś innym. Antek miał wyrobione ucho, grywał na różnych instrumentach. Tak, to zdecydowanie był głos piszczałki, prostego, drewnianego flecika, trzcinowej fujarki... Na wspomnienie lasu sitowia po plecach przebiegły mu ciarki. Równocześnie jednak poczuł, że wcale nie jest zmęczony i że ma chęć na spacer. Na przykład nad jezioro.
* * *
Po burzy nie było już innych śladów, niż kałuże w koleinach drogi i krople deszczu na liściach. Niebo było czyste, sierp księżyca słabo oświetlał pola i pobliską ścianę lasu. Chłopak w nocy stracił nieco orientację i przez chwilę nie wiedział, z której strony jeziora się znajduje. Od dłuższego czasu nie słyszał melodii, ale teraz głowę zaprzątały mu inne problemy. Co strzeliło mi do głowy, żeby po ciemku włóczyć się po tej zakazanej głuszy?!- Sztorcował się w myślach, po raz kolejny wyrywając utykające w błocie terenowe buty. Melodyjki mi się w głowie lęgną, niech to diabli... Gdzieś z prawej strony usłyszał plusk wody. Po raz kolejny uwolnił stopy z mazistej pułapki, wytarł dłonie o nogawki spodni i skierował się za dźwiękiem. Poza szumem lasu i okazjonalnym szelestem strącanych z drzew kropel żaden dźwięk nie zakłócał doskonałej ciszy uśpionych pól. Chłopak otarł czoło i raźniej, po twardszym już gruncie pomaszerował przed siebie. Po chwili zorientował się, że do szumu lasu dołączył inny, wyższy i bardziej energiczny. Sitowie. Dostrzegł przed sobą leciutki błysk i zrozumiał, że dotarł wreszcie nad Komtura. Tuż pod lasem musiała znajdować się jakaś wysunięta zatoczka rozległego akwenu. Niespodziewanie zza ściany trzcin doleciały wyraźniejsze niż dotąd tony fujarki. Antek mógł teraz dokładnie wsłuchać się w muzykę. Dźwięki płynęły powoli, wyważone i jakby senne. Melodia była smutna i tęskna, wysokie i niskie tony przypominały westchnienia. Było w niej jednak piękno i wielkie uczucie. Antek z zaskoczeniem stwierdził, że do oczu mimowolnie napływają mu łzy. Starł je wierzchem dłoni i ostrożnie, jak najciszej zsunął z ramion niewielki, wycieczkowy plecak. Wydobył z niego długą, wykonaną z lotniczego aluminium latarkę Maglite. Czując w dłoni kilogramowy ciężar, od razu poczuł się pewniej. Zapiął bagaż i zarzuciwszy go z powrotem na plecy powoli wszedł między trzciny. Melodia wciąż dobiegała zza ich szpaleru, już dosyć cienkiego, sądząc po coraz częstszym migotaniu na wodzie światła księżyca. Wreszcie mur roślin rozstąpił się przed chłopcem i Antek ujrzał w całej okazałości ploso niezbyt rozległej sadzawki, połączonej z całością Komtura wąskim kanałkiem. Powierzchnia leciutko falowała, omywając brzegi i na wpół zatopiony w wodzie olbrzymi pień. Antek utkwił wzrok w sadzawkę i zamarł, nie wierząc własnym oczom. Na środku jeziorka stał szczupły, wysoki chłopak, mniej więcej w jego wieku. Długie, mokre włosy opadały mu na kark, odsłaniając bladą twarz skierowaną w księżyc. Miał przymknięte oczy i grał na trzymanym oburącz fleciku, wykonanym z łodygi tataraku. Stał zupełnie nieruchomo, tylko lekkie ruchy klatki piersiowej towarzyszące grze dawały poznać, że nie jest przywidzeniem. Był ubrany w białą, zapinaną na guziki koszulę, której ułożenie na ciele sugerowało, że jest dokumentnie przemoczona. Podobnie jak szare spodnie o niemodnym kroju, którego nazwy Antek nie mógł sobie przez chwilę przypomnieć. Pumpy! Tak, to było to. Ich nogawki kończyły się kawałek za kolanami, odsłaniając gołe łydki i bose stopy. Dopiero po chwili do Antka dotarło, co w tym obrazie było takiego niezwykłego: chłopak stał na środku stawu, wnosząc po zatopionym przy brzegu pniu dość głębokiego, a on mógł zobaczyć jego stopy. Stał NA powierzchni wody. Wciąż nie dowierzając oczom, ostrożnie wyciągnął przed siebie latarkę i wdusił włącznik. Uderzająco jaskrawy strumień światła rozdarł noc jak toporem, oświetlając wszystko aż po przeciwległy brzeg jeziora. Postać na środku plosa zamrugała, odjęła flet od warg i z osobliwym uśmiechem spojrzała prosto na chłopca. Antek nie wytrzymał i wrzasnął z przerażenia. Latarka wypadła mu z rąk i z pluskiem zniknęła pod wodą. Nie zauważył tego, rzucił się przez trzciny, wciąż wrzeszcząc wniebogłosy. Nie ścigało go nic, poza widokiem, jaki wyrył mu się w pamięci. Oczy. Oczy chłopaka z sadzawki patrzące na niego z jakąś dziwną melancholią. Oczy, które świeciły fosforyczną zielenią.
* * *
Nie zmrużył tej nocy oka. Wrócił do siebie tak, jak wyszedł: przez okno, po kratce dla winorośli. Ubłocone ubranie zwinął do foliowej torebki i ukrył pod łóżkiem. Leżał z dłońmi skrzyżowanymi pod głową, nie mogąc pozbyć się sprzed oczu upiornego widziadła. Rozpamiętywał szczegóły, analizował je tak, jakby przyglądał się fotografii. Najpierw ubranie: niedzisiejsze, niemodne, ale wyglądające na nowe. Twarz pociągła, o regularnych rysach, okolona długimi, pozlepianymi wilgocią włosami. Światło latarki wydobyło je z półmroku jedynie na sekundę czy dwie, ale teraz był niemal pewien, że były zielone, a przynajmniej zielonkawe. Blada cera, sinawe wargi, za którymi w tym dziwnym półuśmiechu widniały zdrowe, białe zęby. No i te wielkie, niesamowite, przerażające oczy. Świecące, ale nie tak, jak u kota czy wilka. Tęczówki zdawały się emanować mętnym, zielonkawym blaskiem. Chłopiec na to wspomnienie znów się wzdrygnął. Nie próbował na razie usystematyzować wrażeń, znaleźć dla nich nazw ani wyjaśnień. Po prostu leżał wpatrzony w sufit. Dopiero kiedy nad wschodnim horyzontem pojawiła się połowa słonecznej tarczy zmęczenie przemogło emocje i Antek odpłynął w sen. Obudził się około dziewiątej rano, nieludzko zmęczony. Od razu wróciły wspomnienia z nocy. Wysiłkiem woli odepchnął je możliwie daleko od siebie, założył czyste ubranie i jakby nigdy nic zszedł na dół. W kuchni znalazł na stole kartkę z wiadomością od babci. Pani Jadwiga wyszła do przychodni i informowała wnuka, że śniadanie czeka na niego w lodówce. Istotnie, Antek znalazł miskę prawdziwego, zsiadłego mleka i kilka domowych rogalików z konfiturą. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Zaczął łapczywie pochłaniać posiłek. Był już przy ostatnim rogaliku, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Przeżuwając drożdżowy specjał wstał od stołu i odchyliwszy firankę wyjrzał na ganek. W tej samej sekundzie cofnął się gwałtownie, omal nie przewracając krzesła. Przed drzwiami stała Zośka Walczak, dziewczyna, która poprzedniego dnia wybawiła go z opresji nad Komturem. No, a przynajmniej próbowała, pomyślał, zastanawiając się gorączkowo, co powinien teraz zrobić. Tymczasem pukanie rozległo się powtórnie. Antek przełknął ostatni kęs rogala i pobieżnie skontrolowawszy stan swojej garderoby zdecydował się otworzyć. Dziewczyna była widać gotowa do zastukania po raz trzeci, ponieważ kiedy chłopak otworzył drzwi, jej dłoń trafiła w próżnię i zatrzymała się o centymetr przed jego nosem. Zakłopotana Zosia cofnęła szybko rękę i odstąpiła krok do tyłu. -Przestraszyłeś mnie wczoraj jak cholera, wiesz?- Zaczęła po chwili. Widać było, że nawet jeżeli straci rezon, to na krótko-Myślałam, że się utopiłeś. -Na szczęście tylko tak to wyglądało-Odpowiedział, starając się skupić wzrok na twarzy dziewczyny, zamiast na głębokim dekolcie jej bluzki- Zdaje się, że należą ci się ode mnie podziękowania. -Nie ma za co. Jurek i Paweł to głąby, zawsze szukają okazji. Ale wczoraj pogadał sobie z nimi mój ojciec. Dali słowo, że nie zbliżą się do ciebie na mniej, niż sto metrów. Wątpię, żeby przyszło im do głowy zmienić zdanie. A przy okazji, nazywam się Zofia Walczak. Wystarczy Zośka. -Antoni Tolima. Wystarczy Antek- Z lekkim uśmiechem odparł chłopak, wciąż przyglądając się obliczu nastolatki. Nie była zjawiskowo piękna, ale z pewnością ładna i atrakcyjna- Tak więc raz jeszcze dziękuję za pomoc, Zosiu. -Raz jeszcze nie ma za co- Swobodnie zaśmiała się dziewczyna- Słuchaj, może się przejdziemy? Nie masz chyba nic lepszego do roboty? Tak naprawdę Antek miał całe mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale żadna z nich nie wydała mu się w owej chwili istotniejsza czy choćby równie interesująca niż proponowana przechadzka. Zaraz jednak obudziła się w nim zwykła podejrzliwość. -Pozwól, że zapytam: czy to moja babka podsunęła ci ten pomysł? Na kolegowanie się ze mną? -Nie, dlaczego? Owszem, wiem od niej o tobie to i owo, ale to tak, jak cała wieś. Po prostu wydałeś mi się sympatyczny. Ale skoro nie chcesz... -Przeciwnie- Wpadł jej w słowo chłopiec- Wprost przeciwnie. Poczekaj, znajdę tylko klucze!
Ten spacer był dla Antka wyjątkowy. Dziwne, ale przy Zosi wszystkie jego problemy i troski zdawały się gdzieś znikać. A przy okazji świetnie się z nią rozmawiało. Była w jego wieku, inteligentna i bardzo rezolutna. Ojciec wychowywał ją samotnie, a jako że łączył pracę policjanta z działaniem w ochotniczej straży pożarnej, wpajał córce od najmłodszych lat zasady i wzorce właściwsze raczej dla wychowania chłopca. Oprócz tego jednak poświęcał jej zawsze wiele uwagi i miłości, toteż koniec końców wyrosła na nietuzinkową młodą kobietę, w której w znakomitych proporcjach łączyły się delikatność i siła. Była też taktowna, co łatwo było poznać po sposobie, w jaki prowadziła rozmowę z Warszawiakiem. Poruszała tematy istotne dla każdego nastolatka, unikając jednak starannie, choć niewymuszenie spraw zasadniczo rodzinnych, na wspomnienie których Antek zawsze okazywał zdenerwowanie i wycofywał się. - Tak, niestety- Kontynuowała podjętą przed chwilą myśl- Wszystko wskazuje na to, że się stąd szybko nie wyrwę. Skończyło się gimnazjum, jest technikum, a wszystko mam na miejscu. Chyba dopiero na studia wyjadę z tej dziury. -Nie mów tak. Tu jest naprawdę bardzo ładnie- Zaoponował Antek z przekonaniem. Rzeczywiście, boczna ulica, którą akurat szli, miała w sobie wiele uroku. -O tak, przepięknie. Ale na krótką metę- Odrzekła z goryczą, trącając zwieszającą się nad płotem gałąź gruszy- Dla mnie to cały świat! Ojciec rzadko wyjeżdża, a samej mnie nie puszcza. Chciałabym zobaczyć... cokolwiek! -A wakacje? Nigdzie nie wyjeżdżasz? -Po co?- Zapytała z ironią- Przecież już jestem na świeżym powietrzu, w pobliżu lasu i wody. Na obozach nie zapewniają wiele więcej. Antek już szykował się do repliki, ale wspomnienie o wodzie nasunęło mu pewną myśl. -Właśnie, miałem cię o to zapytać wcześniej- Zaczął, ostrożnie dobierając słowa- Żyjesz tu, jak mówisz, od zawsze. Czy często chodzisz nad jezioro? -Nad Komtura? Jasne. Bardzo miłe miejsce, dopóki nie ma się takich przygód, jak ty wczoraj. Antek przytaknął, ale nie rezygnował. -Tak, niespecjalnie serdeczne powitanie. Mówisz jednak, że poza tym Komtur jest miłym miejscem. A czy nie przytrafiło ci się tam nic... niezwykłego? -Dziwne pytanie. Tam zawsze dzieją się niesamowite rzeczy- Odparła i w Antka wstąpiła nadzieja, że to, co go spotkało, nie było objawem niezdrowych halucynacji. Niestety, jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła, gdy Zosia rozwinęła myśl- Nad wodą ludzie mają dzikie pomysły. Ilu tam już skąpano, ilu łyżwiarzy się zimą połamało, tego nie policzysz! -Tak, jasne. A od osiemdziesięciu lat nikt przy tym nie zginął- Niby od niechcenia zagadnął chłopak. -O tym akurat nic mi nie wiadomo. Ale jeżeli chodzi o dawne czasy, to popatrz tam, idzie ich relikt. Antek zerknął we wskazanym kierunku. Rzeczywiście, ścieżką przez pola szedł, a raczej zataczał się niski, przygarbiony mężczyzna. Wyglądał na bardzo, bardzo starego, co jednak nie przeszkadzało mu śpiewać zachrypniętym głosem jakąś skoczną piosenkę. Zdawał się nie zwracać uwagi na otoczenie, zygzakując po ścieżce niczym halsujący żaglowiec. Kierował się w stronę Gromady. -Tomek Budnik- Z lekkim niesmakiem stwierdziła Zosia- Stary chyba jak sama wieś, ale pijanica. Od wielu lat wygląda w ten sposób. Żyje z tego, co pożyczy lub znajdzie, sypia po stodołach. Babcia opowiadała, że za jej młodych lat był z niego zupełnie porządny człowiek, ale po śmierci rodziny stracił nad sobą panowanie i stoczył się. Smutna historia, ale... Dziewczyna przerwała. Zobaczyła, że szczupła twarz Antka ściągnęła się, jakby z nagłego bólu, a zielone oczy zaszły wilgotną mgiełką. O do diabła, ale palnęłam! - Obsztorcowała się w myślach i postanowiła szybko zmienić temat. -Jednak to, co mówiłeś o stawie, jest ciekawe- Podjęła głośniej, niż w ciszy było to konieczne, żeby wyrwać kolegę z zamyślenia- Czym byś to wytłumaczył? -Nie wiem, czy jest co tłumaczyć- Chłopak wzruszył ramionami i wrócił do chwili obecnej- To może być po prostu przypadek, szczęście. -Może i tak, nigdy nie wiadomo- Łatwo zgodziła się Zosia, szczęśliwa, że udało jej się naprawić popełniony błąd- Wracając jednak do tego, o co wcześniej pytałeś... -Tak? -No, o niezwykłe zjawiska. Jakbym się nad tym zastanowiła, to fakt, można by je znaleźć. -Jak na przykład?- Na pozór obojętnie zapytał Antek, zmieniając się w słuch. -Nie ma wiele do opowiadania. Prawda, że czasem kąpiącym się giną ubrania. Że raz czy dwa nagłe fale ochlapały siedzących na brzegu. Podobno dawniej zdarzało się, że trzciny grały jakieś melodie, ale... -Ale? -Trudno, możesz mnie wziąć za wariatkę, ale sama też to słyszałam. Miałam dwanaście lat. Odeszła... odeszła moja mama- Przełamała się dziewczyna, mając nadzieję, że nie wywoła u Antka przykrej reakcji- Długo chorowała i razem z tatą w głębi duszy wiedzieliśmy, że to musi się tak skończyć. Kiedy się stało, byłam zrozpaczona. Pobiegłam w pola i błąkałam po okolicy kilka godzin, rycząc. Nie wiem jak, ale zaszłam aż nad Pióropusz. To takie małe jeziorko pod lasem, połączone z Komturem, rodzaj zatoczki z wąskim wylotem. Mniejsza o to. Dość, że kiedy zbliżyłam się do trzcin, usłyszałam melodię. Nie umiem jej powtórzyć, pamiętam tylko, że była bardzo piękna i bardzo smutna. Jak szum wiatru w sitowiu. Nie wiem jak długo słuchałam. Łzy zdążyły obeschnąć i zorientowałam się, że nie słyszę już muzyki, tylko szum trzcin i lasu. Sama nie wiem, co o tym myśleć, może to tylko mi się zdawało? -Może. W takich chwilach z mózgiem dzieją się dziwne rzeczy- Antek powiedział to zgaszonym głosem, ale widać było, że tym razem nie odpłynął we wspomnienia, tylko intensywnie się zastanawia– Może się tam przejdziemy, co? -Dlaczego nie, to niedaleko – Z uśmiechem odpowiedziała Zośka.
Za dnia dojście nad leśne jeziorko okazało się znacznie łatwiejsze, niż nocą. Omijając zdradliwe błocko i korzenie drzew, para bez trudu dotarła do ściany tataraku. Antek zorientował się, że znalazł się po tej samej stronie sadzawki, co wczoraj. Po chwili zauważył swoje własne ślady w rozmiękłym gruncie brzegu. Ostrożnie zapuścił się w oczerety i wyjrzał na ploso. Wyraźnie rozpoznał miejsce, gdzie nocą widział zjawę, na tle omszałej kłody. Teraz jednak nikogo ani niczego tam nie było. Jeziorko tchnęło spokojem i wonią gnijącej roślinności. Chłopak zsunął sandały i wszedł parę kroków do wody. Zobaczył w cieniu sitowia jakiś błysk i przerażony myślą, że to oczy nocnego upiora, chciał rzucić się do ucieczki. Przypomniał sobie jednak, że tuż za nim stoi Zośka i odzyskał opanowanie. Pochylił się, przyjrzał i zrobiło mu się głupio. Światło, które widział, pochodziło od jego własnej latarki, tlącej się pod powierzchnią wody resztkami energii zawartej w bateriach. Antek wyciągnął z mułu i wyłączył urządzenie. Dopiero teraz spostrzegł, że Zosia przez cały czas uważnie go obserwuje. -Chciałbyś mi coś powiedzieć o jakichś niezwykłych zdarzeniach?- Zapytała z lekkim uśmiechem, za którym czaiła się jednak podejrzliwość- Zdaje mi się, że jesteś tu nie po raz pierwszy? Chłopak miał już odpowiedzieć, kiedy jego uszu dobiegły tony fujarki. Tej samej, którą słyszał wcześniej. Wyskoczył z wody i nadstawił ucha. Pospiesznie założył buty, chwycił zaskoczoną dziewczynę za rękę i pobiegł wzdłuż brzegu, pilnie nasłuchując. Źródło dźwięku nie przybliżało się wprawdzie, ale sama melodia stawała się wyraźniejsza, pełniejsza. Tęskne nuty zdawały się dryfować w szumie trzcin. Nastolatki wybiegły wreszcie na piaszczysty brzeg Komtura, niedaleko od uczęszczanej plaży, na której mimo wczesnej pory dokazywała już spora gromada dzieciarni. Donośne śmiechy rozlegały się nad wodą, nie głusząc jednak zupełnie melodii. Antek obracał głową jak anteną radaru, starając się uchwycić źródło. Wreszcie zdało mu się, że znalazł je tuż, blisko, w trzcinach. Skoczył w nie trochę nieprzytomnie i wylądował twardo na pomoście. Widać tych konstrukcji kryło się w sitowiu więcej. Chłopak pobiegł po deskowaniu, zostawiając zaskoczoną Zosię na brzegu. Melodia potężniała i zdało mu się, że jej źródło ma tuż przed sobą. Kiedy jednak dobiegł na krawędź pomostu, dźwięki urwały się jak ucięte nożem. Już tylko szum trzcin i głosy z plaży dobiegały do uszu zziajanego młodzieńca. Rozejrzał się, chwytając powietrze otwartymi ustami. Nie zobaczył jednak nikogo. Zupełnie, jakby ścigał miraż. Usłyszał, jak po pomoście idzie w jego stronę Zośka. -Czy możesz mi powiedzieć, czemu zawdzięczam tą przyjemność?- Zapytała nieco ostrzej, niż by sobie życzyła. Nie można jednak było mieć o to do niej pretensji. We włosy miała wczepione gałązki i liście, łydki podrapane i poparzone pokrzywami. Z trudem łapała powietrze. -Teraz to ty możesz mnie nazwać wariatem, ale dałbym głowę, że słyszałem tę melodię, o której wspominałaś. Że znowu ją słyszałem- Uściślił. -Ja niczego nie słyszałam. -Nie każ mi tego tłumaczyć, bo nie umiem- Odpowiedział szybko, wciąż wpatrując się w wodę. Nagle przyszedł mu do głowy osobliwy pomysł. Z bocznej kieszeni szortów wyjął plastykowy futerał, z niego natomiast niewielką ustną harmonijkę. Zwykły, tani instrument, z którym z przyzwyczajenia się nie rozstawał, chociaż rzadko na nim grywał. Teraz przyłożył harmonijkę do ust i delikatnie, uważając, aby nie fałszować, odegrał kilka nut dziwnej muzyki. Z początku nie mógł trafić we właściwą tonację, ale szybko się poprawił. Grał cicho, delikatnie. Przelotnie zerknął na Zośkę, która duże, orzechowe oczy utkwiła w jego twarzy, w zaskoczeniu otwierając buzię. Wstał leciutki wiatr, trzciny zaczęły szeleścić intensywniej. Nie wiadomo, co by się stało dalej, gdyby nagły rechot od brzegu nie przyprawił nastolatka o nerwowy dreszcz. Chłopak wypuścił z rąk harmonijkę, która z głuchym stuknięciem upadła na pomost. Antek obejrzał się szybko i ujrzał przed sobą znanych mu już miejscowych osiłków: Pawła i Jurka. -Jakie romantyczne-Zaczął kaprawy, jak się za chwilę okazało, Jurek- Szkoda, że nie przy księżycu. -Czy nie mówiłam wam, że macie się od niego odczepić raz na zawsze?- Rozeźlona Walczak stanęła szybko między chłopcami- Zdaje się, że mój ojciec też was ostrzegał. -Ty, nie bądź taka do przodu, bo ci z tyłu zabraknie- Warknął Paweł, podchodząc bliżej- Kiedyś tatusia nie będzie w pobliżu, a sama nie będziesz taka ostra. -Chcesz się przekonać?- Dziewczyna także zrobiła krok naprzód i wyzywająco spojrzała na przeciwnika. Była od niego sporo niższa i o wiele delikatniejszej budowy, emanowała z niej jednak taka energia i stanowczość, że dryblas zawahał się. Zośka skwitowała to pogardliwym uśmieszkiem. -A ty, Warszawiak, co, pozwalasz, żeby się dziewczyna za tobą wstawiała?- Rzucił do Antka Jurek, ten sam, któremu poprzedniego dnia chłopiec przyłożył w szczękę. -Jestem za równouprawnieniem. Zresztą, z takimi dupkami dziewczyna poradzi sobie bez problemu- Odpowiedział na zaczepkę pewnym tonem, zrównując się z Zośką. Nie takiej odpowiedzi spodziewali się dwaj napastnicy. Zanosiło się na poważniejszą rozprawę, kiedy na plaży rozległ się warkot silnika. Cała grupa odruchowo zerknęła w tamtym kierunku i zobaczyła, że na improwizowany parking wtacza się policyjny Polonez. Dwóch wyrostków popatrzyło po sobie i spiesznym krokiem zeszło z pomostu. -Pilnuj się, gnojku, nie zawsze będziesz miał tyle szczęścia- Rzucił przez ramię Paweł, znikając w chaszczach. Nastolatki odprężyły się. Antek zwrócił się do dziewczyny. -Przepraszam cię za ten tekst o równouprawnieniu, ale szlag mnie trafił przez tych przygłupów. -Nie ma za co, wyczułam sytuację- Z uśmiechem odpowiedziała Zośka. Po chwili jednak spoważniała- Zauważyłeś, co zaczęło się dziać wokół, kiedy grałeś? To była ta melodia... -Zaraz możemy się przekonać, tylko wezmę...-Antek zatrzymał się w pół słowa. Pomost nie był nowy, ale szpary między deskami pozostały niewielkie, na pewno nie dość duże, żeby harmonijka mogła się w nich zmieścić. A jednak nie było jej na deskach. Instrument zniknął.
* * *
Nazajutrz była niedziela. Po sumie u pani Jadwigi spotkało się na obiedzie kilka osób, wśród nich proboszcz. Na Antku, który deklarował się jako ateusz, duchowny wywarł bardzo pozytywne wrażenie. Ksiądz Adam nie miał czterdziestu lat, był niewysokim, korpulentnym mężczyzną o okrągłej, jowialnej twarzy. W jego oczach migotały wesołe ogniki, a ruchy zdradzały ogromną żywotność i energię. W rozmowie swobodnie przeskakiwał z tematu na temat, dowodząc szerokiego zakresu wiadomości i zainteresowań. Szybko okazało się, że jego największą pasją jest historia regionu. -Nie wiem, czy księdzu wspominałam, ale mój siostrzeniec, świeć panie nad jego duszą, był z wykształcenia historykiem. Pracował na uniwersytecie- Pochwaliła się pani Jadwiga. Antek udał, że niczego nie słyszy. -Doprawdy? Wspaniały zawód. Pewnie sam bym się nim zajął, gdyby nie to, że jeszcze większe powołanie miałem do mojego obecnego fachu- Lekko odpowiedział proboszcz- Tym niemniej staram się nie zależeć pola i chętnie dowiaduję się czegoś nowego. Nawet ta parafia wciąż jeszcze skrywa przede mną rozmaite sekrety. -Jak na przykład?- Włączył się do rozmowy chłopak, któremu słowo sekret znów przywiodło na myśl postać z sadzawki- Ciekaw jestem, czego można się tu spodziewać? -O, mój drogi, chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie! Parę historii z czasów drugiej wojny, kilka z powstania styczniowego, całe mnóstwo legend średniowiecznych, a nawet z czasów słowiańskich. -A może by tak ksiądz coś opowiedział?- Zagadnął pan Romczyk, dzierżawca sklepu- Zawsze z przyjemnością słucham starych historii. -Dlaczego nie?- Odrzekł proboszcz, splatając dłonie na wydatnym brzuchu obciągniętym sutanną- Tylko o czym by tutaj... A, mam! Czy wiedzą państwo, dlaczego nasze jezioro nazywa się Komtur? Wszyscy zgodnie pokręcili głowami. Antek zesztywniał na krześle, wpatrzony w twarz księdza, odchyloną na oparciu, w zamyśleniu gapiącą się w sufit. W końcu duchowny pozbierał myśli i zaczął opowiadanie.
Było to bardzo, bardzo dawno temu, jeszcze na długo przed tym, jak król Jagiełło zasiadł na polskim tronie, na długo przed Grunwaldem. Zakon Krzyżacki siedział na pomorzu już drugi wiek i coraz bardziej się rozzuchwalał. Podbijanie pogańskich Prusów i najazdy na wciąż nie ochrzczone ziemie Litwy niektórym pogranicznym wielmożom przestały wystarczać. Jeden z tych komturów, którego tożsamości nie przekazały kroniki, zaczął, niczym zwykły rozbójnik, najeżdżać granice Mazowsza. Ta działalność przysporzyła mu złej sławy, zwłaszcza, że był znamienitym rycerzem i jego drużyna z każdej potyczki wychodziła zwycięska. Mówiono, że chronią go relikwie, mówiono, że zawarł pakt z diabłem. Jak było naprawdę, nie wiedział nikt. Dość, że pewnej mroźnej zimy zasadził się na pobliski kasztel. Pan był w obcych krajach, na wojnie, w zameczku pozostała jedynie pani z dworem i dziećmi. Byli majętni, jako że pan od dawna wojował i zgromadził znaczne skarby. Byli dobrymi, bogobojnymi i szlachetnymi ludźmi. To jednak nie uchroniło kasztelu od krzyżackiej napaści. Noc była księżycowa, mroźna. Krzyżacy, niczym stado wilków, otoczyli zameczek. Nieliczna załoga walczyła dzielnie, ale nie miała szans z pancernymi jeźdźcami żądnymi łupu. Wreszcie przedarli się przez ostrokół i runęli do komnat. Pani z dziećmi zamknęła się w skarbcu, usiadła na skrzyni ze skarbami i poczęła się modlić. Krzyżackie topory uderzały w drzwi, a oni polecali się opatrzności. Kiedy wreszcie okute skrzydło ustąpiło, pani ukryła dzieci za sobą i zastąpiła drogę potężnemu rycerzowi, który jako pierwszy wkroczył do komnatki. Mąż odemknął przyłbicę, ukazało się oblicze surowe, gniewne i żądne łupu. Uniósł miecz i ruszył na kobietę, która w ostatnim przebłysku świadomości rzuciła na komtura, on to był bowiem, klątwę. Jeden z towarzyszy rycerza zapamiętał słowa. „Cnota i występek jak ołów i złoto, ciężar podobny, lecz miara nie taka. Skarb ten przejrzy twe serce na wylot i wyrok wyda uczciwy. Grzeszny ołowiem przykuty do ziemi, niech w złocie chodzi cnotliwy.” Komtur roześmiał się drwiąco i ciął mieczem. Kasztel płonął, a drużyna łupieżców umykała na północ, ku granicy. Skarb, zbyt ciężki, by wieźć go konno, Krzyżacy załadowali do sań. Drogi były zawiane na równi z polami, nie wiedzieli więc, że w pędzie wpadli na małe, leśne jeziorko. Konni przeszli bez trudu, ale pod jadącymi na ostatku saniami lód się załamał i okuta skrzynia ze skarbem zniknęła w mrocznej toni. Komtur wstrzymał oddział i rzucił się w kierunku przerębla. Padł na kolana, zrzucił z głowy ozdobiony pawimi piórami hełm i wpatrzył się w głębinę. Giermkowie usiłowali go podnieść, przynaglali do pośpiechu w obawie przed pogonią z okolicznych warowni. Komtur ogłuchł na wszystko. Wreszcie Krzyżacy uznając, że wraz ze skarbem postradał zmysły, wskoczyli na siodła i pognali w noc. Komtur tymczasem, wciąż wpatrzony w czarną wodę, począł płakać. Płakał bardzo długo, bez przestanku. Woda w jeziorku wezbrała od jego łez, przerwała brzegi i rozlała szeroko, na kształt krzyżackiego hełmu z pawim czubem. Ci, którzy osiedlili się tu wieki później, a znali opowieść, przezwali jezioro Komturem na pamiątkę nieszczęsnego rycerza, którego grzechy na wieczność przykuły do ziemi. Niektórzy mówią, że w księżycowe, zimne noce rycerz w białym płaszczu i na białym koniu pojawia się na stawie, poszukując miejsca, gdzie zatonęła jego zdobycz. Jak dotąd bez powodzenia.
Ksiądz westchnął i przeżegnał się. Zebrani nagrodzili go uprzejmymi oklaskami. Antek także klaskał, ale zupełnie automatycznie. W głowie miał zupełny mętlik.
* * *
Kiedy na ziemi pogasły wszystkie światła, a na niebie zapaliły się gwiazdy, poprzeczki, po których pięło się na ganek dzikie wino znów zatrzeszczały pod ciężarem Antka Tolimy. Chłopak, ubrany ponownie w ubłocone, terenowe ubranie, zaopatrzony w aparat fotograficzny i latarkę ze świeżymi bateriami, skierował się przez ogrody i pola prosto nad leśne jeziorko. Na fali podniecenia po wysłuchaniu księżej opowieści był zdeterminowany, aby ustalić, co lub kto kryje się za ścianą trzcin. Jednego był pewien: chłopak, którego widział na stawie (na razie przyjął, że to był po prostu chłopak) nie wyglądał na Krzyżaka, z pewnością zaś nie siedział na żadnym koniu. Pozostałe towarzyszące mu zjawiska można było natomiast w miarę racjonalnie wytłumaczyć. Antek wyczytał w internecie, że oczy niewielkiego odsetka ludzi mają podobne właściwości jak oczy zwierząt: odbijając i intensyfikując światło, sprawiając wrażenie, jakby same je emitowały. Co się zaś tyczy chodzenia po wodzie, to tak naprawdę chłopak przez cały czas stał w miejscu, nie poruszył się. Może tuż pod powierzchnią leżał jakiś bal, głaz, w każdym razie coś, co nie wystając nad taflę wody może dać oparcie stopom. Innymi słowy wcale nie musiało być tak, myślał Antek, że widziałem ducha. Jedyny problem był w tym, że sam w te swoje wyjaśnienia nie wierzył. Wokół Komtura działo się dużo rzeczy, które wymykały się racjonalnej ocenie. Stąd właśnie mocne postanowienie, żeby tej nocy ostatecznie przekonać się, z czym ma do czynienia. Chmury co jakiś czas przesłaniały księżyc i gwiazdy, ciemność momentalnie gęstniała i widoczność spadła do paru kroków. Antek znał już jednak drogę na tyle dobrze, że nie pobłądził w lesie i znalazł się w pobliżu Pióropusza jeszcze przed północą. Nie słyszał muzyki. Jedynie las szumiał wysoko poważną, stateczną nutą. Sitowie stało nieruchomo. Chłopak zbliżył się do sadzawki, przysiadł na korzeniu i zdjął terenowe buty. Podwinął nogawki spodni i sprawdził, czy aparat działa prawidłowo. Zawiesiwszy go sobie na szyi, z latarką w dłoni po raz kolejny ruszył między łodygi tataraku. Ostrożnie przestawiał stopy w płytkiej, mulistej wodzie, starając się nie czynić hałasu. Zdawał sobie jednak sprawę, że i tak słychać go zapewne w promieniu paru kilometrów. Nie był w stanie nic na to poradzić i brnął naprzód, coraz głębiej w wodę. Wreszcie wyłonił się z trzcin, tym razem po przeciwnej niż ostatnio stronie sadzawki. Wyraźnie widział na wpół zatopioną kłodę, księżyc wyszedł zza chmur i bramował srebrną poświatą każdy szczegół okolicy. Antek postąpił jeszcze krok naprzód i postanowił poczekać. Czuł chłód wody omywającej mu łydki i słyszał monotonne brzęczenie komarów nad głową, ale mimo to starał się pozostać w bezruchu. Nagły hałas za plecami sprawił, że chłopak podskoczył jak oparzony, wycelował latarkę w brzeg i posłał między sitowie strumień światła. Zobaczył nisko nad ziemią duże, wcale nie świecące oczy, osadzone w wielkiej, szczeciniastej głowie ozdobionej imponującymi, szablastymi kłami. Patrzył prosto w gwizd ogromnego odyńca. Bestia parsknęła i postąpiła krok do przodu. Antek, sparaliżowany strachem, przypomniał sobie, że dziki dobrze pływają, i że staw nie zapewnia mu ani odrobiny bezpieczeństwa. Od brzegu natomiast zastępował mu drogę ucieczki zaskoczony, wściekły odyniec. Na próbę wyłączył latarkę, ale to nie zniechęciło zwierzęcia. Parskając i chrząkając, dzik grzebnął biegami w mule i widać było, że szykuje się do skoku. Antek momentalnie odzyskał władzę w nogach i postanowił mimo wszystko wycofać się w głąb jeziora. Może dzik uzna, że utrzymał swój teren i odpuści sobie rozwiązania siłowe. Ledwie jednak dał krok w tył, dno usunęło mu się spod nogi i chłopak z krzykiem poleciał na plecy, w zaczynającą się w tym miejscu głębię. Gwałtowny plusk spłoszył odyńca, który pochrząkując uciekł między drzewa. Tymczasem Antek starał się rozpaczliwie wydostać na powierzchnię. Próbował wiosłować rękoma, nogi gwałtownie młóciły mętną wodę, ale nasiąknięte wodą ubranie i plecak skutecznie ściągały go w dół. Jeszcze kilka ruchów i poczuł, że siły go opuszczają. Chciał otworzyć usta i krzyknąć, ale nim zdążył to zrobić, zauważył tuż przed twarzą dwa świecące punkty. Ogarnięty zgrozą, szarpnął się w tył, ale nie miał już sił na więcej. Ostatnim, co poczuł przed zapadnięciem w niebyt, było szarpnięcie za szelki plecaka.
Obudził go jego własny kaszel. Antek usiadł gwałtownie w przybrzeżnym błocku i zwymiotował mulistą wodą. Znów zaniósł się kaszlem, równocześnie ogarniając wzrokiem otoczenie. Był na skraju pasa trzcin otaczającego Pióropusz. Na szyi wciąż miał aparat, teraz bezużyteczny i zalany wodą, w dłoni zaś dziwnym trafem nadal ściskał latarkę. Nagle uświadomił sobie, że nie jest sam. Kilka kroków od niego, na powierzchni wody przykucnął tajemniczy chłopak w niemodnym ubraniu. Tęczówki jego oczu promieniowały mętną zielenią, a usta ułożone miał w przyjemny, ciepły uśmiech. Czekał widać, aż Tolima przyjdzie do siebie, ponieważ teraz wyprostował się na całą wysokość, odwrócił się i zaczął z wolna odchodzić, kierując się na środek plosa. Antek, wciąż wstrząsany dreszczami, w pełni świadom irracjonalności tego, co chce zrobić, zawołał za nieznajomym. -Zaczekaj...-Pierwsza próba niezbyt się udała, gardło miał ściśnięte. Dopiero za drugim razem wołanie miało wystarczającą siłę, by przebyć dzielącą ich odległość- Zaczekaj! Chłopak zatrzymał się w pół kroku. Niepewnie, jakby trwożliwie, obejrzał się przez ramię. -Tak, do ciebie mówię- Antkowi udało się chwiejnie stanąć na nogach- Chciałem ci podziękować. Widmowa postać odwróciła się z powrotem do Tolimy. Na twarzy chłopaka malowało się najczystsze zaskoczenie, świecące oczy patrzyły wprost na Antka, sinawe usta były szeroko otwarte. -Ty... Ty mnie widzisz?- Po raz pierwszy Antek usłyszał głos nieznajomego. Był niski i melodyjny, przywodził na myśl plusk wielkich kropli deszczu o taflę stawu- Naprawdę mnie widzisz? -Sam w to nie wierzę- Szczerze odpowiedział chłopak, usiłując opanować drżenie rąk. Cała sytuacja nie mieściła mu się w głowie- Ale widzę cię całkiem dobrze. To ty mnie wyciągnąłeś? -No... tak, na to wychodzi-Odparł obcy, opanowując widoczne wzruszenie- Przecież nie mogłem pozwolić, żebyś się na moich oczach utopił. -Mam wrażenie, że to nie pierwszy raz, kiedy zawdzięczam ci życie- Odparł Antek. Elementy układanki zaczynały wskakiwać na swoje miejsca- Wtedy, pod pomostem, to też byłeś ty. -Tak, ale wtedy to był zupełny przypadek– Odrzekł chłopak- Zwyczajnie, byłem w pobliżu. -Popraw mnie, jeśli się mylę, ale od kiedy zdarzają ci się takie przypadki? Chłopak podszedł bliżej. Zamiast odpowiedzieć, przycupnął na tafli wody. Antek zauważył, że jego kroki nie wywołują fal. Zachęcony gestem rozmówcy, sam również przysiadł na wystającym nad wodę pniaku. -Od bardzo dawna. Nie dam głowy, ale będzie to już... -Osiemdziesiąt lat?- Na próbę rzucił Tolima. -Tak. Za kilka dni będzie równo osiemdziesiąt. Jak to zleciało... Antek uznał, że pora przejść do sedna sprawy? -Nie miej mi za złe, ale nie wyglądasz na osiemdziesiąt lat. Kim jesteś? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić... -Nie wiem, kim jestem.- Spuszczając głowę przerwał chłopak. Tolima zauważył, że z bliska oczy nieznajomego nie są wcale takie straszne. Z długimi, zielonkawymi włosami i bladą skórą wyglądał wprawdzie osobliwie, ale nie bardziej, niż dzisiejsze ofiary mody- Nie wiem, kim jestem, ale domyślam się, dlaczego tu jestem. Jednak na pewno masz słuszność: trudno to sobie wyobrazić. -Choćbyś nie wiem, kim był, jestem twoim ogromnym dłużnikiem- Antek pozbył się wątpliwości i wyciągnął do nieznajomego rękę- A Antek Tolima spłaca swoje długi. Zaskoczony chłopak przyglądał się uśmiechniętej twarzy Warszawiaka. Wreszcie niepewnie wyciągnął chudą dłoń o długich palcach. Antek zauważył, że pomiędzy nimi rozciąga się delikatna błona, niczym błona pławna u żaby. Nie przeszkodziło mu to jednak w uściśnięciu jej. -Jestem... byłem... Nazywam się Jan Wirski-Odrzekł chłopak, odwzajemniając uścisk- Janek. Miało się wrażenie, że przedstawienie się sprawiło mu wielką przyjemność. Odetchnął głęboko i niespodziewanie wybuchnął gromkim, perlistym śmiechem. Zawtórowały mu trzciny, którymi zaczął potrząsać nagle obudzony wiatr. Ploso jeziorka zmarszczyło się w drobne falki, na których Janek zaczął wycinać hołubce, trącając łodygi tataraku i wciąż śmiejąc się. W pewnej chwili potknął się o wystający korzeń i poleciał na twarz. Woda rozstąpiła się pod nim i chłopak zniknął pod powierzchnią, na której pozostała jedynie leciutka zmarszczka. Tolima roześmiał się na ten widok. Zaraz zresztą chłopak pojawił się z powrotem, w sposób, jaki Antka przyprawił o dreszcze: wyłonił się tak, jakby wyniosła go spod wody niewidzialna platforma. Z szerokim uśmiechem na przystojnej twarzy podbiegł do Antka i raz jeszcze serdecznie potrząsnął jego prawicą. -Nawet nie wiesz, jakie to szczęście, że cię poznałem, Antek. Jak sobie pomyślę, ile czasu nie udało mi się z nikim porozmawiać... -To znaczy, że spotkałeś już kogoś takiego jak ja? Że ktoś cię widział? -Tak, bardzo dawno temu... nie wiem, ale chyba zaraz po wojnie. To była dziewczynka, miała dwanaście lat. Przychodziła do mnie przez jakiś czas, ale później zniknęła. Nawet nie pamiętam, jak miała na imię. Antek spróbował zadać najważniejsze pytanie. -A czy pamiętasz, skąd się tu wziąłeś? Janek popatrzył mu prosto w oczy, uśmiech na ustach przygasł do lekkiego grymasu. -Tak i nie. Pamiętam uczucia, jakieś strzępy wydarzeń, obrazy. Domyślam się, kim byłem, zanim... To się stało. Ale to wszystko. -A co się stało? -Cóż, to, co czasem spotyka nieostrożnych siedemnastolatków nad wodą- Odrzekł z tym charakterystycznym, na pół smutnym, na pół łobuzerskim uśmiechem Janek- Utopiłem się.
* * *
-Utopiłeś? Jak?-Antek poczuł jakiś dziwny żal. Do diabła, rzeczywiście rozmawiam z duchem, pomyślał. -Gdybym pamiętał, czułbym się znacznie lepiej- Odrzekł Wirski, podnosząc się z tafli wody- Wiem jedynie, że zrobiłem coś niewłaściwego, coś złego, co ciągle do mnie wraca. Mam wyrzuty sumienia, poczucie winy. Wiesz, co chcę powiedzieć? Nieoczekiwanie dla samego siebie Antek poważnie skinął głową. O tak, wiedział doskonale, czym jest poczucie winy. Czym są wyrzuty sumienia. -Wiem, ale nie chcę o tym mówić- Uciął krótko- Współczuję ci, naprawdę. Czy mogę coś dla ciebie zrobić, jakoś odwdzięczyć się za pomoc? -Niczego mi nie zawdzięczasz. Nie bardziej niż wszyscy inni, którym przez te lata nie pozwoliłem skończyć na dnie Komtura. To chyba jedyne, co sprawia, że czuję się częścią tego świata. Ale nie obrażę się, jeżeli będziesz wpadał do mnie od czasu do czasu, pogadać- Zakończył z uśmiechem. -Masz to jak w banku- Zapalił się Antek- Osiemdziesiąt lat... Świat strasznie się zmienił, nawet nie wiesz, jak bardzo. -Jesteś w błędzie, wiem bardzo dobrze- Odparł śmiejąc się Janek- Ludzie przynoszą nad wodę wszystko, także gazety. Jestem więc w miarę na bieżąco. Co innego jednak wiedzieć, a co innego móc o tym porozmawiać. -Zaraz, to znaczy, że możesz wychodzić na brzeg?- Zdumiał się Antek- Że możesz stąd odejść, kiedy zechcesz? -Gdyby to było takie proste... Nie, nie mogę. Jestem, rozumiesz, tak jakby przywiązany do tego jeziora. Można nawet powiedzieć, że nad nim panuję, że jest mi w pewnym stopniu posłuszne. Jezioro, wiatr wokół niego. Z takim arsenałem podwędzenie komuś gazety nie stanowi wyzwania. Chociaż, przyznaję, nie od razu zorientowałem się, że to potrafię. Dobre dziesięć lat mogłem się jedynie przyglądać. To było... trudne. -Wyobrażam sobie- Odparł Antek, zastanawiając się, jak on czułby się w takiej sytuacji. Uznał, że niezbyt dobrze. Ta niezwykła rozmowa ciągnęła się przez całą noc. Gdy pierwsze promienie słońca przedarły się przez sitowie, Tolima zauważył z zaskoczeniem, że fosforyczny blask oczu Janka przygasa, pozostawiając je zwyczajnie zielonymi. Takimi, jak jego własne. Zaraz jednak okazało się, że to nie jedyna zmiana w wyglądzie dziwnej istoty. -Janek, czy mi się zdaje, czy ty... znikasz?-Niepewnie zapytał Antek. Chłopiec z jeziora spojrzał na swoją rękę, z perspektywy młodszego chłopca całkiem już przezroczystą. -Ja nic nie wiedzę, ale pewnie masz rację. Wtedy, z tą dziewczynką, było to samo. To nic, po zachodzie słońca będziesz mnie widział zupełnie wyraźnie. A teraz chyba pora, żebyś wrócił do domu.- Smutno zakończył Janek- Słabo się rozmawia z niewidzialnym i niesłyszalnym. -Wcale nie niesłyszalnym!- Poderwał się na nogi Antek. Wirski stał się już niemal niewidoczny- Słyszałem, jak grasz! I za dnia, i w nocy. Słyszałem! Próbowałem nawet cię naśladować, ale harmonijka.... Na ledwie widocznej w świetle poranka twarzy Janka odmalował się szeroki uśmiech. Sięgnął do kieszeni pumpów i wydobył z nich niewielki przedmiot. Przejrzysta ręka wysunęła się do Antka i chłopiec poczuł w dłoni kanciasty kształt. Spojrzał w dół i zobaczył swoją harmonijkę. Kiedy podniósł wzrok, Janka już nie było. Na powierzchni jeziora snuła się jedynie leciutka mgiełka, w lesie odzywały się ptaki. Nie będąc do końca pewnym, czy to, co przeżył w nocy, było jawą, czy snem, poczłapał przez zaroszone łąki do domu.
* * *
Pani Jadwiga była zaskoczona przemianą, jakiej uległ jej wnuk w ciągu tych kilkunastu dni. Często się uśmiechał, był rozmowny i szukał towarzystwa. Szczególnie przypadli sobie do gustu z córką aspiranta Walczaka, spędzali ze sobą całe dnie. Starsza pani obserwowała ich nieraz z dyskretnego oddalenia, ale nie dopatrzyła się niczego zdrożnego. Postanowiła więc nie ingerować w rozwój wypadków. Cieszyła się, że pomysł jej siostry przynosi pożądane owoce, że Antek odzyskał pogodę ducha. Naturalnie pani Jadwiga nie miała pojęcia, że po każdym zachodzie słońca Antek wymykał się z sypialni i biegł nad staw, gdzie nieodmiennie oczekiwał go niezwykły przyjaciel. Tak, Antek z całym przekonaniem nazywał Janka swoim przyjacielem. Wyglądało na to, że jest to sentyment odwzajemniony. Chłopcy toczyli ze sobą długie rozmowy, omawiali wydarzenia z gazet, które codziennie donosił nad Pióropusz Tolima. Czasem Janek nie posiadał się ze zdumienia, czytając informacje z dziedzin nauki i techniki. Zasypywał kolegę pytaniami o internet, telefonię komórkową, genetykę. Wiedział już wcześniej o ich istnieniu, ale trudno mu było pojąć stojącą za nimi technologię i skalę jej zastosowania. Antek niestrudzenie wyjaśniał wszystkie wątpliwości, często przygotowując się wcześniej do dyskusji, przeglądając zasoby sieci. To właśnie tam znalazł wyjaśnienie pytania, które dręczyło go od początku tej niesamowitej historii: kim właściwie był Janek? Wertując od niechcenia wirtualny słownik mitologii słowiańskiej, natrafił na wzmiankę o utopcach- ludziach, którzy przedwcześnie zeszli z tego świata, topiąc się. Jeżeli nie była to dobra śmierć, zdarzało się, że wracali zza grobu i straszyli nad brzegami jezior, czynili szkody w hodowli ryb, wreszcie zdarzało się, że topili nieostrożnych pływaków. Ponieważ jednak Janek słabo wpisywał się w ten schemat, Antek uznał, że ma do czynienia z Wodnikiem: psotnym duchem zamieszkującym położone na ustroniu jeziorka. Czasem szkodliwym, częściej zwyczajnie szukającym uciechy w figlach. Duchem, z którym można się nawet zaprzyjaźnić. W głębi duszy Antek liczył, że prawidłowo zaklasyfikował chłopca z jeziora. Tej nocy bowiem miał zaufać mu jak nigdy dotąd. Janek dowiedziawszy się, że Tolima nie potrafi pływać, zobowiązał się nauczyć go tej sztuki. Toteż teraz, kiedy słońce ledwie wystawało znad widnokręgu, raz jeszcze przemyślał swoje postanowienie. Doszedł wreszcie do wniosku, że gdyby Wodnikowi rzeczywiście zależało na pozbawieniu go życia, to czy dwa razy ratowałby go przed niechybną śmiercią? Odpowiedź była jedna i usunęła resztki wątpliwości. Antek wciągnął na siebie spodenki kąpielowe, na wierzch zaś włożył zwykłe szorty i koszulę. Chwycił pod pachę worek z przyborami i jak zwykle zsunął się po słupkach ganku. Wkrótce usłyszał głos piszczałki Janka i przyspieszył kroku. Ku swemu zaskoczeniu nie zastał Wodnika tam, gdzie zwykle, na powierzchni jeziorka. Chłopak zwisał głową w dół z niskiej gałęzi drzewa, niemal muskając zielonymi włosami ciemną taflę wody. Wciąż grał na fleciku. Kiedy ujrzał wychodzącego spomiędzy trzcin towarzysza, jego oczy rozpaliły się jaśniej. Odjął instrument od ust i zwinnie zeskoczył z gałęzi, lądując na ugiętych nogach na jeziorze. Szybkim krokiem zbliżył się do brzegu i wyciągnął na powitanie rękę. Chłopcy wymienili uścisk dłoni, ale zwykła rozmowa nie chciała się jakoś zawiązać. Na widok opustoszałego, oświetlanego jedynie światłem coraz pełniejszego księżyca plosa jeziora, Antka ponownie dopadły wątpliwości. Wodnik bez trudu wyczytał je z jego twarzy i z uśmiechem usadził kolegę na głazie do połowy zagrzebanym w mule. -Słuchaj, jeżeli nie chcesz, nie musisz- Zaczął łagodnie- Ale ja nie zawsze będę w pobliżu, żeby wyciągać cię z byle kałuży. Swoją drogą nie potrafić pływać w wieku lat szesnastu to... jak to się teraz mówi? Obciach! Antek wzruszył ramionami i bez słowa pokiwał głową. Rozebrał się do kąpielówek i zwrócił pytające spojrzenie na Janka. -W porządku, zuch chłopak- Z filuternym uśmiechem oznajmił Wodnik- Żeby pływać, musisz znaleźć się w wodzie. Pamiętaj, że dopóki masz w płucach powietrze, jesteś od niej lżejszy. Skoro lżejszy, to nie możesz zatonąć. Pamiętaj o tym przez cały czas, a nic ci się nie stanie. -To jakiś cytat?- Antka zaciekawiła formułkowa struktura wypowiedzi. Janek zwykle mówił swobodniej. -Tak, to słowa mojego nauczyciela pływania- Odparł chłopak- Był niezły. Widać jednak nie dość dobry, skoro... -Brzmi fajnie- Szybko wtrącił Antek widząc, jak rysy twarzy przyjaciela ściągają się na przykre wspomnienie. Przelotnie pomyślał, że jego rodzina i znajomi zawsze stosowali tę sztuczkę wobec niego. -Nieważne. Grunt, żebyś wreszcie się zanurzył!- Zwykłym już, niefrasobliwym tonem, odparł Wodnik- Spokojnie, jestem tuż obok! Antek krok za krokiem pogrążał się w czarnej, nieprzejrzystej wodzie. Wzrok, przyzwyczajony wprawdzie do ciemności, nie mógł przebić połyskującej tafli. Janek szedł obok niego po powierzchni, pilnie obserwując jego poczynania. Żeby nieco rozluźnić atmosferę, począł grać na flecie. Antek z zaskoczeniem rozpoznał starą melodię „U cioci na imieninach”, charakterystyczną warszawską piosenkę z szemranym rodowodem. Widząc jego zdziwione spojrzenie, Janek na chwilę odjął instrument od warg. -A co, myślałeś, że znam tylko jeden kawałek? -Jak dotąd tak.- Odrzekł Antek, zatrzymując się. Był już po szyję w wodzie, z trudem wyczuwał palcami stóp piaszczyste w tym miejscu dno- Właściwie co to za melodia, którą grasz zazwyczaj? -Nie mam pojęcia. Siedziała mi w głowie od... początku. Z nudów, w tych pierwszych miesiącach i latach, zrobiłem piszczałkę i zacząłem grywać ją od czasu do czasu, nie wiedząc właściwie, po co. Nie jestem pewien, ale chyba nigdy wcześniej jej nie słyszałem. -Ważne, że ładna...- Antek starał się zachować równowagę, ale dno nieubłaganie wymykało mu się spod nóg. Wreszcie, niczym spławik bez obciążenia, zaczął kłaść się na wodzie. W pierwszym odruchu paniki chciał zamachać rękami, ale Janek, który czuwał nad nim bez przerwy, błyskawicznie zanurzył się i podłożył mu ręce pod plecy. -Nie, nie ruszaj się! Żadnych gwałtownych ruchów- Powiedział pewnym tonem, zanurzony po pas, nie puszczając przyjaciela- Spokojnie, woda sama cię uniesie. Zobacz! Powiedziawszy to, Wodnik zabrał ręce spod grzbietu Antka i odsunął się o krok. Znowu uniósł się na powierzchnię i przykucnął nad kolegą. Antkowi woda nalała się do uszu, ale głos Janka docierał do niego bardzo wyraźnie. -Widzisz? Nic ci nie grozi. Leż spokojnie i ucz się wody. Powoli, nigdzie się nie spieszymy. -Yhy- Burknął Tolima, starając się nie otwierać ust w obawie przed zachłyśnięciem. Tymczasem Janek delikatnie chwycił go za stopę i lekko pchnął po powierzchni. Antek przekonał się, że sprężysta tafla wody rzeczywiście jest w stanie unieść go zupełnie swobodnie. Rozluźnił się i przymknął oczy. -Zdaje się, że załapałeś- Z radością skomentował Janek- Gotów na coś ciekawszego? Antek lekko pokiwał głową. -Dobra, w takim razie przyciągnij ręce do boków i zacznij pracować stopami. Góra-dół, jak łopatki parowca. Tolima posłusznie wykonał polecenie i poczuł, jak woda zaczyna opływać go z rosnącą prędkością. Płynął o własnych siłach! Chciał się śmiać, ale w porę się opamiętał i jedynie szeroko uśmiechnął zaciśniętymi ustami. Janek szedł obok i od czasu do czasu ustawiał kolegę tak, żeby nie wpadł na jakąś przeszkodę. Wreszcie skierował go na płyciznę. Antek, poczuwszy grunt pod plecami, ostrożnie opuścił nogi i niezdarnie wydobył się z wody. Twarz mu się śmiała, szeroki uśmiech zdobił również bladą twarz Wodnika. -No, to pierwszą lekcję mamy z głowy- Podsumował z uśmiechem chłopak z jeziora- Na dzisiaj wystarczy, i tak jutro nie będziesz czuł nóg. Wytrzyj się i ubierz, bo się jeszcze przeziębisz. Rzeczywiście, noc stawała się chłodna. Antek energicznie tarł skórę szorstkim ręcznikiem, wreszcie na gołe ciało założył ciepły, granatowy dres. Przyjaciele usiedli przy brzegu, Tolima na głazie, Janek, jak zwykle, wprost na powierzchni wody. Po chwili wyciągnął zza koszuli fujarkę i zaczął wygrywać swoją melodię. Antek był tym razem przygotowany. Wyciągnął z kieszeni leżących obok szortów harmonijkę i dostroił się do towarzysza. Muzyka, grana na dwóch instrumentach, zdawała się dopełniać i przenikać. Świecące oczy Janka spoglądały z uznaniem na kolegę, który skupiony, wygrywał tęskne tony na wysokich rejestrach. Pojawił się wiatr, poruszając trzcinami w takt melodii. Grali tak, dopóki świt nie pobielił czubków sosen. Głos fujarki stopniowo stapiał się z szumem trzcin, stał się ledwie uchwytny, i kiedy Antek spojrzał na miejsce, w którym siedział jego przyjaciel, zobaczył tylko falującą wodę.
* * *
Zośka zaczynała się niecierpliwić. Polubiła Antka, a może nawet więcej. Chłopak podobał jej się, był inteligentny i zabawny, mimo prześladującej go przeszłości potrafił się bawić. Spędzali ze sobą dużo czasu, właściwie całymi dniami włóczyli się po okolicy ciągnąc długie rozmowy, które nigdy ich nie nudziły. Czasem zwyczajnie siadali na jakimś pagórku i w ciszy patrzyli przed siebie, zetknięci ramionami. Jednak dziewczyna, a właściwie młoda kobieta, niejako podświadomie oczekiwała więcej. Krótko mówiąc, chciała być z Antkiem. To jednak wydawało się trudne, jako że chłopak coraz częściej zdawał się być nieobecny duchem. Niejednokrotnie łapała go na uciekaniu myślami, na bezmyślnym wpatrywaniu się w punkt na horyzoncie. Przypuszczała, co tak angażuje jej towarzysza, ale nie mając żadnej pewności, nie pytała. Wreszcie uznawszy, że pytania nie na wiele się w takich sytuacjach zdają, postanowiła działać.
-Dobrze, skoro uważasz, że podstawy masz opanowane, jedziemy dalej- Janek stał nad rozciągniętym na powierzchni wody Antkiem, przyglądając się jego wcale prawidłowym ruchom stylu grzbietowego. Równe, pewne wymachy ramion i energiczna praca stóp sprawiały, że sunął po stawie z zupełnie przyzwoitą prędkością. -Jestem gotów- Antek z uśmiechem usiadł na płyciźnie, odgarniając mokre kosmyki z twarzy. Od początku wakacji nie strzygł się i teraz jego fryzura była tylko nieznacznie krótsza od zielonych włosów Wodnika- W każdym razie bardziej nie będę. -Zobaczymy. Wiesz, jak wygląda żabka? Widziałeś to kiedyś? Antek przytaknął. -W takim razie wejdź głębiej, powyżej pasa. Teraz spróbuj położyć się na brzuchu, ale tak, żeby twarz pozostała nad powierzchnią. Spokojnie, pilnuję cię. No, a teraz ręce i nogi szeroko, od siebie-do siebie. Żabką naprzód marsz!- Zakomenderował Janek z uśmiechem, wywijając ułamaną przy brzegu trzciną. Antek wziął głęboki oddech i nad własne spodziewanie bez trudu nabrał szybkości. Rytmiczne ruchy rąk i nóg pomagały mu wysuwać nad wodę nos i usta, oddychał spokojnie i regularnie. Opłynął powalony pień raz i drugi, starając się wyczuć, na co może sobie pozwolić. Odważył się płynąć przez chwilę z głową pod powierzchnią wody i przekonał się, że jest wtedy znacznie szybszy. Kiedy wreszcie uczuł zmęczenie, podciągnął się z wody i przysiadł na omszałej, wilgotnej kłodzie. Janek podbiegł do niego i teatralnie zaklaskał w błoniaste dłonie. -Moje uszanowanie, styl jak u czempiona! -Może, ale kondycja wcale nie mistrzowska- Odparł chłopak, patrząc na swoje pomarszczone od wilgoci palce- Jeszcze kółko, a musiałbyś wyciągać mnie po raz trzeci. -E, chyba nie jest tak źle. Zresztą, pamiętaj, że nawet gdyby, to do trzech razy... Janek urwał. Antek zerknął na przyjaciela i zauważył, że jego oczy rozszerzyły się nienaturalnie, a na wpół otwarte usta lekko się poruszają. -Co się stało?- Zagadnął, a nie uzyskawszy odpowiedzi, potrząsnął Wodnika za ramię- Janek, jesteś? -Tak tak... jestem- Z głębokim westchnieniem odparł chłopak- Coś mi się po prostu skojarzyło... Ale sam już nie wiem, co. Nieważne. Próbował pokryć wzruszenie łobuzerskim uśmiechem, ale niespecjalnie mu się to udało. Był wyraźnie poruszony. -Słuchaj, jeżeli chcesz zostać sam, nie ma sprawy- Zaproponował Antek, wiedząc, że w pewnych sytuacjach dwoje ludzi to już tłum. -Dzięki, samotności mi nie brakuje- Odrzekł Wodnik, mrugając- Zostań, proszę. Antek został. Podpłynął do głazu, na którym zostawił plecak i wydobył z niego batonik energetyczny. Nie proponował przekąski Jankowi, wiedział już, że chłopak z jeziora niczego nie je i nie pije. Przeżuwając słodki ulepek, przyglądał się, jak przyjaciel stoi wciąż w tym samym miejscu, wpatrując się w gwiaździste niebo. Wreszcie odwrócił się do niego i ze zwykłym półuśmiechem bladych ust rzucił propozycję. -Wiesz co? Spróbujemy skoków, co ty na to? Antek nie był zupełnie pewien, czy jest na to gotów, ale skinął głową, przełykając ostatni kęs batonika. -Dlaczego nie? Tylko skąd miałbym skakać? -O, na przykład stąd- Janek wskazał na starą, mocno pochyloną nad taflę wody sosnę. Antek poczuł, że pewność siebie go opuszcza. Odległość między pniem a powierzchnią w najlepszym wypadku wynosiła trzy metry. Jak dla niego nieco za wysoko. -Nie bój się, to nic takiego, a dno jest w tym miejscu bardzo głębokie- Wodnik trafnie odgadł obawy przyjaciela- Zobacz, jak to się robi! Janek podbiegł do brzegu i skoczył, chwytając w locie konar sosny. Ze zwinnością akrobaty wykorzystał energię skoku do przerzucenia ciała nad gałęzią i miękko wylądował na niej stopami. Z lekkością przeskoczył na kolejne sękate gałęzie, wreszcie znalazł się grubym konarze, niemal nad środkiem jeziora. -Gotów?- Zapytał z wysoka. Antek uniósł pięść z odgiętym kciukiem. Janek skinął głową, przymknął oczy i odchylił się daleko w tył, uginając nogi. Sprężystym, błyskawicznym ruchem wyprostował ciało i znalazł się w powietrzu. Przegiął się w przód, głowa i złożone nad nią ręce znalazły się poniżej wciąż celujących w dół stóp. W następnej sekundzie znów wyciągnął się jak struna i zniknął pod powierzchnią, swoim zwyczajem nie pozostawiając na niej śladu większego, niż po upadku dużej kropli wody. Zaraz potem wyskoczył nad taflę wody i skłonił się teatralnie. Antek śmiejąc się nagrodził go brawami. -Widzisz? Nie takie trudne. Antek przestał się śmiać. Zrozumiał, że teraz jego kolej, i przeszły go ciarki. -Nie powinienem najpierw spróbować skoków na nogi?- Zapytał, czując, że zaczyna ogarniać go panika. -Na nogi się spada, a to każdy potrafi. Skacze się zawsze na głowę- Mentorskim tonem odpowiedział Wodnik- To też cytat, jakbyś chciał wiedzieć. Też fajny? -Już nie tak bardzo- Zadzierając głowę odpowiedział chłopak, wpatrując się w srebrzący się przy księżycu konar. Słowo się jednak rzekło i Antek, rad nierad, zaczął wspinać się na sosnę. Trochę głupio się czuł, łażąc po drzewie w samych kąpielówkach, ale pocieszał się myślą, że nikt poza Jankiem go nie widzi. Ostrożnie, wcale bez gracji, przesuwał się z jednej gałęzi na druga, aż wreszcie znalazł się nad głębią. W dole świeciły oczy Wodnika, połyskiwały też śnieżnobiałe zęby spoza ułożonych w zachęcający uśmiech warg. -Dawaj!-Zawołał- Odchyl się, wybij i mocno pochyl do przodu. To naprawdę łatwe! -Raz kozie śmierć- Mruknął w odpowiedzi chłopak i sprężył się do skoku. Już! Szarpnął się w górę, wyprostował nogi, ręce złożył nad głową, już miał znaleźć się w powietrzu... -Antek, co ty wyrabiasz!? Wołała Zośka. Głos wybił Antka z rytmu i chłopak zbyt wcześnie zwichnął linię skoku. Poleciał na łeb, na szyję w dół i z rozmachem plasnął o taflę wody w komicznej pozie. Od razu wypłynął na powierzchnię i nie zważając na opętańczy śmiech Janka tarzającego się po powierzchni stawu klął i rozcierał szybko czerwieniejące łydki i uda. Tymczasem na brzegu pojawiła się winowajczyni. Ubrana w ciemne ubranie zlewała się z tłem, dlatego obaj chłopcy wcześniej jej nie zauważyli. A przyglądała się już od dłuższego czasu. Obuta w wysokie, cholewiaste kalosze śmiało weszła do wody. Zakłopotany Antek zsunął się głębiej, wystawiając nad powierzchnię jedynie zaczerwienioną twarz. Za to Janek, ochłonąwszy, położył się na boku, podparł ręką głowę i z zainteresowaniem przyglądał rozwojowi wypadków. -Co ty wyrabiasz, pytam się? -Zapytała prokuratorskim tonem, zupełnie ignorując niecodzienne okoliczności- Co cię napadło, żeby pływać po nocy? Antek nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Już dawno chciał się zwierzyć dziewczynie ze swoich nocnych eskapad i ze znajomości z Wodnikiem, nie wiedział jednak, jak się do tego zabrać. Teraz nie było sensu dłużej kręcić. -Postaraj się być spokojna i brać moje słowa dokładnie takimi jakimi są- Zaczął łagodnie, wychodząc z wody- To, co ci powiem, może... nie na pewno wyda ci się bredzeniem wariata. Ale pod tym względem czuję się ostatnio wyjątkowo dobrze. Wysłuchasz mnie? -To zależy od tego, jak bardzo naiwną bajeczkę chcesz mi sprzedać- Odparła gniewnie, nieświadomie stając o pół kroku od Janka, który, wciąż leżąc na wodzie, ciekawie spoglądał na dziewczynę. -Spotkałem tu kogoś- Zaczął wreszcie Antek, pokonawszy chwilowy skurcz gardła- To... ktoś niezwykły. Uratował mi życie wtedy, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy. Sam nie dałbym rady się wtedy wydostać, to on przyciągnął mnie do brzegu. Później pomógł mi jeszcze raz. -Interesujące- Odrzekła. W jej głosie gniew ustąpił miejsca lekkiemu wzburzeniu- Jaki to ma jednak związek z twoimi akrobatycznymi popisami o pierwszej w nocy? -Janek, bo tak się nazywa, jest... powiedzmy, że świetnie radzi sobie w wodzie- Ciągnął Antek, widząc, jak Wodnik śmieje się w kułak za plecami Zośki- Uczy mnie pływać. -Tak? Fajnie. Tylko dlaczego tutaj, i dlaczego w środku nocy? No, teraz najtrudniejsze, pomyślał chłopak. -Bo tylko w nocy... jest osiągalny- Zupełnie nie to chciał powiedzieć, ale zwyczajnie nie mógł zdobyć się na wyjawienie prawdy. -To gdzie jest teraz? Koniec, pomyślał Antek. Koniec. Błagalnie spojrzał na Janka, który, wciąż uśmiechnięty, przysłuchiwał się kulejącej rozmowie. Teraz lekko poderwał się na nogi i wyszedł przed Zosię. -Pani pozwoli, że się przedstawię...- Zaczął, ale Zosia patrzyła przez niego jakby na wylot, mimo że stał tuż przed jej twarzą. Nie speszony, zamachał dłonią tuż przy oczach dziewczyny, ale ta nawet nie mrugnęła. Ramiona Janka opadły, odszedł parę kroków i spojrzał wymownie na Antka. -I tak jest zazwyczaj. A ty się dziwiłeś, że tak się cieszę twoim towarzystwem. -Teraz już wiem, jak się czułeś. Jakbyś nie istniał- Odpowiedział Antek, na co Zośka zareagowała pogardliwym prychnięciem. -Rozumiem, czyli jest tutaj, ale ja go nie widzę, tak? Fantastycznie, a więc pływać uczy cię duch? - Zaśmiała się drwiąco. Antek uznał, że czas na półśrodki minął. Podszedł do Zośki, zdecydowanym ruchem chwycił ją za przegub i zanim dziewczyna zdążyła zaprotestować, położył jej dłoń na ramieniu Janka. Przez chwilę nic się nie działo, aż wreszcie dziewczyna zorientowała się, że czuje pod palcami wilgotne płótno i chłodne, miękkie ciało, mimo że niczego nie widzi. Wrzasnęła jak oparzona i odskoczyła o krok do tyłu. Janek stał z głupią miną, po chwili uśmiechnął się do Antka. -Tego też próbowałem, ale wszyscy zawsze uciekali. -Nie mów hop, jeszcze może uciec- Również z uśmiechem odparł Tolima, przyglądając się ustępującemu z twarzy Zosi wyrazowi przestrachu. -Czy... to było to, co myślę?- Drżącym głosem zapytała dziewczyna? -Duch? Tak, powiedzmy. Konkretnie: Wodnik. Jeszcze konkretniej: Janek Wirski. Chciał sam się przedstawić, ale, będąc niewidzialnym, nie za bardzo może. Zosia bezwiednie kiwała głową. Wciąż czuła na dłoni wilgoć. Niejako wbrew sobie wyciągnęła przed siebie rękę i ostrożnie postąpiła krok do przodu. Janek spojrzał pytająco na Antka, który mrugnął do niego zachęcająco. Wirski również podszedł krok do dziewczyny, delikatnie uchwycił jej palce. Następnie lekko potrząsnął dłonią. Dziewczyna powstrzymała odruch wyrwania ręki z wilgotnego uścisku, zamiast tego odwzajemniła gest. Dla Antka scena wyglądała zupełnie naturalnie, ale wyobrażał sobie, co musi czuć dziewczyna, podając rękę powietrzu. Janek pierwszy zwolnił uścisk i niespodziewanie strzelił palcami. -Czekaj, już wiem, jak się zaprezentować!- Wykrzyknął, po czym delikatnie zagwizdał. Sitowie zaszemrało, drzewa na brzegu zagrały liśćmi. Wodnik płynnie zsunął się pod powierzchnię, na tyle, by równo z taflą wody pozostała jego twarz. Drobniutkie falki, biegnące przez Pióropusz, zaczęły omywać rysy chłopaka. Antek wiedział, że Janek i woda raczej się przenikają niż stanowią dla siebie przeszkody, toteż domyślił się, że ta sztuczka kosztuje Wirskiego sporo wysiłku. Jej efekty były jednak spektakularne. Na tafli wody ukazał się nieco zamazany, ale mimo to zaskakująco dokładny portret chłopaka. Tolima podszedł do Zosi i wskazał w dół. Wzrok dziewczyny spotkał się z widmowym zarysem twarzy i z jej ust znów wyrwał się okrzyk przestrachu. Zauważyła jednak szybko, że postać w jeziorze uśmiecha się do niej szeroko. Po chwili obok twarzy ukazała się nieostra dłoń, delikatnie do niej machając. -On mnie słyszy?- Zapytała niepewnie Antka. -Słyszy i widzi. Niestety, w twoim przypadku działa to tylko w jedną stronę. Przynajmniej teraz. -Co przez to rozumiesz. -Pamiętasz melodię, którą kiedyś słyszałaś nad stawem? Tęskną jak szum wiatru w trzcinach? -Pamiętam. Chcesz powiedzieć, że on ma z nią coś wspólnego? Janek zdążył się w tym czasie wynurzyć, wiatr ustał i nad jeziorkiem znów zapanowała cisza. -Tak, wszystko- Prosto odpowiedział Antek. Zwrócił się do Janka, wyciągając z leżącego na głazie plecaka harmonijkę- Pokażemy jej? Wodnik miał już w ręku swoją piszczałkę. Chłopcy przyłożyli instrumenty do ust i po chwili muzyka popłynęła pod głosy świerszczy i rzadkie pohukiwanie sów. Grali równo i płynnie, ale niegłośno. Zosia słuchała z przymkniętymi oczyma. W pewnej chwili Antek dotknął jej ramienia, aby zwrócić na siebie jej wzrok. Podniósł ostrzegawczo palec i odjął harmonijkę od warg. Janek nie przestał grać, teraz Tolima słyszał jedynie muzykę fletu. Zośka stała skoncentrowana, znów przymykając powieki. Nagle oczy jej się rozszerzyły, usta rozjaśnił uśmiech. -Słyszę! Naprawdę ją słyszę. Bardzo cicho, jakby z daleka... Ale... Antek wiedział już, w czym rzecz. To nie była melodia Janka. Dźwięk dobiegał z pewnej odległości, zapewne z bliższego wsi brzegu Komtura. Chłopak rozpoznał temat dźwiękowy ze starego filmu gangsterskiego, rzeczywiście trochę podobny do pieśni Wodnika, zdecydowanie jednak nie będący nią. Widocznie ktoś palił na plaży ognisko i przyniósł sprzęt grający... -Ale to nie to. Przepraszam- Zwrócił się do Janka, który także przestał grać i stał ze spuszczoną głową- Próbowałem. -I udało ci się- Poważnie odpowiedziała Zosia- Janku, przepraszam. Nie chciałam być niegrzeczna, ale chyba rozumiesz, że... ech, że niełatwo... Wodnik podniósł rękę na znak, że rozumie i nie chowa urazy. -Przeprosiny przyjęte- Przekazał koleżance Antek, uśmiechając się- „Nie ma za co”. Trójka nastolatków stała przy brzegu, przez jakiś czas nie odzywając się do siebie. Antek drgnął pierwszy, zorientowawszy się, że od dłuższego czasu stoi niemal nagi na chłodnym, nocnym powietrzu. Nie czuł jednak zimna, raczej przeciwnie, było mu podejrzanie ciepło. Poniewczasie wytarł się do sucha i ukryty w oczeretach zamienił kąpielówki na ciepły dres. Zośka także zdradzała objawy wyziębienia, toteż Antek pożegnał się z Wodnikiem, dziękując za naukę i obiecując, że zjawi się jutro. Janek w odpowiedzi uśmiechnął się i wykonawszy salto w tył zniknął pod powierzchnią, nie pozostawiając na niej najmniejszego śladu.
* * *
-No, mój drogi, wreszcie mamy jakiś postęp- Skwitowała babcia Jadwiga, spoglądając na skalę starego, rtęciowego termometru. Nie ufała elektronicznym- Trzydzieści siedem i pół. Antek nie odpowiedział, leżał w łóżku już piąty dzień. Dopiero tego ranka poczuł się na tyle dobrze, że ostrożnie zszedł na śniadanie. Babcia naturalnie natychmiast wygnała go z powrotem w piernaty, ale zbadawszy go orzekła, że powinien wkrótce dojść do siebie. -Nie wiem, co ci przyszło do głowy, żeby w taki chłodny poranek biegać bez koszulki. Mogło się to skończyć znacznie gorzej niż przeziębieniem- Z wyrzutem powiedziała babcia, zbierając swoje instrumenty do wysłużonej, czarnej torby- Powinieneś na siebie uważać. Antek nie odpowiedział. Poranna przebieżka była oczywiście wytłumaczeniem wymyślonym na poczekaniu. Nie przejmował się tym jednak specjalnie, wiedząc, że babcia i tak w razie czego dowie się prawdy. To, co go martwiło, to niedotrzymane Jankowi słowo. Nie odwiedził go już niemal od tygodnia, nie widział się też z Zosią, która mogłaby przekazać Wodnikowi wiadomość. Wieczorami słyszał tęskne tony melodii znad jeziora i czuł szarpiący ból za…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Emhape
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…