Zagubiony Kangur
Jest to historia o kangurze, który zagubił się w dżungli i nie tylko. W każdym razie stara się doskoczyć do swojego celu.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zagubiony Kangur
Był sobie raz Kangur, który przemierzał dżunglę. Pewnie zastanawiasz się, skąd tak szedł i dokąd? Cóż, skąd tego ci nie zdradzę, ale jego celem było znalezienie czegoś do picia. Błąkał się bowiem w tej gęstwinie już sześć dni, zupełnie opróżniając torbę z zapasów. Zapomniał całkiem o odnalezieniu pewnej rzeczy po którą tu przybył, a najchętniej zapomniałby o całej tej wyprawie i wrócił do domu. Łatwo powiedzieć. Nie miał pojęcia gdzie się znajduje. Ledwo skakał, możliwe że w kółko, rozpaczliwie wypatrując jakiegoś ratunku i powtarzając jak mantrę: - Pić, pić, pić... Tak, z naszym Kangurem było już bardzo niewesoło. Po raz setny zajrzał do torby, czy aby faktycznie nic w niej nie zostało i po raz setny przekonał się, że istotnie jest pusta. Było mu straszliwie gorąco, zupełnie jakby siedział w saunie, a mimo to nie pocił się. Nie miał już czym. Wtem coś jakby mignęło w oddali! Jakieś światło. Kangur przystanął i majaczącym wzrokiem zaczął wpatrywać się w to coś. - „Może to złudzenie” – pomyślał, ale im dłużej się przypatrywał, tym bardziej wydawało mu się ono realne. Skoczył do przodu! - Tam coś jest – mamrotał do siebie Było coraz jaśniej i jaśniej, niewątpliwie zbliżał się do... tak znalazł wyjście z dżungli. Już uśmiech pojawił się na jego pysku, a zdyszany głos zaczął bezwiednie wymawiać: - Koniec, koniec... Gdy wtem otoczyło go światło. Stanął jak osłupiały. Gdyby nie miał sierści można by zobaczyć, że jego pysk stał się blady jak świeżo pomalowana ściana. Dolna szczęka zaczęła nerwowo drżeć, oczy złożyły się do płaczu, ale nie miały skąd wziąć łez. Kangur zwalił się na kolana. Siedział tak jakiś czas, w końcu podniósł łeb i ledwo słyszalnym głosem wymamrotał: - Pustynia. Faktycznie, dżungla się co prawda skończyła, ale zamiast jakiegokolwiek ratunku, widać było tylko piasek sięgający po horyzont. My moglibyśmy kpiarsko pomyśleć – „Zamienił stryjek siekierkę na kijek” – ale naszemu Kangurowi wcale nie w głowie były jakiegokolwiek tego typu dowcipne powiedzonka. Jeśli w ogóle jakieś powiedzonka przychodziły mu aktualnie na myśl, to raczej takie których nie wypada tutaj zacytować. Klęczał tak ze spuszczoną głową i zwisającą torbą, nie wiedząc co czynić dalej. Dżungla dawała przynajmniej schronienie przed słońcem, a tutaj... . I co miał teraz zrobić? Zawrócić tam skąd przybył i gdzie wiedział, że niczego nie znajdzie? Czy też zaryzykować beznadziejną przeprawę przez gorący, niekończący się piach? Dumał tak już jakiś czas, nie potrafiąc podjąć decyzji, bo i faktycznie żaden to był wybór, kiedy zdawało mu się, że usłyszał: - Ej kolego, żyjesz? Dziwne, ale dźwięk ten przeleciał jakby obok niego, zupełnie doń nie trafiając. Nadal rozpaczliwie klęczał na piasku. - Myślisz, że żyje? – odezwał się drugi, jakby mocno znudzony głos - Nie wiem – odparł pierwszy, równie znudzonym tonem. – Niby klęczy, ale nic nie mówi. Hm, jak by tu tak...hm... Halo! Kolego żyjesz! – wrzasnął nagle pierwszy. Kangur podskoczył jak oparzony i spojrzał na mordę przed sobą. Była to dziwna, niekangurza morda, z wlepionymi w niego, anemicznymi oczami. - Tak, zdaje się, że żyje – z wolna potwierdził pierwszy głos. - Wy... wy jesteście prawdziwi? – zapytał z niedowierzaniem Kangur. Obaj osobnicy spojrzeli po sobie, po czym jeden z nich odparł: - Tak, zdaje się, że tak. - Zdaje się? - Zdefiniuj prawdziwość – zażądał pierwszy głos. - Czy gdybyśmy byli twoją fatamorganą, to czy nie moglibyśmy powiedzieć, że jesteśmy prawdziwi i czy nie mógłbyś nam uwierzyć? - Daj mu spokój Dromi. Widzisz, że biedak ledwo zipie – zlitował się drugi. Kangur patrzył to na jedną to na druga mordę, jakby nadal nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Tymczasem obie mordy spokojnie spoglądały to na niego to po sobie i chyba czekały na jakąś reakcję lub dalsze pytania z jego strony. I faktycznie pytania nastąpiły. - Kim jesteście? Skąd się tu wzięliście? Macie wodę? - A jak ci się wydaje kim możemy być? – spokojnie spytał pierwszy. Tego typu gierki sprawiały mu przyjemność, zwłaszcza po monotonnej wędrówce po pustyni. – Podpowiem ci, że wskazówki możesz szukać na naszych grzbietach – i nachylił ku Kangurowi swój garb. W normalnych okolicznościach Kangur już dawno dostrzegłby kim są jego rozmówcy, ale okoliczności bynajmniej do normalnych nie należały. Patrzył się więc nadal, niewiele tylko mniej tępym wzrokiem, na oba psyki. I znów z pomocą przyszedł mu drugi. - Jesteśmy wielbłądami. To jest Dromader – Dromader opuścił łeb tak gwałtownie, jakby nagle stracił wszystkie mięśnie w szyi, po czym równie gwałtownie podniósł go z powrotem, w dość oryginalnym ukłonie. – A ja jestem Baktrian, dla znajomych Bakti. Do Kangura dopiero po tej przemowie, coś zaczęło wyraźniej docierać. Faktycznie naprzeciwko niego stały dwa wielbłądy. Jedno i dwugarbny. - Macie coś do picia? – powtórzył wcześniejsze pytanie. Wielbłądy popatrzyły po sobie z łobuzerskimi minami, pełnymi pewności siebie. - Nie na darmo nosimy ze sobą te garby – odparł Baktrian. – Wystarczy odkręcić kurek na górze i można pić. Niestety nie mamy żadnej szklanki (nam są w sumie zbędne), więc będziesz musiał trochę zasierścić język, pijąc z naszych garbów. - Ja mam szklankę – oznajmił Kangur i zaczął szperać w torbie. – O jest! Wyjął szklankę z torby i podskoczył do najbliższego garbu. Była to własność Dromadera, który przyklęknął na przednich łapach, aby Kangur mógł dosięgnąć do korka na jego grzbiecie. - Plastikowy?! – zdziwił się - I to z odpowietrznikiem – odparł nieco wyniośle wielbłąd. – A czego się spodziewałeś? Zwykłego korka z... korkowca? Może i żyjemy nieco na uboczu, ale staramy się iść z duchem czasu. Kangur już jednak nie zważał na te słowa, wypił jedną szklankę, potem drugą i gdy chciał wypić trzecią, wielbłąd nagle wstał. - Hola panie kangur! Jesteśmy na pustyni. Tu się liczy każda kropelka – ostro upomniał go Dromader. - Idziemy z daleka, a mamy przed sobą jeszcze cztery dni drogi, więc musimy oszczędzać zapasy – dużo spokojniej wytłumaczył Baktrian. Te oświadczenia przybiły na moment Kangura, ale po chwili zapytał. - To znaczy, że cztery dni drogi stad jest jakaś oaza...? - Miasto – wtrącił Dromader. - ...no to miasto. Możecie mnie zabrać ze sobą? Wielbłądy kolejny raz popatrzyły po sobie. Ta propozycja ich nie zachwyciła, co było aż nazbyt widoczne. - Musicie mnie zabrać! – krzyknął błagalnie Kangur. – Nie mam już żadnych zapasów od... sam nie wiem jak dawna. Wykorkuję tu! Kopnę w kalendarz! Odwalę kitę! - Twoje położenie jest faktycznie nie do pozazdroszczenia – spokojnie podsumował Dromader. Baktrian natomiast starał się wytłumaczyć. - Wiesz, jeżeli chodzi o szklankę czy dwie, to nie ma sprawy, ale dodatkowa gęba to na pustyni co najmniej półtora litra wody dziennie, a nasze zapasy są na wyczerpaniu. - Więc pozwolicie mi tu zginąć! – zaskrzeczał przeraźliwie Kangur i oczy wyszły mu na wierzch. - Pozwolimy mu Dromi? – Baktrian był mocno zakłopotany. - Bo ja wiem. Trudna sprawa. Zostawimy go to biedak padnie. Zabierzmy to wszyscy możemy paść. Sytuacja zrobiła się patowa. Kangur stał naprzeciwko wielbłądów i patrzył się na nie błagalnie, natomiast wielbłądy stały naprzeciwko Kangura spoglądając nań z politowaniem. Nikomu nic mądrego nie przychodziło do głowy, chociaż każde ze zwierzaków intensywnie myślało, co by tu zrobić. W końcu Kangur, jakby czymś natchniony, spytał: - A na ile dni starczyło by waszej wody dla nas trzech? Wielbłądy coś tam skalkulowały i zaczęły nieskładnie odpowiadać. - Może trzy? - Raczej dwa... - Chyba więcej niż dwa. - Ale na pewno nie trzy. - Myślę, że jednak trzy. - Upieram się przy dwóch. - Dwa to zbyt konserwatywne założenie... - To może dwa i pół! – przerwał im zirytowany Kangur. W końcu rozmawiali o jego być albo nie być, a tym czasem ci dwaj zdawali się licytować jakby chodziło o cenę cebuli. Wielbłądy, już tradycyjnie, spojrzały po sobie, następnie odezwał się Dromader. - Dobrze, może być dwa i pół. Jak sam widzisz jest to i tak o półtora dnia za krótko – podsumował z nauczycielskim tonem. - Może jednak nie – oznajmił Kangur, wywołując lekkie zdziwienie wielbłądów. – Myślę, że mi pokonanie tego dystansu zajęłoby dużo krócej niż wam. A gdybym tak nauczył was poruszać się szybciej? Tym razem zdziwienie wielbłądów było już dużo bardziej widoczne. Pojawiła się także ciekawość. - Jak? – po chwili przerwy zapytał Bakti. - A tak! Po kangurzemu – i zaczął skakać dookoła nich. - I myślisz, że my też możemy się tak poruszać? – Dromader patrzył nań z niedowierzaniem. - Nie przekonasz się jeśli nie spróbujesz. Obu wielbłądom niezbyt chciało się próbować, jednak po naleganiach Kangura w końcu uległy. Pierwsze próby wyglądały żałośnie. Zaczął Baktrian starając się wybić ze wszystkich czterech kopyt. Nie poleciał jednak zbyt daleko, a lądowanie, w związku z zaczepieniem kopytem o muldę, odbyło się głównie na jego głowie. Dromader wcale nie zamierzał powtarzać ów wyczynu, ale Kangur pozostawał nieugięty w swych namowach i ten w końcu się zgodził. Nie poleciał dużo dalej od Bakitiego, ale przynajmniej nie hamował łbem. Takie były początki. Potem było już coraz lepiej. Kangur nie przestawał udzielać rad na temat techniki…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Falcor
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…