Wróć do katalogu

Zakład Ubezpieczeń

Coś o codzienności

heniek80, opublikowano , 14 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zakład Ubezpieczeń

Pan Tomasz obudził się tuż po świcie. Zlazł z łóżka i podreptał do kuchni żeby napić się kawy zbożowej. Miał już 71 lat i nie mógł sobie pozwolić na prawdziwą, mocną czarnulkę, którą kiedyś tak uwielbiał. Kiedyś... kiedyś to były czasy, ho, jak stąd do Meksyku. Dziewczyny nie takie jak teraz. Teraz są jakieś wyblakłe. Malują się mocniej niż kiedyś, ale to niewiele pomaga. Po prostu wyblakły. I co z tego, że były. Pan Tomek cały czas pracował i nie miał czasu na przyjemnostki. Z resztą nie tylko o to chodzi, przecież wiadomo, że zwykły, szary człowiek musi mieć najpierw pieniądze, żeby jakaś babeczka chciała się w ogóle za nim obejrzeć. Pies Baj, wyleniały, mały kundelek przypominający szczurka człapie za panem. Znów dostanę resztkę tego wstrętnego makaronu z wczoraj – myśli sobie. I rzeczywiście, ale jest też niespodzianka – odrobina ciepłego mleka.

Pani Klaudia maluje paznokcie. Na korytarzu gęstnieje tłum. Mój Boże, czy ci wszyscy ludzie nie mają co robić? Czy oni nie mają domu? Tłum tłumnieje, zmienia się w górę, w falę kożuchów, futer, rośnie w oczach. Pani Klaudia czuje, nawet ze swojego zamkniętego, przeszklonego gabinetu smród naftaliny i taniej wody kolońskiej. Ta woda powinna się nazywać „śmierdziel” – myśli pani Klaudia, i nie wiedzieć czemu myśl ta bardzo ją rozbawia. Chichota sama do siebie i nie może się powstrzymać. Tuż za przeszkloną szybą pojawia się gruba baba w berecie. Jest wyraźnie zła i ma taką tępą twarz. Jezu! Jeszcze piętnaście minut a oni mi tu chyba przez szybę wlezą. Pani Klaudia okręca się ostentacyjnie na krześle i teatralnym gestem podnosi z biurka kartkę papieru. Niech nie myślą, że otworzę chociażby minutę wcześniej. Nie, nie o to chodzi, że jestem jakaś zła. Lubię swoją pracę. Lubię pomagać ludziom i takie tam, wiecie, trele – morele. Po prostu nie można dać sobie wejść na głowę. Takie jest życie! Jak się przyszło, to trzeba poczekać i oni powinni to rozumieć. W przypływie odwagi, filozoficznego i dydaktycznego zapału, Klaudia odkłada kartkę i jawnie maluje paznokcie wydymając wargi. Niech sobie spojrzą na zegarek.

Karl Mesmer – prawdziwy hipnotyzer i wróżbita, który przyjechał do Polski z Niemiec jeszcze śpi. Wczoraj wymęczyli go pacjenci. Zadawali niekończące się pytania i oczekiwali uzdrowienia. Karl potrafi fenomenalnie hipnotyzować. Jest jednak troszkę oszustem – bo nie potrafi uzdrawiać. Po prostu sugeruje pacjentom, że czują się lepiej. I rzeczywiście czują się lepiej. Właściwie to sam Karl czuje się nieco oszukany i wykpiony przez los. Posiada przecież niezwykły dar sugestii, ale nie posiada żadnej mocy zmieniania rzeczywistego stanu pacjentów. Karl nie jest jednak złym człowiekiem. Nie osądzajcie go pochopnie. Zawsze, hipnotyzując swoich pacjentów sugeruje im późniejszą wizytę u lekarza. Dlatego właściwie pacjenci nic nie ryzykują, niewiele tracą poza pieniędzmi i czują się naprawdę dużo lepiej. Dar hipnozy odkrył w sobie już w dzieciństwie, kiedy bawiąc się w ogródku babci uratował ptaka przed kotem. Ptak uciekł na drzewo, ale mając przetrącone skrzydełko nie potrafił odfrunąć. Kot wdrapał się na drzewo i osaczył ptaka. Mały Karl próbował przegonić kota rzucając patykami, ale że był niezdarnym dzieckiem, patyki chybiały celu, a spojrzenie kocura stawało się coraz bardziej ironiczne. Wtedy wyobraził sobie, że pod drzewem pręży się urocza kotka, śnieżnobiała, z różowym pyszczkiem i mruczy zalotnie mrrrrrrr. Spojrzał w oczy kocurowi i w pewien sposób, sposób którego do tej pory nie potrafił określać słowami, przekazał mu ten obraz. Kocur oszalał. Zeskoczył – spadł z drzewa i ruszył w miłosne tany wokoło wyimaginowanej wybranki. Ptak został ocalony.

Pan Tomek musi dzisiaj wyruszyć do Zakładu Ubezpieczeń. Kilka dni temu otrzymał pismo informujące go, że emerytura zostaje wstrzymana. „W odpowiedzi na Pana pismo uprzejmie powiadamiamy, że emerytura zostaje wstrzymana” brzmiał komunikat. Kłopot w tym, że Pan Tomasz od wielu lat nie wysłał do Zakładu żadnego pisma. Wiadomość wyprowadziła go z równowagi, źle spał tej nocy. Co to może być? Rozmyślał. Może czegoś im nie podałem? Może NIP-u? A może zgubili mój Pesel? A może... W gruncie rzeczy bał się. Może jest jakiś nowy przepis, może coś wprowadzili. I co teraz, zabiorą emeryturę. A cały miesiąc kupował na zeszyt. Wypił pastylkę na serce, ale niepokój nie ustępował. Z biegiem lat pan Tomek jakby coraz bardziej się wszystkim przejmował.

Wredna Kobra zajęła miejsce w przeszklonym boksie sąsiadującym z boksem Pani Klaudii. Wredna Kobra była starą panną i była paskudna. Zawsze, kiedy ją się o coś pytało, robiła taką znaczącą pauzę, jakby dając do zrozumienia, że pytanie jest nieskończenie głupie. Ale nie to najbardziej denerwowało naszą urzędniczkę. Wredna Kobra podrywała behapowca, pana Jacka, przystojnego bruneta, jeszcze kawalera. Podrywała, chociaż, małpa, powinna wiedzieć że nie ma szans. Pan Jacek podobał się bardzo Klaudii. Przyjeżdżał do pracy nowym Renaut i naprawdę miał to „coś”. No i był tym behapowcem, ważną szychą w gruncie rzeczy a nie jakimś pionasem.

Pan Tomek ubrał się ciepło, ponieważ na dworze panował ziąb i bardzo mocno wiało. Ruszył w kierunku odległego przystanku tramwajowego podpierając się laską. Właściwie nie musiał używać laski, ale nosił ją ze sobą z bardzo ważnej przyczyny. Czasem kręciło mu się w głowie, robiło się ciemno przed oczami. Czuł, że maszyna nie działa już tak, jak powinna. A jeśli zasłabnę? Myślał ze strachem. Upadnę na ziemię i wszyscy pomyślą, że jestem pijany. Nikt mi nie pomoże, nikt nie uratuje. A jeśli będę miał laskę? Leżąc z laską będę wyglądał bardziej dramatycznie, bardziej prawdziwie. Może ktoś się zlituje i wykręci z komórki numer pogotowia ratunkowego. Wrócił się w połowie drogi i zmienił kierunek, ponieważ przypomniał sobie, że nie ma biletu. W kiosku nie było całych biletów tylko ulgowe, więc kupił dwa ulgowe. Czemu u licha, ten przystanek jest tak daleko. Zrobiło mu się nagle gorąco. No nic, trzeba iść dalej. Pan Tomek dotarł do przystanku, ale nie wiedział, o której ma przyjechać tramwaj, ponieważ tabliczka została oderwana od słupka. Robiło się coraz zimniej i zimniej i smutniej. Wokoło nieruchomo trwały bezlistne drzewa, z nieba zaczął kropić deszcz na przemian ze śniegiem. Pustka. Szyny zaświszczały, nadjechał tramwaj. Pan Tomek wszedł do środka i tramwaj gwałtownie ruszył, a nasz emeryt wylądował na wielkiej torbie wypełnionej puszkami. Przeprosił grzecznie umorusanego zbieracza puszek, który odpowiedział „nie ma za co” bardzo uprzejmie. Widać było, że to człowiek kulturalny i na poziomie. Do Zakładu Ubezpieczeń jechało się całe dwadzieścia jeden przystanków tramwajowych. Tramwaj szarpał, trzeszczał, nie chciał jechać, obrażał się na czerwone światła, dąsał się na samochody, dzwonił, wył, trzaskał ostentacyjnie drzwiami. W całym tramwaju było paskudnie zimno, tylko z jednego grzejnika biło straszliwe gorąco, jak gdyby cała wściekłość tramwaju skumulowała się właśnie w tym miejscu.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych