Zakochana Mora
Czy nocna Mora zasługuje na miłość?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wyjątkowo udało mi się wyjść z pracy o czasie, więc miałem nadzieję, że zdążę do domu na czas i uniknę wymówek Joli. Moje biuro miało siedzibę niedaleko lotniska w Gdańsku, więc powrót do miasta nie powinien zająć zbyt długo. Miałem szczęście, że tak rano, jak i po południu jeździłem w przeciwną stronę, niż większość użytkowników dróg. Tak było i tym razem, więc po niecałej pół godzinie, podjechałem pod mój blok. Przed wejściem do mojej klatki stało kilka osób zawzięcie dyskutując. – No ile można blokować windę, do jasnej cholery – denerwował się starszy pan. – Czy pani nie widzi, że ludzie czekają? – No właśnie, nie będę wchodziła na siódme piętro – poparła go moja sąsiadka z góry, pani Michałowska. – Co się dzieje? – zapytałem, podchodząc. – Jakaś nowa lokatorka zablokowała windę tapczanem i teraz nie może ruszyć ani w tę, ani we w tę. – odparła Michałowska. – Może pan coś poradzi, panie Janku. – Zobaczę –powiedziałem i wszedłem do środka. W drzwiach windy stała młoda, szczupła brunetka, bezsilnie starając się przesunąć pionowo ustawioną wersalkę. – Mogę pomóc? – zapytałem. – Mógłby pan? Naprawdę? Nie mogłam się nikogo doprosić. Ci od przeprowadzek nie chcieli wnieść moich rzeczy na górę, zostawili wszystko pod blokiem i pojechali. – To potrwa tylko chwilę, a wszyscy skorzystamy – stwierdziłem. Poprosiłem, by mnie przepuściła i przesunąłem dół kanapy, by góra przeszła przez drzwi. Po chwili wersalka była w środku. – To na które piętro? – Czwarte. Bardzo panu dziękuję – odparła i wcisnęła się obok mnie do kabiny. Przez kilkadziesiąt sekund staliśmy twarzą w twarz i patrzeliśmy na siebie. Była tylko trochę niższa ode mnie, więc mogłem przyjrzeć się jej ciemnym, prawie czarnym oczom. Miała ciemne, delikatnie zrośnięte brwi, co nadawało jej twarzy lekko buntowniczego charakteru. Gdy dojechaliśmy na miejsce, wyciągnąłem ładunek z kabiny i zapytałem o numer mieszkania. – Pod trzydziestką – powiedziała. – czy mógłby pan chwilkę poczekać? Na dole zostało kilka moich rzeczy, a nie chcę, żeby ktoś to zabrał. Za moment wrócę i pomogę panu z tą wersalką. – Wsiadła do windy i pojechała na dół. Pomyślałem, że szybciej będzie, jeśli sam przytargam łóżko pod jej drzwi, tym bardziej, że już zaczęło robić się późno i Jola na pewno się denerwuje. Moment trwał dłużej niż przypuszczałem, bo ludzie na dole skorzystali w końcu z windy i zanim nowa lokatorka mogła się do niej dopchać, minęło kilka minut. – Najmocniej przepraszam, już otwieram drzwi. I bardzo dziękuję, za pomoc. – Drobiazg – odparłem. Wnieśliśmy razem wersalkę i postawiliśmy w pokoju. – Muszę lecieć, do widzenia – rzekłem, jak tylko wypuściłem łóżko z rąk, po czym ruszyłem do drzwi. – Muszę się panu jakoś zrewanżować – odparła idąc za mną. – Pan ma na imię Jan, prawda? – Tak, a skąd pani wie? – zapytałem zdziwiony. – Usłyszałam jak sąsiadka do pana mówiła. Ja nazywam się Agnieszka Lica. – Miło mi panią poznać. Niestety muszę lecieć, bo jestem już spóźniony, do widzenia – rzuciłem i poszedłem schodami na szóste piętro. Nie zawiodłem się, od samego progu dopadły mnie pretensje Joli. – Znowu się spóźniłeś, przecież wiesz, że dziś idziemy do teatru – zaczęła. – Wiem, ale jakaś kobieta zablokowała windę i musiałem jej pomóc. – Oczywiście, rycerz na białym koniu się znalazł. Nie mogłeś wejść po schodach? – Ja mógłbym, ale czy ty w tych szpilkach chciałabyś schodzić sześć pięter? – odparłem wskazując na jej bardzo wysokie obcasy. – Wszyscy skorzystali, a my mamy jeszcze półtorej godziny, więc spokojnie zdążymy. Środowe wieczory były przeznaczone na teatr. Jola była moją dziewczyną od pół roku, a od dwóch i pół miesiąca mieszkała ze mną. Postanowiła mnie „odchamić”, więc wymyśliła cotygodniowe wyjścia do teatru. Przez pierwszy miesiąc było fajnie, ale wkrótce przekonaliśmy się, że nie ma w okolicy tylu teatrów, by wystarczyło na dłużej, a żaden z nich nie miał premiery częściej niż co dwa–trzy miesiące. Więc Jola wpadła na cudowny pomysł odwiedzania scen alternatywnych. To miał być piąty tego typu wypad, a ja powoli zacząłem dostawać teatrofobii. Dla świętego spokoju zgadzałem się jednak na te wyjścia, skoro wydawały się uspokajać Jolę. Szybko przebrałem się w ciemny garnitur i byłem gotowy do wyjścia. Sztuka nazywała się „Delirium” i taka właśnie była. Deliryczna muzyka, deliryczne ruchy, aż zacząłem zamykać oczy, by nie dostać delirium. Czułem się jak wystrojony pajac, wśród widzów w dżinsach i swetrach. Gdy w końcu wyszedłem na zewnątrz, z ulgą stwierdziłem, że świat ciągle wygląda tak samo, domy stoją prosto, a ludzie chodzą, nie pląsają. – I jak ci się podobało? – zapytała Jola, gdy usiedliśmy w samochodzie. – Ciekawa sztuka – odparłem neutralnie, bo krytyka nieuchronnie wywołałaby kazanie na temat artystycznej ekspresji wyrażonej myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem… – To niewiele z niej wyniosłeś – skomentowała zgryźliwie. – Nie widziałeś, jak aktorzy przeżywali uniesienia, jak potrafili podzielić się swymi odczuciami, emocjami? Czeka cię jeszcze dużo nauki, mój drogi. – To zabrzmiało złowróżbnie. Wracając do domu, po raz kolejny zastanawiałem się, jak wpakowałem się w ten związek. Z początku było miło, gdy spotykaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu. A potem, jak dowiedziałem się później, jej mamusia namówiła ją, by się do mnie sprowadziła. I wtedy Jola zaczęła urządzać moje życie według swoich zasad. Tak, wiem, jestem tchórzem. Nie potrafiłem powiedzieć jej, że nie pasujemy do siebie. Nie potrafiłem zrobić jej przykrości i zerwać z nią. Moja własna matka wpoiła mi wielki szacunek dla kobiet i teraz taki był tego efekt. Następnego popołudnia, gdy próbowałem wyjść z pracy o czasie, zatrzymał mnie szef. – Janek, będziesz musiał mnie zastąpić na prezentacji. – Ale przecież w sobotę wieczorem jestem zajęty… – zaprotestowałem. Sobotnie wieczory były przeznaczone przez Jolę na seks. – Przecież ty miałeś ją poprowadzić. Od miesiąca przysyłam ci materiały, ale ja nie jestem gotowy do prezentacji. Taki wielki projekt. Jak zawalę, to firma padnie. – Trudno, musisz zmienić plany. Na pewno sobie poradzisz, to w końcu twój projekt. Poza tym ta transakcja jest już praktycznie zatwierdzona, więc wystarczy pokazać kilka szczegółów kilku ludziom. Możesz zabrać swoją partnerkę, jeśli chcesz. Po prezentacji ma być bankiet – dodał z przymilnym uśmiechem, po czym poklepał mnie po plecach i poszedł nękać innych. Super – pomyślałem. Poziom stresu na moim smartwatchu wskazywał maksimum. Zastanowiłem się, ile czasu minie, zanim zejdę na zawał. Do czterdziestki brakowało mi już tylko pięciu lat… W drzwiach domu spotkałem Agnieszkę. – Dzień dobry panu – powiedziała z promiennym uśmiechem. Wsiedliśmy razem do windy. – Miło spotkać kogoś, kto dla odmiany wita mnie uśmiechem – odparłem, uśmiechając się smutno. – Wciąż jestem panu winna podziękowanie za pomoc, sama nie dałabym rady, a sąsiedzi by mnie zaszczuli. Może da się pan zaprosić na herbatę? – Dziękuję, ale może kiedy indziej. To był naprawdę drobiazg. Niech się pani nie przejmuje. – odparłem, choć miałem ochotę na tę herbatę. – Moje zaproszenie jest w takim razie otwarte. Miłego dnia – odparła i wysiadła na swoim piętrze. – Miłego… – odparłem do zamkniętych drzwi. Joli nie było w domu, więc miałem nadzieję na chwilę spokoju, przed kolejną burzą związaną ze zmianą utartego rytmu tygodnia. Niestety, spokój nie trwał nawet trzech minut, bo gdy usłyszałem dźwięk przekręcanego zamka, tętno znów skoczyło mi do czerwonych zakresów. – Niezłe ma nogi – zaczęła Jola, gdy mnie zobaczyła. – Jesteście już po imieniu? – O czym ty mówisz? – O tej małej z czwartego piętra. Widziałam, jak wsiadaliście razem do windy. – Wow, wieści szybko się rozchodzą. – zakpiłem. Jednak kpina to nie najlepsza broń wobec Joli. – Tak myślałam. – Nie, nie jesteśmy po imieniu. Nic między nami nie było i nie będzie. – Zaczęło mnie to wszystko przerastać. Jednak, gdy moja dziewczyna coś sobie wbije do głowy, to nie ma szans na to by jej to z niej wybić. – Jest jeszcze jedna sprawa – dodałem na fali wzburzenia. – W sobotę wieczorem muszę poprowadzić prezentację w Gdyni, a potem jest bankiet. Jeśli chcesz, możesz pójść ze mną. – Ty doprawdy potrafisz zepsuć każdą przyjemność – stwierdziła, przewracając teatralnie oczami. – Myślisz, że puszczę cię samego? Nie ma mowy – dodała. Czwartek był dniem książki, więc po obiedzie każde z nas udało się do swojego kąta i zatopiło się w lekturze. Tak minął wieczór. Tej nocy miałem dziwny sen. Śniła mi się Agnieszka, co nie jest niczym dziwnym, bo była oazą spokoju w porównaniu z Jolą. Dziwne było to, że zmieniła się w czarnego kota, który usiadł mi na piersi. Przyglądał mi się bacznie a ja nie mogłem się ruszyć. Po chwili poczułem, że coraz ciężej mi się oddycha. Próbowałem się poruszyć, zrzucić go z siebie, ale byłem jak sparaliżowany. W końcu kot machnął łapą i drapnął mnie w szyję pod uchem. Polizał małą rankę, po czym zeskoczył ze mnie i majestatycznie wyszedł z pokoju. Odzyskałem zdolność ruchu i z głębokim westchnieniem obudziłem się. Rozejrzałem się po pokoju, ale nic niezwykłego nie zobaczyłem. Może z wyjątkiem malutkiej plamki krwi na poduszce. Guzik poszewki miał ostrą krawędź i widocznie mnie podrapał, a moja podświadomość we śnie przypisała ten przypadek działaniu kocich pazurów. Cały piątek spędziłem na przygotowywaniu prezentacji i w związku z tym nie miałem okazji skorzystać z dnia dla siebie. Tak, piątek był jedynym dniem, kiedy mogłem wyjść z kolegami do pubu albo na mecz. Niestety, nie tym razem. Na szczęście nie męczyły mnie żadne sny. W sobotę rano zakupy, potem sprzątanie. Po południu Jola poszła do fryzjera i kosmetyczki, a ja szlifowałem prezentację. Gdy wróciła, ubraliśmy się i pojechaliśmy do Gdyni. – Jesteś gotowy? –zapytała tonem nauczycielki. – Chyba tak – odparłem. Nie lubiłem występować przed obcymi ludźmi. – Mam nadzieję, że nas nie skompromitujesz. Nie zniosłabym tego. W małym nadmorskim hotelu przygotowano niedużą salę konferencyjną z krzesłami ustawionymi w kilku rzędach. Jola usiadła w jednym z ostatnich i dzięki bogu jej nie widziałem. Gdy podszedłem do rzutnika, natknąłem się na Waldemara Kłosińskiego, szefa szefów z mojej firmy. Był przystojnym, czterdziestoletnim mężczyzną. – Dzień dobry panie prezesie – przywitałem się. – Nazywam się Jan Wroński i mam poprowadzić prezentację. – Dzień dobry, a nie miał jej czasem prowadzić Chocimski? – Tak, ale coś mu wypadło, więc zlecił to mnie. Jestem inżynierem odpowiedzialnym za ten projekt, więc nie powinienem dać plamy. – odparłem, wcale nie czując tej pewności. Tym bardziej pod czujnym okiem najwyższego z bossów. – Trudno, tylko nie wiem, czy pan wie, dla kogo jest ta prezentacja? – Molinex ma zbudować centrum badawczo-rozwojowe dla Danish Petroleum. Chocimski mówił, że kontrakt jest właściwie załatwiony, I że prezentacja jest dla ludzi z Molinex-u. – Kontrakt ma dopiero zostać zawarty, a mamy dużą konkurencję. Jak nasza oferta się nie spodoba, to mamy przesrane. Chcę, żeby pan to zrozumiał. A z Chocimskim pogadam sobie później. D.P. przysłało tu swojego przedstawiciela, by przyjrzał się projektowi. Zna pan angielski, gdyby o coś chciał zapytać? Przełknąłem ślinę. Robiło się coraz duszniej. – Tak – odparłem. – To powodzenia. Tylko nie chciałbym być w pańskiej skórze, gdy coś nie wypali – dodał i ruszył witać gości. Załadowałem prezentację do komputera i mentalnie przygotowałem się do katastrofy. Do sali wtoczono wózki z kawą i ciastkami. Przy jednym z nich zobaczyłem Agnieszkę. Ona też mnie ujrzała i podeszła się przywitać. – Dobry wieczór panie Janku, co pan tu robi? – Mam dziś poprowadzić prezentację, a pani? – Hotel wynajął dodatkową obsługę do tego bankietu, więc moja firma cateringowa wysłała mnie tutaj. Ale niezwykły zbieg okoliczności – podsumowała. – Muszę lecieć, bo mamy dużo roboty. Będzie pan na bankiecie? – Tak. O ile po prezentacji mnie nie wyleją. – odparłem skwaszony. – No co pan, wszystko będzie dobrze, wierzę w pana i trzymam kciuki – dodała z uśmiechem, pokazując palce zaciśnięte wokół kciuków. Poczułem, że może jednak jest jakaś szansa na ocalenie głowy. Prezentacja mogła pójść lepiej, ale nie było też najgorzej; pytania były łatwe i nie miałem żadnego problemu wyjaśnieniami. Po jej zakończeniu, przedstawiciel Danish Petroleum podszedł do mnie razem z moim szefem i pogratulował mi. – Jan Wroński jest jednym z naszych najlepszych inżynierów – Kłosiński kuł żelazo, póki gorące. – Nasze kadry gwarantują najwyższą jakość naszych projektów. Na pewno się nie zawiedziecie. – Hans Vestergaard – przedstawił się. – Tak, prezentacja zrobiła ma mnie bardzo pozytywne wrażenie – odparł po angielsku gość. – Była bardzo precyzyjna i rozwiewała wszelkie wątpliwości jakie mieliśmy wobec tego rozwiązania. Myślę, że dojdziemy do porozumienia. Gość odszedł porozmawiać z ludźmi z Molinexu, a Kłosiński zwrócił się do mnie. – Uratował pan głowę. – Dziękuję, panie prezesie. – Może pan teraz odetchnąć i cieszyć się bankietem. Podeszła do mnie Jola. – Pozwoli pan, panie prezesie, że przedstawię moją znajomą: Jolanta Kwaśnicka. Prezes spojrzał na Jolę z uznaniem i pocałował ją w wyciągniętą rękę. – Cała przyjemność po mojej stronie – powiedział. – Nic dziwnego, że Jan się przy pani wyrobił. Jola pokraśniała z zadowolenia. – Och, jeszcze trochę mu brakuje, ale pracuję nad tym – odparła z uśmiechem, jakiego dawno u niej nie widziałem. – Życzę udanego bankietu. – Kłosiński pożegnał się kierując się do wyjścia z sali konferencyjnej w kierunku bufetu. – Dziękujemy. – Po tym stwierdzeniu Jola pociągnęła mnie w ślad za prezesem. Uśmiech na jej twarzy zgasł chwilę po wejściu do bufetu, gdy zobaczyła i rozpoznała Agnieszkę. – Co ona tu robi? – Zapytała oskarżycielskim tonem, jakbym to Agnieszkę zaprosił na bankiet, a Jola miała nam usługiwać. – Jej firma obsługuje ten bankiet – odparłem, zanim zdążyłem pomyśleć o konsekwencjach. – Coraz lepiej. I ty mi mówisz, że jej nie znasz? – zasyczała. – Myślę, że zbyt długo tu nie zabawimy – dodała po chwili, odciągając mnie jak najdalej od sąsiadki z czwartego piętra. Pokręciliśmy się może z pół godziny, coś przekąsiliśmy i tyle. Dwa razy, krążąc po sali, natknęliśmy się na prezesa. Za każdym razem komplementował urodę i wyszukany styl Joli. Przez cały ten czas starałem się nie patrzeć w stronę sympatycznej kelnerki, ale nie udało się to całkowicie, więc gdy Agnieszka złapała moje spojrzenie, uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową z uznaniem. Tego już było za wiele dla Joli, więc wyciągnęła mnie z hotelu i poprowadziła do samochodu. – Jeszcze jeden taki numer i wracam do mamy. – zagroziła. W duchu pomodliłem się o jeszcze jeden taki numer. Oczywiście seksu tej nocy nie było. Za to znowu odwiedził mnie czarny kot. Było dokładnie tak samo jak poprzednio. Znowu nie mogłem się poruszyć, ciężko mi było wziąć oddech. Tym razem kot mnie nie podrapał, tylko po prostu zeskoczył na podłogę. Jęknąłem i obudziłem się. Szybko podniosłem głowę i ze zdumieniem zobaczyłem cień poruszający się w kierunku drzwi. Szybko wyskoczyłem z łóżka, chwyciłem szlafrok i poszedłem tropem intruza. W przedpokoju było trochę jaśniej, choć wciąż za ciemno, by stwierdzić co to jest. Cień wielkości kota lub psa podążał w kierunku drzwi wejściowych. Nagle stało się coś niewiarygodnego. Jak chmura dymu przecisnął się pod drzwiami. To na pewno nie mogło być żywe stworzenie, bo nawet mysz by się nie przecisnęła. Otworzyłem drzwi i na schodach zobaczyłem czarny ogon. Powoli poszedłem za nim w dół klatki schodowej. Chyba szedłem trochę za wolno, bo na czwartym piętrze zniknął mi z oczu. Zatrzymałem się i rozejrzałem. Wrzask za plecami uświadomił mi, gdzie jestem. – Ty świnio, ty chamie, ty sukinsynu – krzyczała Jola, która widocznie obudziła się przez moje jęki i poszła za mną. – Myślisz, że dam się tak traktować? Że będziesz po nocach łaził do tej suki? Dosyć tego, mama mówiła mi, że jesteś nic niewart. Nie będę z tobą ani sekundy dłużej, zdradliwy skurwysynu. Pożałujesz tego. – Pobiegła na górę. Nie miałem nawet sekundy by spróbować się tłumaczyć. Zresztą po co? Nawet sam sobie bym nie uwierzył, że szukałem kota zrobionego z dymu. Prędzej już, że lunatykuję. Tylko czemu na to piętro? Uchyliły się drzwi z numerem 32 i wyjrzał jakiś starszy człowiek. – Możecie być ciszej? Ludzie chcą spać – zasyczał gniewnie. – Przepraszam, takie małe nieporozumienie – odparłem cicho. – To już się nie powtórzy. W wyobraźni słyszałem już plotki, jakie pojawią się rano. Wszedłem po schodach na swoje piętro. Drzwi na szczęście były otwarte, bo gdyby Jola zatrzasnęła mi je, nie miałbym jak wejść do domu i musiałbym spędzić noc na klatce albo siłą je wyważyć. Bez słowa stanąłem w kuchni obserwując, jak się pakuje. Załadowała część swoich rzeczy do walizki, po czym przechodząc obok mnie powiedziała z mordem w oczach: – Po resztę przyjadę w poniedziałek, jak cię nie będzie. Wtedy zostawię klucze. – Dobrze – odparłem. – Nie odzywaj się do mnie! – warknęła – Dla mnie nie istniejesz! – odwróciła się i wyszła. W domu zapanowała niesłyszana od miesięcy cisza… Ktokolwiek wysłał tego kota zasługiwał na moją wdzięczność. Usnąłem jak dziecko i spałem do południa. Po śniadaniu przypomniałem sobie, że w samochodzie został laptop, więc poszedłem go zabrać, bo nigdy nic nie wiadomo. W drzwiach spotkałem panią Michałowską, która wracała z kościoła. – Dzień dobry pani – powitałem ją, – piękny mamy dziś dzień. – Zdecydowanie – odparła sąsiadka. – Było dziś u państwa bardzo cicho, wszystko w porządku? – zapytała stawiając akcent na „cicho”. Oczywiście musiała już wiedzieć co się stało w nocy, więc chyba bardziej zależało jej na zdobyciu jakichś pikantnych szczegółów, by mieć czym podzielić się z sąsiadkami. – Jola się wyprowadziła – powiedziałem wprost, nie zdradzając niczego, o czym już by nie wiedzieli sąsiedzi. – Ale wróci? – Raczej nie. – To może i dobrze panie Janku, to była dość głośna osoba – podsumowała, a na jej twarzy widać było ulgę. Nie dziwiłem się; sam kiedyś zastanawiałem się jak długo sąsiedzi wytrzymają jej awantury. – Miłego dnia, pani Michałowska. – Wzajemnie. Po południu pojechałem do kina, a potem na burgera. Poczułem, że znowu żyję. Znów mogłem decydować za siebie. I było cudownie. Obiecałem sobie, że nie wpuszczę za drzwi żadnej kobiety na dłużej niż dzień. Albo noc. Uśmiechnąłem się do tej myśli. Poniedziałek zapowiadał się obiecująco; po tym co wydarzyło się na prezentacji, mój obecny szef mógł mieć kłopoty, a ja, oczyma wyobraźni widziałem, jak awansuję albo co najmniej dostaję podwyżkę i dużą premię. Gdy szef wezwał mnie do biura, przybrałem niewinny wyraz twarzy i spokojnie tam poszedłem. W biurze, oprócz mojego szefa był także nie kto inny, jak prezes Kłosiński. Moje nadzieje wzrosły jeszcze bardziej. – Janek, jak mogłeś mi to zrobić? – zapytał przełożony. – Ale co? – udałem głupiego. A w myślach dodałem: „Sam sobie to zrobiłeś, dupku. Trzeba było się trochę wysilić, to teraz ty byś spijał śmietankę, nie ja!” – Pan prezes mówi, że ledwo uratował kontrakt, bo mało go nie położyłeś. – Co? Jak to? Przecież człowiek z Danish Petroleum mnie chwalił, sam pan słyszał panie prezesie –zwróciłem się do Kłosińskiego o wsparcie. – Och, to była tylko kurtuazja, zawsze się tak mówi. Później przez dwie godziny przekonywałem go, by nie zrywał kontraktu – odparł prezes. Nic nie rozumiałem. Nie dość, że poświęciłem projektowi dziesięć miesięcy, nie dość, że przedstawiłem go kontrahentom, to jeszcze za to mam dostać po dupie? O co tu chodzi? – Ale przecież pan mnie przed nim chwalił. – Czułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. – A co miałem powiedzieć? Że zatrudniamy tu dyletantów, którzy nie radzą sobie nie tylko z pracą, ale i życiem osobistym i nie potrafią szanować kobiet? – O czym pan mówi? – zapytałem domagając się wyjaśnienia tego ostatniego stwierdzenia. – Dla człowieka, który w środku nocy wyrzuca kobietę na bruk nie ma niestety w naszej firmie miejsca. Dostanie pan trzymiesięczną odprawę. Może pan zabrać swoje rzeczy. Żegnam. To było tak nieprawdopodobne, że po wyjściu z biura szefa, musiałem usiąść. Wieści o tym, że popadłem w niełaskę, musiały rozejść się po firmie wcześniej, bo ludzie starali się unikać mojego wzroku. Skąd prezes się dowiedział o tym, co się stało z Jolą? I czemu to było tak przeinaczone? Zacząłem zastanawiać się, czy czasem szanowna mamusia Kwaśnicka nie maczała w tym palców. Wiedziałem, że rodzice Joli mieli rozległe kontakty w świecie biznesu, więc mogło się zdarzyć, że jakoś dotarli do Kłosińskiego. A po tym, jak patrzył na moją partnerkę na prezentacji, mogłem się domyślać, że mu się podobała. Potrafiła wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Przecież sam jej kiedyś uległem. Po kilku minutach stwierdziłem, że nie ma sensu sterczeć tu i czekać na zmiłowanie pańskie. Pies ich drapał, niech radzą sobie beze mnie. Zabrałem swoje rzeczy i wyszedłem, spluwając za siebie przez lewe ramię. „Bodaj by was kryzys zatopił!” – zakląłem i pojechałem do domu. Drzwi do klatki schodowej musiały być zaczarowane, bo znowu spotkałem w nich Agnieszkę. Taszczyła dwa wielkie pudła z Ikei. Widać było, że są ciężkie i nieporęczne, bo dziewczyna przesuwała jedno, próbując trzymać drugie. – Pomogę pani, pani Agnieszko – rzekłem, ruszają na pomoc. – O, to pan! Dziękuję. – Wsunęliśmy paczki do windy. – Nowe meble? – zapytałem wskazując na paczki. – Komoda i stolik pod telewizor. Tylko telewizora jeszcze nie mam – roześmiała się. – A pan nie w pracy? Ma pan wolne? – Można tak powiedzieć – odparłem. – W takim razie musi pan tym razem zostać na herbacie. – Czemu nie, nigdzie się nie śpieszę. A te szafki da pani radę złożyć? – No właśnie nie wiem, nigdy nie próbowałam. – To może spróbujemy razem? – zaoferowałem. Nie miałem ochoty wracać do domu i gnić tam bezczynnie przez resztę dnia. – Ojej, nie chcę panu zawracać głowy. – To naprawdę drobiazg. – To super! – ucieszyła się. Wnieśliśmy paczki do mieszkania. Wyglądało ono inaczej niż gdy widziałem je po raz pierwszy. Pojawiły się nowe meble; do wersalki, którą razem wnosiliśmy dołączył nieduży stół i cztery krzesła. Na podłodze stało kilka kartonów z rzeczami oczekującymi na swoje miejsce. Na ścianie zobaczyłem zdjęcie rodzinne, na którym było małżeństwo i siedem córek. Agnieszka zobaczyła na co patrzę. – Ta najmłodsza, to ja. To było osiemnaście lat temu, miałam wtedy jedenaście lat. Mój ojciec marzył o synu, więc gdy urodziła się pierwsza córka, szybko postarał się o drugie dziecko. I tak to się powtarzało, aż po siódmej córce musiał zrezygnować z marzeń. Mama nie mogła mieć więcej dzieci. – Ja niestety jestem jedynakiem, zazdroszczę pani rodzeństwa. – Czy ja wiem, czy jest czego zazdrościć? – odparła zamyślona. – Mówią, że gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Niech pan sobie wyobrazi, gdy kucharek jest osiem. Bywały i dobre i złe chwile, jak to w życiu. Przepraszam, to nie moja sprawa, ale słyszałam, że coś się działo w nocy w sobotę i od tej pory nie widziałam już tej kobiety, z którą był pan na imprezie. Przykro mi. – No cóż, nie ma co ukrywać, rozstaliśmy się. Nie pasowaliśmy do siebie. – Och, dlatego jest pan taki smutny? – To aż tak widać? – zapytałem, bo starałem się ukrywać moje przygnębienie. – Ale to nie przez rozstanie. Dziś zwolnili mnie z pracy. – Co??? – Agnieszka prawie krzyknęła. – Przecież był pan świetny i słyszałam, jak ten Duńczyk pana chwalił w rozmowach. Mówił, że dawno nie widział tak precyzyjnego i konkretnego przekazu. – Cóż, mam pewną teorię, ale muszę to sprawdzić. W kuchni zagwizdał czajnik. Agnieszka poszła zrobić herbatę, a ja wyjąłem telefon, by sprawdzić Messengera. Nie było żadnych wiadomości, ale w oczy rzuciła mi się ikonka Joli z zieloną kropką. „Muszę ją wyrzucić ze znajomych” – pomyślałem. Przełączyłem na Fejsa, i wszedłem na jej profil. Wśród ostatniej aktywności zobaczyłem coś, co potwierdziło moje przypuszczenia – nowy znajomy Joli – prezes Kłosiński. Agnieszka przyniosła herbatę i jakieś ciasto. Pokazałem jej telefon. – Jola szybko znalazła sobie pocieszyciela – skomentowałem. – To mój prezes, on mnie wyrzucił. – Wie pan co, nie warto się nimi przejmować, da pan sobie świetnie radę, a oni pożałują. Zapraszam do stołu. Usunąłem Jolę, mojego przełożonego i prawie wszystkich kolegów z pracy ze znajomych i wyłączyłem telefon. – Ma pani rację, trzeba żyć dalej. Ciasto było fantastyczne, niezbyt słodkie i lekkie jak piórko. Zjadłem trzy kawałki, co wywołało uśmiech zadowolenia na twarzy mojej gospodyni. Herbata też była niezwykła, ziołowa, ale o owocowym posmaku. Sypana, nie w torebce. – Co to za herbata? – zapytałem wycierając usta serwetką. – Rodzinna receptura. Ma ponad 80 lat. Receptura, nie herbata – zachichotała. – W miejscowości, z której pochodzę, rosną te zioła, moja prababka była zielarką i nauczyła moją mamę, a ona mnie. Moje siostry nie chciały tego znać, bo mówiły, że to obciach. – A skąd pani pochodzi? – zapytałem. – Spod Sierakowic, ze wsi Lisie Jamy. – Wypowiadając to jakby się odrobinę skurczyła, podświadomie oczekując kpin i żartów na temat nazwy miejscowości, albo swojego pochodzenia. Musiała wiele razy przeżywać takie chwile. – Kaszuby są piękne, chciałbym tam spędzić emeryturę. Myślę, że ludzie nie doceniają ciszy i spokoju. Dziewczyna spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Moje oświadczenie musiało ją zaskoczyć. – Czy będzie dużym nietaktem, jeśli zaproponuję przejście na „ty”? – zapytałem. – Nie, oczywiście że nie – odparła wyciągając rękę. – Agnieszka Lica – powiedziała. – Jan Wroński – odpowiedziałem, podając jej swoją. Nie przyznałem się, że zapomniałem, jak się nazywa, gdy przedstawiła się pierwszy raz. Na szczęście powiedziała, więc nie musiałem pytać. – Przepraszam, ale jak wolisz, żebym mówiła: Janie, Janku, Jasiu? – Jak chcesz, będę wiedział jaki masz nastrój – odparłem. – A ja do ciebie? Agnieszka, Aga? To ciekawe, bo twoje imię nie ma formalnej, chłodnej formy. Nawet Agniecha ma przyjacielski podtekst. – Może być tak jak ty chcesz. Poczułem lekki dreszcz przechodzący mi po plecach, bo między nami zdecydowanie coś zaczynało iskrzyć. Nie byłem pewny, czy jestem na to gotowy, nic o tej dziewczynie nie wiedziałem. Tylko tyle, że była kompletnie inna od Joli. Nie chciałem wplątywać się w nową aferę, zanim nie rozwiążę problemów ze swoją przyszłością… Kogo ja chciałem oszukać? Już chciałem wiedzieć o niej jak najwięcej i jak najczęściej z nią przebywać. Była świetna, radosna i lubiła mnie, to było widać. Miałem tylko nadzieję, że jest wolna. – Pracujesz w cateringu? – zapytałem. – Na razie. Chciałabym pracować z małymi dziećmi, mam wykształcenie pedagogiczne. Niestety, w moich okolicach nie było dla mnie miejsca. Mam nadzieję, że tu coś znajdę, złożyłam już papiery do kilku szkół i przedszkoli. – Brawo, na pewno ci się uda. – A ty, co teraz zrobisz? – zapytała. – Na razie tydzień urlopu, potem się zastanowię. Kolega kiedyś proponował mi pracę, ale jego firma jest mała, więc nie mógł konkurować z moją byłą firmą. A jak nie, to znajdę jakieś inne zajęcie, parę rzeczy potrafię. Wstałem od stołu i podszedłem do opartych o ścianę paczek. – Najpierw komoda czy szafka pod telewizor? – Komoda, muszę schować ubrania – odpowiedziała wstając. Poprosiłem o nóż i rozciąłem taśmy oplatające paczkę. Przejrzałem instrukcję i stwierdziłem, że potrzebujemy młotka. Agnieszka nie miała, więc poszedłem do mojego mieszkania i przyniosłem skrzynkę z narzędziami. Dziewczyna spytała, czy może sama spróbować. Była ambitna. Zgodziłem się służyć jej radą i podtrzymywałem większe części w czasie skręcania. Po czterdziestu minutach dobijaliśmy wspólnie ostatni gwoździk tylnej płyty i komoda była gotowa. – Brawo ty – pochwaliłem ją. – Dałaś sobie świetnie radę. W odpowiedzi obdarowała mnie całusem w policzek i uśmiechem pełnym dumy. – To teraz szafka – powiedziała i zaczęła rozcinać taśmy. Instrukcja była niezbyt przejrzysta, więc powiedziała, że tym razem to ona mi pomoże. Udało nam się złożyć szafkę w godzinę. Ustawiliśmy nowe sprzęty w miejscach, które wskazała, po czym dziewczyna zaczęła rozpakowywać kartony i przenosić rzeczy do komody. Po dłuższej chwili zatrzymała się. – Przepraszam, tak się ucieszyłam, że mam już szafki, że nie pomyślałam, że może się nudzisz i wolałbyś iść do siebie? – Nie, naprawdę świetnie się bawię i sprawia mi przyjemność patrzenie, jak sobie radzisz. Chyba że ty chcesz zostać sama? – No co ty, bardzo mi miło, że tu jesteś. – Mogę skorzystać z łazienki? – zapytałem. – Jasne, tylko tam też jeszcze trochę brakuje – odparła. – Nie przestrasz się. „Trochę”, to było mało powiedziane. W łazience, co prawda ładnie odnowionej, poza toaletą była tylko miska pod sterczącym ze ściany kranem. Umywalka i noga do niej leżały na podłodze w kącie, a miejsce na prysznic było puste. – Powinnaś naciskać na właściciela, żeby szybko dokończył remont, bo nie wiem, jak dajesz sobie radę w takich warunkach – powiedziałem po wyjściu z łazienki. – Jak można wynajmować dom w takim stanie? – To może być trudne, bo to moje mieszkanie – odparła. – Och, przepraszam, myślałem, że wynajmujesz. – Nie, rodzice mi kupili. – A masz już umówionego hydraulika? – Miałam, ale tak podniósł cenę, że nie dałabym rady z moimi funduszami. – Mój kolega ze szkoły jest hydraulikiem, może uda mi się jakoś pomóc. – I tak robisz dla mnie za dużo. Zaciągnę u ciebie dług, którego nie będę mogła spłacić. A nie lubię być uzależniona. – Ale to nie jest żaden prezent, po prostu poszukam kogoś, kto cię nie oskubie. – Jeśli tak, to byłoby wspaniale. – Dam ci znać, jak się czegoś dowiem. Dziękuję za miłe popołudnie. Trzymaj się –powiedziałem i wyszedłem. W domu, na stole w kuchni, znalazłem klucze. Pobieżna inspekcja upewniła mnie, że reszta rzeczy Joli zniknęła. „Tyle w temacie panny Kwaśnickiej. A raczej Skwaszonej” – pomyślałem. Dopóki pamiętałem, zadzwoniłem do Tomka.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil TomWheelmaker
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…