Wróć do katalogu

Zaufanie

Dokąd zmierzasz, Wędrowcze we Mroku? Okryty całunem życia... Prawdą zatrzymujesz chwilę? Słowem próbujesz śmierć... Wybór i konsekwencja?

Killerdiablo48, opublikowano , 18 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zaufanie

Tyle było bezkształtnych nocy spędzonych w ciemności. Światełko nadziei gdzieś tam, pod sufitem. Szorstkie, chropowate, nie oprawione cegły. Zimne niczym dotyk nieboszczyka. Niczym pocałunek stali… Pierwszy raz poczułem go ponad roku temu. Nagle, jakby cienie wokół mnie pojawiło się kilka postaci. Milczeli. Ja również. Wyciągnąłem miecz. Zalśnił słońcem które spłynęło na niego niczym błogosławieństwo. Oni, niczym lustrzane odbicia powtórzyli moje ruchy. Pałki, szable i topory zmaterializowały się w ich rękach. Ulice były kompletnie opustoszałe. Ognista kula w górze paliła niemiłosiernie. Nawet szczury ukryły się w ciemnościach i chłodzie mrocznych zaułków. Nie widziałem tego. Nie czułem. Liczyli się tylko oni. Patrzyłem na nich, w te brudne i ogarnięte żądzą zysku twarze. Szukałem… Szukałem w nich wahania nie pozbawionego skrupułów. Nic z tego. Tylko pustka. Tak jak we mnie. I…podjąłem decyzję. Rzuciłem się na nich…Przegrałem. Moja broda jest tak szorstka jak piasek na który wtedy upadłem. Dlaczego? Dlaczego to zrobiłem? Może… jakbym się poddał? Nie… byłoby jeszcze gorzej. Dokonałem wyboru. I poniosłem konsekwencję. Jak zawsze przez całe życie. Dałem się ponieść całemu brudowi decyzji i…jestem tutaj. Wspomnienie ostatniego słonecznego dnia nachodzi mnie nieustannie i zalewa taj jak ciemność po tamtych chwilach. Klatka, pełna obdartych z godności zwierzęcych ludzi. Patrzymy na siebie z dozą szaleństwa. Byliśmy szaleństwem…i te słowa mówiły wszystko. Zakneblowani i skuci. Tłumy ludzi mijały ich z daleka. On, nieskończony strach zamykał im oczy na nasze cierpienie. Nie znałem tego miasta. Roztaczała się tutaj dziwna atmosfera. Atmosfera zgody. Zgody na zło… Ogień niebieski opromieniał ziemię nieświadomy dziejącej się krzywdy. Ostatni promień. I nastał dla nas czas mroku… Wysoki cień okazał się moim nowym domem. Moim nemezis. Zamek. Dostojny i wielki… Może magnata…może jakiegoś większego lorda… Grube, kamienne mury. Flagi przedstawiające kruka z mieczem w szponach. Wieżyczki. Ciemno zielone sztandary. Proporce. Blanki. Okna. Żelazna brama…wszystko zlało się nagle w kwaśnym oddechu jakiegoś człowieka. Rozkuł mnie. Kazał wysiadać. Wokoło było pełno straży…ale czy mogłem uczynić coś innego? Uderzyłem. Przeskoczyłem upadające ciało. Spróbowałem uciekać. Nic z tego… to była pierwsza i ostatnia taka próba. Dogonili mnie bardzo szybko. Niczym psy gończe. Nie zdążyłem nawet przekroczyć drewnianego mostu – drogi do miasta. Szmer płynącej rzeki zmieszał się z sykiem wbijających się we mnie zębów z ludzkich dłoni. Nahajki pracowały bardzo wytrwale. Wydawało mi się, że minęły godziny, ale nie…słońce było tak samo wysoko na niebie jak wcześniej. Nierealna, czerwona ciecz spływała wszędzie wokół mnie i ginęła w mroku poza moim wzrokiem. Chyba zemdlałem… Obudziłem się tutaj. Wszystko mnie bolało. Wszystko… Byłem jak połknięta przez wieloryba ryba. Nie mogłem się ruszyć nawet na centymetr. Uświęcona ciemność ponownie spłynęła na mnie. Tłukłem w ściany godzinami. A może to były dni? Nie wiem. Nie wiem… Nieskończoność sekund przesuwało się w mojej głowie. Gdzie jestem? I najważniejsze, kim jestem? ? Mimo to najgorsze było czekanie i nie możność czynu… Przynajmniej wtedy. Światełko u góry dawało mi wiarę, potężną wiarę. Blask – ktoś się zjawi, ktoś mnie wyzwoli. Moja prywatna, fałszywa nadzieja. Kamienie nie uwierały wtedy jak teraz wyrzutami sumienia. Co mogłem zrobić? Mężczyzna ze szramą na szyi biegnącej aż do dolnej wargi kazał wstać. Kazał iść. Miecz przy boku uderzył cicho o klucze. Nie miałem wiary w sukces ucieczki. Powstrzymałem się. Wmówiłem, że zrobię to kiedy indziej. Nie, stanowczo to nie był czas na działanie. Podszedłem, a mężczyzna natychmiast mnie zakuł. Z jego oczu wyzierała namacalna, wręcz zwierzęca radość. Pogłaskał mnie po ramieniu. Spojrzałem na niego jak na robaka. Wyraźnie zauważył w nich żądzę mordu. Odsunął się przełykając ślinę przed moim prawie dwumetrowym jakby wyciosanym w drewnie ciałem. Byłem wściekły jednakże zmusiłem się do spokoju. Pamiętałem. Decyzja. Skutek. Konsekwencja. Kazał mi iść za sobą. Z wolna mijaliśmy skomplikowany labirynt wąskich i niskich korytarzy sporadycznie paliły się ciemnym ogniem pochodnie. W cieniach czaiła się groza… Byłem jak otępiały. I nagle światło. Pragnąłem uciec, ale za mną z głuchym trzaskiem opadły stalowe kraty. Sala w której się znalazłem tonęła w bladozielonej poświcie, pełno było tutaj stalaktytów i stalagmitów przypominających zęby okropnych, zdeformowanych bestii. I wtedy ujrzałem jego… Niski mężczyzna o atletycznej budowie. Całkowicie nagi. Stał tyłem, cicho i jakoś przeraźliwie…smutno. Na głowie miał wysoki hełm zakończony złotosrebrnym piórem. W ręku ponuro pobłyskiwała włócznia. Zimna stal dotknęła mojej dłoni. Do pasa przywiązany był miecz. Skąd się tam wziął? Czy ja…? I gdzie są kajdanki? Zawahałem się. Wiedziałem co się zaraz stanie, ale…nie pragnąłem tego. Chciałem to odrzucić jak najdalej od siebie. I już więcej nie podejmować decyzji. Bałem się. Teraz, siedząc w swojej celi, z perspektywy czasu uważam, że chyba…popełniłem błąd. W końcu musiałem to zrobić. Podjąłem decyzję… i ponoszę konsekwencję. Po raz pierwszy nie mogę się z nimi pogodzić. Tak, popełniłem błąd. Często myślę o swojej rodzinie. Czy dobrze im się żyje beze mnie w tamtym, innym świecie? Co się z nimi dzieje? Czy mają jak żyć? Czy w ogóle żyją? Czy nie pochłonęła ich miejska pustynia Agdaru? Moje rodzinne miasto… Dawno przeminęły jego czasy świetności stolica Asherlandu. Moje śliczne, jedyne i przepiękne… Gdzie ono jest? Czy jeszcze istnieje...a może znikło w mojej wyobraźni? Jeszcze pamiętam twarz córeczki. Tej pięknej, przypominającej jabłuszko twarzyczki. Jej oliwkowe oczęta patrzące z taką powagą, z taką głębią jakby pojęła wszystkie tajemnice świata. Włoski koloru kasztanu opalizujące w słońce niczym tęcza. Jej uśmiech… Mężczyzna powoli się obrócił. Miał hipnotyzujące turkusowe oczy. Myślałem, że zaraz popadnę w szaleństwo patrząc na nie, ale jednak nie…otrząsnąłem się. I wtedy rzucił się na mnie z tymi swoimi oczyma wpatrzonymi we mnie z przejmującą nienawiścią niczym pantera szykująca się do skoku. Niczym bestia S’ghas, która wpada w szał bojowy. Niczym samo uosobienie wściekłości, gniewu i… rozpaczy. Podjąłem decyzję. Zaryzykowałem ten wybór. Nie inny! Właśnie ten…nie inny. Z pietyzmem wyszarpnąłem miecz. Młodzieniec dobiegł. Uchyliłem się…włócznia przeorała powietrze...ciąłem. Krzyk mojego umysłu prawie mnie powalił. Stałem się mordercą własnego sumienia. Życie jest takie kruche. Wtedy, w te kilka sekund uświadomiłem to sobie gdy, tak puste oczy, spojrzały na mnie z bezgranicznym żalem. Ciało atakowało swoją wymownością i kruchością. Ja, kochający ojciec…dobry obywatel…spokojny człowiek…zabiłem. Stałem się mordercą! Mordercą własnego sumienia… Jaki miałem wybór? Umrzeć albo… zabić. Mogłem już wiecznie spać w tej kojącej, uspokajającej mój smutek ciemności. W niczym nie zmąconej ciszy grobu. Własnego grobu. Własnego świętego spokoju.. Jednak zdecydowałem inaczej. Szklana kulka została rozbita. I wyciekł z niej los tego człowieka. Człowieka, który zgasł przeze mnie… Nigdy nie poznałem jego imienia. Nigdy już nie poznam jego imienia. Turkusowe oczy nie zabłysną już nigdy prawdziwym uśmiechem życia. To był koniec. Drżały mi ręce. Mężczyzna z blizną zjawił się tak nagle, nie wiem kiedy. Założył mi z powrotem kajdany. Nic to dla mnie nie znaczyło. Prawdziwe kajdany miałem w umyśle. To co zrobiłem było…to co uczyniłem było…całkowicie sprzeczne ze mną. Atakując trafiłem w dłoń. Zdążył się nią zasłonić. Upadła z miękkim uderzeniem. Upadła niczym czerwona rękawiczka i spoczęła tam w bezruchu. Błaganie w jego wzroku… Błaganie o litość. Udawałem, że tego nie dostrzegam. Miecz opadł na ten osłabły bezsilnością kark. Uczyniłem to co musiałem…To co musiałem? Nie…tylko to co chciałem zrobić. Konsekwencją decyzji była dalsza niewola. I dręczące mnie bezlitośnie sumienie. Już wtedy stałem się cieniem człowieka. Pustą skorupą. Workiem na mięso. Dusza z każdą chwilą wyzwalała się z mojego ciała. Stałem się bezwzględnym potworem…ale nadal się bałem. Nawet bardziej niż wcześniej. Światełko płynące zza krat powoli zanika. Niedługo nadejdzie czas. Być może to będzie koniec. Nemezis… Ostatnia walka Dozorca, jak go w myślach nazywałem, wyprowadził mnie z areny. Nie odzywał się do mnie bo i nie było sensu. To było jak sen. Nie! Jak koszmar… Każdy zakręt korytarza. Każda ciemna cela. Każdy cień czający się pod pochodnią. Wszystko to wskazywało mi młodzieńca o turkusowych oczach. Rozrzucone w śmiertelnej agonii ciało. I głowa. Spogląda oskarżycielsko w moją duszę przez jasnoczerwoną zasłonę utkaną z krwi. Zasłonę sumienia. Mężczyzna poprowadził mnie do dużego pomieszczenia. Nie czaiły się tu żadne cienie, ale nie zauważyłem tego, byłem zbytnio otumaniony. Wizja…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych