Wróć do katalogu

Zbieg okoliczności

nie należy podnosić sluchawki kiedy dzwoni na ulicy automat telefoniczny;), a może własnie należy ;)

Cashmir, opublikowano , 22 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Deszcz lał od rana, bez przerwy. Gdybym nie musiała wychodzić z domu to może by mi nie przeszkadzał, ale w perspektywie ganiania po najróżniejszych urzędach, deszcz mnie wkurzał. Kałuże na chodnikach, chlapiące wodą samochody i brak trzeciej ręki do trzymania parasolki, nie poprawiały humoru. Po urzędzie miasta i ZUS - sie została mi jeszcze skarbówka. Z braku własnego środka lokomocji, byłam skazana na komunikację miejską. Stałam na przystanku, w przemoczonych pantoflach, pod kapiącą parasolką i klęłam pod nosem. Autobusy, jak na złość się spóźniały. Nagle usłyszałam za sobą dzwonek telefonu. Ale nie była to komórka, przez chwilę nasłuchiwałam. Dzwonek dobiegał z budki telefonicznej, tuż przy przystanku. Trochę z ciekawości, trochę z nudów obserwowałam kto podejdzie. Telefon dzwonił i dzwonił, ludzie zaczęli się rozglądać, ale nikt nie podniósł słuchawki. Dzwonił bez przerwy, od pięciu minut. Zezłościłam się i nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia, podeszłam i podniosłam słuchawkę. - Słucham? Czy mogę w czymś pomóc? - spytałam. - Tak, czas i miejsce nie zmieniło się, godzina dwudziesta trzecia! Okolice Ratusza! Dzisiaj! Zadzwoń jutro o tej samej porze, na ten numer! - powiedział męski głos. - Jaki numer? - spytałam odruchowo. - Jaki numer?! - mężczyzna po drugiej stronie zdziwił się bardziej niż ja - no a gdzie stoisz! Rany dlaczego musisz być taka roztrzepana?! Cud, że Twój mąż nas nie nakrył wcześniej! Ucieszyłam się. To mi wygląda na jakąś romansową aferę! Cholera! Ale on mnie wziął za kogoś innego! Szkoda... Ale moja ciekawość została rozbudzona. Spróbowałam jeszcze się coś dowiedzieć. Kto w końcu nie lubi zajrzeć czasem w cudze grzeszki. - Dobra, faktycznie zapomniałam, ale wiesz... , mam tyle spraw na głowie - zmyślałam jak z nut. - Taaaa ... jak zawsze fryzjer, zakupy! Kobieto, myśl trochę! Muszę kończyć! Do jutra... - Dobrze, jutro zadzwonię w południe! - spojrzałam na zegarek, była dwunasta piętnaście - Kocham cię! - dodałam, ku własnej uciesze i zachichotałam. - No.. ja ciebie też - usłyszałam w słuchawce i facet się rozłączył. Autobus właśnie podjechał i świat wydał mi się sympatyczniejszy. Nawet deszcz padał mniejszy. Telefon pobudził moją wyobraźnię. Wyobrażałam sobie tą parę. Ona piękna i nieszczęśliwa w małżeństwie. On też żonaty. Ciekawe gdzie się poznali, jak długo się kochają już. Westchnęłam, zawsze byłam wrażliwa na takie historie. Szkoda tylko, że nie przydarzają się mnie. Jestem świeżo po rozwodzie, dziecko spędza tydzień u ojca, ja mam dwa dni urlopu, na co dzień pracuję w banku. Moje życie jest takie szare i nijakie. Nie mam nawet cichego wielbiciela. Wróciłam do pustego domu, zamiast odpoczywać i czytać książki, myślałam wciąż o tym telefonie. W sumie ten facet miał miły głos. Snułam się po domu, nie mogłam skupić się na żadnej rzeczy. Złapałam się w końcu na tym, że co chwilę sprawdzam, która godzina. Godzina i miejsce, które padły przez telefon, nie dawały mi spokoju. Nie mogłam skupić się nawet na swoim ulubionym filmie. Dwudziesta trzecia zbliżała się, a ja zastanawiałam się co ma się stać pod ratuszem. Kto ma się z kim spotkać? Zostało niewiele czasu. W końcu ciekawość okazała się silniejsza. W pośpiechu ubrałam się. Dżinsy i kurtka z dresu nie zwrócą niczyjej uwagi, a ja może zobaczę jak wygląda heroina takiego romansu. Może nawet coś wypróbuję sama. Ubranie, albo fryzurę. Podekscytowana wyszłam z domu, do Ratusza miałam jakieś dwadzieścia minut piechotą. Deszcz nie padał już, powietrze było rześkie. Na miejsce dotarłam dziesięć minut przed czasem, ale nikogo nie było. Obeszłam Ratusz dookoła. Miasto było puste i ciemne. Zaczęłam czuć się nieswojo. Nigdy nie spacerowałam sama o tej porze. Cholera! Mogłam chociaż wziąć z domu nóż. Zrobiłam się trochę nerwowa. Przykleiłam się do ściany jakiegoś budynku, przynajmniej z tyłu nic mi groziło. Stałam i stałam, ale nikt się nie zjawiał. Zaczęłam się zastanawiać, czy czasem nie pomyliłam godziny, ale to chyba niemożliwe. Moja cierpliwość została jednak nagrodzona, od strony kościoła nadchodził szybkim krokiem mężczyzna. Palił papierosa i zerkał na zegarek, kiedy przechodził przy ratuszu, z przeciwnej strony doszedł do niego drugi. Nie widziałam twarzy, ale wydawało mi się, że powinna tam być kobieta, a nie dwóch facetów. Jednak spotkanie było krótkie. Doszli do siebie, wyglądali jakby padli sobie w objęcia. Bałam się ruszyć. Nie chciałam, żeby mnie zauważyli. Nie wiedziałam ile czasu mam tu stać i zaczęłam żałować, że tu przyszłam. Na szczęście spotkanie okazało się krótkie. Tylko, że jeden odbiegł, a drugi został. Przez chwilę stał bez ruchu, po czym osunął się na chodnik. To co mi przyszło do głowy na ten widok, sprawiło że nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Kucnęłam pod murem, serce ze strachu chciało wyskoczyć z piersi. Bałam się! Jak jasna cholera! Bo miałam wrażenie, że pod ratuszem leży... trup! Oni się nie witali, tylko jeden drugiego zabił Byłam świadkiem morderstwa! A ja myślałam, że tu chodzi o romans! Idiotka! Pusta jak dynia na Helloween! Nie wiedziałam, czy uciekać, czy tkwić tu do rana. Ale ruszyć też się bałam. Ale się wpakowałam! Nie wiem ile czasu tkwiłam w tym miejscu, w kucki, przyklejona do ściany starej kamienicy. Nikt nie przechodził, zbliżała się północ. Nigdy bym nie pomyślała, że centrum miasta jest w nocy takie wyludnione, a w tej sytuacji wyglądało wręcz na groźne. Cienie wydłużyły się i przybrały niesamowite kształty, a szum skrzydeł jakiegoś rozbudzonego ze snu ptaka przeraził mnie. Zawsze jednak musiałam być jednostką dzielną więc i w tym przypadku wreszcie umysł wziął górę nad irracjonalnym lękiem. Gdzieś wiedziałam, że ten człowiek, może jeszcze żyć, a przez mój strach będzie za późno, żeby mu pomóc. A wyrzuty sumienia, będą jeszcze gorsze niż ten strach, który mnie prawie sparaliżował. Strach będzie trwał dopóki się nie rozwidni, a sumienie będzie mnie gnębić latami. Wciągnęłam w płuca chłodne nocne powietrze i podniosłam się. Wokół nikogo nie było, a sprawca chyba też się oddalił. Z przysłowiową duszą na ramieniu, zrobiłam kilka kroków. Nogi mi zdrętwiały i każde stąpnięcie odczuwałam jak miliony igieł w nogach. Mimo tego wolałam się jednak pośpieszyć, jeśli facet jest rzeczywiście martwy, to lepiej, aby nikt mnie nie znalazł przy nim. Może to różnie wyglądać, a kłopotów z policją i prawem nie potrzebowałam. Panika nie ustępowała, ale za to odzyskałam władzę w nogach. Zatrzymałam się przy ciele i nachyliłam się. Leżał na brzuchu, a spod niego wypływała kałuża krwi. W krwi odbijał się księżyc. Przeszedł mnie dreszcz. Facet nie dawał znaku życia. Brzydziłam się go dotknąć ręką, ale zmusiłam się, żeby trącić go czubkiem buta. Pierwszy i drugi raz nie dał znaku życia, ale do trzech razy sztuka, więc zagryzłam zęby i prawie go kopnęłam w żebra. Reakcja była! Odskoczyłam od niego, bo byłam pewna, że facet nie żyje, a on poruszył się i jeszcze wydał z siebie jęk. Zgłupiałam całkiem. Człowiek żył i tylko ja mogłam mu pomóc. Musiałam mu pomóc! Obmacałam kieszenie, ale nie miałam ani telefonu, ani karty do automatu, a ja musiałam kogoś wezwać! Policję, pogotowie, obojętnie kogo! Ale ktoś musi mu ratować życie! Całkiem zapomniałam, że mogę z pobliskiego automatu zadzwonić bez karty i zaczęłam przeszukiwać niedoszłego denata, czy nie posiada telefonu. Los nam sprzyjał. W kieszeni kurtki miał telefon komórkowy. Wybrałam numer ratunkowy i po chwili usłyszałam głos dyspozytorki. - Pogotowie ratunkowe, w czym mogę pomóc? - Oj może pani! Tuż przy ratuszu leży mężczyzna! Żyje, ale jest ranny! Musicie mu pomóc bo się wykrwawi! - Proszę się uspokoić! Dane rannego proszę mi podać. - Nie wiem! Nie znam go! - krzyknęłam zdenerwowana, bo liczyła się każda sekunda, a ona pyta się o bzdury. - Ma chyba jakieś dokumenty? Niech pani sprawdzi! - dyspozytorka była nieustępliwa. Nie chciałam tracić czasu na kłótnie i sprawdziłam kieszenie, w spodniach miał portfel, a w nim dowód osobisty. Przedyktowałam dane i zamierzałam się rozłączyć - A pani to kto? - spytała jeszcze megiera z pogotowia. Nie zamierzałam podawać swoich danych i bez słowa rozłączyłam się. Wolałam nie czekać na przyjazd pogotowia i policji, wsunęłam portfel i telefon do kieszeni właściciela i odeszłam na bezpieczną odległość. Schowałam się w pobliskiej bramie i czekałam. Przyjechali, pogotowie i policja prawie jednocześnie. Uwinęli się sprawnie i ranny pojechał na sygnale do szpitala, a ja wciąż zdenerwowana poszłam do domu. Ale o spaniu nie było mowy. Zrobiłam kawy i usiadłam w kuchni. Po kilku łykach umysł mi się rozjaśnił i myśli przepływały spokojniej. Musiałam podsumować co wiedziałam. A wiedziałam więcej niż policja, chyba. Znałam nazwisko, widziałam sprawcę, niezbyt wyraźnie, ale zawsze, znałam przyczynę. Nie znałam tylko kobiety, dla której ktoś jest w stanie zabić. Najpierw musiałam dowiedzieć się, czy ofiara żyje. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam znów na pogotowie - Dobry wieczór, czy jest mi pani w stanie powiedzieć, gdzie dzisiaj może trafić ranny?- spytałam - Jaki ranny? - spytała zaspana pani w centrali. - Chodzi o przecięcie nożem, nie wiem gdzie mogę jechać, a dość mocno krwawi - kłamałam. - Może przyjechać pani do nas, lub do szpitala... - słuchałam zachwycona, już wiedziałam, gdzie dowiedzieć się o mężczyznę, któremu uratowałam życie. Inna sprawa, że znałam wszystkie jego dane, miałam ochotę dowiedzieć się o telefon, ale nie było mi to potrzebne. Zamiast dzwonić do niego, powinnam zadzwonić na policję. Bo jeśli niedoszły morderca dowie się, że on żyje, to będą znów na niego polować. Powinnam znów zadzwonić, teraz na policję. Bałam się że mnie posądzą o jakiś współudział, ale moje sumienie okazało się bardzo dokuczliwą bestią. Wykręciłam więc numer policji - Słucham, komenda miejska - w słuchawce zabrzmiał niesympatyczny męski głos. - Dobry wieczór, ja chciałam powiedzieć, że byłam świadkiem zabójstwa - walnęłam prosto z mostu, odpowiedziało mi chrząknięcie - No dobra, gdzie mamy ofiarę? - spytał policjant - Teraz to już w szpitalu, ale wcześniej była przy ratuszu - powiedziałam - No to czemu, nie mówi pani od razu! - policjant ożywił się od razu. - Gdzie pani jest? - spytał. - W domu - odpowiedziałam. - No to powinna pani przyjechać złożyć zeznania, najlepiej teraz. - Co? Teraz mam jechać? - zdziwiłam się. - No może pani rano przyjechać, ale powinna pani złożyć zeznania, była pani świadkiem napadu, pani zeznanie może pomóc ująć w ujęciu przestępcy - policjant powiedział formułkę. Nie podobała mi się perspektywa kolejnego spaceru w nocy, ale jeśli poczekam do rana mogą nie ująć sprawców. Jeśli ten mężczyzna przeżył to na pewno spróbują drugi raz i może

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych