Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XI
Im dłużej żyję, tym bardziej ludzie stają się dla mnie nieprzeniknieni.*
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wiem coraz więcej i coraz mniej. To wszystko mnie oszałamia. Stoję przed lustrem i przyglądam się swojemu odbiciu. Wyglądam na szczęśliwą, zwyczajną dziewczynę. To czemu w głowie mam tak okropny chaos i z trudem zbieram myśli? Z dnia na dzień stałam się dla siebie zagadką. Napady szaleństwa przeplatają się z napadami zdrowego rozsądku, czuję się tym zawstydzona. Między sercem a rozumem nie ma żadnego związku! Znam tylko skrajności? Nie znoszę niuansów? Co się ze mną stało? Świadomość tego stanu jest równie podniecająca jak nieznośna. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy irytować. Ogarnia mnie fala gorąca, coś uskrzydla moją duszę, a jednocześnie mam go pod skórą, jest zanurzony we mnie - to zupełnie nowe doznania. Jedno i drugie jest podwójnie erotyczne. Nastąpiła we mnie jakaś metamorfoza, jakbym zyskała nową osobowość? Mogę dziś przestać myśleć? Tylko dziś. Mój oddech gwałtownie przyspiesza.
- Karoline, spokojnie! Wróć do początku?
****
Był koniec tygodnia. Sala malarstwa Ecole des Beaux-Arts powoli pustoszała. Całkowicie pochłonięta malowaniem "oleju" zapomniałam o bożym świecie. Pragnęłam go skończyć bardziej niż czegokolwiek w życiu. Z dnia na dzień pracowałam coraz intensywniej, nieubłaganie zbliżał się koniec semestru, czas zaliczeń i egzaminów. Nauczyłam się „ciskać” obraz na płótno. Nie jest to prosta technika malarstwa. Mięśnie prawej ręki odmawiały mi posłuszeństwa, dokuczał zniekształcony staw nadgarstka, zaciskałam z bólu zęby i pracowałam dalej. Nie pomagały przerwy. Farby za szybko wysychały, ich zapach przyprawiał mnie o mdłości, może też dlatego, że umierałam z głodu, tego dnia nie jadłam obiadu. Zaimponowała mi szybkość pracy u starych, holenderskich mistrzów, u van Gogha, wcześniej u Vermeera. Mam do ich sztuki bałwochwalczy stosunek. Malowali z trwożnym pośpiechem, niewiele poprawiając, aby nie uronić ani kropli z pierwszego wrażenia, jakim natchnął ich motyw lub model.
Znużona oparłam się o ścianę i zaczęłam zdejmować rękawiczki, ściągając je palec po palcu. W sali panowała cisza, do chwili, gdy usłyszałam powolne kroki, zbliżały się, po minucie ucichły. Zerknęłam zaniepokojona. Blisko mnie, na obitej materiałem drewnianej ławce, siedział profesor Paul Charpentier, mrużąc oczy, wpatrywał się we mnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że ze zmęczenia mam omamy wzrokowe. - Logicznie biorąc, powinien być w domu, bo przeszło dwie godziny temu skończył z nami zajęcia - przemknęło mi przez głowę. Nagle zrobiło się dziwnie.
- Dobry wieczór - wykrztusiłam i wbiłam wzrok w profesora.
Nie odpowiedział, więc tkwiliśmy tak przez chwilę wpatrując się w siebie nawzajem,bez słowa. W końcu odezwał się:
– Karoline, teraz zaczynasz naprawdę malować. Minie jeszcze kilka lat i będziesz bardzo dobra.
Potwierdził znaczącym chrząknięciem, jego spojrzenie było uważne, przeszywało na wylot. Westchnęłam głośno, splatając dłonie. W ciągu kilkunastu minut dzień przeobraził się w coś nieoczekiwanego. Nie mogłam się powstrzymać.
- Profesorze, to dla mnie to całe życie. Mam dwadzieścia trzy lata, wkrótce skończę trzydzieści, a czuję się jakbym była na początku mojej drogi. Kiedy, na Boga osiągnę dojrzałość?
- W malarstwie siebie będziesz szukać całe życie, wiem, to nie tylko po sobie. Może, gdy twoja paleta rozjaśni się nieco...
Uśmiechnął się szeroko i przechylił głowę.
- Jasne! Odbieram to, co pan mówi, jako porażkę, jest mi przykro, no cóż…
Zanim zdążyłam dokończyć, klasnął w dłonie, a ja z zaskoczenia zamilkłam.
- Karoline, to nie tak. Wszystko zaraz bierzesz do siebie. Nie dalej jak wczoraj opowiadałem studentom o Vincencie van Goghu. Pracował intensywnie, z niezwykłym uporem, otoczony złośliwościami i totalnym brakiem zrozumienia. Uczył się całe życie, aż do momentu, gdy popadł w obłęd, a ty wyobrażasz sobie, że wszystko możesz osiągnąć w ciągu tygodnia? Może też masz zamiar obciąć sobie ucho? U Vincenta wszystko zaczęło się od młodzieńczego olśnienia, dłużej nie chciał być ograniczonym kaznodzieją, marzył tylko o jednym by zostać malarzem. Zawsze wiedział, że jest ulepiony z innej gliny. Do malarstwa czuł powołanie, odkrył w nim treść życia. Kilka obrazów jednego dnia lub nocy było u niego normą. Gdy malował lub szkicował nie czuł potrzeby snu. Nie sprzedał żadnego obrazu, a przecież wiesz, że od początku stał w kolejce do snów o sławie i dostatku.
Skinęłam głową.
- Tak, to prawda żył dzięki pieniądzom i pomocy młodszego brata Theo, ale umierał sam w nędzy zapomnieniu i poniżeniu. Podziwiam jego słoneczniki. Te popularne, używane zwykle do dekoracji kwiaty przeniesione przez niego na płótna są niezwykłe, czuję w nich tajemniczy rezonans, malował je grubymi pociągnięciami pędzla, jakby od niechcenia. Hipnotyzują mnie rysunkiem płatków. Wszystkie obrazy promienieją wszystkimi możliwymi, odcieniami świetlistych, radosnych żółci, są jak skąpane w słońcu i powietrzu. Dostojnie wyginają łodygi, zamknięte w prostych, glinianych wazonach. Niektóre główki słoneczników leżą zastygłe, jakby ścięte przed chwilą szybkim pociągnięciem noża ogrodnika i niedbale porozrzucane na rozedrganych blatach drewnianych stołów…
Wyrzuciłam z siebie jednym tchem i zamilkłam speszona. Profesor Charpentier, czując moje zauroczenie malarstwem van Gogha zamyślił się. W jego wzroku pojawiło się coś czułego. Po chwili powiedział półgłosem.
- Namalował je wszystkie, w długim oczekiwaniu na Gauguina, w słońcu południa Francji. Miały zawisnąć w jego żółtym domu w Arles. On też miał wątpliwości i liczne chwile załamania.
"Lepiej jest wychowywać dzieci, niż poświęcać swoje życie by malować obrazy. Ale co można zrobić…?
To jego słowa. Dzień w dzień zmagał się z płomienną mocą swoich płócien, one go niszczyły, wysysały życie.
- Jak mu udało się przenieść te wszystkie barwy na płótno? Jego kolory są nieprawdopodobnie soczyste. Nie mogę przestać myśleć o Vincencie, nawet, jeśli próbuję zniszczyć ten niezniszczalny obraz, to i tak powraca, nawet we snach.
Profesor wstał i położył rękę na mojej dłoni. Poczułam dotyk spękanej, delikatnie szorstkiej skóry.
- Karoline, już dobrze, niech to cię nie boli. Kończ pracę! Chodźmy na spacer, porozmawiamy po drodze.
Moje oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, ale z ochotą przystałam na propozycję. Człowiek jest złożoną istotą? Miałam za sobą męczący dzień i coraz bardziej dawał mi się we znaki ból kręgosłupa. Tak mam, gdy zbyt długo stoję spięta przy sztaludze, ale z drugiej strony, czemu nie, lubię spacery. Za oknem monotonnie szumiał i podzwaniał w rynnie deszcz.
- Leje? - Zapytałam, gdy byliśmy na schodach.
- Karoline, patrz na rzeczy tak, jak wyglądają naprawdę. Nie leje, tylko mży i zaraz przestanie. Lubię deszcz nawet w czerwcu, zresztą, po co są parasole?
Gdy opuszczaliśmy Ecole des Beaux-Arts już nie padało. Zmierzch dnia opadał na ulice Paryża. Długie rzędy kamienic nurzały się w koralowym, z wolna płowiejącym świetle wieczoru. Była godzina aperitifu. Kawiarnie były nabite rozgadanym tłumem, z ich wnętrz płynęły łagodne dźwięki muzyki odświeżające paryżan po dniu pracy. Zapalono lampy, kelnerzy nakrywali stoły, ekspedienci opuszczali żaluzje i sprzątali towar sprzed sklepów.
Jeśli jestem z czegoś dumna, to z tego, że słyszę muzykę ulicy. W dzielnicy łacińskiej czuję się jak u siebie. Znam ją tak dobrze, że mogłabym po niej oprowadzać niczym wytrawny przewodnik. Trudno mi wyjaśnić jej fenomen. Niespodziewanie nad naszymi głowami pojawiła się mewa. Przerażony, zaplątany w niewidzialne, powietrzne korytarze ptak przeraźliwie skrzeczał. Niewzruszeni hałasem szliśmy chodnikiem Rue Bonaparte, krok za krokiem. Przecięliśmy ruchliwy plac Saint-André des Arts i skręciliśmy w Rue de la Bûcherie. Paul Charpentier był swobodny, wygadany, elegancki, pachnący. Rozmowa była niezwykle ciekawa, przeskakiwaliśmy z tematu na temat. Dyskutowaliśmy o teatrze, jazzie, książkach, o nowościach na rynku wydawniczym, zajrzeliśmy przez szybę do "Shakespeare and Company. Tak naprawdę to szyld dwóch księgarni z różnych epok. Słuchałam z otwartymi ustami o pasjach profesora. Jak udaje mu się łączyć z zawodem? Sposób myślenia, bogactwo zainteresowań, poczucie humoru: byłam urzeczona, mogłam nie spać całą noc tylko słuchać i słuchać. Nie czułam się zmęczona, wręcz przeciwnie. Nie poznawałam go. Czy to ta sama postać twardo stojąca na ziemi? Opowieści profesora pozwalały mi się oderwać od spraw codziennych - szkolnych i domowych. Trudno byłoby mi się mu oprzeć! Rozumiałam, czemu dziewczyny tak lecą na profesora. Jego wiek nie ma nic do rzeczy, jest interesującym, przystojnym mężczyzną. Do czego zmierza rozmowa? Nie zastanawiałam się, nie chciałam. Zamiast „lenistwa” dawał mi „rozmarzenie”. I to było najważniejsze. Żyłam chwilą. Do tematu Vincenta van Gogha wróciliśmy, ale później.
- Karoline, może się czegoś napijemy? Kieliszek dobrego wina dobrze nam zrobi.
- Owszem! Proponuję Café de Flore, to bardzo blisko. Panuje w niej doskonała, swobodna atmosfera, sprawdziłam, ostatnio często tam bywałam.
Starałam się, by mój głos brzmiał spokojnie, lecz zapewne dało się w nim wyczuć delikatną nutę niepewności.
- Jak sobie życzysz!
W oczach profesora pojawiły się wesołe iskierki. Widziałam je już wielokrotnie, ale w zupełnie innych sytuacjach. W szatni kawiarni też dwa razy błysnął pewnym siebie uśmiechem. Kiedy zdejmowałam płaszcz zsunęła mi się na podłogę apaszka. Profesor rzucił się, by ją podnieść.
- Karoline, co za cudowny zapach! Chanel N°5 Eau Première, chyba
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil jolsokolowska079sok
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…