Wróć do katalogu

Żelarz (kosodrzewina)

historia o drzewie

saidaq, opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Przepiękny był to poranek. Liście przyjmowały w swej zieloności promienie nieśmiałego słońca, łąka budziła się do dnia tysiącem wstawiających po nocnym letargu traw. Świeżość uchodziła w przestrzeń wydając niepowtarzalny zapach, a lekkie chmury odsuwały się z zimnego, huczącego błękitem nieba, zawieszonego w bezkresie rześkiego powietrza. Gdzieniegdzie czuć było pierwsze ruchy budzących się stworzeń, otwierających się na nowy dzień, biegnących po swych liniach życia. A on słyszał wszystko i wszystko czuł sercem swoim małym. Słuchał i słyszał tego w świście mknącego powietrza prześlizgującego się po jego gładkich piórach. To nad czym leciał, nad czym mknął, tętniło wspaniałym życiem, płynącym przez siebie i dla siebie. Jak on sam.Leciał równo, rytmicznie, tak szybko jak mógł. Wiedząc, czując i widząc to wszystko, a jednocześnie mając uczucie, że to, co ma pod sobą, jest niczym w porównaniu z tym, co zobaczy. Zniżał się nad pagórki, przelatywał pomiędzy drzewami. Uwielbiał wiatr, który go niósł, ale to nie on był jego życiem. Przyglądał się światu, ale to nie on był jego wspaniałością. Ona była przed nim, czekała na niego. Czuł się tak, jakby drogę tę pokonywał po raz pierwszy, jakby jego skrzydła zagarniały gęste czystością powietrze, którego jeszcze nic nie zmąciło swoim dotykiem. Wzgórza, tak, to już te ostatnie! Znał te pagórki, ich kształt. Małe serce zaczęło bić jeszcze silniej w skrytości szaroczarnych piór, skrzydła trzepotały jeszcze szybciej. Wzbił się w górę, minął szczyt ostatniego wzniesienia i zobaczył. Najpierw tylko nieśmiały szczyt, zazieleniony czubek cudownej, boskiej konstrukcji, stojącej pośrodku polany. Biaława kora, wilgotne liście na tle świata. Wszystko stawało się coraz wyraźniejsze a on coraz bardziej przestawał lecieć, czując płynącą ciszę. Był lotem, był niesieniem się w powietrzu uczucia, które wypełniało go w całości. Okrążył Ją radośnie, rozkoszując się wszechwładem, niosąc szczęście. W końcu delikatnie zaczął szukać miejsca, w którym mógłby usiąść. Filigranowe gałązki rozchylały się nieznacznie. Doleciał do jednej z nich, tuż przy pniu, na szczycie. To był jego fragment całości wszechświata. Wczuł się w swoje szczęście, czuł że jest przy Niej, znowu przy Niej! Jaki otaczał go wtedy spokój… Liście Jej chroniły go przed całym światem. Trwał. Po oswojeniu siebie na wskroś z błogością, pojawiło się to, na co czekała Ona i to, czego on nie mógł dłużej skrywać w sobie. Jej liście trwały w napięciu, a on, wtulony w jej obecność, rozpoczął swoją pieśń, którą Ją kochał. Dźwięk jego śpiewu wypełniał powietrze i cały świat ciepłem, unosząc wszystko razem ze sobą. Czas upływał. Ona stała nieśmiała, w białości, z zielonymi liśćmi. On ukryty gdzieś w Niej, ale otworzony na świat. Miał Ją za sobą, a cała reszta była gdzieś przed nim. Gdy swoją małą duszę wkładał w śpiew dla Niej, czuł czym jest, czuł też czym jest wszystko inne. Pomimo tego, że był tylko małą istotą wypełnioną czymś niesamowitym, dotykał nieba w każdym szumie Jej liści. Ona nie śpiewała. Nie musiała. Stała w swym pięknie, otoczona jego pieśnią. Nie zmieniała się, gdy odlatywał, ale on wiedział, że czuje to, co on. Wiedział, że też będzie tęskniła, że Jej gałęzie ruszane wiatrem będą jak jego skrzydła, brakiem, który tylko wzajemnie ukoić mogli. Dawała mu pewność, siłę, potęgę. Dniami śpiewał dla Niej, nocami krył się pod Jej liśćmi. Gdy wiał wiatr, nie uciekał. Wspierał się wtedy na jednej z gałęzi i podtrzymywał Ją, zapewniał, że wichura niedługo ucichnie. Gdy padał deszcz, spijał wodę z Jej liści, by nie musiały dźwigać zbędnego ciężaru. Szeptał wtedy, że po to tylko jest na świecie. I trwali tak w nieskończonej miłości. Nie pamiętał, kiedy to wszystko się zaczęło. Nie wiedział już, że jest kosem. Nie pojmował, po co mu reszta świata, po co latanie nad nim. Wypełniony był śpiewem dla Niej. O tym, co czuł, co widział, o Niej. Ona tymczasem z nieśmiałego drzewka przeobraziła się w dumną brzozę, której liście osłaniały go pewnie, która swą rosnącą potęgą oblana była jego miłością. Przestał rozumieć inne ptaki, ich śpiew zaczął być dla niego tylko dźwiękiem. Jego pieśni były wyjątkowe, były dla Niej. To Ona dawała im piękno, którego nie miał nikt. Dopiero dzięki Niej wiedział, że jest świat. Stojąc pewnie pośród gałęzi, wyginając się na swych wątłych nogach, czuł, że zdobywa rejony, których nigdy nie miał. Widział dalej, niż kiedykolwiek sięgał jego wzrok. Od czasu do czasu czuł bryzę nadlatującą znad morza. Wiatr ten miał przez Nią miejsce w jego duszy. Zawsze bał się ogromu wody, gdzieś tam w oddali, której oddech przybywał tym tajemniczym powiewem. Uwielbiał bezkres niebios i wiedział, że morze jest do niego podobne. Uwielbiał piękno zieleni świata, czuł że morze też ma w sobie to piękno. Kochał ogrom swojego uczucia, a ono szeptało mu, że jest jak morze. Kolejnego lata odkrył, że uwielbia ją budzić. Wstawał jeszcze przed świtem. Ona była już na tyle duża, że wzlatując na jej najwyższe gałęzie bał się oddalać od miejsc niższych, które też przecież tak bardzo kochał. Siadał na Jej szczycie i zaczynał najpiękniejszą pieśń, jaką podszeptywało mu jego rozpalone serce. Płonął cały błogim ogniem i widział, jak Ona spokojnie daje się oblewać wstającym słońcem podawanym przez niego. Dzięki temu, że urosła, z miejsca w którym śpiewał, zaczął widzieć więcej. Wzrok jego wędrował w zakochaniu po całej otaczającej polanie. Mógł zobaczyć to, co było za wzgórzami, widział las… aż pewnego poranka z wierzchołka ukochanej zobaczył w oddali coś wielkiego, niebieskiego. Morze! W duszę wbiło mu się przerażenie. Wystraszony zleciał szybko w najgęstsze miejsca Ukochanej, by skryć się cały w jej liściach. Bał się. Małe serce stukotało. Więc to było ono! To ogromne, to niebieskie, wielkie. A on taki mały mały… Ale ma Ją. Skrył się w głębinie jej gałęzi. Następnego roku odważył się znowu śpiewać z jej szczytu. Zbyt Ją kochał, aby pozwolić, by co dzień budziła się słysząc śpiew dochodzący gdzieś spomiędzy ciemnych, zielonych liści w dole. Ona musiała słyszeć go z nieba! Gdy pierwszy raz od miesięcy znowu wzleciał w górę, małe serce biło mu zbyt mocno, by od razu zacząć pieśń. Stał tam i patrzył. Widział dużo wyraźniej niż wtedy, niebieską przestrzeń gdzieś tam, tak zimną i tak potężną, tak tajemniczą, straszną. Ale stał na Niej, Ona tu była i kiedy o Niej myślał, wiedział, że morze nie jest mu na tyle straszne, by Jej nie kochać swym głosem. Po chwili śpiew jego nieśmiało wypełnił polanę i wplótł się pomiędzy Jej liście. Śpiewał Jej o tym, co widzi, o tym jak jest jedyna i o tym, że nigdy Jej nie zostawi. Ale czuł, że Ona najbardziej lubi słuchać o tym, czego on najbardziej się bał. Z czasem, im dłużej opisywał Jej morze, tym bardziej przełamywał w sobie niechęć do niego. Zauważył, że jemu też opowieści te sprawiały przyjemność. Nie tylko dlatego, że kochał sprawiać Jej radość. Zaczął czuć w sobie ciekawość i strach. Poza miłością zjawiły się one, a kiedy patrzył w niebieską dal czuł, jak rosną. I czuł też, że jego śpiew mógłby wiedzieć więcej, być bliżej, być bardziej… Ale wciąż obawiał się tego bezkresu, czuł, że jego potęga przygniata. Mówił Jej o tym wszystkim, śpiewał całą swoją duszą. W pieśniach swych wzlatywał nad tę wielkość, by zamykając czarne oczy ukoić się w bezkresie, czując przy sobie pewność bycia z Nią. Następnej wiosny morze nie było spokojne. Niebieskie bałwany przewalały się po horyzoncie, a on widział je doskonale. Nauczył się o nich więcej opowiadać, przez cały dzień, bez wytchnienia. Cieszył się swoją ciekawością, słyszał, jak wzbudza w jego głosie najbardziej odległe…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych