Wróć do katalogu

Zniknięcie lady Viltort

Ray Sparrow dostaje list z prośbą o pomoc. Co grozi młodej żonie londyńskiego bankiera? Czy zdąży jej pomóc?

czarna27opublikowano 9 stycznia 201037 min czytania 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Ray przejechał przez otwartą bramę i zostawił samochód na wysypanym żwirem podjeździe. Uderzając kołatką, ściskał przez cały czas w ręce list, który otrzymał poprzedniego dnia poranną pocztą. Gdyby nie to, że został zaproszony, czy lepiej to ujmując, zażądano jego przyjazdu, przestałby się dobijać do drzwi i zwyczajnie wróciłby do samochodu. W końcu jednak niezbyt porządnie ubrana pokojówka wpuściła go do środka. - Chciałem się zobaczyć z lady Viltort. Dziewczyna, mająca na oko nie więcej niż dwadzieścia lat, niechętnie zaprowadziła go do salonu i poprosiła by zaczekał. Przez cały ten czas bacznie mu się przyglądała. Bała się go zostawić samego, w obawie o drogocenne srebra i dzieła sztuki, musiała jednak w jakiś sposób przywołać swoją panią. W końcu zdecydowała się i wyszła z salonu. Ray z rozbawieniem stwierdził, ze kieszenie jego marynarki mogłyby bez większych przeszkód pochłonąć któryś z drogocennych drobiazgów, które naprawdę robiły wrażenie i zapewne kosztowały majątek. Po kilku bardzo długich minutach pojawiła się wreszcie pani Viltort. Była to wysoka i niezgrabna kobieta. Miała zapewne trzydzieści kilka lat. Ciemne włosy spięła w niewielki kok. Jej oczy nie wyrażały żadnych emocji, a usta były zaciśnięte w wąską linię. Miała na sobie prostą, szarą sukienkę. Nie zdobiła jej żadna biżuteria ani nawet delikatny makijaż. - Pani Viltort? – zapytał Ray. - Panna Viltort – rzuciła tamta sucho i z wyrzutem. – Panna Victoria Viltort – powtórzyła dobitnie. - Musiała zajść jakaś pomyłka. Chciałem rozmawiać z panią Vanessą Viltort. - Z moją siostrą na pewno się pan nie zobaczy. Nie pozwolę, by niepokoił ją jakiś podejrzany typ. Poza tym już od dawna nie posługuje się ona panieńskim nazwiskiem. Sześć lat temu poślubiła Baltasara Clarksona – powiedziała jednym tchem, uprzedzając kolejne pytania. - Mam podstawy, by przypuszczać, że coś jej grozi – wyjąkał. Ray dopiero teraz zrozumiał, kim jest lady Viltort. Autorka listu była żoną jednego z najbardziej wpływowych ludzi w kraju, bankiera i potentata naftowego, dodatkowo zasłużonego w wojnie. Podała panieńskie nazwisko, żeby uniknąć jakichkolwiek uprzedzeń ze strony Sparrowa. Poprosiła go o pomoc, a teraz on został odprawiony z kwitkiem. Nie zamierzał się jednak zbyt łatwo poddać. - Otrzymałem od niej list, w którym prosiła mnie o pomoc… - nie zdążył jednak dokończyć. - Proszę natychmiast opuścić ten dom. Nie życzę sobie, aby niepokoił mnie lub moją siostrę jakiś nieokrzesany cudzoziemiec. - O ile dobrze wiem, panie pochodzą z Francji, nie są, więc rodowitymi Anielkami – rzucił z sarkazmem i podążył do wyjścia. Nie zamierzał się dłużej narzucać. Zamierzał zapomnieć o całej sprawie, ale nie potrafił. Zaintrygowało go zachowanie panny Viltort. Opuścił teren posiadłości i udał się na poszukiwanie gospody, w której mógłby znaleźć nocleg. Nie było to zbyt trudne, chociaż stara, gruba kobieta, która wręczyła mu klucz do pokoju, nie ukrywała swojej podejrzliwości. Ray zamknął za sobą drzwi, ściągnął z włosów czarną tasiemkę i zmierzwił je ruchem ręki. Marynarkę rzucił na oparcie krzesła, rozpiął koszulę i położył się na łóżku. Zamyślił się. Został odprawiony z kwitkiem. Nie pozwolono mu nawet zobaczyć się z interesującą go osobą. Panna Viltort zapewne podejrzewała, ze kłamał mówiąc o liście. Ray odniósł w pewnym momencie wrażenie, że się go wystraszyła. Za wszelką cenę chciała się go pozbyć. Posunęła się nawet do użycia całkiem bezsensownego argumentu, dotyczącego jego pochodzenia. W trakcie obiadu ułożył plan działania na wieczór. Musiał zdobyć kilka informacji na temat życia sióstr Viltort. Kiedy młoda kelnereczka podała mu zamówione danie, poprosił by na chwilę się do niego przysiadła. - Przepraszam, ale jestem w pracy – powiedziała z żalem. - Zapłacę za cenny czas. Niech panienka siada. Czy zna panienka siostry Viltort? – zapytał wsuwając jej w dłoń banknot. Zawahała się, ale w końcu schowała banknot i spojrzała na niego odważniej. - Nikt ich nie zna. Słyszałam, że we Francji były zwykłymi wieśniaczkami. Tutaj udają wielkie panie. Myślą, że jak się ma pieniądze, to się jest innym człowiekiem. I jeszcze te tytuły. Nie należą się jej, ani jemu. Sir Baltasar i lady Vanessa Clarkson – nie kryła pogardy i ironii w swoim głosie. Widząc zainteresowanie Ray’a, kontynuowała. – Wątpię, żeby znalazł pan kogoś, kto je widział. Nie opuszczają swojego domostwa. Proszę poszukać ich pokojówki, Mimi. Mieszka w białym domu graniczącym z terenem posiadłości. Reszta służby tak jak i gospodynie, nie opuszcza dworu. Sparrow wydawał się być usatysfakcjonowany. Cała ta sprawa coraz bardziej go intrygowała. Uznał, ze otrzymany przez niego list, upoważnia go do wszelkiego rodzaju działań, nawet jeśli nie zobaczył się z jego autorką. To właśnie jej odnalezienie postawił sobie za cel. Tylko i wyłącznie ona mogła go odprawić. Późnym wieczorem wybrał się na spacer. Odnalezienie białego domu nie było trudne. Gromadka brudnych urwisów biegała po podwórku robiąc ogromny hałas. Ujadały psy, a ścigany kot, miaucząc przeraźliwie, wspinał się na drzewo. Ray dopiero, gdy ujrzał przy studni młodą, niezgrabną dziewczynę, stanął przy furtce. Wcześniej nie miał odwagi wkraczać w samo epicentrum walk plemiennych. Kiedy upewnił się, że odnalazł właściwą osobę, przeszedł do sedna sprawy, co było o tyle trudne, ze Mimi nie grzeszyła inteligencją. Przyglądała mu się swoimi dużymi, krowimi oczami, jakby nie wiedziała, o czym do niej mówił. Dopiero widok banknotów rozjaśnił jej w głowie. Ray stwierdził, że jeśli przyjdzie co do czego, to zażąda bardzo wysokiego honorarium. Informacje, które uzyskał były jednak warte straconych pieniędzy. Musiał je jednak najpierw sam przetworzyć, żeby nabrały jakiegokolwiek sensu, bo ustach Mimi były tylko bezmyślną paplaniną. Sir Baltasar wcale nie był kochającym mężem, a lady Vanessa szczęśliwą małżonką. Panna Viltort okazała się być domowym tyranem, który kieruje wszystkim i do spółki z szanownym bankierem tłamsi młodszą siostrę. Pani Clarkson żyła w areszcie domowym. Mąż nie interesował się nią wcale, dbał tylko o to by nie sprawiała mu żadnych problemów. Co bardziej interesujące wyjechał kilka tygodni temu, nie zostawiając wiadomości na temat miejsca swojego pobytu. Nikt tez nie wiedział, kiedy wróci. Jakieś trzy dni temu znikła też jego żona. Panna Viltort, sprawująca od samego początku honory pani domu, utrzymywała, że jej siostra pojechała do męża, spełniając przy tym obowiązki sumiennej i oddanej małżonki. Ray nie był zadowolony z tego, co usłyszał. Oznaczało to, że nie zdążył. Lady Viltort liczyła na jego pomoc, bo wyczuwała, że coś jej grozi, on jednak zawiódł. Mimi przyznała się wreszcie, że Vanessa kilka dni temu poprosiła ją o wysłanie w tajemnicy pewnego listu. Przynajmniej jedna sprawa została wyjaśniona. Po nocy spędzonej w niewygodnym, skrzypiącym łóżku, Sparrow postanowił wrócić do Londynu. Tutaj nie miał już niczego do zrobienia. Musiał uruchomić inne źródła, aby dowiedzieć się wszystkiego na temat państwa Clarkson. Najpierw jednak chciał się wyspać i zjeść porządne śniadanie. Zadzwonił do swojego przyjaciela ze Scotland Yardu i zaprosił go na popołudniową herbatę, a potem poprosił by go nie budzono. Walenie do drzwi wyrwało go z błogiego stanu uśpienia. Poderwał się z łóżka. - Howard, do licha! Gdzie twoje dobre maniery?! – zapytał widząc inspektora. – Powiedziałem po południu. Czyżby któryś z twoich posterunkowych znowu nie zrozumiał tego, co miał ci przekazać? Bądź łaskaw zaczekać na mnie na dole. Maroon, uśmiechając się pod nosem, zszedł po schodach i rozsiadł się w wygodnie w przestronnym salonie. Poprosił o herbatę i w oczekiwaniu na przyjaciela zapalił cygaro. Za każdym razem, kiedy odwiedzał to miejsce zastanawiał się, po co Ray’owi tak duży dom. Usytuowana na przedmieściach Londynu edwardiańska rezydencja była zdecydowanie za duża dla młodego kawalera. Poza tym jej utrzymanie musiało kosztować majątek. W końcu gospodarz pojawił się w salonie. Poprosił Evelyn o kawę i wyjął z papierośnicy cienkiego papierosa. Nie lubił cygar, ani fajki. Nie lubił też herbaty, angielskiej mgły, zimnych nocy i mdłego jedzenia. Jego gospodynią była starzejąca się Włoszka o imieniu Irene, która doskonale go rozumiała i potrafiła zaspokoić każdą jego zachciankę. Ray opowiedział inspektorowi historię listu i jego autorki, ale ten nie wykazał zbyt dużego zainteresowania całą sprawą. - Sądzę, że nie powinieneś się mieszać. Według mnie ona pojechała do męża, a izoluje się od wiejskiej społeczności, bo ma do tego prawo. Prawo pieniądza. Poza tym pewnie nie zna angielskiego. Nie możesz w każdej kobiecie widzieć uciśnionej niewiasty, czekającej na twój ratunek. Trochę zdrowego rozsądku. - Nie przekonasz mnie. Jeśli możesz mi wyświadczyć przysługę, to sprawdź, czy macie w swoich aktach coś na temat szanowanego Baltasara Clarksona. Chciałbym też wiedzieć wszystko na temat banku, którego jest zarządcą. Sparrow nie dawał się tak łatwo zniechęcić. Nie miał praktycznie żadnych podstaw do prowadzenia jakiegokolwiek śledztwa, ale jego intuicja mówiła mu, że warto się zająć tą sprawą i że lady Viltort naprawdę potrzebuje pomocy. Podczas gdy Maroon zachwycał się aromatem herbaty, Ray sączył mocną, czarną kawę z dodatkiem koniaku. To był napój, który w każdej sytuacji stawiał go na nogi i pomagał w myśleniu. Jak na razie udało mu się wymyślić listę rzeczy, których powinien się dowiedzieć. Zaczął od zebrania informacji na temat lady Viltort. Sir Baltasar zawsze występował publicznie w towarzystwie żony. Była ozdobą wielu przyjęć i uroczystości. Wysoka, szczupła, może nawet odrobinę za bardzo, o kruczoczarnych włosach, delikatnych rysach i pięknych, ciemnych oczach. Ray’owi udało się porozmawiać z wieloma osobami, które spotkały ją osobiście. Wszyscy zgadzali się, jeśli chodziło o opinię na jej temat. Biegle władała francuskim i angielskim, mówiła też trochę po niemiecku. Była niezwykle oczytana i inteligentna. Można z nią była rozmawiać na każdy temat. Rzadko się jednak uśmiechała. Stroniła od żartów i beztroskich zabaw. Zupełnie, jakby nadal nosiła żałobę po rodzicach. Baltasar Clarkson swoją pozycję osiągnął zaraz po wojnie. Miał już wtedy u swojego boku piękną i młodą żonę. Był od niej dwadzieścia cztery lata starszy. Walczył razem z jej ojcem i był świadkiem jego śmierci. Henry Viltort poprosił go, aby przekazał córkom wiadomość o tym, co go spotkało. Clarkson wracał w chwale należnej żołnierzowi zwycięskich wojsk. Vanessa olśniła go swoją delikatną urodą. Poza tym była sierotą. Pani Viltort zmarła pół roku wcześniej, nie mogąc znieść trudów i ograniczeń wojny. Do Anglii Vanessa pojechała już jako narzeczona Clarksona. Jej siostra pełniła w tym czasie rolę przyzwoitki i damy do towarzystwa. Wkrótce szanowny małżonek zrobił fortunę i stał się jednym z najbardziej poważanych obywateli. Wielu twierdziło, że nigdy nie kochał swojej młodej żony, aczkolwiek darzył ja ogromnym szacunkiem. Była mu ona niezbędna do uzupełnienia wizerunku człowieka sukcesu. Kiedy został sir Baltasarem wszystkie salony stanęły dla niego otworem. Jego wizerunek uzupełnił inspektor Maroon. Clarkson pochodził z dobrze sytuowanej, angielskiej rodziny z tradycjami. Sukcesy podczas wojny stanowiły początek jego dobrej passy. Nabyte jeszcze przed światowym konfliktem akcje zyskały nagle na wartości i wyniosły go na stanowisko w zarządzie jednego z największych banków. W krótkim czasie stał się właścicielem pól roponośnych i kopalni diamentów, przynoszących ogromne zyski. - Mam jeszcze coś na jego temat. Przyznam się szczerze, że i mnie to zainteresowało. Zarząd banku wykrył jakiś czas temu drobne nieprawidłowości w księgach. Przypuszcza się, że w niewyjaśnionych okolicznościach znikły pewne kwoty pieniędzy. Są to informacje nieoficjalne. Zarząd prowadzi własne śledztwo. Zbiega się to w czasie z niezapowiedzianym wyjazdem sir Clarksona – zakończył znacząco inspektor, zaciągając się cygarem. Ray słuchał tego wszystkiego siedząc na fotelu w pozie zmęczonego artysty. Jego włosy swobodnie opadały na ramiona, a niedopięta koszula nie sprawiała najlepszego wrażenia. Maroon zdążył się już jednak przyzwyczaić do tych nieangielskich nawyków swojego przyjaciela. Ray’owi nie w głowie były teraz krawaty i dżentelmeńskie maniery. Minął już ponad tydzień od jego rozmowy z panną Viltort, a on nie zdziała jeszcze nic. Sprawa znikających pieniędzy mogła się okazać punktem zaczepienia, jednak wcale nie musiała. Clarkson był na tyle bogatym człowiekiem, ze nie musiał się łakomić na bankowe aktywa. To nie miałoby sensu. Poza tym wizerunek lady Viltort nakreślony przez bywalców przyjęć pasował do tego, co sam sobie wyobraził. Młoda kobieta zamknięta w rezydencji na prowincji i siostra Cerber. Vanessa nie miała żadnego zajęcia poza dokształcaniem się. Wszystkich innych obowiązków i przyjemności została pozbawiona. Nic dziwnego, że podczas wystąpień u boku męża była niezwykle poważna, a czasami nawet sprawiała wrażenie zmęczonej i głęboko nieszczęśliwej. Inspektor posądziłby oczywiście w tym momencie Ray’a o przesadny sentymentalizm i romantyzm, jednak do tego też zdążył się już przyzwyczaić. Bowiem pod płaszczykiem uczuciowych rozterek krył się chłodny i logiczny umysł, który potrafił łączyć ze sobą fakty i otrzymywać wnioski, od których już tylko krok był do rozwiązania zagadki. Młody detektyw amator lubił afiszować się ze swoim emocjonalnym podejściem do sprawy. Wtedy wszyscy brali go za niegroźnego młodzieńca zakochanego w każdej kobiecie, którą napotkał na swojej drodze. Ray rozważał możliwe scenariusze. Lady Viltort mogła rzeczywiście pojechać do męża. Mogła też uciec w obawie o swoje życie. Ostatnia możliwość była najgorsze. Porwanie. Jeśli zaszła pierwsza ewentualność, nawet przy użyciu siły, to wysiłki Ray’a były całkowicie bezpodstawne. Nie mógł ingerować w pożycie małżeńskie, nawet nieszczęśliwe. Jeśli uciekła, co w tak dobrze strzeżonej twierdzy jest prawie niemożliwe, to musiałby się zgłosić prawdopodobnie do kogoś ze swoich przyjaciół, a ich tutaj nie miała. Trzecia możliwość natomiast nie była zbyt optymistyczna, poza tym była równie trudno wykonalna, co ucieczka. W końcu Ray postanowił odwiedzić bank, a potem przy odrobinie szczęścia posiadłość Clarksona. Okazało się, że pozostali członkowie zarządy nie mieli pojęcie, gdzie podziewa się sir Baltasar. Czyniono różne przypuszczenia, głownie uważano, że pojechał nadzorować wydobycie ropy lub diamentów. Zaskoczenie tym nagłym zniknięciem nie było jednak tak duże, jak można się było spodziewać. Clarkson już wcześniej znikał niezapowiedzianie, zazwyczaj po otrzymaniu jakiejś ważnej depeszy dotyczącej jego interesów. Zrozumiałe było, ze jeśli udał się, do któregoś z tych trudnych do lokalizacji na mapie miejsc, to list może dotrzeć do Londynu po kilku tygodniach. Jeśli w ogóle dojdzie. Po dłuższych negocjacjach udało się Ray’owi zobaczyć biuro sir Baltasara. Zastępca dyrektora banku po tym, jak wysłuchał barwnej historii o porwaniu lady Viltort, był gotów służyć każdego rodzaju pomocą w jej odnalezieniu. Dopiero wtedy tez pozwolił sobie na ujawnienie swoich osobistych uwag i podejrzeń. - Wie szanowny pan, teraz sprawdzamy starsze księgi. To będzie straszne dla naszego banku, jeśli okaże się, ze ktoś nas okradał od samego początku. Gdyby nie ten nowy, młody księgowy nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli. To naprawdę straszne. Myśleliśmy, że to zupełnie niedoświadczony młodzieniec, ale on okazał się prawdziwą perłą. Kiedy pomyślę sobie, że wahałem się z zatrudnieniem go... To doprawdy mógł być największy błąd w moim życiu. A do tego jest taki pracowity, zachowuje się jakby mógł tu zamieszkać… Ray udawał, ze tylko pobieżnie przegląda rzeczy znajdujące się w biurze. W popielniczce zauważył resztki spalonego papieru. Na szczęście dostrzegł niewielki urywek kartki, nadpalony ze wszystkich stron. „... twoja ostatnia szansa...” udało mu się odczytać. Człowiek obdarzony wyobraźnią mógłby to uznać za fragment listu zawierającego próbę szantażu. Ray posiadał bardzo bujną wyobraźnię, więc nie potrzebował zbyt wiele czasu by dojść do takiego właśnie wniosku. - Czy nikt tu nie sprząta – zapytał, spoglądając jeszcze raz na wypełnioną popielniczkę. - Podczas nieobecności sir Baltasara – nie. Sprzątaczka zawsze przychodzi rano, gdy on już jest w biurze. Wychodząc, zamyka on biuro i nikt już do niego nie wchodzi. Kiedy stwierdził, ze już niczego ciekawego nie znajdzie, poprosił zastępcę dyrektora, aby w razie pojawienia się jakichś informacji od sir Baltasara, natychmiast go poinformował. Tymczasem udał się do tej samej gospody, w której nocował poprzedniego tygodnia. Ta sama kelnereczka podała mu kolację. Tym razem przysiadła się bez zaproszenia i przekazała mu kilka słów konspiracyjnym szeptem. - Tak sobie pomyślałam, że to może pana zainteresować. Zawsze w książkach detektywi pytają o różne dziwne i niecodzienne rzeczy, no i cos takiego mi się chyba przypomniało. Kilka tygodni temu pojawiła się tutaj pewna młoda para. Oni tez wypytywali o siostry Viltort, ale bardziej interesował ich Baltasar. Chodzi o to, że oni pojawili się tutaj w środę, ta przed pana przyjazdem. Zapamiętałam ten dzień, bo miałam wtedy wolne. To na pewno była środa. Wie pan, tutaj rzadko ktoś przyjeżdża. Zazwyczaj trzeba mieć jakiś konkretny interes, żeby zaglądnąć do tej dziury. Poza tym on... ten chłopak wyglądał, jakby dopiero wrócił z Afryki. Ray przyglądał się kelnereczce z rosnącym zainteresowaniem. Zastanawiał się nad jej zamiarami. Gdyby nie była taka ładna pewnie gotów byłby ją zatrudnić. Odruchowo sięgnął po portfel. To śledztwo zdecydowanie za dużo go kosztowało. - To na koszt firmy – rzuciła wstając i uśmiechnęła się do niego promiennie. Czy informacja ta była przydana, czy też nie, Ray postanowił ją zapamiętać. Tego wieczoru musiał załatwić jeszcze jedną rzecz. Niby przypadkiem wyszedł na spotkanie Mimi. - Witam panienkę. Czy wiadomo cos na temat sir Baltasara, albo lady Vanessy? - Nie – odpowiedziała i zaczęła się wpatrywać w czubki swoich zakurzonych pantofli. - Mam do ciebie jedno pytanie Mimi. Czy panna Viltort wyjeżdża czasem na zakupy, albo do przyjaciół, do lekarza? – wymieniał z nadzieją w głosie. Dziewczyna przez dłuższą chwilę nie odrywała wzroku od swoich butów, uparcie przy tym milcząc. Widocznie nie mogła spać po nocach, po tym jak wyjawiła Ray’owi tajemnice życia w domu Clarksonów. Na pewno też poszła…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych