Wróć do katalogu

Żurek z bursztynami

O mojej przyjaciółce, z którą kiedyś chciałabym iść - lub stać, leżeć, siedzieć - i nie mieć już nic do powiedzenia... Oraz requiem dla mojej samochody...

bosfor, opublikowano , 22 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Żurek z bursztynami

Podjechałem pod dom Kasi, zgasiłem silnik, wysiadłem z samochody – to była ona, bez względu na sytuację – podszedłem do furtki i zadzwoniłem domofonem. Odebrał jej gach, Marcin. - Cześć, wejdziesz na chwilę? Nie chciało mi się wchodzić, tym bardziej nie tęskniłem za widokiem jego gęby, powiedziałem więc, że poczekam na dole, aż Kasia będzie gotowa. Zapaliłem papierosa i łaziłem wte i wewte, potem przyszło mi na myśl, żeby jednak wyjść po nią, bo pewnie będzie miała ciężką torbę, a nie ścierpiałbym, gdyby w tej sytuacji Marcin miał ją znosić, rzuciłem więc peta na ziemię i ruszyłem do furtki, by znów zadzwonić, jednak zanim zdążyłem to zrobić, zza węgła wyszła moja dziewczyna i zdążała ku mnie, nierównym krokiem, wlokąc torbę częściowo po ziemi, częściowo podkopując ją lewą nogą. Uśmiechnęła się na mój widok. - Cześć, skarbie – powiedziała i otworzyła furtkę. Pocałowałem ją w usta, wziąłem torbę, zastanawiając się, czego ona tam napchała i po jaką cholerę, skoro wyjeżdżamy raptem na dwa dni, a o takie rzeczy, jak namiot, śpiwory i materac ja sam zadbałem. Otworzyłem przed nią drzwiczki auta, rzuciłem torbę na tylne siedzenie, usiadłem za kierownicą i ruszyliśmy. Oczywiścia usiadła z nogami tak skierowanymi w moją stronę, że gdy zmieniałem biegi, dotknąłem jej lewego kolana. Miała na sobie szorty, a nogi goliła chyba wczoraj rano, bo wyczułem wierzchem dłoni ostre, króciutkie, niewidoczne odrosty. Adrenalina mi podskoczyła. Coś innego też. Omal nie wpieprzyłem się przez to w auto jadące przed nami. Kasia, jakby nic nie zauważając, zaczęła opowiadać mi, o czym ostatnio pisała pracę, mianowicie o zastosowaniu w teoriach osobowości Jaspersowskiej no i generalnie wywodzącej się z filozofii dialogu koncepcji podmiotu, według której dopiero w kontakcie z inną egzystencją jaźń się urzeczywistnia. Nie jak u Kartezjusza, gdzie trzeba wszystko odrzucić, żeby dojść do samego siebie, tylko właśnie na odwrót – dopiero w relacjach z innymi stajemy się podmiotami. A jak ich odrzucamy, odrzucamy i samych siebie. Bez Innego nie ma Ja, krótko mówiąc. Chciała wiedzieć, co ja o tym sądzę. - Mnie się ta koncepcja bardzo podoba. Przynajmniej do mnie pasuje. Ja na przykład nie mam stałej osobowości, tylko zmieniam ją jak kameleon w zależności od tego, z kim się komunikuję. Na przykład, wybacz, w obecności twojego Marcina jestem agresywny. Zawsze mam ochotę dać mu w mordę. To samo przy moim szefie. Konfliktowy jestem jak jasna cholera, a przy tobie łagodny jak baranek. Czyli nie ma sensu mówić o mojej osobowości bez Innego, co więcej bez podania, kto jest tym Innym. - To niezupełnie o to chodzi – powiedziała, niepewnie się uśmiechając i patrząc na mnie jak na idiotę. Parsknąłem śmiechem, ona przez sekundę milczała zdezorientowana, po czym też się roześmiała, uderzyła mnie lekko wierzchem dłoni po udzie i pokręciła głową. - Cholera jasna, nigdy nie wiem, kiedy żartujesz, a kiedy mówisz poważnie! Potem zaczęła opowiadać mi o swojej pracy magisterskiej i o świecie ludzi niesłyszących, którzy mają swoją własną, odrębną kulturę i są zwykle bardziej inteligentni od pełnosprawnych. Słuchałem jej jednym uchem i odpowiadałem półsłówkami, bo po pierwsze, już kiedyś mi o tym mówiła, a po drugie byłem zaabsorbowany prowadzeniem auta; jak zwykle w letni piątek po południu pół Warszawki wybierało się nad morze albo na Mazury, więc zgiełk i chaos na drodze były jak w polskim parlamencie. Jechało się ciężko, zatrzymywaliśmy się na każdych światłach, czasem po kilka razy na tych samych, bo zanim się te wszystkie ciołki zbierały, dochodziło do następnej zmiany. Ciągle ktoś komuś zajeżdżał drogę, co chwila ktoś trąbił, ktoś się na kogoś wydzierał. Powietrze było tak ciężkie od pyłu i spalin, że dałoby się w nim pływać. O ile znalazłby się chętny, bo przypominałoby to kąpiel w ściekach przemysłowych. Kurz lepił się do wszystkiego. Spocony byłem jak rolnik na wykopkach. Ręce myłem tuż przed wyjściem z pracy, teraz były szare i cuchnęły ulicą. Na domiar złego zaraz po zjeździe na Trasę Toruńską wpadliśmy w korek. - Psiakrew, tak to nie dojedziemy nawet na północ – warknąłem. - Nie przejmuj się – odparła Kasia filuternie. – Z tobą nawet stanie w korkach jest przyjemne. Znowu adrenalina mi podskoczyła. Stwierdziłem, że może i Kasia ma rację, żeby się nie przejmować i jakoś wykorzystać tę sytuację, pogadamy sobie przynajmniej na luzie i zapalę fajkę, czego jadąc szybko wolałbym nie robić. Wyjąłem więc z kieszonki na radio papierosy, przyjarałem sobie. Zanim jednak zdążyłem wypalić do połowy i opowiedzieć Kasi o artykule na temat płatnych zabójców, który ostatnio usiłuję napisać, gorąco zrobiło się nie do wytrzymania. Stanie w korkach w dobrym towarzystwie może być nawet przyjemne, ale tylko wtedy, gdy warunki atmosferyczne są optymalne. Wyrzuciłem więc niedopalonego kiepa, zerknąłem w prawe lusterko, po czym wykonałem gwałtowny skręt, zjechałem na pobocze i dwoma prawymi kołami po krawężniku, dwoma lewymi po jezdni zacząłem mijać samochody stojące grzecznie na pasach. Zwykle tak nie robię. Ale przy Kasi poza wszystkim poczułem jakąś chęć taniego popisania się, jak ostatni burak. Ujechałem kilkaset metrów, zakląłem, bo jakiemuś baranowi chłodnica siadła i stał na poboczu z otwartą maską, blokując mi drogę. Zjechałem gwałtownie z krawężnika, koła ciężko stuknęły o jezdnię, wepchałem się na chama przed auto na prawym pasie. Zapiszczały opony, chyba ktoś mnie zwyzywał od chujów, ale pewny nie byłem. Przeprosiłem, mrugając awaryjkami. Zerknąłem, co to za auto stoi na poboczu. Peugeocik srebrny, a za kierownicą łysolek pod krawatem, w białej koszuli, z komórą, jakiej nie powstydziłby się Ojciec Rydzyk. Typowy postmodernistyczny bubek. Ten w aucie, znaczy się, na Ojca Rydzyka mam inne określenia. Przypominał mi mojego szefa; zawsze pod krawatem, nawet w taki upał, wiecznie znerwicowany, drepczący nad pracownikami jak alfons nad kurwami, zaglądający im przez ramię na monitory, czy aby się pracą zajmują, a nie na przykład ściąganiem świństw z netu. Jak do mnie mówi, odruchowo się odsuwam, bo pluje przy tym i wali mu z pyska. Kiedyś zaraził mnie w ten sposób paskudnym katarem, który trwał przez trzy tygodnie. Ale z wierzchu elegancki, biała koszula, zajebisty sprzęt, droga woda kolońska. Założę się, że ten łysolek używa takiej samej. Oraz tego samego dezodorantu do stóp. Na widok takich szlag mnie trafia. Mojej skodzie nigdy chłodnica nie siada. A podczas najostrzejszych mrozów to od nas wszyscy sąsiedzi, właściciele rozmaitych fordów, opli i innych toyot muszą odpalać te cuda. Jestem zakochany w mojej samochodzie, a ona to wyczuwa. Dlatego nigdy nie nawala, gdy mam coś pilnego do załatwienia, nie robi świństw takich, żeby zepsuć się w drodze. Najlepsze auto świata, choć wszyscy się śmieją, że jeżdżę takim gratem. Taki frajer jak ten w peugeociku na pewno też by się śmiał. Minąłem go, znowu zjechałem na pobocze, które tu było już nieco szersze i radośnie pomknąłem do przodu. Ktoś przede mną też wpadł na ten pomysł i wpierdolił się tuż przede mnie. Dałem po hamulach, znów usłyszeliśmy pisk opon, a Kasia poleciała do przodu, pas ją musiał zatrzymać. - Pieprzony skurwysyn! – wrzasnąłem, ale kutas miał klimatyzowane zachodnie auto, okno zamknięte, więc na pewno mnie nie usłyszał. – Nic to – powiedziałem do Kasi po przejechaniu następnych kilkuset metrów – zbliżamy się do zjazdu na Wisłostradę, a tam pewnie będzie już luźniej. Ładnie ominąłem ten korek, no nie? - Uhm – mruknęła, jakby trochę z dezaprobatą, trochę ze złośliwą satysfakcją, patrząc przed siebie. Spojrzałem za jej wzrokiem i zrozumiałem. Pięćdziesiąt metrów przed nami stała policja, czyhając zapewne na takich jak ja. Tym poboczem nie wolno było jeździć. Cholera, powinienem był wcześniej się tego domyślić, znaczy się tego, że psy stoją, bo o tym, że poboczem jeździć nie wolno, wiedziałem. A powinienem był się domyślić dlatego, że zwykle gdy jest korek w Warszawie, nikt nie przejmuje się takimi drobiazgami, jak zakaz jazdy poboczem, tymczasem dziś było ono prawie puste. Z jednym wyjątkiem, tego kałmuka przed nami, który teraz rozpaczliwie usiłował zjechać na jezdnię właściwą. Za późno, zauważyli go już i machali dłońmi zapraszająco. Dobrze tak, cieciowi malinowemu. Ale my jechaliśmy tuż za nim. Jak kaczki do odstrzału albo barany na rzeź. W obręczach na szyjach, na takiej taśmie, która nieuchronnie wiezie je do miejsca kaźni. Kasia suszy zęby do gliniarzy. Ja też się szczerzę. Ktoś litościwy mnie wpuszcza przed siebie na prawy pas. Przynajmniej wydostaliśmy się z taśmy. Dziękuję, mrugając światłami awaryjnymi, i ciągle mam na gębie skierowanej w stronę facetów z drogówki debilny uśmiech. Policjant patrzy z rezygnacją, macha ręką, żeby jechać. - Dziękujemy! – krzyczy jeszcze Kasia przez okno i posyła mu ręką całusa. Tamten uśmiecha się wreszcie i nawet macha na pożegnanie. Zjeżdżamy na Wisłostradę, jeszcze trochę tłoczno jest do świateł w Wólce Węglowej, ale potem nareszcie prujemy na Gdańsk; przedostaję się na lewy pas i zwiększam obroty silnika, coraz szybciej i szybciej... Kasia zamyka okno po swojej stronie, bo pęd powietrza zapiera jej dech, ja swoje zostawiam otwarte; wiatr na twarzy podczas szybkiej jazdy to jedno z doznań zmysłowych, dla których żyję. Doganiam jakiegoś suzukiego i siedzę mu na karku, klnę, żeby mi się usunął, skoro boi się jechać szybko. Zastanawia mnie nieraz, po kiego grzyba ludzie kupują sobie drogie i szybkie auta, by potem wlec się po trasie osiemdziesiątką. Zresztą dobra, niech się wloką, skoro się boją, ich sprawa, ale do diabła, nie lewym pasem! - Jedna łazęga na drugiej łazędze zajeżdża drogę ciemiędze – cedzę przez zaciśnięte zęby, żeby sobie ulżyć. Łazęga włącza wreszcie prawy kierunkowskaz i zjeżdża na środkowy pas, robi to tak „sprawnie”, że muszę puścić jeszcze jedną wiązankę. Wyprzedzając ją, zerkam na kierowcę. Baba oczywiście. Do tego blondina. Wyzwanie dla wszystkich poprawnych politycznie. Nie jestem mizoginem. Raczej wręcz przeciwnie. Na co dzień. Ale na drodze, owszem. Znowu przykład popierający tę cholerną koncepcję o nieistnieniu Ja właściwego, tylko Ja w relacjach. Choć tym razem to raczej w sytuacjach. Chuj z koncepcją, chuj z blondiną, opuściła w końcu lewy pas, pomknąłem znów do przodu. Kasia sięgnęła do torebki, wyjęła puszkę z piwem. Zapytała, czy nie będzie mi przeszkadzało, że ona pije, a ja nie mogę. Pokręciłem głową i pogładziłem ją po kolanie. Potem po udzie. Gdy zacząłem wsuwać dłoń pod nogawkę szortów, dała mi po łapie. - Uspokój się, łachudro, patrz na drogę! – powiedziała, śmiejąc się. - Cały czas patrzę – odparłem, nie cofając ręki. - Masz trzymać kierownicę. - Dopóki nie zmieniam biegów, jedna ręka mi wystarczy. A teraz nie zanosi się na konieczność zmiany. - Uspokój

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych