2 + 1 = jeden lub dwa, zależnie od sytuacji
Do napisania tego opowiadania zainspirował mnie poemat prozą "Moskwa-Pietuszki" Wieniedikta Jerofiejewa. Polecam jako totalny odlot. U mnie będzie spokojniej:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
I.
- Wienia! Nie pijesz?! – zakrzyknął, zdziwiony kompan. - Wienia! Co z tobą? – zapytał drugi. - Wienia… - nie zdążył dopytać trzeci. - Ano nie mogę. Nie chcę. Koniec z pijaństwem i rozpustą – odparł zdecydowanie młody mężczyzna. Na oko wyglądał poważnie, wyniszczony wieloletnimi libacjami, nie mógł mieć jednak więcej niż trzydzieści kilka lat. - Wienia! Dlaczego? – wszyscy trzej zakrzyknęli jednocześnie. - Mam dziecko – wyjaśnił spokojnie Wienia. – Odkąd je mam, nie piję. - Jaka szlachetna decyzja – lizusowali żmijowatym syczeniem kumple. – Ale jednego kielonka nie odmówisz chyba starym druhom? - Nie! Koniec i basta! – odrzekł stanowczo. - A właściwie to skąd masz dziecko? Przecież nie masz żadnej baby. Nigdy nie miałeś…chyba.
Wienia machnął na nich ręką, jakby opędzał się od gryzących much. Miał dość tych pytań, jednak znał ich długie lata, z czasem polubił nawet nawyki i przywary.
- Ano, taka trochę dziwna historia. Tak się jakoś zaczęło jesienią, po śmierci matuli…
Wienia przerwał. Zamyślił się, podrapał po głowie, po jajcach.
- Mów Wienia. Mów – prosili towarzysze dawnych pijatyk. - Ano, pochowałem matkę i pojechałem nad Bajkał, do Listwianki. Pijany byłem w sztok, nie wstydziłem się płakać. Ulżyłem sobie, użalałem nad smutnym losem. W knajpie siedziała obok taka jedna. Żaneta jej było na imię. Opowiedziałem jej wszystko. Że zostałem na świecie sam jak palec. Że nie mam nikogo. I jak umrę, to nikt nawet nie zapłacze na moim pogrzebie. Nikt nie zapali świecy na samotnym grobie. Słuchała mnie w milczeniu, była dobrą słuchaczką. Coś tam sączyła, ale głównie słuchała. Mnie. Rozumiecie? Mnie, żałosnego zapłakanego Wieni. - I co było dalej? Opowiadaj! – nalegali na zwierzenia kumple. - Ano, potem poszliśmy do niej. Było ciemno, wietrzenie. Liście fruwały w powietrzu, wiatr targał włosy i waciak. I jakoś tak z tego pocieszania znaleźliśmy się w łóżku. Nie była specjalnie ładna, ale na pewno miała dobre serce. Rano, gdy się obudziłem czekała na mnie z kubkiem gorącej kawy. I dobrym słowem. Wiecie co mi powiedziała? Nie wiecie, bo niby skąd. Żaneta wzięła mnie za rękę i powiedziała: „Wieniczka, ty jesteś dobry chłop, szkoda, żebyś zmarniał dla świata w tym pijaństwie i osamotnieniu”. Otumaniony, na kacu, słuchałem, nie przerywając, a ona kontynuowała. „Urodzę ci dziecko. Ty mi je zrobisz, jak Bóg przykazał, po bożemu, a ja ci je zostawię w prezencie. Będziesz miał dla kogo żyć. A ja sobie zniknę”. Z początku sam zamysł mnie pijakowi wydawał się absurdalny, ale potem, z czasem mi podpasował. Pomyślałem sobie: "Trochę ruchania, dobra baba, dobre geny i zostanę ojcem, bez żadnych zobowiązań". Zgodziłem się na taki układ.
Wienia spojrzał na swoich przyjaciół. Nie spuszczali z niego wzroku, nawet kieliszki z wódką stały nietknięte. Wrócił więc, do swojej opowieści.
- Tak więc co tydzień, w każdy piątek jeździłem do niej, z Irkucka do Listwianki. Zostawałem do soboty. Czasem wracałem w niedzielę, do roboty w fabryce. Mówiła do mnie Wieniczka. Tak ciepło i czule. Szybko zaciążyła. Taki to ze mnie buchaj, wiecie przecież. Brzuch jej rósł w zastraszającym tempie. Zbrzydła, zresztą i wcześniej niespecjalnie mi się podobała. Inny typ urody, była skądś tam, z Polszy chyba. Doskonale mówiła w naszym języku. Ale chyba odszedłem od tematu. Przestaliśmy się ruchać. Ona nie nalegała, ja nie chciałem. Byłem z nią dla dziecka, mojego potomka. - To czemu wcześniej nic nam nie wspominałeś? – dopytywali zawiedzeni koledzy. – Taki tajemniczy nigdy nie byłeś. - Gdy zbliżał się termin rozwiązania wziąłem urlop i pojechałem nad Bajkał na dłużej. Wezwaliśmy akuszerkę. Fiodor urodził się nocą. Był taki malutki. Popłakałem się ze szczęścia, trzymając go na rękach. Przyglądałem się mu, jak spokojnie ssie jej wielkie piersi. Prawie nie płakał, taki był grzeczniutki. Tylko jadł i spał. Gdy chłopczyk miał pół roku, Żaneta wyjechała, tak jak zapowiedziała wcześniej. Zabrałem Fiodorka do Irkucka. Musiałem na gwałt szukać baby, do pomocy. Żaden facet przecież nie wychowa samotnie małego dziecka. I baba się znalazła. Taka zdewociała brzydula spod kościoła, ma teraz przynajmniej zajęcie i cel w życiu. A mnie jest łatwiej. Mogę pracować. I nie wypiłem ani grama wódki odkąd Fiodorek jest ze mną. Obiecałem mu to. Mały skubaniec, wiecie jaki rozumny? Tylko za mną wodzi tymi swoimi błękitnymi oczami, po matce ma takie.
Wienia skończył swoją długą opowieść, uśmiechnięty od ucha do ucha. I dumny wielce z wyjawionej tajemnicy. - No, Wienia… To gratulacje! - Jesteś teraz ojcem. - Masz syna. Gratulacje.
Koledzy jeden przez drugiego winszowali Wieni zmiany jego statusu społecznego. Nie pytali o Żanetę. Spełniła dobry uczynek, nie oczekując niczego w zamian. Nie mówiąc wiele o sobie.
- No, a gdyby mały chciał kiedyś poznać matkę? – zagaił któryś z aktywnie już pijących towarzyszy. – Co zrobisz? Wiesz gdzie jej szukać? - Nie wiem. Nie znam adresu, ani nawet jej nazwiska. Tak chciała, żeby zostało. Pewnie ma jakieś swoje powody.
II.
Gdzieś na obrzeżach Warszawy, w małej kawalerce płakała kobieta. Żaneta. Była mocno wzruszona. Po powrocie z Rosji na nowo zadomawiała się w małym mieszkaniu. Przeglądała właśnie skrzyknę e-mailową, do której nie zaglądała przez długi czas (nad Bajkałem nie miała dostępu Internetu) i znalazła e-mail od Alojzego. Tytuł e-maila był krótki: „film”, a treścią był jedynie link, na który machinalnie kliknęła.
Nie ruszając się i prawie nie oddychając, obejrzała krótki, siedemnastominutowy film Piotra Łazarkiewicza pt.: „Dom na Rozdrożu”. Łzy zaczęły płynąć już po kilku minutach projekcji. Film pokazywał miejsce jej bliskie, które przestało istnieć, a kiedyś znaczyło wiele. Miała z nim związanych dużo wspomnień, planów i marzeń, które jak to w życiu stały się niespełnioną przeszłością. Krótkometrażowy film pokazywał życie w dawnym schronisku górskim Ludwigsbaude na Rozdrożu Izerskim, które później przekształcono w prewentorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Film był czarno-biały, ozdobiony tylko smutną fortepianową muzyką. Jakby sam sobą przepowiadał agonię miejsca, rozpad i zniszczenie, któremu dopomógł bezwzględny czas i zaniedbanie ze strony ludzi.
Żaneta obejrzała film kilka razy. Przestała płakać. Potem spontanicznie chwyciła za telefon i wybrała numer, którego nie używała przez długi czas.
- Słucham… – odezwał się męski głos. – Słucham.
Żaneta milczała, samotna łza spłynęła po policzku. - Wiem, że to ty. Żaneta, powiedz coś – mówił wzruszony głos po drugiej stronie. - Dziękuję… - powiedziała tylko. – Bardzo ci dziękuję Alojzy. Wiesz ile to miejsce dla mnie znaczy. - Wiem. Szukałem go specjalnie dla ciebie…
Żaneta milczała. Nie wiedziała, co powiedzieć. Powtórzyła więc raz jeszcze: - Dziękuję. - Gdzie byłaś? Dzwoniłem do ciebie tyle razy. Natalka i Aruś często pytają o mamę.
Żaneta ciężko westchnęła, zanim odezwała się ponownie. - Musiałam sobie wszystko przemyśleć, poukładać w głowie. Wiemy oboje, że separacja była konieczna. Nie mogliśmy dłużej tak żyć, razem, ale obok siebie… Jak dwoje obcych ludzi. - Gdzie byłaś? - zapytał ponownie Alojzy. - Byłam daleko… - szybko zmieniła temat. - Chciałabym zobaczyć dzieci. Mogę? - Dobrze. Powiem im, że mama przyjedzie. - Będę musiała znaleźć sobie pracę. Muszę przecież z czegoś żyć. - Wiesz, że możesz zawsze… - Nie chcę tak. Zawsze byłam samodzielna i nie zrezygnuję z własnej niezależności. - Kiedy chcesz przyjechać? - Może być jutro? - Dobrze. Przygotuję dzieci. Powiem, że mama wróciła i chce je zobaczyć. To będzie dla nich szok. Nie wiem jak ciebie przyjmą, po tym jak odeszłaś i długo nie dawałaś znaku życia. - Domyślam się.
*****
Nazajutrz Żaneta stawiła się w wysokim wieżowcu na Ursynowie. Zadzwoniła do drzwi, a po chwili oczom jej ukazała się cała trójka - Alojzy i otaczające go dzieci. Dziesięcioletnia Natalka obejmowała tatę za udo, chowając się za nim. Pięcioletni Aruś stał z przodu i nieśmiało się uśmiechał.
- Dzień dobry, dzieci – powiedziała niepewnie. – Alojzy… - Wejdź, czekamy na ciebie – powitał ją ciepło.
Żaneta z trudem panowała nad emocjami, nad łzami wzruszenia, które cisnęły się do oczu. Pocałowała główki dzieci i przeszła do pokoju gościnnego. Była przecież gościem, nie domownikiem.
- Przywiozłam dla was zabawki – Usiadła na kanapie, wyciągając spore pakunki. – Niedźwiadek dla Arusia, Matrioszka dla Natalki.
Aruś od razu przytulił swojego misia i spontanicznie wtulił się w mamę. Wyrósł. Był taki maleńki, gdy odchodziła dwa lata temu. Natalka stała z daleka, spoglądała na nią chłodno swoimi czarnymi jak węgielki oczyma. Patrzyła z wyrzutem. Żaneta szukała wzrokiem pomocy u Alojzego. Zrozumiał bez słów.
- Natalko, podziękuj mamie za prezent – zalecił córce.
Natalka podeszła i odebrała Matrioszkę. Wszakże pozwoliła się pocałować, ale odchodząc ostentacyjnie wytarła dłonią pocałunek. Żanecie było przykro, wiedziała jednak, że zasłużyła sobie na takie traktowanie. Córka, jak mówił mąż, strasznie przeżyła ich rozstanie. Zamknęła się w sobie. Była starsza, więcej rozumiała.
Dzieci zostały w pokoju, bawiąc się nowymi zabawkami, natomiast Żaneta poszła z Alojzym do kuchni. - Przygotuję herbatę – zaproponowała. - Usiądź sobie – powiedział łagodnie. – Ja się wszystkim zajmę.
Żaneta milczała. - Pewnie nie powiesz gdzie byłaś, ani co robiłaś. Nie oczekuję tego, szanuję twoją potrzebę samotności i czasu na przemyślenia. - Dużo myślałam… O nas, o dzieciach. - I co postanowiłaś? - Często zastanawiałam się nad słowami: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To ważna przysięga.
Teraz z kolei milczał Alojzy, czekał co ma do powiedzenia. - Czy myślisz, że możliwe jest jeszcze wszystko naprawić? Czy nie jest za późno? - Nigdy nie jest za późno na zmiany, jeśli zamiar jest szczery, a potrzeba płynie prosto z serca – odpowiedział cicho, ledwo słyszalnie. - Może zbłądziłam po drodze, ale nigdy tak naprawdę nie złamałam przysięgi małżeńskiej. - Wierzę ci, ty zawsze mówisz prawdę. Czasem tak bolesną jak przebicie szydłem szyi, ale zawsze prawdziwą. - Czy myślisz, że mogłabym zamieszkać tutaj, z wami? - Bardzo bym tego pragnął. Aruś będzie przeszczęśliwy, ale Natalka… Sama widziałaś. - Tak, widziałam. - Musicie dać sobie czas. Przygotować na twój powrót, stałą obecność tutaj. - Dobrze. Będę przyjeżdżać kilka razy w tygodniu, a potem zobaczymy jak się sprawy potoczą.
Alojzy wyszedł z kuchni, by zawołać dzieci na kolację. Żaneta powoli piła herbatę, która w międzyczasie zdążyła wystygnąć. Tego co zrobiła na Syberii, nie uważała za zdradę. Był to tylko dobry uczynek spełniony dla biednej, zbłąkanej duszy. Przecież go nie kochała. Nie uważała tego za niewierność. Zawsze chciała naprawiać świat. Była idealistką, pełną marzeń, które jak małe ogniska tliły się w jej głowie. Gdy jedno zgasło, za chwilę pojawiało się następne. I, gdy coś było nie tak uciekała, nie radziła sobie z akceptacją rzeczywistości, która w jej oczach była albo biała albo czarna. Nie istniały szarości i jej liczne odcienie. Mogło być albo bardzo dobrze, albo zupełnie źle. Inne możliwości nie istniały. Siedząc teraz sama, zastanawiała się, czy separacja i jej ucieczka uleczy ich małżeństwo. Czy na tyle wydoroślała, że zaakceptuje szarość. Wiedziała, że to nieuniknione, że z czasem znów się pojawi, jak dżuma opanowująca całe miasta w średniowieczu.
Jej rozmyślania przerwały wbiegające dzieci. Radosny szczebiot Arusia i naburmuszona mina Natalki. Za nimi wszedł Alojzy. Zauważyła, że doskonale radził sobie w roli gospodarza domu, jako ojciec i z konieczności matka, w jednym. Dzieci słuchały go, wpatrzone weń jak w obrazek. Do niej podchodziły z rezerwą, jak do gościa, szczególnie córka.
„Dużo czasu potrzeba, aby wszystko było tak jak dawniej” – pomyślała, obserwując uważnie całą trójkę, czasem tylko wtrącając się do rozmowy. - No, dzieci. Teraz szybciutko do mycia i do łóżek – powiedział Alojzy. - To ja już pójdę – Żaneta podniosła się. - Nie musisz. - Ale powinnam. - Dzieci – zarządził na komendę, jak w wojsku. – Pożegnajcie się z mamą.
Aluś przypadł do mamy z dziecięcą ufnością, dał się pocałować i przytulić. Natalka chłodno powiedziała: „Do widzenia”, nadstawiając do pocałowania policzek.
- Cieszę się, że wróciłaś… - powiedział Alozjy w korytarzu. - Ja też – odrzekła wzruszona.
Gdy schodziła po…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sylwiana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…