3.Kluczyk
xD
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obudziły mnie jakieś odgłosy odbijające się echem od ścian jaskini. Podniosłam się ze swojego posłania, przecierając oczy. Nie piekły już tak mocno, jak dnia poprzedniego. -Witaj, rude Słońce- powiedziała do mnie wesoło Aneta, strugająca coś z pasją. -Gdzie jest reszta?- zapytałam tępo, wpatrując się w dziewczynę. -Piotrek już o wschodzie Słońca wyskoczył z posłania jak oparzony i pobiegł gdzieś, nikt nie wie gdzie. Dziwne, bo zawsze lubi sobie pospać. Anka ćwiczy jakieś nowe kroki walki na drzewach w lesie, bardzo dobrze swoją drogą, będzie przynajmniej drewno na ognisko. A ja - dziewczyna uśmiechnęła się szeroko - pracuję. Spojrzałam podejrzliwie na worek, który leżał koło jej nóg. Ruszający się worek. -Aneta, co to do diabła jest...?- zapytałam z przerażeniem. Znając jej ciągotki do wszystkiego, co niebezpieczne (a stworzone przez samą Matkę Naturę), nie spodziewałam się niczego normalnego. -Kilka węży i ropuch- odpowiedziała dziewczyna z szerokim uśmiechem. Pobladłam. -Co chcesz z nimi zrobić..? - zapytałam powoli, z przerażeniem wpatrując się w słodką, blond włosą towarzyszkę. Dziewczyna otworzyła worek i zwinnie wyciągnęła jakiegoś czarnego węża, który bynajmniej nie był zbyt zadowolony, że ktoś odważył się zakłócić jego spokój. Chwyciła gada mocno za głową tak, że nie mógł jej ukąsić. Poczułam nieprzyjemne dreszcze przebiegające mi po całym ciele. -Podaj mi ten słoiczek. Tak, ten, który stoi koło mojej torby- powiedziała. Wstałam i na drżących nogach przeszłam te kilka metrów, dzielących mnie od celu. Widziałam na sobie rozbawione spojrzenie Anety, która potrząsała sobie rozwścieczonym wężem jak sznurkiem. Stanęłam asekuracyjnie kilka kroków od niej, rzuciłam słoik, który złapała zwinnie jedną ręką i usiadłam z ulgą. Zęby węża wbiły się w skórę, która zamykała szczelnie słoiczek, a kilka kropel jadu upadło na same dno. -Wyrzucisz go? - zapytała, patrząc się na mnie z uśmiechem - Po twojej minie widzę, że jednak będę musiała załatwić to sama. Wstała i wyszła z jaskini. Po chwili wróciła, oparła ręce na biodrach i uśmiechnęła się ponownie. Pokiwałam głową z dezaprobatą, krzywiąc się na widok ruszającego się worka. Dziewczyna zwinnie powtórzyła czynność zbierania jadu, a kiedy skończyła, denko słoiczka było pokryte jakąś "jadowicie trującą" substancją. -Teraz namoczymy nimi małe, ostre strzałki, które wystrugałam przez noc i... możemy iść po mapę. Co prawda mamy jeszcze jeden dzień, ale im szybciej się z tym uwinę, tym lepiej. -Dobrze, a powiedz mi, co będzie, jak taka strzałka przez przypadek komuś wbije się w rękę?-zapytałam powoli. Dziewczyna spojrzała na mnie jak na wariatkę. -O to właśnie chodzi, żeby się wbiła. Niekoniecznie w rękę, zależy, gdzie trafię. A co się stanie... Jeśli dobrze obliczyłam stężenie trucizny, nieszczęśnik, który zostanie trafiony, będzie sparaliżowany w ciągu kilku minut. Dobry efekt jak na brak machania mieczem czy inną bronią. Tobie też radziłabym coś wymyślić, bo prędzej czy później dojdzie do lekkich... utarczek. Wzięła do ręki ropuchę i zaczęła nią pocierać o kilka strzałek. Żaba zarechotała, wytrzeszczając oczy. Przyglądałam się tej czynności ze zdziwieniem. Pomysł Anety był całkiem niezły wykluczając fakt, że broń dalekiego zasięgu nie miała. Przed oczami miałam wizję ludzi konających w męczarniach po zatruciu jadem. Usłyszałam huk odbijający się echem po jaskini. Jednocześnie odwróciłyśmy głowy, chwytając za broń. -Spokojnie - powiedziała Anka, oddychając ciężko - To tylko ja, przyniosłam drewno na ognisko... Aneta i ja spojrzałyśmy na siebie porozumiewawczo i wybuchnęłyśmy śmiechem. Dziewczyna usiadła na swoim posłaniu, przeciągnęła kilka razy, po czym rzuciła badawcze spojrzenie na blondynkę. -Zatrute strzałki- wyjaśniła Aneta, mrużąc z lubością oczy - Moje małe córeczki pozabijają jutro w nocy więcej osób, niż ciocia Ania da radę sobie wyobrazić... -Uważaj tylko, żeby przypadkiem „malutkie córeczki” tobie się gdzieś nie wbiły... - powiedziała szyderczo Anka. Blondynka na chwilę zmarszczyła czoło, po czym chwyciła swoją torbę i zaczęła kreślić coś na wyciągniętej kartce papieru. Na moje pytające spojrzenie nie odpowiedziała - czynność pochłonęła ją bez reszty. Ziewnęłam głośno. -Nawet o tym nie myśl - powiedziała do mnie Anka - Spałaś najdłużej z nas wszystkich, cała noc przed tobą. -Co ja poradzę, że nie mam nic do roboty? - zapytałam rozeźlona - Nudzi mi się. Dziewczyna wywróciła oczami, a ja zaczęłam układać drewno w palenisku. Czas mijał szybko; sądząc po promieniach słonecznych wpadających do jaskini, było południe. Ciepło wiosennego dnia mieszało się przyjemnie z chłodem groty. Zapach lasu wprowadzał w stan błogiego spokoju, wyciszenia, melancholii. Nastrój przerywała tylko koszmarna chęć zjedzenia czegoś. Dzień bez jakiegokolwiek pożywienia to naprawdę wiele. Jak na życzenie pojawił się Piotrek, niosąc w rękach jakieś mięso. -Kurczak? - zapytałam, pożerając wzrokiem kawałki. -Bażant, również zjadliwe - odpowiedział dumnie - Sam upolowałem. Anka bez słowa wzięła mięso od chłopaka i wyjęła przyprawy, które zawsze miała przy sobie, po czym nabiła mięso na kije i rozpaliła ogień. -Może pomóc? - rzuciła Aneta, pokazując ręce, w których trzymała zatrute strzałki. -Może po obiedzie... - powiedziałam, nie mogąc doczekać się jedzenia.
Reszta dnia minęła wszystkim na przygotowaniach do wyprawy, na którą mieliśmy wyruszyć nazajutrz. Anka dalej fechtowała, Piotr uciekł gdzieś - nie wiadomo gdzie, nic nam nie powiedział - a Aneta podgrzewała i mieszała coś ciągle w swoich szklanych fiolkach; coś syczało i trzaskało. Ja leżałam na wznak na trawie przed jaskinią, łapiąc ostatnie promienie Słońca. Kiedy dzień zaczął ustępować miejsca nocy, a pierwsze gwiazdy pojawiły się na niebie, usłyszałam kroki i ciche przekleństwa. Ktoś przedzierał się przez krzaki. Po głosie poznałem, że był to rycerz Piotr, wracający z całodniowej wędrówki. -Gdzieś ty łaził tyle czasu? - zapytałam głośno, nie odrywając wzroku od gwiazd. Rycerz zatrzymał się, podszedł do miejsca, gdzie leżałam, po czym położył się koło mnie i głośno westchnął. Podniosłam się lekko na łokciu i spojrzałam na niego. Był cały czerwony ze zmęczenia. -Gdzieś ty był? - zapytałam ze zdziwieniem, nie ukrywając śmiechu. Chłopak wziął kilka głębokich oddechów, a potem powiedział wymijająco: -Tam, o, te gwiazdy - podniósł rękę w górę - to Korona Północna. A tam - gwiazdozbiór Kruka... Roześmiałam się. Kiedy nie chciał o czymś rozmawiać, bez ogródek zmieniał temat. Ciekawe, co tym razem wykombinował. -...tam z kolei - kontynuował - Panna, jeden z wyraźniejszych o tej porze. Milczałam, śmiejąc się w duchu. Jak na rycerza nieźle znał się na gwiazdach. W przeciwieństwie do mnie - nigdy nie potrafiłam zapamiętać tych wszystkich nazw, ułożenia czy pory roku, w której pojawiały się na sklepieniu. Potrafiłam docenić ich piękno, a czy moja niewiedza wynikała z lenistwa, czy też z ignorancji - mało mnie to obchodziło. - Boisz się jutra? - zapytałam, sprowadzając chłopaka na ziemię. -Oluś, ja niczego się nie boję, przecież wiesz - odpowiedział poważnie, uspokajającym tonem.- Ze mną nic złego wam się nie stanie. -Piotruś... - powiedziałam cienkim głosem z udawanym strachem - Boję się, lolku, tak tu ciemno... Jeśli wyjdzie z tych krzaczorów jakiś zły potwór i rzuci się, aby mnie zjeść... -...to wtedy obronie cię rycersko własnym ciałem - chłopak poważnie pokiwał głową. -Swoją drogą - wróciłam do normalności - potwór zjadłby najpierw ciebie, a mnie na deser. To właśnie całe rycerstwo. Ratowanie damy z opresji, byle tylko uratować, a co się później z nią stanie, to już nieważne. Rycerze - prychnęłam - szlachetni i męscy, a kiedy trzeba, do roboty się nie biorą. Bez aluzji oczywiście, chodziło mi o tego potwora. Jestem przekonana, że tu żyją złe, groźne potwory. Mają wielkie kły i pożerają dzieci na kolację... -Wiesz co - przerwał chłopak - powinnaś bardziej skupić się na pisaniu opowiadań i powieści. Świetnie ci to wychodzi, a ja tego nie spamiętam, by to potem spisać. Pisz, już dziś zaczynaj. -Ej! - uderzyłam go w rękę - Nie nabijaj się ze mnie, ja nawet talentu nie mam. -Tak, tak- powiedział rycerz wymijająco, robiąc minę typu „głupie gadanie głupich bab” - Wiesz, ja wierzę, że będzie się działo. Akurat ufam twoim możliwościom. Ach, i mam nadzieję - powiedział poważnie - że to nie będzie jawny ekshibicjonizm, ale sama prawda. -Ależ oczywiście... - przytaknęłam.
Właśnie tej nocy rycerz Piotr, uważany za inteligentnego, zrobił coś, co jego inteligencji przeczyło. Poddał pomysł na spisanie naszej historii. A poddać kobiecie taką myśl, to jakby zawrzeć pakt z diabłem. Piotruś nie wiedział, w co się pakuje. Gdyby kiedykolwiek przeczytał choć część tego dziennika, musiałby przyznać- „opisała ten świat zaiste takim, jaki był”.
*** Król siedział przy orzechowym stole w swojej komnacie, drżącymi rękami mnąc świstek papieru. Przez dokładnie czterdzieści siedem lat rządów, kiedy po śmierci ojca objął tron, wydawał sądy roztropnie, nie bacząc na stan, płeć czy kolor skóry sądzonych. Spotykał się z różnymi opiniami na temat jego panowania- jedni byli z nich niezmiernie zadowoleni, inni zaś nazywali go 'starym pałą'. Byli to przeważnie jego doradcy, którzy nie mieli bladego pojęcia, że on, król, władca tych wielkich majątków, doskonale zdaje sobie sprawę z otrzymanego przywileju. “Król pała” brzmiało dla starca wyjątkowo dobrze- brak w tych słowach było pompatyczności czy lizusostwa. Taki ot, dla przykładu, król zwany “Dzielnym”. Władca zadawał sobie w duchu pytania “Co i z kim dzielił? Chyba łoże ze swoją małżonką, do czasu, aż brakło mu wigoru i zaczęła go zdradzać z paziem. Paziem! Co za wstyd. Mało kto o tym wiedział, ale przydomek został. A “król pała” brzmi przynajmniej dumnie.” I rzeczywiście, był dumny z posiadanego atrybutu, nie chwalił się nim jednak wiedząc, jak ludzie potrafią być zazdrośni. Król odrzucił od razu te myśli, tak prostackie dla wielkiego monarchy. Po chwili jednak zdał sobie brutalną sprawę z tego, że królowie też różne pokusy posiadają. O "tych sprawach" również myślał, czasem tak gorączkowo, że służący musieli mu przyprowadzić jakąś piękną dwórkę. W rzeczywistości był normalnym mężczyznom, z krwi i kości, jak szewce, podróżnicy czy rycerze. Właśnie...Jego rycerze- tu właśnie zaczęły się jego nocne rozważania. Świstek papieru, który dostał od służącego dzisiejszego popołudnia, wprawił go w stan niemego osłupienia. Jak nigdy kazał wszystkim odejść, zostawić go samego, aby mógł poddać się kontemplacji. Tylko jeden służący czekał wiernie z nocnikiem pod drzwiami, gdyby Jego Wysokości zachciało się najzwyczajniej w świecie sikać. Król kolejny raz zmiął w ręce świstek papieru, po czym rozprostował go ponownie. “Może źle przeczytałem, przeoczyłem coś ważnego...” myślał w duchu. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że jego strudzone oczy nie mylą go jednak, przeczytał, a raczej wyrecytował zapamiętane już zdanie: -Do Jego Wysokości. Uknuto spisek mający na celu zgładzić Waszą Królewską Mość. Wszystkie szczegóły, za zgodą, opowiem przy najbliższej audiencji. Zależy nam na czasie. Podpisane- Radomir von Em. Król opadł bezsilnie na biurko, wsłuchując się w odgłosy nocy. Jak każdego dnia panowała nieznośna cisza, której tak nienawidził. Teraz wydawała się ona jeszcze gorsza niż zazwyczaj. Miał nieodparte przeczucie, że coś złego się dzieje. Co- nie wiedział. Czekał niecierpliwie na umówioną audiencję z rycerzem, do którego nie żywił zbytniego zaufania. Mężczyzna zawsze jawił mu się jako zwykły złodziejaszek i krętacz, jednak pochodził ze stanu rycerskiego, dlatego nie było wobec niego rzucone ani jedno podejrzenie o niecne czyny. W komnacie rozległo się głuche pukanie do drzwi. Władca podniósł głowę, poprawił szaty, wyprostował się w fotelu i dumnym głosem zarządził: -Wejść. W drzwiach ukazał się jego służący, który tłumiąc ziewanie, skłonił się głęboko i powiedział: -Najjaśniejszy panie, rycerz Radomir von Em czeka na umówioną audiencję. -Wprowadzić. Służący skłonił się ponownie. Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek do rycerza, ten wszedł bezczelnie do środka, nieszczerze kłaniając się przed władcą. Jego chytre oczy od razu powędrowały w stronę bogatej płaskorzeźby zdobiącej jedną ze ścian. Przedstawiała ona scenę rzymskiej uczty. W jednej chwili władcy zdawało się, że młoda kobieta rozłożona na stole patrzy na niego uważnie. Zamrugał, a płaskorzeźba znów przybrała dawną postać. Król uniósł brew lekko poirytowany zachowaniem nocnego gościa, i- nie spuszczając go z oczu- czekał na dalszy rozwój wypadków. Wreszcie rycerz odchrząknął, skłonił się ponownie, po czym powiedział: -Chwała ci najjaśniejszy panie, władco tych wielkich i bogatych terenów. Ja, twój najwierniejszy sługa ośmielam się niepokoić Jego Królewską Mość, ponieważ- tu zawahał się na chwilę- Wykryłem groźny spisek. Król uśmiechnął się w duchu, obserwując gościa uważnie zielonymi oczami. Teraz był pewien, że nie można mu do końca ufać. Podpowiadała mu to jego wrodzona intuicja. To niezręczne pochlebstwo, rzucone z lekkim przymusem (co wyczuł w głosie rycerza) upewniło go tylko w tym przekonaniu. Radomir nie spuszczał spojrzenia z władcy, raz po raz ocierając rękawem ślinę wyciekającą z jego ust. -Miłościwy panie... Przejdę od razu do rzeczy. Jak powszechnie wiadomo, świat dzieli się na złych i dobrych, którzy otaczają nas z każdych stron... -Do rzeczy- powtórzył król, ucinając monolog rycerza. -Piotr herbu Rogal, ulubieniec Waszej Królewskiej Mości- powiedział z przekąsem mężczyzna, jakby w tym właśnie zdaniu miała się zawrzeć cała prawda dotycząca sprawy. Władca poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Jakiś nieznośny głos szeptał mu, że to właśnie rycerz Piotr jest zdrajcą. Zaraz potem odrzucił tę myśl, nazywając absurdalną. Wyczekująco spojrzał na Radomira, który z chorym blaskiem w oku zaczął opowiadać: -Nakryłem go, kiedy w piwnicy spiskował, szykując zamach na Jego Królewską Mość. Potwierdzić to mogą moi kompani, którzy widzieli wszystko tak dobrze, jak ja. Kiedy chcieliśmy go dorwać, aby postawić go przed tobą, Panie, uciekł i zatrzasnął nas w piwnicy. -Jeden dał sobie radę z trzema? A to komedia- parsknął król nieco sztucznie, jakby chcąc uświadomić sobie absurd całej sprawy. Mina Radomira była jednak zacięta, a w jego oczach palił się ogień, który zobaczyć można tylko u istot piekielnych. Dlatego też król, starając się zachowywać spokój, rzekł: -Wiem, że Piotr opuścił zamek z ważnych powodów, zawiadomił mnie o tym chłopiec, którego ten przysłał do mnie wcześniej. -Panie- nie dawał za wygraną rycerz- Wierz na słowo, klnę się na swój honor. Słowa te spadły na króla jak grom z jasnego nieba, godząc prosto w jego stare serce. Honor dla rycerza był od zawsze wartością priorytetową, za którą ten dałby się posiekać na kawałki. Żaden nie śmiałby przysięgać na rzecz tak ważną. Starzec odepchnął od siebie gwałtownie stół, przy którym siedział. Radomira zaskoczył ten przejaw młodzieńczej siły, która drzemała w niepozornym władcy. Po jego wąskich ustach przebiegł chytry uśmieszek- osiągnął zamierzony efekt. Po chwili, widząc, że król ledwo trzyma się na nogach, dodał potulnie: -Mam list, który będzie dla Jego Wysokości wystarczającym dowodem zbrodni. Zostawiam go tu, tymczasem udam się na spoczynek- skłonił się nisko, po czym wyszedł, popychając za drzwiami służącego. Król oparłszy się na na rogu stołu, drżącymi rękami otworzył list, zapięczętowany herbem rycerza Piotra. Herbem znajdującym się na pierścieniu (który władca ofiarował kiedyś Piotrowi za zasługi), odciśniętym w czerwonym laku. Treść listu głosiła: Droga Anno, Jak pisałem ostatnio, mój plan zamordowania tej “starej pały” posuwa się drobnymi kroczkami do przodu. Napisałem do mojej wspólniczki, Anety, aby była gotowa na mój sygnał. Kiedy obalimy monarchę, całe królestwo będzie nasze. Ufam, że ty również spełniłaś moją poprzednią prośbę. Odpisz, kiedy tylko nadarzy się okazja Rycerz Piotr herbu Rogal
Jak nietrudno się domyślić, król po tych słowach z wściekłością wrzucił list do biurka i natychmiast ogłosił w całym królestwie, że ktokolwiek spotka tych trzech zdrajców, ma obowiązek pojmać ich niezwłocznie. Było to postanowienie nieodwołalne, a sam król, mimo iż nie przywykł do brutalności, wymyślał już najgorsze tortury, jakim podda trzech sprawców spisku. Obiecał sobie, że nie zaufa nikomu, a w szczególności rycerzowi o dobrych, czarnych oczach. Nazwanie go w liście “starą pałą” było przeważającym dowodem zbrodni. Chcąc nie chcąc musiał pogodzić się z tym, że na świecie żyją nie tylko ludzie prawi, tacy jak von Em, ale również i zdrajcy, którzy potrafią zaprzedać swojego dobroczyńcę. Radomir natomiast, zaraz po wyjściu z komnaty zatarł ręce na samą myśl o naiwności władcy. Dwie postaci czekające na niego w jednym z korytarzy, wbiły w niego pytające spojrzenia. -Wszystko poszło po naszej myśli- powiedział Radomir von Em, rechocząc- Stara pała... Dał się nabrać na ten podrobiony list! Wielu idiotów żyje na świecie, takiego jednak nie spotkałem! -W pewnym momencie miałem wrażenie,że popatrzył na mnie, kiedy podglądałem was w środku. Na całe szczęście pomyślał, że zawiódł go wzrok. Co teraz?- zapytał głupkowato Tylnosuw. -Chyba nie udamy się do tawerny? Z pewnością Piotr zdążył zebrać swoją babską ekipę... Możemy narazić się na kłopoty, jeśli się tam zjawimy, wiesz dobrze, że lepiej nie narażać się na niebezpieczeństwo...Poza tym, kiedy Piotr dowie się, że ukradliśmy jego rodowy pierścień, dostanie szału. Nie wchodźmy lwu w paszczę... -Właśnie tam się zjawimy, gdyby nigdy nic, będziemy udawać, że nie znamy jego towarzyszek, jeśli będzie trzeba, pozwolimy ukraść nawet dziennik. Wcześniej jednak- dodał Radomir zacierając ręce po raz wtóry- zawiadomimy władcę, aby użyczył nam kilku wytrawnych rycerzy, aby otoczyli tawernę i nie pozwolili im ujść. Piotrem - syknął rycerz z nienawiścią- zajmę się ja. -A dziewczyny?- zapytał Tylnosuw, drapiąc się po kroczu. -Są do waszej dyspozycji...- uśmiechnął się zdrajca, po czym- podskakując wesoło- udał się do swojej komnaty. *** Wszyscy wstaliśmy około południa. Nikomu nie chciało się ruszać z własnego posłania, mimo że pogoda była znowu piękna. Trwały przygotowania do podróży. Anka ostrzyła swoją broń, Aneta wkładała za gruby pas zatrute strzałki, zadowolona nie wiadomo dlaczego. Piotr miał poważną minę, ale starał się rozweselić nas swoimi kawałami. Wiedziałam jedno - pakowaliśmy się w wielkie kłopoty. Idiotyzmem było włażenie niedźwiedziowi prosto w paszczę. Dziwnym trafem nikt nas w lesie nie znalazł - przecież przychodzili tu wieśniacy, aby upolować nielegalnie jakąś zwierzynę. Samemu królowi zdarzało się udać na polowanie wraz ze swoją świtą. Widać - mieliśmy po prostu wyjątkowe szczęście. Niecierpliwie czekaliśmy na zapadnięcie zmroku, bo wtedy właśnie otwierana była tawerna. Kiedy wreszcie dzień zaczął chylić się ku końcowi, zabraliśmy swoje rzeczy z groty, osiodłaliśmy konie, które wesoło zarżały na nasz widok i pogalopowaliśmy na główny trakt. Do tawerny dotarliśmy kiedy było już całkiem ciemno. Z wnętrza gospody dochodziły jak zwykle krzyki, a przez brudne okna było widać, że izba była prawie pełna. Naciągnęliśmy kaptury na głowy, aby nikt nas nie poznał, zostawiliśmy konie przy płocie i weszliśmy do środka. Ku naszemu zdziwieniu w gospodzie w najlepsze trwała zabawa. Głośna muzyka oraz piski kobiet łapanych za krąglejsze części ciała zagłuszały nawet głośne rozmowy. Sytuacja była idealna- w takich okolicznościach nikomu do głowy nie przyjdzie, aby zająć się czwórką niewinnie knujących osób. -Idziemy na środek - szepnął do nas rycerz, unikając pary tańczących, którzy- zajęci sobą- o mało w niego nie wpadli. -Tam nie wzbudzimy niczyich podejrzeń. Miałam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą, że nas poznali i już niedługo umrzemy, połamani kołem przez sługusów króla. Były to chyba tylko urojenia, bo towarzysze, oparłszy się wygodnie na krzesłach, mieli dość spokojne miny. Dla bezpieczeństwa jednak nie zrzucaliśmy kapturów, co nie było niczym dziwnym. Od czasów, kiedy tawerna została zbudowana, zawsze przychodzili tu ludzie, z którymi nie warto było robić interesów. Zamaskowani czy nie- niepokoiła ich tylko Sandra. Tak stało się i teraz. Kobieta podeszła powolnym krokiem do naszego stolika, po czym zapytała ochryple: -Coś podać? Albo mi się wydawało albo obrzuciła nas jakimś dziwnym spojrzeniem. Poczułam niepokój, jednak uspokoiła mnie stonowana odpowiedź Anety „cztery piwa proszę”. -Się wie - odpowiedziała barmanka niedbale, odchodząc. Dym, który snuł się po izbie, drapał nieznośnie w gardło i szczypał w oczy. Przyglądałam się z zainteresowaniem pajęczynie, która odstraszała klientów. Był to jednak pretekst, aby chwilowo pomyśleć o czym innym niż kradzież dziennika. Teraz, kiedy znajdowaliśmy się w samym centrum niebezpieczeństwa, sprawa nie wydawała się taka łatwa do wykonania, jak w jaskini. Nie mieliśmy żadnego pomysłu, jak zdobyć to, po co przyszliśmy. Minuty spędzone przy stole dłużyły się niemiłosiernie, a jakiś głos wewnętrzny wołał „macie mało czasu!”. Tak też było w istocie. W pewnym momencie rycerz wyprostował się i rozglądnął badawczo po izbie. Jego czarne oczy zatrzymały się na moment na trzech najgłośniejszych mężczyznach siedzących w jednym rogu sali. Skinął lekko głową w tamtą stronę. Cienkie brwi, które było widać spod kaptura, uniosły się w górę. -Widzicie tego najpaskudniejszego z rycerzy, którzy tam siedzą? Ten z krzywym uzębieniem... To właśnie Radomir von Em, najgorszy zbir w królestwie, urodzony w stanie rycerskim, co jednak nie przeszkadza mu w byciu szują. Ten po jego prawej to Tylnosuw. Wygląda, jakby był upośledzony. Wychowywał się z matką, która robiła na nim różne eksperymenty psychiczne, więc nie dziwcie się jego zachowaniu... Trzeciego nie znam. Mapę oraz dziennik ma, jeśli się nie mylę, Radomir. Musimy zastanowić się, jak ją zdobyć. To, że nie będzie to łatwe, jest sprawą oczywistą. Z tego co udało mi się policzyć, jest tu około pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu chłopa. Na mnie jednego i waszą trójkę, przyznam, sporo. Ma któraś jakiś pomysł..? -Wyrżnijmy wszystkich po kolei - zaproponowała Anka z miną, jakby było to tak proste, jak wypicie piwa, które właśnie przyniosła barmanka. -Głupszej strategii nie mogłaś wymyślić? - prychnął rycerz po chwili, kiedy Sandra odeszła od stolika. -Nie, nie mogłam - odwarknęła dziewczyna - gdybyś nie spartaczył sprawy w spiżarni, nie musielibyśmy tutaj być... -Przestańcie do cholery, Sandra nas obserwuje... - Aneta dała kopniaka rodzeństwu pod stołem. Rzeczywiście - barmanka patrzyła na nas swoimi świńskimi oczkami zza baru. Upiłam łyk, po czym skrzywiłam się. -Obrzydliwe... - powiedziałam - Jak woda z pobliskiego rynsztoka... -Mam pewien pomysł... - zaczęła powoli Anka wpatrując się we mnie uważnie - Uwiedziesz go. Wytrzeszczyłam na nią oczy. -Chyba cię, za przeproszeniem, pojebało- odpowiedziałam grzecznie, jak na dobrze wychowaną panienkę przystało. -Uważam, że to doskonały pomysł - przytaknęła Aneta, której oczy rozbłysły na samą myśl - Kto jak nie ty, ruda? Dobrze wiesz, że każdy ci ulegnie, jak tyłkiem odpowiednio zakręcisz... Milczałam, wpatrując się w towarzyszy zdezorientowana. Pomysł Anki wcale nie wydawał mi się dobry. -Jak wy to sobie wyobrażacie..? - zapytałam powoli, czując, że coś ściska mi gardło. -Podejdziesz teraz do niego i zaprosisz go na górę - powiedziała Anka uśmiechając się diabelsko. -A na górze..?! -Na górze okręcisz go tak, jak ty to potrafisz, rozbierzesz do rosołu, a później walniesz mu czymś w łeb, zabierzesz dziennik i mapę i zejdziesz tu, do nas. Zaczęło mi być niedobrze. Kiedy patrzyłam na Radomira von Em, do głowy przychodziły mi myśli najgorszego gatunku. Tłuste, brązowe włosy opadały mu na ramiona, a spod niekształtnych, bladych ust wystawały krzywe zęby. Dumne spojrzenie brązowych oczu omiotło salę, zatrzymując się na chwilę na kobietach szukających klientów na wieczór. Uderzył kuflem w stół, piwo chlusnęło obfitym strumieniem na drewnianą podłogę. Jego kompani zarechotali głupkowato, wpatrując się w swojego szefa. -To wcale nie jest dobry pomysł - powiedział Piotrek, wpatrując się z obrzydzeniem w rycerzy -Zrobi ci coś złego, nie zapominaj, że jesteś jednak kobietą, a kobiety... Nie dokończył. Wstałam i na drżących nogach, przedzierając się przez tłum gości, podeszłam do
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Chantico
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…