Abbadon - Łowca
Opowiadanie traktuje o Abbadonie - łowcy potworów, który za odpowiednią cenę podejmie się zabicia najgroźniejszej (a także najbardziej niewinnej) bestii.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wilkołak:
Słońce górowało wysoko nad horyzontem, wiał lekki wiatr. Większość ludzi pracowała w polu, nie zważając na żar lejący się z nieba. Niewielu ludzi zostało więc wśród zabudowań, było jedynie kilka rozwrzeszczanych dzieci, kilka kobiet robiących pranie czy gotujących strawę i kilku staruszków odpoczywających w cieniu. Z tych jednak co we wsi zostali, wszyscy zwrócili uwagę na jeźdźca, który pojawił się na drodze – nie tylko dlatego, że jakakolwiek nowa twarz tutaj wzbudzała sensację – ale przede wszystkim dlatego, że był to jeździec osobliwy. Dosiadał czarnego rumaka, wielkiego i silnego. Koń, szlachetnej krwi niewątpliwie, stąpał dumnie, unosił łeb i spoglądał na prostaczków z góry jakby sam był co najmniej lordem. Jeździec zaś był rosłym i silnie zbudowanym mężczyzną o długich czarnych włosach opadających mu na plecy. Ubrany był cały na czarno, a jego płaszcz, spodnie i wysokie buty do jazdy wykonane były ze skóry. Ubiór zupełnie niestosowny do obecnej pory roku, a zwłaszcza do temperatury. Przybysz jednak zdawał się w ogóle tego nie zauważać. Jednak tym co najbardziej przykuwało wzrok gapiów była kusza, którą podróżnik miał przerzuconą przez plecy, wielka i ciężka, wykonana zapewne przez mistrzów rzemiosła. Broń podobnie jak reszta była czarna, miała jednak na sobie liczne srebrne zdobienia i runy. Za przybyszem ciężko kroczył juczny koń obładowany różnorakimi tobołami. Obcy podjechał do pewnego staruszka: -Macie gospodę we wsi dziadku? - zapytał go głębokim męskim głosem, a następnie przeszył spojrzeniem oczu, czarnych, nie znoszących sprzeciwu, nie czujących, pustych oczu, które w jednym momencie mogłyby złamać najtwardszego nawet człowieka. Staruszek spuścił głowę i wskazał w kierunku największego budynku. Jeździec udał się w tamtą stronę. Zsiadł a następnie przywiązał konie do barierki i wszedł do budynku. Wnętrze było małe, zastawione ławami, obcy usiadł przy jednej z nich i zakrzykną do karczmarza: -Piwa dajcie! - Następnie położył swą kuszę na blacie tuż obok siebie by mieć ją zawsze pod ręką. Gruby, wąsaty karczmarz podszedł do niego ze złocistym trunkiem. Co macie do jedzenia? - zapytał przybysz Kasza, jajecznica, chleb i kapusta. - odpowiedział skwapliwie karczmarz licząc na to, że szykuje się większy zarobek. Dajcie wszystkiego i jeszcze piwa – to mówiąc podał karczmarzowi, kufel, który już zdołał opróżnić. Po chwili właściciel wrócił z zamówieniem i podał je podróżnikowi, po otrzymaniu zapłaty, stał jeszcze chwilę nad nim. Nieznajomy zdecydowanie zirytowany tym faktem, zapytał: -Coś z pieniędzmi się nie zgadza, że tak na mnie patrzycie? - zapytał -Nie panie, jeno zapytać chciałem, ktoście są, bo u nas przyjezdny jaki to wielka rzadkość jest. - powiedział. -Siadajcie zatem, pogadamy i tak nic lepszego do roboty nie mam, jak się nazywasz? -Bartłomiej na mnie wołają – mówił karczmarz siadając - ja tu karczmarzem jestem, a dobrodzieja imię? -Nazywam się Abbadon i nie jestem dobrodziejem. Rozglądam się za zajęciem. -Patrze na ubiór, patrze na kusze, niejedną wiosnę mam na karku i wiem jakim wy się zawodem paracie, dobrze się domyślam? -Dobrze się domyślasz. Zatem jest tu co do ubicia? -Jest i owszem, może nawet dużo do ubicia, ja jednak nie będę o tym gadał porozmawiajcie ze starszym on wam wszystko powie. Poślę po niego jeśli zechcecie. - rzekł Bartłomiej i widząc, że Abbadon skończył jeść wstał. -Zechcę – odpowiedział i przeszył właściciela spojrzeniem ostrym i zimnym niczym sopel lodu.
* Pomieszczenie było małe, bez ozdób, jednak czyste i zadbane, było jednak ciemno, bo okno było zabite bardzo grubymi deskami, na środku stał stół i dwie ławy, do ściany przytwierdzona była pochodnia. Na jednej z nich siedział mężczyzna, duży z krótko obciętymi brązowymi włosami, jego spracowane dłonie spoczywały na stole. Abbadon zbliżył się i usiadł nie czekając na pozwolenie, nie zwykł płaszczyć się przed byle starszym wioski. -Zatem to ty, Panie, przybyłeś dziś do naszej wsi, karczmarz już mi wszystko opowiedział. Mam na imię Jan, czy mogę zapytać o imię Pana? - powiedział starszy -Jestem Abbadon i nie jestem żadnym panem – odrzekł -Skoro tak mówisz. Jesteś łowcą zatem, z nieba mi spadasz, z nieba samego chyba, bo łowcy na gwałt potrzebuję. Złe się rzeczy dzieją ostatnimi czasy złe bardzo. Ale czy masz znak, nie jesteś oszustem jakim aby? Na te słowa Abbadon nie odpowiedział, sięgną jedynie do wewnętrznej kieszeni swego płaszcza, z którego wyciągną długi bełt, z ostrym jak brzytwa grotem oraz specjalnymi haczykami mającymi za zadanie zmieniać wnętrzności przeciwników w coś na kształt gulaszu. Starszy kiwną głową, a Abbadon schował pocisk i zapytał: -W czym rzecz? -Po Lasach się bestyja jakowaś kręci. -Bestyja powiadacie -Ano bestyja, groźna bardzo z początku tylko zabijała kury i króliki, później się do świń zaczęła dobierać, a teraz to już i krowy i konie zżera. Ale to nie wszystko nie. Razu jednego nawet się do chaty wdarła, całą rodzinę wymordowała. -A ta bestyja wasza – rzekł łowca – to nie aby jakie wściekła wilki, albo niedźwiedź? -Łowco szlachetny – zaczął Jan, ale Abbadon natychmiast mu przerwał -Nie jestem szlachetnym człowiekiem, mówcie mi po imieniu tak będzie prościej. -Abbadonie, ja całe życie pod tymi lasami mieszkam, w tej wsi, ja wiele lisów i wilków widziałem, niedźwiedzi nigdy tu nie było, a jak zwierze wściekłe to tydzień, dwa szalało i był spokój, a to wychodziło tylko w pełnie, mówie wychodziło, bo teraz to już co każdą noc praktycznie, od lasu słychać wycie. -Mówiliście coś o pomordowanej rodzinie rozwińcie temat. - rzekł łowca -Nie chce o tym mówić to straszne, nie chcę wracać – wykręcał się Jan -Jeżeli chcesz, żebym Ci pomógł – odpowiedział z naciskiem Abbadon – powiesz mi wszystko co chce wiedzieć inaczej nic tu po mnie. -Dobrze, dobrze, powiem wszystko. Zdarzyło się to jakiś tydzień temu. Była wówczas pełnia, kiedy nadeszła bestia. Wyła dziko przy lesie, potem nadeszła, krążyła wśród chałup, widziałem przez okno, kiedy jeszcze nie było zabite – tu Jan zerkną w stronę grubych desek – wtedy odkryłem, że bestia ta to nie stado wilków, czy nawet niedźwiedź, który z daleka w te strony przybył, zwierzęta te mianowicie nie potrafią chodzić tak szybko na dwu tylko łapach. Bestia podeszła do jednego z domów, pazurami rozdarła drewniane drzwi jakby to była sucha trawa, wlazła do domu. Jakie tam były krzyki ile krwi. Później kto tylko bogatszy i miał jakie okno, to zabijał deskami, a na noc drzwi ryglował, od tego czasu bestia wyje co noc, a i zwierzęta coraz częściej i więcej znikają. Błagam Abbadonie boję się, że kiedy trzoda się skończy, to, to... - Jan nie mógł skończyć, więc łowca dokończył za niego. -To z wami zrobi to samo co z nimi, zabije i zeżre, tak dobrze się domyślasz. - Powiedział Abbadon, zupełnie bez uczuć, tak jakby sprawa, życia lub śmierci całej wsi, zupełnie go nie obchodziła. - Czy ktoś próbował stawiać opór? Ktoś próbował zabić bestie? - zapytał -Tak, spróbowało, trzech młodych postawnych chłopów, kumpli Marcina, którego wraz z rodziną bestia zabiła. -Z jakim skutkiem? - zapytał Abbadon i spojrzał na Jana wzrokiem, który nie znosił sprzeciwu -Jednego znaleźliśmy na wpół zeżartego, bez rąk i głowy, drugi, a raczej to co z niego zostało było rozsmarowane na ścianie jego chyba domu, po trzecim zostały zakrwawione i postrzępione buty. -Zatem skutek marny – stwierdził łowca. Jago poznaczona bliznami twarz nie zdradzała żadnych emocji. -Odradzałem im to, tłumaczyłem, ale gdzie by mnie posłuchali, Adam, Bartek i Hubert, zawsze tacy porywczy, nieodpowiedzialni. - próbował jakby tłumaczyć się Jan. -Nie musisz mi się tłumaczyć. Po pierwsze nie twoja wina, że bestia ich zakatrupiła, a po drugie zabili się praktycznie sami, na własne życzenie. A nawet jeśli nie to mnie żadne tłumaczenia nie interesują i w gruncie rzeczy mało obchodzą. Sprawa jest prosta w
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gandalf512
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…