Wróć do katalogu

Ad feliciora tempora

Fantasy historyczne w realiach Rzeczypospolitej szlacheckiej. Tuż przed elekcją roku 1587 zamordowany zostaje Zygmunt Waza. Kto zdobedzie polski tron? Habsburg? Zamoyski? A może ktoś jeszcze inny?

Vua Rapuung, opublikowano , 1 godz. 15 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}PROLOG{/b}

Aleksaszka wypadł z komnaty jak wicher i runął w dół po schodach, przeskakując po trzy stopnie. Mijając zaskoczoną służbę i oburzonych panów mknął korytarzami grodzieńskiego zamku. W pełnym pędzie przeciął jasno rozświetlony dziedziniec i wbiegł do stajni. Konie spokojnie przeżuwały pasze, stojąc w drewnianych boksach. Chłopak dopadł do osiodłanego już ogiera, oporządzanego właśnie przez stajennego. Nie zważając na protesty posługacza wskoczył na siodło i uderzył konia piętami. Oślepiło go światło, ale po chwili podążał konno w stronę zamkowej bramy. Już przy furcie mignęła mu matka, wracająca wraz z grupką kobiet znad rzeki. - Aleksaszka, dokąd? – krzyknęła. - Po medyka – odpowiedział, ale wiatr porwał jego słowa. Kopyta załomotały głośno o bruk. Wypełniający ulicę ludzie rozpierzchli się na widok oszalałego jeźdźca. Ledwo omijając podążający w stronę twierdzy szlachecki orszak, chłopak wtulił twarz w końską grzywę. Posypały się za nim gromkie przekleństwa zbrojnych. Byle szybciej, byle szybciej. Dotarł wreszcie do Powroźniczej i wstrzymał ogiera w pędzie. Koń poślizgnął się na gładkich, wytartych kamieniach, a Aleksaszka zsunął się z siodła. Dostrzegł jakby karcące spojrzenie rumaka, po czym rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem siedziby uczonego. Tam! Doktor nie uznał wywieszania jakiegokolwiek szyldu za konieczne. Na wykonanych z ciemnego, niemal czarnego drewna drzwiach widniały jedynie głęboko rżnięte inicjały – „GM”. Giaccomo Mondinelli – medyk, alchemik i astrolog. Jakże dziwnie potoczyły się losy tego człowieka. Od uniwersytetów w Padwie i Bolonii, aż po niewielki dom przy ulicy w centrum Grodna. I jakże dziwne krążyły o tym człowieku opowieści. Pomimo wszelkich jego dziwactw ufano mu jednak bardziej, niż zamkowemu uzdrowicielowi, czy nawet niż jezuitom z miejscowego kolegium. Aleksaszka załomotał w drzwi raz i drugi. Dopiero za trzecim razem usłyszał niespieszne kroki i odrzwia rozwarły się. Ze środka buchnął odór siarki, rozmaitych medykamentów, śmierci i dawno niepranych onuc. Na progu stanął zaś nie kto inny, jak sam doktor. No tak, powszechnie wiedziano, że nie utrzymuje żadnej służby. Włoch był chorobliwie wręcz szczupłym, kościstym mężczyzną o zbyt dużej głowie otoczonej wianuszkiem siwych włosów i niewielkich, przenikliwych oczach. Przyodziany w ciemne, poplamione szaty spoglądał wyczekująco na chłopca. Ten skłonił się niezgrabnie i wymamrotał: - Wzywają was na zamek, panie. - Co się stało? – zapytał alchemik skrzekliwym głosem z wyraźnym, cudzoziemskim akcentem. - Pan podczas uczty źle się poczuł i… - Głupiec – warknął medyk, przerywając wyrostkowi. – Mówiłem, że obżarstwo i opilstwo w końcu go wykończą, ale nie chciał słuchać. - To przecież… - zaczął przerażony Aleksaszka. - Wiem, kim on jest, mój chłopcze – mruknął Mondinelli, sięgając po skórzaną torbę i obszerny, czarny płaszcz. – Zapewniam cię jednak, że pod akurat tym względem nie różni się od ciebie, czy ode mnie. No, gdzie jest powóz? – zapytał, zamykając za sobą drzwi. Aleksaszka zarumienił się i wskazał niepewnie na konia, zaczynającego już podszczypywać sprzedawane na ulicznym straganie warzywa. - Raczysz kpić, młokosie. W końcu jednak dał się przekonać i po chwili galopowali przez ulice Grodna, przedstawiając niewątpliwie komiczny widok dla wszystkich przechodniów. Italczyk nieustannie klął, starając się utrzymać na końskim grzbiecie, nie gubiąc jednocześnie fantazyjnego kapelusza z szerokim rondem. Nie bez pewnych trudności dotarli na zamkowy dziedziniec. Chłopiec pomknął w stronę wiodących na wieżę schodów, a alchemik usilnie próbował dotrzymać mu tempa. Aleksaszka dotarł na szczyt pierwszy, ciężko dyszący medyk dołączył do niego po dłuższej chwili. Starannie poprawił kapelusz i futrzany kołnierz płaszcza, po czym bez pukania wkroczył do komnaty. Na ogromnym łożu spoczywał potężnie zbudowany mężczyzna o bladej, okolonej szeroką, czarną brodą twarzy. Chory był obficie zlany potem, a spod opatrunku na udzie przesiąkała powoli krew. Wokół posłania zgromadzili się grodzieńscy dostojnicy, w tym przełożony kolegium jezuitów. Mondinelli podszedł do łoża, obnażył pierś chorego, po czym przyłożył do niej policzek. Po chwili wyciągnął ze skórzanej torby małe lusterko i przystawił do ust mężczyzny. Uniósł powiekę i zajrzał w głąb jego oka. Wreszcie wyprostował się i powiódł wzrokiem po zgromadzonych. - Najjaśniejszy pan nie żyje – powiedział cicho Włoch, po czym lekko utykając wyszedł z komnaty. Jezuita cicho zaintonował modlitwę, do której dołączyło kilkanaście głosów. Na oblicze zmarłego króla padła smuga jasnego światła. W całym Grodnie rozdzwoniły się kościelne dzwony.

{b}CZĘŚĆ I{/b}

Wiosna Roku Pańskiego 1587 zastała Rzeczpospolitą w chaosie. Miast ostatecznej rozprawy z Moskwą, miast długo oczekiwanej wyprawy na Turczyna, nad krajem zawisło widmo bezkrólewia. Dnia 12 grudnia 1586 roku na zamku w Grodnie oddał ducha Stefan Batory, z łaski Bożej król polski, wielki książę litewski, książę ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podlaski, inflancki, a także książę Siedmiogrodu. Tak Koroniarze, jak i Litwini, czy też przedstawiciele setek innych narodowości zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej wstrzymali oddech. Okres bezkrólewia zawsze oznaczał niebezpieczeństwo wewnętrzne i zagrożenie ze strony sąsiadów. Kanclerz i hetman wielki koronny Jan Sariusz Zamoyski herbu Jelita znalazł się pod ogniem bezlitosnej krytyki oponentów. Wyprawił on we Lwowie wielkie nabożeństwo żałobne, jednocześnie zaczynając zbierać sojuszników na czas zbliżającej się elekcji. Po uroczystej procesji, która przemaszerowała lwowskimi ulicami, jego stronnictwo poczęto określać jako Czarnych. Chętnie widzieliby oni na tronie młodego Zygmunta Wazę, syna króla Szwecji Jana oraz Katarzyny Jagiellonki. Dostrzegali w nim dziedzica potęgi rodu jagiellońskiego i odnowiciela świetności Rzeczypospolitej. Szukali również unii z rosnącym w siłę państwem szwedzkim. Po przeciwnej stronie politycznej sceny stanęło stronnictwo Zborowskich. Ród ów, zawsze skupiający warchołów, infamisów i zabijaków, żył w wielkiej nienawiści do Zamoyskiego odkąd doprowadził on do schwytania i ścięcia banity Samuela Zborowskiego, który nastawał na życie króla. Czyn ten zraził do Zamoyskiego dużą część szlachty, ceniącej zuchwałość i odwagę, których Samuelowi nie sposób było odmówić. Zyskał mu też śmiertelnych wrogów w osobach Andrzeja i Piotra Zborowskich, obecnych seniorów rodziny. Bracia chętnie otaczali się podobnymi sobie awanturnikami i wywołańcami, na czele ze straszliwym Stanisławem Stadnickim herbu Szreniawa. Warchoł ów i szaleniec, od niedawna rezydujący na zamku w Łańcucie, zyskał sobie w pełni zasłużone miano Diabła. W jego lochach nieustannie jęczeli nieszczęśni więźniowie, zarówno ofiary wojny prowadzonej ze starostą leżajskim Łukaszem Opalińskim, jak i przypadkowi przejezdni. Obóz Zborowskich optował za kandydaturą Maksymiliana Habsburga, zwanego Deutschemeisterem, szukając osobistych korzyści w rozszerzeniu mocarnego imperium Habsburgów. Istniało wszakże jeszcze trzecie stronnictwo, działające jednak w ukryciu i z istnienia którego niewielu żywych zdawało sobie sprawę. Wreszcie sąd konwokacyjny na czele z interrexem Stanisławem Karnkowskim, prymasem Polski i arcybiskupem gnieźnieńskim, wyznaczył rozpoczęcie elekcji na dzień 30 czerwca, na środek roku.

***

Szlachta zbierała się tłumnie. Ciagnęli na pola pod Warszawą bosonodzy, częstokroć już schłopiali Mazurowie, ciągnęli odziani w aksamity panowie z północnych województw, bardziej nawykli do kielicha, niż do szabli. Potężni litewscy możnowładcy wiedli orszaki kolorowo odzianych dworzan, zaś butni magnaci z ukraińskich stepów oddziały ponurych, zaprawionych w bojach rębajłów. Przybyli również z potężnymi siłami przedstawiciele obydwu stronnictw. Zborowscy przywiedli niemal siedem tysięcy wojska, w tym słynną husarię Stadnickiego. Siły Czarnych szacowano ostrożnie na cztery tysiące pieszego ludu oraz kilka armat. Obie armie rozłożyły się warownymi obozami po przeciwnych stronach pola elekcyjnego. Tymczasem zabrakło wolnych izb w zajazdach i nowo przybyli zmuszeni byli znaleźć sobie miejsce gdzie indziej. Pole zakwitło setkami namiotów – od prostych schronień chudopałków po ociekające złotem kwatery wielmożów. Wraz z nimi pojawiły się roje straganów ze wszelkimi dostępnymi owymi czasy dobrami. Smagłoskórzy Ormianie sprzedawali tureckie bakalie i modne, wschodnie ubiory, kowale i płatnerze prezentowali swoje wyroby, zaś kobiety obyczajów lżejszego sortu - swoje wdzięki. W rozstawionych pośpiesznie budach można było skosztować mięsiw i trunków ze wszystkich zakątków cywilizowanego świata. Przy kartach i kościach zdobywano lub tracono fortuny, a zagorzali pojedynkowicze stawali na szable i pistolety, konno lub pieszo. Rojno było i gwarno. Pośród tego wielkiego niby festynu działalność prowadzili rozliczni krzykacze i agitatorzy. Przekonywali zebranych jegomościów do tej, czy innej kandydatury, zależnie od własnych przekonań i od właścicieli sakiewek, z których pobierali wynagrodzenie. Pośród zebranych pojawiła się trzecia koncepcja. Srebrne usta i wręczające złoto dłonie ukazywały jako najlepszy wybór elekcję „Piasta” – Polaka. W końcu wypłynęło nazwisko księcia Michała Szydłowieckiego herbu Odrowąż, potężnego magnata kresowego, którego ród stawiano na równi z Czartoryskimi czy Wiśniowieckimi. Przeciw niemu świadczyła obawa szlachty przez wyborem jednego spośród równych i przed dominium absolutum, za nim zaś – sława wielkiego wodza, pogromcy tatarskich czambułów oraz osobista charyzma. Doszło do tego, iż jego kandydaturę równano z kandydaturą Habsburga. Faworytem wyścigu po tron został jednak królewicz Zygmunt. Na początku sierpnia zdali sobie z tego sprawę również Zborowscy i ich sojusznicy. Doprowadzeni do ostateczności bracia wyprowadzili część wojsk z obozu i ruszyli pochodem przez pole elekcyjne, chcąc siłą osadzić na tronie Habsburga. Wywiązała się bezładna strzelanina, padli ranni i zabici. Życie stracili rotmistrz Wąsowicz i kanonik Brzeziński. Zamojszczykom, wspartym przez siły Odrowęża, udało się zatrzymać Zborowskich. Zapadł wieczór i nie doszło do walnej rozprawy. Obie strony wycofały się do obozów. Próba puczu nie powiodła się i piekielni bracia stracili bardzo w oczach szlachty. Wielu nigdy nie zapomniało im przelanej tego dnia krwi. Zamoyski triumfował. Następnego dnia w warszawskiej kamienicy Pod Złotym Kurem, należącej do kupca Löelhöffela, zwycięzcy wydali wielką ucztę.

***

Obszerna sala rozświetlona była tysiącem świec. Przy ustawionych w kształt podkowy stołach zasiadali liczni goście, w taki czy inny sposób związani ze stronnictwem Zamoyskiego, albo z Odrowężem. Powietrze wypełniał gwar rozmów i aromat wspaniałych potraw, wynoszonych co chwila z kuchni. Pośród zaproszonych krzątała się służba, powiększając jeszcze wszechobecny harmider. Ściany pomieszczenia przyozdobiono kunsztownie tkanymi arrasami i obrazami włoskich mistrzów, w większości wypożyczonymi specjalnie na ten wieczór. Tylko i wyłącznie dla dostojnych gości opróżniono spiżarnię z najwykwintniejszych mięs i przypraw, a piwnicę z win najlepszych roczników. Bo też i goście zaiste byli znamienici. Na honorowym miejscu u szczytu stołu zasiadał prymas Karnkowski. Podeszły już wiekiem duchowny niezbyt pewnie czuł się w towarzystwie dowcipkującej i wyśpiewującej sprośne historie szlachty. Jadł i pił z umiarem, z rzadka angażując się w rozmowy. Miejsce po prawicy prymasa zajmował kanclerz Zamoyski, człowiek o bladej twarzy okolonej szeroką, czarną brodą. Wydawał się być pogrążony w myślach, w duchu znajdował się gdzieś daleko stąd. Jego ponure oblicze wyraźnie kontrastowało z nastrojem powszechnej wesołości. Po przeciwnej stronie gnieźnieńskiego arcybiskupa zasiadał Michał Szydłowiecki, mężczyzna w sile wieku, ale iście herkulesowej postawy. Jego potężną pierś opinał karmazynowy, atłasowy kontusz o białym oblamowaniu. Za jego pasem pyszniła się szabla o wysadzanej rubinami rękojeści. Na jasnej, opatrzonej sumiastymi wąsiskami twarzy panował spokój. Magnat bez wysiłku pochłaniał kolejne porcje pieczystego, zaprawiając je całymi dzbanami wina. Zdawał się niczym nie przejmować. Kilka miejsc dalej, na zgięciu podkowy, usiadł gospodarz, handlujący przyprawami Ignacy Löelhöffel. Kraśniał z dumy, że to pod jego dachem zgromadziło się tyle osobistości, mimo że wielu biesiadników nie dorównywało mu majątkiem. W skrytości ducha już zastanawiał się, jak przełożyć na wymierne zyski prestiż, jaki przyniesie mu dzisiejsza uczta. Oprócz nich na długich ławach siedzieli panowie bracia ze wszystkich zakątków Rzeczypospolitej. Przechwalali się, żartowali i kłócili, wlewając w siebie morze trunków. Pośród nich wyróżniali się dwaj ucztujący, ulokowani przy jednym z końców stołu. Starszy z nich przyodziany był w niepozorny, szary wams. Przez jego twarz przebiegała pionowo wąska, stara blizna, z powodu której jedno oko pokryte było bielmem. Szlachcica tego nikt nie zaprosił, mimo to nikt nie ośmielił się też go zatrzymać. Tchnęło od niego powagą i grozą. Biesiadnicy się do niego nie odzywali, a i on nie szukał towarzystwa nikogo, prócz siedzącego obok mężczyzny. Co pewien czas oglądał się w stronę drzwi, jakby czegoś wyczekując. Jego kompan miał ciemną cerę, czarne włosy, wydatny orli nos i gładko ogoloną twarz. W przeciwieństwie do swego towarzysza pochłaniał ogromne ilości jadła i to pomimo swej drobnej budowy. Zagadnięty odpowiadał z wyraźnym, cudzoziemskim akcentem. Ktoś obyty w świecie mógłby rozpoznać go jako mieszkańca Siedmiogrodu lub Węgier. Uczta trwała w najlepsze, gdy przez jedne z drzwi wkroczył wysoki, chudy dworzanin ze świty Zamoyskiego, prowadzący dziwacznie ubranego przybysza. Przyodziany w budzące powszechną wesołość pończochy i ekstrawagancki kabat mężczyzna nosił szeroką brodę barwy lnu i miał niezwykle jasną cerę mieszkańca Północy. U boku kołysał mu się krótki sztylet, zaś w ręce dzierżył opatrzone ogromną pieczęcią pismo. Dworzanin szepnął coś Zamoyskiemu, a Septentrion pokłonił się kanclerzowi i podał mu wiadomość. Następnie obaj oddalili się, a hetman podniósł się, by zabrać głos. - Mości panowie, król szwedzki kieruje do nas swoje słowo. Raczcie wysłuchać… Nie można powiedzieć, że zapadła cisza, ale gwar rozmów nieco przycichł. Kanclerz przełamał grubą pieczęć i rozwinął pismo. Przebiegł je wzrokiem raz i drugi, po czym zbladł straszliwie i osunął się na bogato zdobione krzesło. Ksiądz prymas chwycił pergamin i skrzywił się nieco ujrzawszy jego treść, ale po chwili przemówił donośnym głosem: - Królewicz Zygmunt nie żyje. Zmarł dwa tygodnie temu podczas snu. Przy stole zapanował rwetes, przekrzykując się nawzajem, powtarzano dziesiątki razy straszną nowinę. Tylko szary, jednooki szlachcic wyraźnie się uspokoił. Wypuścił powietrze z płuc, usiadł wygodniej, pokiwał głową i uśmiechnął się. Jego towarzysz nawet na chwilę nie przestał delektować się pasztetem z królika. Po pewny czasie wszystkie oczy zwróciły się na Zamoyskiego. Zdano sobie sprawę, ile teraz zależy od jego słów, że w jego rękach leżą losy elekcji. Tylko Michał Odrowąż spochmurniał i starał się nie patrzeć na kanclerza. Wydawał się nie interesować niczym poza odrobiną wina na dnie swego kielicha. Tymczasem Zamoyski zamilkł. Nienaturalnie blada twarz i splątana, czarna broda nadawały mu wygląd upiora. Widać było, że toczy wewnętrzną walkę. Wreszcie potrząsnął głową, podniósł się z miejsca i wzniósł do góry puchar. Sala zamilkła. - Vivat… Vivat Michaelus Rex! Ulicami Warszawy potoczył się gromki okrzyk.

***

Po kilkunastu dniach na środku pola elekcyjnego wyrosła ogromna drewniana szopa. To właśnie tam, wedle wszelkich praw i obyczajów miało się odbyć głosowanie. Szlachta z poszczególnych powiatów kierowała się do środka i głośno obwieszczała swoją decyzję. Siwobrody szlachcic zaznaczał kolejne kreski na zajmującej niemal całą ścianę drewnianej tablicy. Trzech innych skrzętnie zapisywało w księgach nazwiska głosujących. Na poddaszu, którego akurat ten budynek w zasadzie posiadać nie powinien, stały dwa fotele i stolik, których z całą pewnością być tam nie powinno. W owych fotelach rozpierali się daj przedstawiciele organizacji istniejącej już od przeszło trzech wieków. Byli to jednooki szlachcic oraz śniadoskóry Madziar, uczestnicy pamiętnej uczty Pod Złotym Kurem. Przez szczelinę w podłodze do ciemnego pomieszczenia sączyło się światło. Szczelina ta dawała także znakomity prospekt na poznaczoną kreskami tablicę, z czego obaj mężczyźni nie wahali się korzystać. Węgier sięgnął po stojącą na stoliku karafkę z winem i dolał sobie trunku do kielicha. - Jak myślisz, Szwedzi już wiedzą? – zapytał półgłosem. - O czymż to? - Że królewicz Zygmunt raczy odszejść śmiercią niezupełnie naturalną. - Syryjczyk twierdził, że trucizna będzie niewykrywalna. Użył jego włosów, paznokci i czort jeden wie, czego jeszcze. Mimo to jestem pewien, że już się przynajmniej domyślają. Sęk w tym, żeby nie dotarli do nas. - A jeśli dotrą? - Wypadki się zdarzają – mruknął niezobowiązująco jednooki. - Mhmmm. Ciekawe, jak Zamoyski zareagowałby na tą wiadomość. - Nie sądzę, by go to obeszło. Stary lis chętnie widziałby koronę na własnych skroniach, a stolicę w Zamościu – cyklop uśmiechnął się krzywo. - Wiesz, że Zborowscy mogą sprawiać kłopoty? - Wieść głosi, że cesarz Rudolf zaniemógł, a Maksymilian zrezygnował ze starań o polską koronę. Ponoć udał się do Wiednia, by czuwać przy łożu boleści, okazywać braterską miłość i nie stracić szans na diadem Imperatora. Madziar zmarszczył brwi. - Nie wiedziałem nic o tej operacji. Szlachcic ponownie wzruszył ramionami. - Bo to nie my. Choć przyznaję, że pomysł przedni. Z drugiej strony, koronowane głowy też chorują. Czasem nawet z przyczyn naturalnych. Jego rozmówca uśmiechnął się i pociągnął wina z kielicha. Tablica pod ich stopami powoli się zapełniała.

***

Elekcja zakończyła się. Niektórzy, nie wierząc w wieści ze Sztokholmu, zagłosowali za młodym Wazą. Inni, nie bacząc na nic, oddali swe kreski Habsburgowi. Większość jednak, idąc za przykładem wielkiego kanclerza, który jako pierwszy wkroczył do elekcyjnej szopy, poparła kresowego magnata. Początkowo, mimo wyników elekcji, Zborowscy byli zdecydowani obwołać Maksymiliana prawowitym władcą. Zamiar upadł, gdyż Deutschemeister, zajęty czuwaniem przy łożu najjaśniejszego cesarza, nie odpowiadał na ich pisma. Obawiając się kolejnej kompromitacji, piekielni bracia postanowili się wycofać. Pod osłoną nocy ich wojska opuściły pole elekcyjne, porzucając warowny obóz. Nie niepokojeni ani przez siły Zamoyskiego, ani przez nowo obranego króla, oddalili się od Warszawy. Zarówno król, jak i kanclerz, mieli jeszcze tego pożałować. Dnia 27 grudnia Roku Pańskiego 1587 w katedrze wawelskiej prymas Karnkowski założył koronę Świętego Królestwa Polskiego na skronie Michała Szydłowieckiego herbu Odrowąż, mieniącego się być spadkobiercą spuścizny rodu piastowskiego. Ceremonię poprzedził uroczysty wjazd magnata do miasta. Z woli Zamoyskiego na miejskiej bramie zawieszono ogromny portret Stefana Batorego. Posępny Siedmiogrodzianin spoglądał ponuro na wiwatujące tłumy. Na czele orszaku, na wielkim, karym ogierze i w eskorcie swych stepowych wilków jechał rosły mąż o spokojnym wejrzeniu. Z dumą spoglądał w oczy swego sławnego poprzednika, jednocześnie łowiąc spojrzenia nieco niechętnego temu widokowi Zamoyskiego. Losy Rzeczypospolitej Obojga Narodów wkroczyły na nowe tory.

***

Michał wkroczył do królewskiej sypialni i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Zrzucił na ziemię kontusz, po czym rozchełstał na piersi żupan. Opadł na głębokie krzesło, przeczesując palcami wilgotne włosy. O okienne szyby tłukł z zaciętością rzęsisty deszcz. Władca odczuwał już w głowie przyjemny szum, więc z niejakim rozrzewnieniem myślał o ustawionym pod ścianą szerokim łożu. Wiedział jednak, że tego wieczoru czeka go jeszcze jedna wizyta. Z mroku zalegającego kąty pomieszczenia wyłoniła się wysoka postać. Król powstał, rozkładając szeroko ramiona. Po chwili dojrzał jednak drugą wyłaniającą się z ciemności osobę. - Czego tu chcecie? – zaczął niepewnie. - Spokojnie – odparł pierwszy z przybyszów. – Pozwól, to jest László Esterházy, mój najbliższy druh. Wyciągnął mnie kiedyś ze śmiertelnej opresji – mężczyzna potarł nerwowo szpecącą jego oblicze bliznę – i od tamtej pory zwierzam mu się ze wszystkich spraw. Wszystkich – zaznaczył dobitnie. Węgier złożył głęboki ukłon, nieco nazbyt ironiczny, jak na gust Michała. Na jego twarzy nieustannie gościł szeroki uśmiech. Władca skinął jedynie głową. - Zatem udało się, bracie. - Nie da się ukryć – odrzekł Marcin Szydłowiecki herbu Odrowąż, odrzucając na plecy kaptur płaszcza. Na jego odzieniu nie widniała nawet kropla wody. Dopiero teraz, gdy stanęli naprzeciw siebie, Siedmiogrodzianin Esterházy mógł w pełni dostrzec ich wzajemne podobieństwo. Ta sama słuszna postura, bardzo podobne rysy twarzy. Ten sam gorejący w oczach ogień. Aż dziw, że tak niewielu ludzi spostrzegało to pokrewieństwo lic. No, ale kto by pomyślał. Król… I szpieg. - Rodzice byliby dumni – stwierdził z krotochwilnym uśmiechem Marcin. Kaskada śmiechu potoczyła się korytarzami wawelskiego zamku.

{b}CZĘŚĆ II{/b}

Oto nastał wszem i wobec Rok Pański 1589. A miał on być obfity w wydarzenia tak wielkie, jak i straszne. Michał I Odrowąż smakował coraz bardziej w roli króla. Budował swoją pozycje pośród średniej szlachty, podarkami i urzędami zdobywał sympatię możnych. Zbroił nowe kwarciane chorągwie, zaciągnął na żołd wyśmienitych czeskich najemników. A jednocześnie załamywał ręce nad opieszale wpływającymi do skarbca podatkami i samowolą panów braci. Jan Zamoyski wciąż jeszcze żył pamięcią Batorego, a Odrowąż, mimo wszystkiego dobrego, co można by o nim powiedzieć, Batorym nie był. Hetman pilnie obserwował każdy krok nowego władcy. A na obserwacje te miał tym więcej czasu, że Zborowscy jakby zapadli się pod ziemię. Jedni głosili, że udali się oni na dwór cesarski, inni twierdzili, że wraz ze swymi siłami ruszyli na północ lub na wschód, ku granicy z Carogrodem. Jeszcze inni zarzekali się, że widzieli, jak między braćmi wybuchł spór i że obaj pomarli z odniesionych w pojedynku ran. Diabeł Stadnicki odwiedził kilka razy Łańcut, ale nikt nie był rzecz jasna na tyle szalony, by próbować go wypytywać. Cesarz Rudolf wydobrzał dzięki kąpielom w źródłach termalnych i nader czułej opiece hrabiny von Cassel. Zaraz potem pospadały głowy tych, którzy usiłowali zbić jego kosztem polityczny kapitał podczas jego niedyspozycji. Maksymilian zdecydował, że bezpieczniej będzie zainteresować się działalnością w zakonie krzyżackim, którego głową został zresztą już rok później. Marcin Szydłowiecki i jego kompanioni zajmowali się sprawami, o których lepiej nie mówić, a o których i myśleć bywa niebezpiecznie.

***

Król Michał długo zastanawiał się i planował, aż wreszcie zdecydował się działać. Pod koniec marca zwołany został sejm ekstraordynaryjny. I zaiste, miało to być wydarzenie prawdziwie niezwykłe. Wedle zwyczaju sejmy owe zwoływano wyłącznie w obliczu wojny, a na takową się akurat nie zapowiadało. Jakby tego było mało, miłościwie panujący, powołując się na stare, dawno już zapomniane prawo, skonfederował sejm pod własnym, nie zaś kanclerskim przewodnictwem. Pretekstem miała być rzekomo przygotowywana właśnie przez Zamoyskiego wyprawa na hospodarstwo mołdawskie. Przybył tedy Zamoyski do Piotrkowa pełen jak najgorszych przeczuć. Jego obawy jeszcze urosły, gdy ujrzał, jak niewielu deputowanych dotarło na miejsce obrad. Później okazało się, że do wielu sejmików ziemskich wezwania na sejm walny dotarły z poważnym opóźnieniem, do niektórych wręcz w przededniu zebrania. Dziwnym trafem wypadki takie miały zwykle miejsce w regionach skupiających najwięcej zwolenników polityki kanclerza. Zastanawiająca przy tym była obecność praktycznie wszystkich posłów z kresów, rodzinnych okolic króla. Wbrew powszechnej praktyce obrady rozpoczęto o czasie, nie czekając na przybycie spóźnionych delegatów. Już pierwszego dnia zaprezentowano ustawę królewską, która wstrząsnęła nielicznie zebranymi konserwatystami.

***

Zamilkł wreszcie tubalny głos herolda odczytującego treść ustawy. Na sali, w której zgromadzili się posłowie, senatorowie i król wraz z dworem, zapadła głucha cisza. Senat o wszystkim wiedział - pomyślał król Michał. - Senat wiedział, a senatorów się obłaskawi. Posłowie jeszcze nie wiedzą, co myśleć i tylko rozglądają się niepewnie. Ale Zamoyski… Zamoyski się gotuje. Iście, jakby mu miał zaraz płomień z uszu buchnąć. Święty Boże, to zamach na państwo - pomyślał otoczony stronnikami kanclerz. - Zamach na złotą wolność. Dominium absolutum. Nowe podatki, nowe wojska komputowe. Piechota łanowa z dóbr szlacheckich i kościelnych. Szlacheckich! Konfiskaty dóbr za uchylanie się od podatków. Przywilej nieszawski zniesion, liberum veto zniesione. A co w zamian? Nic nieznaczące obietnice pokoju w granicach. Wizje podbojów. Mrzonki starego rozbójnika. Do diabła, to nie może mu się udać. Poleje się tu krew - przemknęło przez myśl Marcinowi Szydłowieckiemu, skrytemu na galeryjce okalającej salę. - Poleje się jak nic. Co tu tak cicho? – pomyślał Grzegorz Przywidzki, poseł ziemi sanockiej, budząc się z drzemki, wywołanej zapewne całonocnym opilstwem. Zamoyski poderwał się z miejsca, zaraz potem podniosło się grono jego współpracowników, dużo mniej liczne, niż zazwyczaj. Dumnie wyszedł na środek sali, powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Spojrzał na spokojne, nic nie wyrażające twarze senatorów, na wpatrzonych w niego posłów, katem oka dostrzegł jakiś ruch na galeryjce. Odruchowo sięgnął do rękojeści szabli, ale zawahał się, gdy ujrzał stojącą za rozpierającym się na wysokim krześle królem gwardię królewską – jeden z wymysłów monarchy. Sześciu husarzy z nadwornej chorągwi stało ramię przy ramieniu, jeden w drugiego mocarze, okryci połyskującymi napierśnikami i skórami dzikich kotów z odległych krajów. W końcu ograniczył się do dwukrotnego trzaśnięcia rękojeścią, by uciszyć wzrastający na sali pomruk. - Cóż to, mości kanclerzu, chciałbyś może cos powiedzieć? – zaczął z uśmiechem król. – Pamiętaj wszakże, że królem polskim jestem i nie mam ochoty dzielić z kimkolwiek królewskiej władzy. - Królem zostałeś wybrany przez Polaków, nie zaś tyranem – wykrzyknął wzburzony hetman. - I królem mam zamiar pozostać, nie zaś twoją marionetką. Rozwścieczony Zamoyski obnażył szablę. - Wiedz, uzurpatorze, że póty to ostrze nie spocznie, póki twa tyrania obalona nie będzie, a złota wolność przywrócona nie zostanie – rzekł kanclerz, po czym wraz z następującymi mu na pięty towarzyszami opuścił zgromadzenie. - Liberum ve… - zapiał nagle rozbudzony Przywidzki, po czym padł nieprzytomny na siedzenie, obalony kułakiem innego posła. Król westchnął, pokręcił głową i oparł brodę na pięści, wpatrzony w dal. Na sali rozległ się gwar rozmów.

***

W kraju zawrzało, podniosły się głosy niezadowolenia. Na ziemskich sejmikach gardłowano ile wlezie, wykłócając się o znaczenie królewskiej ustawy. Zawiązano nawet kilka konfederacji, które jednak kończyły zwykle swój żywot w najbliższej karczmie. Nagle coś zawisło w powietrzu i wszystko umilkło. Nawet Zamoyski zaszył się tylko w swej twierdzy, by snuć plany i knowania. Cała szlachta wstrzymała oddech, w oczekiwaniu na rozwiązanie się sytuacji. Niby beczka prochu, całe państwo czekało tylko na iskrę, by wybuchnąć. Iskra owa miała się wkrótce pojawić.

***

W sypialni króla panował półmrok, rozświetlany wyłącznie blaskiem gwiazd wpadającym przez wysokie okna. Na olbrzymim łożu z baldachimem leżał Michał I. Do jego szerokiej piersi tuliła się szczupła dziewczyna o pełnych piersiach i długich, jasnych włosach. W najciemniejszym kącie komnaty pojawiła się nagle postać. Marcin Szydłowiecki nacisnął na element fresku pod sufitem i fragment ściany z cichy chrzęstem wrócił na swoje miejsce. Odgłos ten obudził jaśnie panującego. Błyskawicznie sięgnął po ukryty pod poduszką sztylet, ale zaraz opuścił rękę, rozpoznawszy brata. Ten przycisnął palec do ust, gestem wskazał na dziewczynę, po czym rozsiadł się w fotelu, naciągając głębiej kaptur na głowę tak, by w ciemnościach nie dało się rozpoznać jego twarzy. Król delikatnie rozbudził kobietę, a ta zamarła na chwilę widząc postać w czarnym płaszczu, kiedy jednak Michał klepnął ją w pośladek, bez skrępowania naciągnęła na siebie leżącą na posadzce suknię, podniosła ze stolika puzderko z kosztownym naszyjnikiem, uśmiechnęła się i opuściła komnatę. Król usiadł na łóżku, nalał sobie kielich wina i opróżnił go jednym haustem. Podrapał się po brodzie i potrząsnął głową, całkowicie już rozbudzony. - Panna z fraucymeru marszałkowej litewskiej – mruknął, odpowiadając na nieme pytanie brata. Anna Radziwiłłowa bawiła właśnie w Krakowie. – Niebrzydka, a poza tym nie ma złudzeń co do swojej roli i nie oczekuje, że zrobię z niej królową. Zdziwiłbyś się, jak trudno jest znaleźć połączenie tych cech. - A właśnie, może już czas się ożenić, braciszku? Wszak Habsburgowie swatają ci Annę Habsburżankę. - Konterfekt, który przesłali jest obrzydliwy, a to oznacza, że ona sama… - Ale dobro panstwa… - Dość. Mów, z czym przychodzisz, albo daj mi spokój. - Właśnie dostaliśmy pewną wiadomość. Powinna tu dotrzeć normalnymi kanałami najdalej pojutrze, ale pomyślałem, że będziesz chciał wiedzieć wcześniej. Zborowscy się znaleźli. - O. - I nie zgadniesz, co zrobili. Obwołali nowego antykróla. - Co takiego? Przecież Habsburg już raz ich opuścił – Michał zmarszczył brwi. - Tym razem to nie on. Trafili razem z wojskiem do Prus Książęcych, jakimś cudem zdołali wespół ze Stadnickim wygryźć stamtąd Jerzego Fryderyka i przejęli kuratelę nas Albrechtem Hohenzollernem. - Albrecht? Albrecht Fryderyk? Czy on nie miał ostatnio coś z… - popukał się znacząco w głowę. - Owszem – przyznał Marcin. – Idealnie wręcz nadaje się na króla. - Bardzo zabawne. - Nie bardzo. Teraz wszyscy malkontenci niezadowoleni z twoich poczynań ciągną na północ. Dawni stronnicy Zborowskich, oprawcy Stadnickiego, starosta krakowski Mikołaj Zebrzydowski i jego ludzie, infamisi i wywołańcy ze wszystkich stron kraju. Wieść głosi, że nawet Zamoyski ruszył z Zamościa. - Nawet on – Michał pokręcił głową. - A może być jeszcze gorzej – stwierdził szpieg. – Jeśli chcesz znać moje zdanie… - Nie obędzie się bez wojny, prawda? - Prawda. - A zatem niech nie będzie to wojna domowa. Marcin pokiwał poważnie głową. Nad Krakowem wstawał świt. Dachy przybrały barwę krwi.

***

Przez kolejne dwa dni król nie opuszczał swej komnaty, przygotowując kolejne posunięcia. Wieczorem drugiego dnia władca przyjął żołnierza, przynoszącego wiadomości z garnizonu przy granicy Prus Książęcych. Godzinę później, w zapadający już zmrok wyruszył inny posłaniec. Zmierzał na południe, w kierunku cesarskiej stolicy, Wiednia. W przytroczonej na piersiach skórzanej torbie wiózł list opatrzony królewską pieczęcią. Na królewskim dworze zapadło pełne napięcia oczekiwanie. Po cichu zaczęto ściągać w okolice Warszawy chorągwie z mniej zagrożonych obszarów. W krakowskich szynkach szeptano, że do miasta przybył Stanisław Żółkiewski herbu Lubicz, hetman polny koronny. Wreszcie nadciągnął długo oczekiwany cesarski wysłannik.

***

Król zatopiony był właśnie w lekturze jakiegoś opasłego tomu, gdy przez szerokie drzwi wprowadzono habsburskiego posła. Przystrojony on był, wedle najnowszej mody na cesarskim dworze, w mnóstwo koronek, zaś na kaftanie wyhaftowano mu absurdalnie wielkiego, dwugłowego orła. Na jego dość nijakiej twarzy zwracał uwagę jedynie wydatny, haczykowaty nos. Iście, jakby habsburski orzeł zyskał trzeci łeb. Wysłannik skłonił się nisko i zaczął piskliwym głosem: - Jego łaskawość, władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, dziedzic potęgi rodu habsburskiego, król Czech i Węgier, słońce… - król westchnął cicho i rozparł się wygodniej na wyściełanym krześle. - … cesarz Rudolf kieruje do was, Panie, poprzez moje usta, swoją wolę. Jego cesarska mość przychyla się do waszego punktu zapatrywania i błogosławi waszym zamiarom rozwiązania problemu Prus Książęcych. Cesarz upoważnił mnie także do przekazania wieści, że wasza oblubienica przybędzie do Krakowa najpóźniej tydzień po mnie – Michał ledwo zauważalnie skrzywił usta. – Ze swojej strony pragnę dodać… - Dość – ochrypłym głosem rzekł król, wznosząc rękę. Niemiec ledwie zdążył się ukłonić, nim wyprowadzono go z komnaty i zatrzaśnięto drzwi. Władca rozluźnił się, uśmiechnął lekko i zamknął spoczywającą na blacie stołu księgę. Złocone okucia zalśniły w promieniach słońca. Skończył się okres oczekiwania – przemknęło przez myśl Michałowi. – Czas rozpocząć działanie.

***

Wbrew zapowiedziom na przybycie księżniczki Anny Austriaczki przyszło w Krakowie czekać jeszcze bez mała dwa tygodnie. Uroczysty wjazd orszaku przyszłej królowej do miasta ściągnął na ulice stolicy prawdziwe tłumy. Ludzie podziwiali pozłociste karety, kolorowych paziów i błyszczące kirysy niemieckich jeźdźców. Kawalkada dotarła wreszcie na zamkowy dziedziniec, gdzie zgromadził się cały dwór królewski. Największa, najbardziej ozdobna kareta zatrzymała się w pobliżu grupy dworzan. Stangret zeskoczył z kozła, rozłożył niewielkie schodki i otworzył ozdobne drzwi. Ze środka wyłoniła się młodziutka, lekko przygarbiona dziewczyna o wielkich, przestraszonych oczach. Jaka śliczna – pomyślał strażnik pełniący wartę na murach Wawelu. No proszę, choć raz cesarski portrecista przesadził w drugą stronę – pomyślał wojewoda krakowski. Oto nasza mała racja stanu – pomyślał jednooki szef wywiadu. Biedne dziecko – pomyślał hetman polny. – Jeszcze nie wie, co ją czeka. A Michał Odrowąż zakochał się. - Pani. - Królu mój.

***

Czas wojny ma jednak swoje prawa. Habsburżankę ulokowano we wschodnim, niedawno odnowionym skrzydle zamku. Po wieczerzy Anna udała się na spoczynek, wciąż jeszcze odczuwając trudy podróży. Król powrócił do swych komnat, by zażyć nieco snu przed drogą na północ. Dziwne wrażenie zrobił na młodej Niemce ten człowiek. Mimo swego wieku, wciąż promieniował od niego młodzieńczy entuzjazm i witalność. Pośród grubo ciosanej twarzy błyszczały oczy świadczące o żywym intelekcie i bystrości umysłu. Pochłaniał jadło w ogromnych ilościach, jednocześnie dyskutując z nią o literaturze i sztuce, rozmawiając po niemiecku i wygłaszając łacińskie sentencje. Ileż sprzeczności drzemało w tym mężu. Żal było Habsburżance rozstawać się z tym, który już wkrótce miał zostać jej mężem. Noc minęła nieubłaganie, a tuż przed świtem król Michał wyruszył wraz z hetmanem Żółkiewskim i nieliczną eskortą w stronę Warszawy, gdzie spotkać się miał ze zgromadzonymi siłami. Prócz ściągniętych pospiesznie chorągwi jazdy i kilku lekkich armat, na polach pod miastem stacjonowały, zgodnie z królewskim poleceniem, oddziały świeżo przeszkolonej chłopskiej milicji oraz wybranieckiej piechoty. Dokonawszy przeglądu wojsk, władca powiódł swą armię na północ, ku granicy Prus Książęcych, osiągając ją wieczorem dnia świętego Jacka, 17 sierpnia Roku Pańskiego 1589.

{b}CZĘŚĆ III{/b}

Król i hetman wyjechali za obóz. Pod kopytami ich rumaków pieniła się niewielka rzeczka, w kępie leszczyny spoczywał omszały głaz graniczny pokryty zatartymi, nieczytelnymi znakami. Na tle ciemniejącego powoli nieba odznaczała się bryła zamku ełckiego, przez Niemców zwanego Lyck. W oddali słyszeć się dało gwar obozowiska. - Panie, jestem stanowczo przeciwny twojej decyzji o podejściu pod Ełk – zaczął hetman, domyślając się powodu wspólnej wyprawy. – Marnujemy czas i siły, zamiast dążyć do rozprawy ze Zborowskimi. - Dosyć, mości hetmanie. Wbrew temu, co sądzisz ty, co sądzi niemiecki kajzer, czy co wyobraża sobie Jerzy Fryderyk, nie przybyliśmy tu, by rozwiązywać czyjekolwiek problemy. My tu zostajemy, panie Żółkiewski. Potrzebujemy Prus Książęcych, potrzebujemy nadbałtyckich portów i krzyżackich twierdz. Nie potrzebujemy natomiast kolejnego butnego Niemiaszka pod bokiem – splunął za pogardą. – I właśnie dlatego będziemy zajmować i obsadzać każde większe miasto na naszej drodze. - Zgodnie z traktatem… - Zgodnie z traktatem krakowskim Prusy będą nasze po wygaśnięciu męskiej linii Hohenzollernów. A ja mam zamiar dopilnować, żeby ta linia wygasła bardzo szybko. - Cesarz nie będzie zadowolony. - Rudolf stara się doprowadzić do mojego małżeństwa z Anną. A ślub per procura to jeszcze nie ślubny kobierzec, chociaż ta księżniczka… Ech, wracajmy. Chłodno się robi. Zawrócili i powoli ruszyli w stronę obozu. - Panie, czy mogę zadać jeszcze jedno pytanie? Czemu ja? Wszak Piorun Radziwiłł chętnie by mnie zastąpił. - Piorun ma swoje zadania. Dlaczego pytasz? - Przecież byłem… Nadal jestem przyjacielem Zamoyskiego. - Właśnie dlatego cię wybrałem. - Nie rozumiem. - Jeśli zdecydowałeś się ruszyć ze mną przeciw kanclerzowi, to pójdziesz za mną wszędzie. A ja wciąż nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie moja droga.

***

Ponad Ełkiem wstał ponury, pochmurny dzień. Oddziały króla polskiego rozstawiły się na równinie pod miastem, na postrach jego obrońcom. Po godzinie w stronę królewskiego namiotu ruszyła, okrzyknięta z murów, delegacja rady miejskiej. Za pulchnym emisariuszem przyodzianym w jedwabie, który mienił się być radnym miasta Lyck, dwójka…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych