Afryka
Utwór o Legii Cudzoziemskiej (to nie są wspomnienia gwoli uściślenia), dla którego ta szczególna formacja wojskowa jest swoistą kanwą, pretekstem do opowieści o człowieku zamieszanym w odległy konflikt zbrojny, daleko pod afrykańskim niebem. Miała to
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Słońce chyliło swą tarczę ku falującej linii horyzontu. Od celu naszej dzisiejszej marszruty dzieliło mnie tylko kilka minut wspinaczki stromym wzniesieniem porośniętym suchą trawą. Nerwowo żułem gumę chcąc oszukać swój organizm, zmusić go do zwiększonej produkcji śliny. Odrobina wilgoci spływająca ze ślinianek ledwie zraszała zeschnięte gardło, przez które przelatywał świszczący oddech, równie głośny, jak dźwięk toczącej się w żyłach krwi. Po całodziennym, forsownym marszu zdawało się, że nogi nie różnią się niczym od drewnianych kloców. Dwie godziny temu mięśnie przestały boleć i dawały znać o sobie jedynie mrowistym odrętwieniem. Jeszcze najwyżej kwadrans i w spokoju położę się na suchej, wypalonej równikowym słońcem ziemi. Wojskowy plecak z rynsztunkiem niemiłosiernie ciążył wbijając w ramiona swoje paski – niczym żelazne palce jakiegoś atlety. Kilkanaście metrów przed krawędzią porośniętego kępami suchych krzewów, płaskiego szczytu, zaczekaliśmy z Franzem na pozostałych uczestników patrolu. Cicho zdjąłem ekwipunek, przeładowałem karabin i ubezpieczany przez kolegów, ostrożnie począłem badać teren. Nie spodziewałem się wroga, niemniej jednak poruszałem się zgodnie z wpojonymi mi zasadami, które obowiązywały na polu walki. Kilka metrów za mną podążał partner osłaniając mi plecy. W ostrej, wysuszonej na wiór trawie, nie odnalazłem żadnych śladów mogących świadczyć o czyjeś obecności. Sprawnie przeszukaliśmy najbliższą okolicę, aż w końcu stanąłem na przeciwległym skraju wniesienia, mając pod stopami stromo opadające stoki góry, które w podnóża przekształcały się w bardzo rozległą dolinę. Niemiec wrócił, aby złożyć meldunek sierżantowi, gdy ja tymczasem, przy pomocy wojskowej lornetki, omiatałem wzrokiem dalsze połacie ziemi. W polu widzenia nie pojawił się żaden człowiek. Rozłożenie nocnego obozu ograniczyło się do rozciągnięcia cienkich linek tuż ponad powierzchnią gruntu, a potem połączenia ich z zapalnikami zamaskowanych flar. Poruszenie ukrytą w trawie żyłką zapalało race, które sycząc, jasno oświetlały pobliski teren, a tym samym alarmowały żołnierzy i wystawiały intruza na pewne strzały. Ot, i cała praca na dziś. Bezchmurne niebo lada chwila zacznie tężeć, aż w końcu stygnąca kula ognia zniknie za mglistą kreską rozmazanego widnokręgu. W tej części świata, nie tak daleko od linii równika, szybko zapada zmrok. To już trzeci patrol. Mamy za sobą kilka dni marszu, a już czuję się zmęczony tym krajem. Założyliśmy tu pięć stałych baz wypadowych i błąkamy się przy granicy chcąc przechwycić wszystko, co tylko wpadnie w nasze ręce. Jednak główne zadanie, dla którego nas tu przysłano, ograniczało się do oczyszczenia przydzielonego nam sektora z jakiejkolwiek aktywności na pół regularnych, uzbrojonych oddziałów wroga, które dotychczas, bez żadnych trudności, przenikały z terytorium sąsiedniego państwa. Oczywiście nikt inny, tylko my – legioniści, gotowi za marne grosze nadstawiać za kogoś swoje tyłki. Francuscy spadochroniarze siedzieli sobie w fortyfikacjach i to na nas spadała ta cała cholerna robota – na ten wielonarodowościowy zlepek żądnych przygód obywateli świata, szukających w Legii Cudzoziemskiej Bóg wie czego. Gdy pytano mnie, czemu wstąpiłem do tej armii, zawsze odpowiadałem, że chciałem odnaleźć przygodę, zarobić parę franków, a po wygaśnięciu kontraktu zamieszkać w Europie Zachodniej jako obywatel Francji. Oczywiście wraz z moją narzeczoną. Jednak, czy to prawda? Franz, mój partner, przyłapał swoją dziewczynę na wiarołomstwie i nie zapanował nad sobą, w rezultacie czego, jego niedoszła małżonka wraz ze swym gachem, znaleźli się w szpitalu – nieźle poturbowani. Po dwóch dniach od tamtego zdarzenia, Doopke zapukał do punktu werbunkowego w Strasburgu. Uciekł – raczej nie przed prawem, lecz uciekł przed samym sobą. Inteligentny, normalny, młody człowiek. Mamy tu nowe nazwiska, inne daty i miejsca urodzenia, carte blanche – nic więc dziwnego, że niektórzy z nas, nowożytnych odkrywców, grubą linią oddzielają przeszłość zapominając o kraju przodków, ubóstwie, życiu na marginesie i wolą pozostawać z dala od reszty szeregowych członków społeczeństw, i własnych narodów. Wreszcie są wśród nas także ci, którzy nie potrafią stanąć twarzą w twarz z otaczającym ich światem, złapać go za bary i powalić na ziemię. W cywilu, rzeczywistość oplotła mackami ich życie, więc uciekają coraz dalej, bezdomni, bezrobotni, wyrzuceni poza nawias. Kto by pomyślał, że wszystkich legionistów łączy braterska więź? Bez znaczenia jest dla nas kolor skóry, religia czy narodowość. W chwilach grozy, wśród szczęku broni, nagłych wybuchów targających falami powietrza, a także krzyku wielu gardeł – nie zostawię na pastwę losu najmniejszego z nas, choćbym miał iść na randkę ze śmiercią. Oficerowie kontrwywiadu odpowiedzialni za selekcję ochotników mają wyraźną słabość do wyrzutków, ludzi, którzy z dala od własnego kraju, przeszłości i minionych zdarzeń, staną się jedną, wielką i do ostatniego uderzenia serca, wierną rodziną. Oto my, każdy z nas jest inny, a jednak stoimy razem wpatrując się w zmierzch czerwonej gwiazdy, zmęczeni, cuchnący potem, pokryci maskującym makijażem, który upodabnia nas do złośliwych, leśnych gnomów – niby śmiesznych i pokracznych, a jednak złowieszczych w swym dziele zniszczenia. Próbujemy wytropić nieznanego nam wroga i nie marszczymy brwi w niemym pytaniu – w imię czego cała ta wojna? Delikatnie, jakby to było niemowlę, stawiam na nóżkach swój karabin – nowoczesny miecz współczesnego wojownika. Ot, rutynowa misja, tysiące mil od domu, w którym bliscy cierpliwie rozsupłują węzeł codziennych spraw. Od kilku dni czuję, jak narasta we mnie niepokój. Trudno go uchwycić, gdyż czai się gdzieś w odległych zakamarkach duszy. Próbuję go wytropić, a potem schwytać jak pospolitego złodzieja, ale nieustannie chowa się przed moim spojrzeniem. Mnie nie oszuka, wiem, że gdzieś tam jest i tylko czeka na moment nieuwagi, by dźgnąć mnie swą szpilą. Podczas mojej pierwszej akcji nie czułem strachu, wahania. Dziwne, właściwie niczego nie czułem. Może dlatego, że trwało to zbyt krótko. Kule wroga świstały nam nad głowami, zaś te wystrzelone przez nas, bezlitośnie grzęzły w piersiach wrogów. Piliśmy wtedy wino z pucharu Nike, butni, lekceważąco pewni siebie. Jednak tu, na drugiej półkuli Ziemi, pomimo nabranej rutyny, z każdą kolejną godziną lub kilometrem drogi przebytej w szyku bojowym, niepokój coraz to pewniej chadzał pasażami moich wrażeń. Witaj ukryty zwiastunie strachu. Byłem zmęczony. Dzisiejszy, wyjątkowo trudny szlak każdemu z nas dał się nieźle we znaki. Prócz pierwszej warty, wszyscy siadali na plecakach lub kładli się na jasnobrązowej ziemi porośniętej kępami wysuszonych traw, by zaraz potem odpiąć od parcianego pasa metalowe manierki, dobrze ukryte pod warstwą maskującego materiału. Podobnie jak pozostali, ja również rozpiąłem zaczep i nie zwracając uwagi na metaliczno-mdły smak ciepłej wody, a także na chlorowy zapach rozpuszczonych tabletek do jej uzdatniania – spłukałem usta i gardło kilkoma małymi łykami panując zarazem nad pokusą wypicia całego płynu. Nie ugasiłem pragnienia. Gęste, nieruchome powietrze niosło smętne, miłosne serenady owadów zachęcając do przymknięcia powiek i duchowej dezercji. Rutynowo sprawdziłem FA-MASa[1] – małokalibrowy karabinek francuskiej produkcji – i sześć przydziałowych magazynków napełnionych stu pięćdziesięcioma nabojami. Jak zwykle, wszystko było w porządku. Z bocznej kieszeni maskujących spodni wyjąłem paczkę tytoniu i nałożywszy go na bibułę, jednym, wprawnym ruchem palców zrobiłem skręta tylko nieznacznie różniącego się od fabrycznych wyrobów. Końcem języka lekko zwilżyłem jego brzeg i sklejonego w ten sposób papierosa podałem Franzowi. Jego twarz, pokryta zielono-brązowymi pasmami kamuflującej farby, zdawała się być czymś nierealnym w sielankowej scenerii dalekiego pejzażu. Jedynie białka oczu i śnieżnobiałe zęby odsłonięte w uśmiechu nadawały mu odrobinę człowieczeństwa. Skinął głową dziękując za drobny, przyjacielski gest. Przesłałem mu w odpowiedzi ledwie dostrzegalny półuśmiech, jakbym chciał powiedzieć – nie ma sprawy stary. Szybko zrobiłem drugiego skręta, spiąłem gumką paczuszkę z tytoniem i schowałem ją z powrotem do kieszeni. Niemiec wydobył starannie ukrytą, metalową zapalniczkę i uchylając wieczko, skrzesał iskry na nasączony benzyną knot. Jak zwykle niezawodna, zajaśniała swoistym płomieniem, który Franz odruchowo ukrył w dłoni, jak gdyby okolicę spowijał już nocny mrok. Jest coś urzekającego w tych prostych czynnościach, jakby każdy ruch, gest, czy spojrzenie urastało do rangi wydarzeń, które warto zapamiętać. To właśnie w tych drobiazgach, razem odnajdujemy szczególną i szczerą przyjaźń nie zwracającą uwagi na przeszłość, narodowość, odmienną kulturę... Przyjaciel jest gotów zawsze wysłuchać, nigdy nie opuści w biedzie i poda dłoń, gdy trzeba pomóc. My nie musieliśmy się nawet zwierzać, gdyż w sobie odnajdowaliśmy wszystkie uczucia, pytania i troski. Po trudach całodziennego marszu w spiekocie, ten jeden gest wyrażał więcej, niż cały tydzień urlopu w Tulonie, który spędziliśmy na pijatykach, zabawie, rzadziej na rozmowie. Zaciągałem się aromatycznym dymem nie bacząc, że wzmaga to pragnienie. Nareszcie mogę odpocząć. Z plecaka wyjąłem tekturową paczkę żołnierskiej racji żywnościowej, spojrzałem na numer zestawu i bez entuzjazmu rozdarłem foliowe, metaliczne opakowanie. Pod wpływem żaru nieustannie lejącego się z nieba, straciłem apetyt wciąż myśląc tylko o wodzie. Bez żalu zrezygnowałem z półkilogramowej puszki fasoli z mięsem, którą odłożyłem na rano i zadowoliłem się solidną porcją sucharów, kilkoma plastrami żółtego sera i uzupełniłem posiłek słodyczami. Z rzadka dobiegały mnie zdawkowe, pojedyncze zdania wypowiadane przez moich kolegów. Starannie ważyli każde słowo, jakby byli zmuszeni słono za nie płacić. Zza gałęzi bezlistnych krzewów obserwowałem czerwono-granatowe, ciemniejące niebo. Znikająca kula gasnącego nad horyzontem słońca barwiła zbrudzonym różem płaszczyznę niby sawanny tworząc jednolity, miękki kobierzec. Ów dywan wznosił się łagodnym łukiem ku ledwie widocznym w oddali, obłym skałom wieńczącym dalekie pasma wzgórz. Powolnie rozdrabniałem zębami kęsy orzechowego batona, podczas gdy ostatni skrawek tarczy ognistego tyrana zachybotał ponad półkolistą granicą ziemi, a potem zgasł dając nadzieję na odrobinę nocnego chłodu. Doopke był dziwnym człowiekiem. Jako Polak, nie przepadałem dawniej za naszymi zachodnimi sąsiadami, pomimo tego, że moja rodzina miała pruskie korzenie. W Legii Cudzoziemskiej spotkałem kilku Niemców, ale w większości byli zwykłą hołotą ze wschodnich landów. Przed okresem rekruckim zetknąłem się z grupą mieszkańców Drezna. Rozkrzyczani, butni, o neofaszystowskim światopoglądzie. Pamiętam, że żadnego z nich nie przyjęli. Potem ten kapral P. Kawał cholernego dziada. Franza Doopke poznałem w Castelnaudry[2] podczas wstępnego szkolenia. Pomimo, iż w koszarach mieszkał w sąsiednim pokoju, zawsze dzieliliśmy się każdym papierosem, dodatkową porcją jedzenia, czy też najdrobniejszą rzeczą, jaką któremuś z nas udało się zorganizować. Czasem miałem wrażenie, jakbyśmy w ten sposób manifestowali naszą wzajemną lojalność wobec siebie. Byli wśród nas Polacy i Niemcy, ale my, nie bacząc na rodaków, bariery językowe i inną kulturę, wybieraliśmy własne towarzystwo. Na początku naszego koleżeństwa, może już przyjaźni, mieliśmy trudności w porozumiewaniu się. Żaden z nas nie władał wtedy francuskim na tyle dostatecznie, by prowadzić jakąkolwiek zwykłą rozmowę. Jedynie zakazany angielski przerzucał pomiędzy nami mosty, ale zmuszeni byliśmy mówić niemalże szeptem, tak by żaden kapral niczego nie usłyszał. Mijały dni śmierdzące potem, ściągnięte maską bólu, odrętwiałe... Biegły powoli, tak nienaturalnie wolno kapały, jakby każda godzina zawierała w sobie całą dobę. A my wciąż razem – podczas marszów, poligonów, różnych zajęć... Kiedyś, jeszcze przed okresem unitarnym, pewien Polak udzielił mi rady, abym zaopatrzył się w papierosy, ponieważ w Castelnaudry miało mi ich brakować. Kupiłem dziesięć paczek tytoniu śmiejąc się później z dziennego przydziału trzech papierosów, których i tak, prawie zawsze, nie mieliśmy czasu wypalić. W spokojne dni, gdy obozowaliśmy na górskim poligonie, lub podczas wart, moim zadaniem stało się robienie skrętów dla siebie i Franza. Niemiec wyjmował starą, pamiątkową zapalniczkę na benzynę i podawał ogień. Wtedy narodziła się nasza mała tradycja. Kilka dni przed końcem czteromiesięcznego okresu urabiania nas do potrzeb tej jedynej w swoim rodzaju armii, z nową ideologią wciśniętą do głowy, nakarmieni sloganami, zaczarowani snami o naszej potędze godnej tradycji i historii najemnych legionów, wybieraliśmy przydziały do pułków – w zależności od wolnych miejsc i indywidualnych upodobań. Zaproponowano mi szkołę kaprali. Nie spodziewałem się tego, ale też bez namysłu wyraziłem zgodę na pozostanie w 4. Pułku Cudzoziemskim w Castelnaudry. Franz trafił do piechoty w Awignon[3]. W końcu, po ukończeniu trudnego kursu, zostałem przydzielony do 2. Pułku Cudzoziemskich Spadochroniarzy[4], gdzie po trzytygodniowym szkoleniu, uroczyście przypięto mi odznakę skoczka – symbol spadochronu i skrzydeł. Czwarta kompania dywersyjna i strzelców wyborowych, sekcja porucznika Ch. Z Franzem spotkałem się kilka miesięcy później i bez żadnego trudu namówiłem go, by postarał się o przeniesienie do mojej jednostki. Za wstawiennictwem u dowódcy, bez większych problemów, zawitał na Korsyce i został moim partnerem w polu walki – zwanym u nas binome. Tym razem spaliśmy w jednym pokoju. A teraz? Znowu razem palimy skręty, jak w czasach rekruckiego mozołu, nie zwracając najmniejszej uwagi na wypaczoną przepaść hierarchii Legii Cudzoziemskiej. Byłem pewien, że zawsze mogę na nim polegać i niczego więcej nie oczekiwałem. Noc szybko przejmowała władzę nad okolicą. Od strony wschodu, na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Kurtyna ciemności coraz szybciej opadała sprawiając, że kształty zamazywały się i nieczytelne wtapiały w ogarniający je mrok. Nieśmiałe powiewy wieczornego wiatru zaczęły pieścić moją twarz, przynosząc okruchy chłodu, tak bardzo wyczekiwane przez umęczone ciało. Wszędobylscy, owadzi kochankowie, ze zdwojoną siłą wypełniali przestrzeń monotonną pieśnią, jakby na przekór wszystkiemu, co się wokół nich działo. Tylko ja i Franz – pogrążeni w milczącej zadumie – wpatrywaliśmy się w coraz liczniejsze, przytwierdzone do nieboskłonu iskry, błądząc myślami wśród zapamiętanych wizerunków twarzy naszych bliskich. Od rodzinnych stron dzieliło nas kilka tysięcy mil, ale ta odległość nie stępiła uczuć, ani wyraźnej nostalgii obecnej w bezgłośnie wypowiadanych słowach. Tylko pragnie kilku łyków zimnej wody nie pozwalało duszy ulecieć do kraju. Wewnętrzny niepokój jakby przycichł pozostając ukryty gdzieś w swojej norce. Kto wie, może zasnął ukołysany cichym śpiewem afrykańskiej przyrody? W ciemności bezksiężycowej nocy usłyszałem cicho zbliżające się kroki. Zmiana warty. Bezszelestnie wstałem z ziemi i poruszyłem ramieniem Franza. Chyba rzucił jakieś przekleństwo, ale dobiegł mnie ledwie słyszalny szept. A może mi się zdawało? Upewniwszy się, że zbudziłem partnera, spokojnie poszedłem na swój posterunek. Usiadłem obok kolczastego krzewu i rozpiąłem bluzę polowego munduru. Chłód nie pozwoli mi zasnąć. Po chwili przepłukałem usta niesmaczną wodą zostawiając kilka łyków w bidonie na poranną kawę. Wszystkich żołnierzy stojących nocą na warcie obowiązuje bezwzględny zakaz palenia. Prawie zawsze łamałem go mając świadomość, że grozi za to degradacja, czterdzieści dni paki i wiele innych sankcji. To moja słabość. Tylko Franz wiedział, że paliłem, i chociaż sam tego nie czynił, to nigdy nie usłyszałem ani jednego słowa wymówki. W ciemnościach skręciłem papierosa. Dla uspokojenia sumienia omiotłem okolicę wzrokiem przy pomocy noktowizora. Nic podejrzanego nie zwróciło mojej uwagi. Wreszcie zapaliłem ukrywając w dłoniach czerwony punkcik żaru. Piękna, bezksiężycowa noc upstrzona setkami gwiazd rozsianych na bezchmurnym niebie urzekała mnie swoją urodą, jakby została stworzona dla baśniowej pary kochanków połączonych wiekuistą miłością. Już nie myślałem o domu, o dziewczynie, ani nawet jutrzejsza droga do prowizorycznego fortu nie zaprzątała mi głowy. Oszołomiony śpiewem nocnych grajków, tajemnym szeptem każdej z gwiazd, pozwoliłem się uwieść tej magicznej pieśni, która muskała mnie wraz z subtelnym oddechem chłodnego wiatru. Pomimo zmęczenia kilkudniowym patrolem, nie żałowałem dwóch godzin wydartych sennemu marzeniu, ciesząc się samotnością i chwilą zapomnienia. Najchętniej zastąpiłbym kolegów i poczekał na blask jutrzenki, jednak Franz skrupulatnie pilnował czasu zmiany warty. Do rana pozostało nam cztery godziny spoczynku.
Nazwa „Fort” już się przyjęła, chociaż nie była w pełni adekwatna do tego określenia. Szczyt wzniesienia okopano głębokimi transzejami z gęsto rozmieszczonymi stanowiskami karabinów maszynowych. U podnóża, umocnienia były chronione przez dwa pasy zasiek z drutu kolczastego, pomiędzy którymi na śmiałków czekały miny przeciwpiechotne, ostrzegawcze flary i wszelkiego rodzaju wredne pułapki. Tuż przed pierwszymi stanowiskami obrony wkopano w ziemne usypisko specjalne ładunki uruchamiane elektrycznie, które zmieniały się w roje piszczących odłamków, mając za zadanie uczynić z żyjącego człowieka połeć okrwawionego, poszarpanego mięsa. Do fortyfikacji prowadziła wąska droga, której pobocza ogrodzono kolczastymi ostrokołami, a także dodatkowo zabezpieczono paskudnymi, wyskakującymi minami. Baza była nie do zdobycia, gdyż przeciwnik – przynajmniej na razie – nie posiadał ciężkiego sprzętu, wsparcia i lotnictwa. Oprócz nas, stacjonowała tu kompania francuskich spadochroniarzy, których od niepamiętnych czasów darzyliśmy nieukrywaną antypatią. Zawsze wykonywaliśmy za nich najgorszą robotę, czego nikt nigdy nie uwzględniał przy podziale sukcesów. Nawet tutaj paradowali w tych swoich czerwonych berecikach pozując na twardzieli – ale dotychczas, żaden z nich nie opuścił umocnionych pozycji. Fort był miejscem kilkudniowego odpoczynku przed kolejnym wymarszem. Normalna kuchnia, woda mineralna, a przede wszystkim prysznic i świeże mundury. Wszystkie niezbędne artykuły dostarczał śmigłowiec transportowy. Podczas pobytu w bazie leczyliśmy nogi, obcinaliśmy odciski, a także sprawdzaliśmy broń i ekwipunek dokonując w razie potrzeby drobnych napraw. Wieczory spędzaliśmy we własnym gronie siedząc wokoło ogniska, na którym grzał się kocioł wina z owocami. Czasem dla podkreślenia naszej odrębności, w ciemnościach rozbrzmiewał dźwięk legionowych marszów – zazwyczaj śpiewanych po niemiecku. Kolejne dwa patrole za nami. Powoli przyzwyczajałem się do panującego tu klimatu, uciążliwości marszów i wszechobecnej spiekoty. Podczas ostatniego wypadu Franz mocno stłukł sobie nogę i wszyscy solidarnie odciążali go na szlaku. Gdy wróciliśmy do bazy, od razu zaprowadziłem partnera do wojskowego lekarza, który wyglądał na zdecydowanie bardziej przejętego niż sam pacjent. Skąd, u licha, oni go wzięli? Trzeciego dnia wypoczynku, dość wcześnie poszliśmy spać. Nic nie wskazywało na to, że może wydarzyć się coś, czego tak naprawdę się nie spodziewaliśmy. Jednak niespełna dwie godziny przed świtem, ciemność rozdarł krótki błysk, a zaraz potem powietrzem wstrząsnęła eksplozja. Po chwili, w rejon wzgórza, na którym wzniesiono nasze umocnienia, zaczęły spadać kolejne granaty wystrzelone z moździerza. Kilka pocisków nie trafiło w teren obozu – dopiero następne były celne. Już po pierwszym strzale natychmiast oprzytomniałem i niemal odruchowo chwyciłem w ręce broń, plecak i buty. Czołgając się do najbliższej transzei próbowałem zorientować się w sytuacji. Prawdopodobnie trzy, może cztery osiemdziesięciomilimetrowe moździerze ostrzeliwały nas z dużej odległości, co wywnioskowałem po sporym rozrzucie. Zanim dotarłem do okopu, ponad głową kilkakrotnie przemknęła mi fala świecących odłamków charakterystycznie gwiżdżąc. Nad okolicą zabłysły pierwsze flary majestatycznie opadając na miniaturowych spadochronach. Wkrótce teren wokół Fortu był oświetlony niczym za dnia. Jednak wróg nie stanął do otwartej walki. Wślizgnąłem się do transzei, gdzie od razu poczułem się bezpieczny. W wykopie prawdopodobieństwo zranienia było niezwykle małe. Patrząc w niebo, oparłem się plecami o ścianę i obserwując rozgrzane do czerwoności odpryski granatów, zakładałem wojskowe rangery bardzo mocno zawiązując sznurówki. Ktoś z boku poczęstował mnie papierosem i popukał mnie w głowę podając ogień. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że powinienem włożyć hełm – kiedy był mi już najmniej potrzebny. Mocno zaciągnąłem się dymem zajęty szybkim sortowaniem dziesiątek myśli. Krótki błysk był zwiastunem nadlatujących, metalowych odprysków granatów, które świstały wysoko nad głową pozostając już całkowicie niegroźne. Ziemia lekko drżała, a powietrzem targały nagłe fale wzbudzając grzmoty wielokrotnie głośniejsze od huku błyskawic. Bum... bum, bum. Tak... bez wątpienia trzy moździerze okładały nas ogniem. Wyrzucając niedopałek zdałem sobie sprawę, że ostrzał trwa zbyt długo. Nasi żołnierze, już od dawna siedzieli w okopach, rowach czy dołach, drwiąc z padających wokół granatów. Amatorzy – niepotrzebnie tracili tyle amunicji. Kanonada trwała jeszcze minutę, najwyżej półtorej, a potem równie nagle ucichła pozostawiając po sobie unoszący się w powietrzu zapach spalonego prochu. Wkrótce przebrzmiało echo ostatniej eksplozji i nad fortyfikacjami zawisła całkowita cisza. Nie przerywał jej nawet nocny śpiew owadów, do którego przywykłem po tygodniach spędzonych w Afryce. A może ogłuszył mnie ostrzał sprawiając, że stałem się niewrażliwy na subtelne dźwięki? Z początku nieufnie, a potem coraz śmielej, żołnierze wystawiali głowy z wykopów, dziur i rowów. Jasne flary oświetlające przedpola dopalały się, pozwalając ciemności odzyskać władzę nad przygotowanym do obrony wzgórzem. Nagle wszędzie zapanował niesamowity rozgardiasz. Zewsząd docierały do mnie strzępy rozmów, przekleństwa i wzajemne nawoływania żołnierzy. Czekałem na dźwięk trąbki, która krótką melodią zwoła nas na zbiórkę. Niespodziewany ostrzał sprawił, że szukając schronienia porzuciłem śpiwór i saperkę, dlatego wspiąłem się po ścianie okopu i, w szarej poświacie księżyca, odnalazłem drogę do miejsca, gdzie moździerzowy atak wyrwał mnie ze snu. Gdybym nie wsłuchiwał się w otaczający mnie gwar, to z pewnością nie zwróciłbym uwagi na ledwie uchwytny sygnał alarmu bojowego, który wzywał 4. kompanię do wyjścia na łowy. Namiot był obrazem nędzy i rozpaczy, czego nawet cienisty mrok nie potrafił ukryć. Nieprzemakalna płachta tropiku została zerwana przez gwałtowny podmuch powietrza. Eksplodujący w pobliżu granat poszarpał materiał drobnymi odłamkami. Brezent wyglądał teraz niczym wielka, zużyta szmata do podłogi. Nasz wewnętrzny, dwuosobowy apartament w stylu safari militaire uszyty był z gęstej i zarazem przewiewnej moskitiery, która również była zniszczona. Podszedłem do Franza. Partner, klnąc po niemiecku, nerwowo czegoś szukał pomiędzy walającymi się przedmiotami. – W porządku?! – krzyknął rozpoznając mnie w ciemności. – Jak cholera!! – odparłem rozdrażniony, gdyż byłem pewien, że dzisiejszą noc spędzimy poza Fortem. Myślałem, że Niemiec nie usłyszał w zgiełku wysiłków kompanijnego trębacza sygnalisty. – Franz! Czego ty kurwa szukasz?! Ogłosili alarm bojowy! – Gdzieś tu musi być mój bagnet! – odpowiedział, po czym dodał – A alarm, to ja mam w dupie! w uszach mi dzwoni po ostrzale! Rzeczywiście, w pewnym sensie miał rację. W takich przypadkach jak ten, dowództwo powinno wystrzelić sygnalizacyjną flarę. Miał prawo niczego nie słyszeć. Ktoś jednak naprawił ten błąd. Ponad nami zabłysła nowa gwiazda, sypnęła białymi iskrami, a potem charakterystycznym kichnięciem obwieściła swoje narodziny, zupełnie tak samo jak człowiek, który krzykiem wypełnia pierwsze chwile swojego istnienia. W tym momencie zamarłem w bezruchu wpatrując się w niesamowite widowisko. Wtem, raca, z niewinnego ciała niebieskiego, przeistoczyła się w złowróżbną kometę i stała się żarliwą kapłanką Marsa ciągnąc za sobą warkocz utkany z trującego dymu. Nasyciła się świątynnym ogniem i zajaśniała czerwonym blaskiem malując wzgórze purpurowym cieniem. Fort skąpał się w tym świetle i owa nieziemska sceneria sprawiła, że ogarnęło mną wrażenie, jakby okrutny demiurg przeniósł całe wzniesienie w przepastne otchłanie świata wyklętych. Okolica stężała i zmieniła się w kamień, a potem ziemia, namioty – wszystko wokoło – zabarwiło się brunatnymi odcieniami, jak gdyby zostało ulepione ze stygnącej lawy. Góra wyglądała niczym olbrzymi kopiec mrowiska, rozgrzebany kijem przez jakiegoś wesołka o monstrualnych rozmiarach. Wszędzie ruch, gwar i zdawałoby się, że wszystkich ogarnęła bezładna bieganina. Postacie żołnierzy nadawały obrazowi grozy. Ludzie, opromienieni ponurym blaskiem, wyglądali jak wieczni pokutnicy, którzy oblekli się w ciała potępionych. Każdy unurzał się we krwi, a ta przywarła do ich dłoni i twarzy, nawet osiadła na zębach, jakby owi wyklęci nasycili się mdłym smakiem lepkiej posoki. Stałem wpatrzony w ten obraz obłąkanego świata, pomimo świadomości, że czerwień opadającej racy wzywa nas, legionistów, do stawienia się w pełnej gotowości bojowej. Nim demoniczny spektakl dobiegł końca, spostrzegłem, że wszystkim nam płonęły oczy – złowieszczym, piekielnym szkarłatem. Dopiero zderzenie ognistej flary z ziemią przywróciło mnie w objęcia rzeczywistości. Chwyciłem śpiwór, który służył mi jako rodzaj materaca i szybko zrolowałem go wraz z cienką, izolacyjną pianką. Przez kilka sekund szamotałem się z tkaniną moskitiery, aż w końcu straciłem cierpliwość i rozprułem ją na całej szerokości. Teraz już bez trudu odnalazłem pokrowiec, a wraz z nim czarny, ciężki bagnet od FA-MASa. Doopke nadal przerzucał rupiecie z miejsca na miejsce – w sposób całkowicie niezorganizowany. – Franz! – zawołałem. Mruknął coś pod nosem, a potem nagle kopnął szczątki namiotu, które walały się po ziemi. – Scheiße! Wo ist... – nie skończył, ponieważ wcisnąłem mu do ręki zgubę. Szybko spakowaliśmy plecaki i już bez chwili zwłoki pobiegliśmy w kierunku prostokątnego placu, gdzie odbywały się zbiórki. Na miejscu dowiedziałem się, że jeden z naszych został poważnie ranny. Niedługo zabiorą go śmigłowcem do polowego lazaretu, który mieścił się w głównej bazie. Dotarłszy do towarzyszy broni z mojej sekcji, poukładałem rzeczy w plecaku, przyczepiłem do pasa saperkę i napełniony świeżą wodą bidon. Gotowi do drogi, wściekli, czekaliśmy na rozkaz wymarszu w otaczającą nas ciemność. Mrok otulającej nas nocy bezlitośnie cięły słupy świateł tryskające z setek małych, wojskowych latarek. Panujący wokoło, ożywiony gwar sprawiał wrażenie bezładnego tańca rozgadanych świetlików. Nikt nie pomyślał, że wróg mógłby znowu wystrzelić kilka granatów, a wtedy mielibyśmy prawdziwe kłopoty. Ach, te czerwone bereciki... Z chaosu wyłonił się sierżant G., który był dowódcą naszej grupy i polecił zostawić wszystko co zbędne, począwszy od zmiany bielizny, a skończywszy na przeciwdeszczowej pelerynie. Przed każdym z nas piętrzył się stos wojskowych gratów. Załadowaliśmy do plecaków jedynie te przedmioty, które były nam potrzebne do prowadzenia działań wojennych – walki w naszym stylu. – On route! – krzyknął sierżant i tym samym ruszyliśmy ku bramie wejściowej, z której usunięto w międzyczasie wrota najeżone ostrymi, metalowymi prętami. Piaszczysta, ledwie ubita droga dość stromo opadała w dół. Dotychczas nie była używana, ponieważ całe zaopatrzenie, pocztę, a nawet wodę do mycia dostarczano z powietrza. Jedynie dziesięcioosobowe patrole legionistów z rzadka ją przemierzały zaczynając lub kończąc swe misje. Biegnąc wzdłuż kolczastych zasieków odgradzających pas min pomyślałem, że teraz jesteśmy wystawieni na największe niebezpieczeństwo, ponieważ poruszamy się po ograniczonej, odkrytej przestrzeni. Mocniej ściągnąłem paski plecaka, aby nie kołysał się na ramionach i tym samym nie wytrącał mnie z rytmu biegu. Gdy mijaliśmy ostatnie rzędy przeciwpiechotnych zapór, G. wydał rozkaz załadowania broni ostrą amunicją. Skręciliśmy w bok stale utrzymując równe tempo. Po prawej stronie ciągnęły się jednolite pasma ostrokołu przeplecionego wojskowym drutem kolczastym. Stanowił on pierwszą przeszkodę na drodze do zdobycia naszej twierdzy, odcinającej się łagodnym cieniem na tle rozgwieżdżonego nieba. Potem odskoczyliśmy od Fortu kierując się w stronę granicy. Miarowy tupot wojskowych butów basowym brzmieniem ulatywał w przestrzeń. Od czasu do czasu spoglądaliśmy przez noktowizory, co tak naprawdę tylko iluzorycznie chroniło nas przed ewentualną zasadzką. W takiej samej sytuacji byli pozostali legioniści z naszej kompanii, którzy podzieleni na dwa tuziny dziesięcioosobowych grup, z pewnością wyruszyli na podobne misje, kierując się ku własnym, odległym celom. Jest coś niepojętego, wręcz magicznego w brzmieniu rytmicznego biegu grupki żołnierzy przemierzających obce połacie ziemi, zroszonej skąpą, srebrzystą poświatą księżyca. W powietrze wznosił się zgłuszony bas uderzeń obcasów, połączony z plaskiem wiszących u pasa bagnetów i wysokich, metalicznych brzmień niby dzwonków powstałych z pisku sprzączek, klamerek i zatrzasków. Ten dziwny śpiew wzbogacają stłumione postukiwania granatów nasadkowych, świec dymnych i świetlistych flar, które niczym grzechotki podrygują wewnątrz plecaka. W całość miękko wkomponowany jest szelest mundurów. Wszystkie instrumenty grały swoim indywidualnym rytmem, w pełni niezależnym od pozostałych. Jednak te brzmienia zestrajały się ze sobą, tworzyły jednolitą muzykę, która hipnotycznie regulowała rytm pracy serca. Biegnąc, każdy z nas zestrajał wysoki świst wciąganego nosem powietrza i głębokie westchnienie wydechu z tą samoistnie komponującą się symfonią bojowego szlaku. Niepowtarzalna melodia zespalała nas w jeden organizm, płynęła w każdym, sięgała wprost do duszy. Cząsteczki adrenaliny, niczym żwawi wodzirejowie, burzą krew, podrywają do tańca każdą komórkę ciała, i jak dawni dobosze uderzają w serce, jakby ono było bitewnym tarabanem. Zaczarowany muzyką, skupiony na ledwie zarysowanych szczegółach powierzchni ziemi, biegnę nocą ku nieznanemu, i wiem – to nie jest jedynie przeczucie – że niedługo rozlegną się strzały. Dziwne... nie czuję nawet cienia strachu. Jestem pewien naszej siły, przewagi rzemiosła walki i ducha braterstwa, który zawsze łamał wroga, zasiewał w nim trwogę i deptał! wgniatał w ziemię! Nawet sam Mars z hufcami starożytnych Tytanów musiałby schylić czoła i ulec legionom bezimiennych wojowników. Powtórnie zrodzeni pod zielono-czerwonym sztandarem, ogorzali wiatrem bitewnych zmagań, zwyciężymy wroga, a zarazem siebie samych. Zmiana. Z Franzem chwyciliśmy karabin maszynowy odciążając kolegów. Podczas długiego biegu każdy kilogram rynsztunku zaczyna ciążyć, przyspiesza nieuchronnie zbliżający się kryzys. Niesymetryczne rozłożenie ekwipunku zaburza naturalny rytm ciała, rozstraja wewnętrzne instrumenty i przez to nie usuwa zmęczenia, które zaczyna gęstnieć, nasycać organizm i niewidzialną bramą przenika do duszy. Trzymając w zaciśniętej dłoni chłodną stal lufy bezlitośnie skutecznego karabina czułem pierwsze fale znużenia. Uciekałem więc w świat wspomnień, dawno przebrzmiałych zdarzeń, albo przywoływałem znajome krajobrazy – niezmienne, stateczne pejzaże. Ponownie przeżywałem te same głupstwa, nawet uśmiechałem się do siebie wyraźnie czując nutkę zażenowania, co sprawiało, że nie myślałem o wysiłku, narastającej bezsilności i skroplonym pod nosem słonym smaku potu. Zwykle około czterdziestej minuty forsownego biegu, zmęczenie zaciska swe palce na moim gardle. Słabnę, oddycham ustami, zachłannie walczę o każdy haust powietrza. Omdlewają mi łydki, ręce opadają bezwiednie do pasa, brakuje mi wyobraźni, gdyż ta przegrywa ze skowytem umęczonego ciała. W mroku nocy nie mogę obrać charakterystycznych punktów, by wmówić sobie, że istnieje tam meta, za którą czeka mnie błogie lenistwo. W ciemności, nie jestem w stanie się tak okłamać. Za mało tlenu, więcej powietrza! Mdleją mi nogi, ręce... nienawidzę tej ziemi, nienawidzę swojej słabości! Wiem, że niedługo odzyskam siły, jakby przesycone zmęczeniem ciało otworzyło zawór bezpieczeństwa, którym spłynie cała trucizna. Myślę, marzę o tej chwili, niemal błagam swój organizm o litość. To nie ćwiczenia, wyczerpanie nie ma prawa mną zawładnąć... Po wszystkim. Teraz mógłbym biec już godzinami, jakbym narodził się na nowo. Znów unosi mnie na swych skrzydłach magiczna symfonia, słodko płynie i zaklina duszę. Nie jestem zmuszony do wygrzebywania wspomnień, ani zapewniania w myślach dziewczyny o swych uczuciach. Powróciła pewność siebie i sprawność ciała. Trudno uwierzyć, jak bardzo cierpiałem jeszcze kilka minut temu i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil FallenKnight
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…