Wróć do katalogu

[Ainaren] W imię wyższych celów

Bain, neutralne królestwo na północy Ainaren musi obronić się przed najazdem istot z Pustki. Jeśli nie podoła, Widma zaleją cały kontynent.

Grameir, opublikowano , 1 godz. 20 min czytania, 2,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Dla wygody czytelnika umieszczam link do pobrania całości tekstu jako pliku .doc. Problem ze stroną uniemożliwia odpowiednie sformatowanie tekstu. Wystarczy przekleić link do paska adresu w przeglądarce.

http://forum.polter.pl/download/file.php?id=29864

Życzę miłej lektury. Poniżej zamieszczam wklejony tekst, ale bez formatowania czyta się niewygodnie i traci kursywy, które są mimo wszystko dość ważne.

Dorian obudził się, dotknięty uderzeniem przejmującego chłodu. Rozejrzał się, ujrzał jednak jedynie chmury, zarówno pod, jak i nad sobą. Wzdrygnął się nieco i mocniej wpił palce w przerwy między smoczymi łuskami. - Dlaczego lecisz tak wysoko? - Krzyknął, by szum wiatru go nie zagłuszył. - Chcę ci coś pokazać... - usłyszał odpowiedź po chwili. Mawren wzbijał się coraz wyżej i wyżej, temperatura nieustannie spadała. Promienie słońca wydawały się równie zimne, co smagający po twarzy wiatr. Dorian kilkakrotnie próbował sięgnąć po płaszcz, jednak torby były umieszczone zbyt nisko, by mógł wychylić się do nich bez ryzyka. Zrezygnował, zapamiętał jednak by na przyszłość skrócić rzemień aby te wisiały nieco wyżej. Spróbował zająć się rozmową z Mawrenem, chcąc zapomnieć o zimnie. Wyciągnął z kieszeni spodni pierścień, praktyczny dar od Jordana. Artefakt ten wzmacniał nieco jego umiejętności telepatyczne, dzięki czemu po chwili skupienia mógł porozumiewać się z towarzyszem lub innymi telepatami. - Jak długo już tak lecimy? - Zapytał. - Cały dzień. - Długo spałem? - Kilka godzin - odpowiedział Mawren, po czym dodał ironicznie - Lot najwyraźniej bardzo cię zmęczył. Dorian miał ochotę przeciągnąć się, powstrzymał jednak ten odruch. Nie chciał spaść ze smoczego grzbietu. Jeszcze raz wychylił się, podziwiając chmury przepływające leniwie pod nimi. - Już niedaleko - rzucił smok w pewnym momencie. Dorian spojrzał przed siebie, ujrzał ośnieżony szczyt góry wznoszący się ponad morzem mgieł. - Miejmy nadzieję, że wiatr rozwieje chmury. Po kilku minutach wylądowali na płaszczyźnie. Śnieg głośno chrupał pod smoczymi łapami. Dorian zeskoczył z grzbietu towarzysza, jednak zdrętwiałe nogi odmówiły posłuszeństwa i wylądował twarzą w białym puchu. Wstał niezdarnie i przeciągnął się, rozprostowując kończyny. Dopiero teraz odczuł skutki lotu. Wszystko go bolało, w dodatku był zziębnięty i niemalże nie miał czucia w palcach. Najszybciej jak tylko mógł zabrał się za rozpinanie sprzączek torby, z której wyciągnął płaszcz Łowców. Dzięki pyłowi Pustki ten był doskonałą izolacją, zarówno przed zimnem, jak i gorącem. Z ulgą otulił się materiałem. Rozejrzał się dookoła. Odległe, przesłonięte mgłami grzbiety gór stanowiły zapierający dech w piersiach widok. Słońce świecące zza pleców sprawiało, że na chmury padał potężnych rozmiarów cień Doriana z głową przystrojoną tęczową aureolą. Młodzian niemalże zapomniał o zimnie. - Pięknie tu - powiedział. - Wiem, często tu przylatywałem by podziwiać widoki. - Mawren pogrążył się we wspomnieniach, co Dorian wyraźnie odczuł. - Wiesz, twój cień prawdopodobnie został zauważony przez ludzi na ziemi. Dorian uśmiechnął się na myśl o tym, jak musieli zareagować obserwatorzy. - Wygląda na to, że wiatr rozwieje nam chmury. Istotnie, w ciągu następnych kilku minut młodzian był w stanie dostrzec szachownicę pól i zielone lasy w dole. Po chwili niebo było już zupełnie czyste, dzięki czemu zorientował się, gdzie jest. Znał to miejsce z map. Znajdował się na ostatnim, wysuniętym najbardziej na północ szczycie gór Agenbardzkich, pod nogami rozciągało się neutralne państewko Bain, od wschodu graniczące z El’Faime, a na zachodzie i północy ograniczone oceanem. W oddali, w miejscu gdzie powinien znajdować się cypel łączący Ainaren ze znacznie większym kontynentem północy - Kainaren, Dorian mógł dostrzec jedynie nieprzeniknioną wzrokiem szarą masę powietrza. Jedna z wielu anomalii, ta jednak była o tyle kłopotliwa, że całkowicie odcięła od siebie kontynenty. Ze szczytu mógł ogarnąć spojrzeniem całe państewko. Niemalże zachłysnął się tym widokiem. Zachwycała go mnogość barw i krajobrazów, rozciągające się do samego morza równiny poprzecinane pasmami rzek i przyozdobione plamami lasów. W pewnym momencie jego uwagę przykuł orszak ludzi poruszający się daleko w dole, opuszczający stolicę wyglądającą stąd jak dziecięca budowla z klocków. - Pięknie, prawda? - Mawren połechtał delikatnie jego świadomość, Dorian jednak nie zareagował, wciąż wpatrując się w wyjątkowo długi strumień ludności. Gdy przyjrzał się dokładniej, zauważył niewielkie plamki będące oddziałami wojska przemieszczającymi się do stolicy. Dysponujący lepszym wzrokiem smok potwierdził jego przypuszczenia. Tam w dole działo się coś złego. - Co o tym myślisz? - Rzucił chłopak w stronę towarzysza. - Może zobaczymy, co się dzieje? - Jeśli tak bardzo chcesz... - westchnął Mawren. - Powinniśmy wyruszyć o zmroku, żeby nie wywołać paniki. Mógłbyś zabrać mnie z powrotem na ziemię? Zimno tu - zakończył, opatulając się ciaśniej płaszczem.

***

Gwiazdy świeciły jasno na bezchmurnym niebie, wzmacniając księżycową łunę. Noc wydawała się wyjątkowo jasna. Tu, na północy, klimat wydawał się bardziej rześki, a powietrze pachnące mieszaniną gór, lasów i oceanu przyjemnie wypełniało płuca. Dorian kroczył niespiesznie w stronę miasta, mijając się z ostatnimi uciekinierami. Widać było, że niechętnie opuszczali swoje domy. W ich oczach malowało się niezadowolenie wymieszane z przerażeniem. Nerwowe, ponaglające orszak okrzyki jasno wskazywały na pośpiech. Gdy tylko pytał o co chodzi, spławiano go mimo płaszcza i Ostrza Pustki, dzięki którym wyglądał jak Łowca Zakonu. Po chwili orszak się skończył. Został sam wśród nocnej ciszy zagłuszanej jedynie cichnącym z wolna klekotem kopyt. Ruszył przed siebie, w stronę świetlistej łuny roztaczanej przez miasto na nocnym horyzoncie. Po kilkunastu minutach drogi ujrzał cel wędrówki. Już na pierwszy rzut oka poznał, że forteca została stworzona jeszcze w starożytności, przed Błyskiem, wedle krasnoludzkich zasad. Oparta na planie koła, otoczona kilkoma pierścieniami murów - im dalej od pałacu, tym niżej umieszczonymi. Poza nimi ulokowane zostały stajnie dla ludności, farmy i małe stragany. W pierścieniu zewnętrznym, najłatwiejszym do zdobycia, znajdowały się domy, baraki wojskowe oraz stajnie nieco zamożniejszego mieszczaństwa. Ponadto można tu było znaleźć liczne, niewielkie stragany z artykułami pierwszej potrzeby. Drugi obszar zajęty był przez domy bogatych mieszczan oraz duchowieństwa. Kwitła tu religia oraz kultura, a także - co najważniejsze - rozrywka. Na terenie najmniejszego z pierścieni umiejscowiona była dzielnica handlowo - rzemieślnicza, gdzie można było kupić wszystko czego dusza zapragnie, w tym liczne, egzotyczne towary. Miejsce dla siebie mieli tu również mistrzowie wszelakiego rzemiosła. Zaopatrywali się tu głównie bogaci kupcy ściągający towary w dużych ilościach bezpośrednio do Pantarall lub Agenbardu. I wreszcie ostatni, centralny obszar - zamek królewski. Potężna, masywna kamienna budowla otoczona pięknymi ogrodami. Jak zauważył Mawren, z lotu ptaka stolica przypominała pień niedawno ściętego drzewa z wyraźnie widocznymi słojami. Kamiennymi słojami. Drewniana brama wjazdowa była otwarta, a kratownica uniesiona. Co chwila przemykali przez nią jeźdźcy będący królewskimi posłańcami. Gdy Dorian zbliżył się do strażnika, ten skinął na niego dłonią w skórzanej rękawicy. - Radzę ci uciekać stąd, póki jeszcze możesz. Nie powinno cię tu być, zmiataj na południe. - Co tu się właściwie dzieje? - Widzę, że mamy do czynienia z zafajdanym turystą. Posłuchaj młody, lojalnie cię ostrzegam, że to nie jest właściwy czas na wycieczki krajoznawcze. Zbliża się oblężenie. Widma nadchodzą. - Te Widma? - Tak, te Widma. Widzę że o nich słyszałeś, nie ma to jak bogata wiedza. W takim razie wiesz, o co chodzi. Powinienieś być już w połowie drogi do Agenbardu. Dorian zignorował wszystkie docinki. - Mogę wejść do miasta? - Zapytał spokojnie. - Jak widać, wiedza nie zawsze idzie wespół z inteligencją. Posłuchaj, naprawdę nie chcę mieć nikogo na sumieniu. - Równie spokojnie odpowiedział mężczyzna - Ale cóż, widzę że nie zdołam cię przekonać po dobroci więc odpowiadam krótko - nie, nie możesz. Rozkazy króla, dobro cywilów i te sprawy. Dorian wszedł w zasięg światła pochodni, dzięki czemu wartownik dostrzegł symbole na jego płaszczu. Natychmiast stanął na baczność. - Ja... ja, ja przepraszam, nie wiedziałem - zaczął się jąkać - że ty, to znaczy pan... Że jest pan posłem Zakonu. Proszę o wybaczenie, gdybym wcześniej widział... Wejdź, proszę. - Trochę więcej optymizmu - rzucił Dorian, gdy mijał strażnika. Ten tylko odburknął coś niezrozumiale, po czym wypuścił z siebie całe powietrze i rozluźnił nieco. Ponownie oparł się o halabardę dopiero gdy Dorian zniknął mu z zasięgu wzroku. Chłopak przekroczył bramę miejską, minął spory, pusty plac i wszedł w jeden z wielu zaułków. Przysiadł na znajdującej się tam zniszczonej ławce. Zamknął oczy i, wykorzystując moc pierścienia, ukierunkował myśli w stronę Mawrena, co było trudniejsze niż zwykle ze względu na dzielącą ich odległość. - Widma chcą oblegać miasto. Myślę, że powinniśmy pomóc. - Chcesz jedynie z moją pomocą pokonać całą armię? – Odpowiedź przyszła dopiero po dłuższym czasie. - Oczywiście, że nie! Chcę wesprzeć ich podczas obrony miasta. - Samodzielnie nie jesteś w stanie nic zdziałać… - Mam ciebie. Pomożesz? - Skoro prosisz… - Odpowiedział Mawren – Ale najpierw spraw, by ludzie nie wystraszyli się na mój widok. Nie chcę skończyć ze skrzydłami podziurawionymi przez strzały. - Postaram się coś wymyślić. Staraj się nie oddalać, możliwe że będę cię potrzebował. - Czekam… Dorian skierował się prosto do mieszkania zajętego przez dowództwo, zgodnie ze wskazaniami zdziwionego jego bezpośredniością żołnierza. Po drodze rozglądał się dookoła, obserwując rycerzy. Byli zdenerwowani, obawiali się tej walki. Ich wyposażenie i braku kawalerii jasno wskazywały na to, że bitwa w otwartym polu nie nastąpi. Strażnicy sterczący przed drzwiami zarekwirowanego domku przepuścili go bez gadania, gdy ujrzeli symbole Zakonu. Zgromadzeni w środku żołnierze spojrzeli po sobie, gdy wkroczył do sali w środku wieczerzy. Natychmiast zaprzestali rozmów i wstali. Jeden z nich skinął na strażnika, który po chwili przyniósł dodatkowe krzesło. Dorian został zaproszony do stołu. Gdy tylko usiadł, jeden z dowódców, odziany w czerwone szaty z wyszytym na plecach i klatce piersiowej godłem Bainu – Białym statkiem na zielono – szarej tarczy, zwrócił się do niego. - Jakie wieści przynosisz? - zapytał. - Sądzę że to coś ważnego, skoro przybywasz przed resztą Zakonu. Zresztą, z tego co widzę, nie jesteś posłem a Łowcą, nieprawdaż? Co ciekawe, spośród pięciu dowódców tyko jeden dowodził armią państwa – reszta pochodziła z sąsiednich krain, a jeden był krasnoludem – przedstawicielem oddziałów Agenbardzkich. Dorian zastanawiał się, czy warto nadal utrzymywać przykrywkę. W końcu musiał się prędzej czy później zdradzić. - Zostałem wysłany wraz z towarzyszem, by pomóc. Sądzę że we dwójkę jesteśmy w stanie odwrócić losy tej batalii. - Ha! – Krasnolud uderzył masywną dłonią w stół. Spojrzenia wszystkich zwróciły się w jego stronę. – Cóż za skromność! Już lubię tego chłystka. Powiedz mi tylko – tu wycelował w niego grubym paluchem – cóż to za towarzysz i gdzie on jest? Spojrzenia zgromadzonych przeniosły się z powrotem na Doriana. Zapanowała absolutna cisza. - Nie powinienem jeszcze wyjawiać kim jest – powiedział powoli chłopak. - Dlaczegóż to? - Z doświadczenia wiem, jak reagują ludzie. - Myślę, że mimo wszystko powinieneś nam coś o nim powiedzieć. - To smok. Zapadła cisza. Trwała jeszcze przez kilka sekund, po czym nagle ktoś parsknął i reszta natychmiast wybuchnęła śmiechem. - Raczysz sobie żartować? – Krzyknął ktoś, gdy tylko zdołali się uspokoić. - A czy wyglądam jakbym żartował? Czy wyglądam na dowcipnisia, który włamał się do siedziby Zakonu, wykradł płaszcz Łowców i Ostrze Pustki tylko po to żeby wyciąć komuś kawał? Jestem w stanie przywołać go w każdej chwili, muszę być jednak pewny, że nie zostanie zaatakowany. – Dorian zachował powagę i alibi co sprawiło, że zgromadzeni mu uwierzyli. W każdym razie częściowo. - W takim razie chodźmy na blanki. Przysiadł na murach, skupił się, przez co nie dosłyszał co wykrzykiwał dowódca Bainskich oddziałów. Był pewien, że żołnierze raz po raz wybuchali gromkim śmiechem. Uśmiech zagościł również na ustach chłopaka, gdy wyobraził sobie reakcję rycerzy na widok Mawrena. Z drugiej strony zaskoczyła go naiwność tych ludzi. Czy przebranie naprawdę tak wiele znaczyło? Udało mu się skontaktować ze smokiem i po chwili zapewnień, że ludzie są przygotowani, ten zgodził się przylecieć. - No i gdzie ten smok? – Klepnął Doriana w plecy któryś z łuczników po kilku minutach patrzenia w niebo. Zapanowała cisza, gdy ludzie ujrzeli skrzydlatą sylwetkę lecącą od strony gór. Po chwili uświadomili sobie, że to jedynie orzeł, co wywołało kolejne fale śmiechu. - Patrzcie na księżyc! – Krzyknął ktoś nagle i wszyscy, jak jeden mąż, spojrzeli na blady owal górujący na nieboskłonie. Ujrzeli pikującą prosto w ich stronę bestię, wyrzucającą przed siebie język ognia rozświetlający nocne niebo. Gdy tylko Mawren znalazł się kilkaset metrów nad ziemią, rozchylił szeroko potężne, błoniaste skrzydła by wyhamować i wylądować bezpiecznie. Gdy tylko znalazł się na środku placu, ludzie zaczęli wybiegać z zarekwirowanych domów, ponadto rozległy się odległe krzyki paniki. Na szczęście sytuacja szybko się uspokoiła, a od lśniących w świetle księżyca łusek odbiło się zaledwie kilka strzał. Dorian zszedł z blanków kierując się w stronę przyjaciela, zamykając po drodze szeroko rozdziawione usta łucznika, który wcześniej klepnął go w plecy.

***

- Panie! – Sługa z impetem wbiegł do sali tronowej, potykając się i niemal przewracając w progu. Jego głos zlał się potężnym rykiem dochodzącym z zewnątrz. – Smok, panie! - Widzę. – Odpowiedział spokojnie król, nie odwracając się od okna. – Każ bić w dzwon. - Nie, panie! – Zaprotestował szybko mężczyzna. – Przyjazny! - Slucham? - No, ten smok... przyjazny. – Dyszał, zmęczony biegiem. Jeszcze raz powtórzył zdanie w myślach, po czym dodał szybko – Panie. - Jak? – Spojrzał prosto w oczy młodego mężczyzny, zadziwiony i zarazem zaciekawiony. – Co tam się właściwie dzieje? - Przybysz nagle pojawił się podczas wieczerzy dowódców i powiedział że ma smoka. Wyśmiali go, więc go zawołał no i przyleciał. Panie. - Jak to – zawołał? Jaki przybysz? Chcę się z nim widzieć. Natychmiast. - Nie wiem dokładnie, po prostu powiedział że zawoła i zawołał, magicznie jakoś. Przekażę mu, że chcesz się z nim widzieć, panie. - Żywo. Sługa wyszedł tyłem, kłaniając się najniżej jak tylko potrafił.

***

- A więc to ty jesteś tym człowiekiem przysłanym przez Zakon? – król Raen siedział wsparty na rękach przy niedużym stole, patrząc na stojącego naprzeciw Doriana. Zdawało się, że delikatnie się uśmiecha. - Owszem, panie. Zdawało się że władca się zamyślił. - Wygląda na to, że nie docierają do mnie najświeższe wieści… - westchnął, po czym wyprostował się na krześle, skrzyżował ręce na piersi i spojrzał chłopakowi prosto w oczy. - Z tego co mi wiadomo, Zakon nie wybacza zdrajcom, nieprawdaż Dorianie? Chłopak zaczął dyskretnie szukać wzrokiem drogi ucieczki, król jednak to dostrzegł i gestem przykazał, by siadł. - Posłuchaj, w obecnej sytuacji nie ma to znaczenia. Owszem, utrzymujemy tu dobre stosunki z Zakonem, jednak to nasze prawo tutaj obowiązuje, nie ich. Możesz czuć się względnie bezpieczny. Pozwolę sobie jednak zapytać – dłonią uciszył chłopaka, który już otworzył usta, by coś powiedzieć. – Dlaczego tu przybyłeś? Nie powinieneś starać się uciec od ścigających cię ludzi? Ponownie oparł się o stolik. - Chcę pomóc – odparł Dorian bez zastanowienia. - Cóż, domyśliłem się. Śmiem jednak twierdzić, że nie robisz tego bezinteresownie. - Myślę, że uda mi się oczyścić moje imię. - Nie sądzę, by wchodzenie Roderickowi w drogę ci w tym pomogło. - Jestem dobrej myśli, a nie mam zamiaru kryć się przez całe życie. - Znam arcykapłana, on nie zmienia zdania. Porozmawiaj z Noemi, gdy tylko przybędzie tu wraz z oddziałami Zakonu. - Noemi? - Dorian dobrze znał to imię, jednak zaskoczyła go jej obecność tutaj. - Powinieneś ją znać. To chluba Zakonu, arcykapłan ufa i liczy się z jej zdaniem. Myślę, że ci pomoże. - Dziękuję za radę, panie. - Możesz już odejść. Tylko nie wspominaj jej, że podszywałeś się pod jednego z Łowców – dodał, gdy chłopak był już w drzwiach.

***

Gdy wyposażone w płytowe pancerze oddziały wkroczyły do miasta, zapanował harmider jak za dnia. Żołnierze zrywali się z łóżek i zbierali na placu, gdzie rycerze zakonni już się przegrupowywali. Na czele wojska stała nieco lżej uzbrojona Noemi. Dorian przyglądający się wszystkiemu z boku ujrzał, że nie posiada tarczy, a do pasa przytroczone ma dwa Ostrza. Mimo iż hełm przesłaniał jej twarz, czuć było bijącą od niej pewność siebie. Wstrzymała konia i czekała, aż hałas się uspokoi. Gdy rycerstwo ustawiło się w równych szeregach, sprawnie zeskoczyła z siodła i podeszła do żołnierza, by spytać się o dowódców. Ruszyła we wskazanym kierunku. Gdy odeszła, jej ludzie nieco się rozluźnili i opuścili zwarte szeregi. Niektórzy zaczęli przechadzać się po placu, inni rozmawiali ze stacjonującymi w mieście żołnierzami. Dorian ruszył za nią, nie spieszył się jednak, jako że wiedział gdzie idzie. Obecnie ubrany był w zwykłą skórzaną kurtkę, miecz oraz płaszcz pozostawił przy Mawrenie. Ne rozstawał się jednak z artefaktem ukrytym w naszyjniku, otrzymanym niegdyś od mentora, oraz pierścieniem Jordana. Ustawił się naprzeciw mieszkania, do którego weszła Noemi. Oparł się o ścianę innego domu i czekał. - Myślisz, że cię nie zaatakuje? – Usłyszał po chwili. - Myślę, że nie. Gdzie jesteś? - W pobliżu. Spokojnie, wszyscy zakonni są na placu, nie zauważą mnie – uprzedził pytanie. Drzwi uchyliły się. Gdy tylko Noemi przekroczyła próg, Dorian zbliżył się nieco. Jej ręka odruchowo powędrowała do rękojeści miecza. - Co ty tu robisz? – syknęła. - Staram się oczyścić imię. - Na to już trochę za późno. Arcykapłan nie wybacza. - Nie będę się przed nim krył. - Czy władca wie o tobie? - Tak. Polecił mi, bym z tobą pomówił. - Dlaczego? – wydawało się, że uspokoiła się nieco. - Prosił, byś ostrzegła swoich ludzi. Nie chce, by doszło do rozruchów. - Ostrzegła przed czym? - Przed smokiem. Rycerze nie mogą go zaatakować. - Tym smokiem? – Wiedziała o tym, że chłopak wyzwolił smoka, do tej pory jednak myślała, że ten zabił go zaraz po wylądowaniu. Sam widok żywego młodziana był zaskoczeniem, a fakt, że bestia wciąż mu towarzyszy zadziwił ją zupełnie. Owszem, krążyło wiele plotek na ten temat, ona jednak nie dawała im wiary. - Dziś nie spotkam się z królem, by potwierdzić twoje słowa. Dobrze, ostrzegę żołnierzy. Możesz być jednak pewien, że jeżeli kłamiesz, nie ujdziesz stąd żywy. Ruszyła w stronę swoich oddziałów.

***

Daleko na horyzoncie powoli zaczynała zbierać się mgła, ogarniając coraz większe połacie terenu. Lasy, ocean, polany, wszystko powoli znikało z oczu. Ściemniło się jak podczas burzy, słońce zginęło w mroku nadchodzącego zła. Poranny chłód potęgowany był przez strach przed zbliżającym się oblężeniem. Wojsko szykowało się do starcia mogącego zaważyć na przyszłości całej Ainaren. Tej nocy nikt nie mógł być spokojny. Zarówno mieszkańcy dalekiej północy, jak i południowych rubieży. Każdy był zagrożony w równym stopniu i to właśnie z tego powodu inne państwa przysłały duże oddziały, by wspomóc obronę stolicy Bainu. Ludzie czuli obecność Widm. Czekali zniecierpliwieni, umilając sobie czas i odstresowując się miodem pitnym do wtóru opowieści na temat tych istot. Pod tym względem prym wiódł młody mężczyzna. Wokół niego zebrał się niemały tłum ludzi, on sam zaś siedział przy ognisku, przygotowując dla siebie i grupy przyjaciół wielką porcję gulaszu. Ciecz bulgotała w zawieszonym nad ogniem wielkim kotle wziętym z zamkowej kuchni. Dookoła rozchodził się przyjemny zapach pobudzający ślinianki każdego człowieka znajdującego się w zasięgu. Całą poprzednią noc ludzie fascynowali się przybyszem i smokiem, do teraz jednak zdążyli się do nich przyzwyczaić mimo niezadowolenia armii zakonnej. Na szczęście napięcie, które zostało załagodzone dopiero po pewnym czasie, nie spowodowało rozlewu krwi. Słuchali więc opowieści w pełni zaabsorbowani. Nie rozpraszała ich obecność bestii leżącej zaraz obok, zwabionej zapachem, obserwującej żołnierzy i łowiącej każde słowo. - Jak one wyglądają? - przerwał opowieść któryś z rycerzy - Czyżbym o tym nie wspomniał? - Anter uniósł głowę, ogarniając wszystkich spojrzeniem - Na pierwszy rzut oka przypominają ludzi, jednak... - tu zrobił przerwę - gdy podejdzie się bliżej można dostrzec, że nie mają zbroi ani żadnych innych ubrań. Ich ciała są półprzezroczyste, mimo iż same Widma są materialne tak samo jak my. Pod ich skórą wyraźnie widać wszystkie kości, narządy, nawet mięśnie. - Powstały po Błysku? - Tak, jak większość istot z którymi walczymy. - Właściwie to dlaczego nas atakują? - Dążą do dominacji, nie są bezmyślne, co jest pewne. Co jakiś czas wysyłają jednego w roli dyplomaty. Zawsze wzywają nas do bezwarunkowej kapitulacji. - Ile bitew przeżyłeś? - Krzyknął ktoś w drugim rzędzie. - Bitew? Jeszcze nigdy nie atakowały w ten sposób. Zazwyczaj niszczą nasze morale, doprowadzają ludzi do szaleństwa, straszą małymi oddziałami siejącymi spustoszenie na prowincjach. A gdy ludność jest już kłębkiem nerwów, atakują nieco większą ilością. Kieruje nimi jakaś pokrętna logika. Zazwyczaj radzimy sobie bez większych problemów, nie ma ich więcej jak setka, ale teraz... Pierwszy raz jestem świadkiem czegoś takiego. Do tej pory nie byliśmy zmuszeni do wzywania pomocy. Obecnie obawiamy się, czy wsparcie ze strony innych monarchów oraz Zakonu będzie wystarczające. - Anter! - Mężczyzna dosłyszał krzyk zza pierścienia słuchaczy, a po chwili przez ludzi przebiła się Noemi przyodziana w płytówkę, gotowa do walki. Zdjęty hełm trzymała pod pachą, a długie włosy przypominające barwą kłosy zboża opadały jej na ramiona. Nikt nie odważył się chociażby zagwizdać zalotnie. Na jej widok smok uniósł głowę, zaciekawiony. - Znowu niszczysz ludziom chęć do życia! Zachowaj swoje opowiastki na później, stary gburze! - Nie jestem znowu taki stary - roześmiał się. - Zaledwie trzydzieści lat na karku! - Jak dla mnie za stary. - Co ty tu robisz wrono? - Anter dłonią pokazał ludziom, że mogą się już rozejść, ci jednak nie drgnęli. - Myślałem, że będziesz z resztą Zakonu. - Przez całą noc wstrzymywałam ich, by nie zaatakowali smoka... Chcę chwili dla siebie. Ciesz się, że arcykapłan nie mógł przyjechać tu osobiście. Niektórzy ludzie zaczęli powoli odchodzić, czując że to koniec opowieści z frontu - Wciąż dziwię się, że dołączyłaś do Zakonu, siostrzyczko. Nie pasujesz tam! - Nie poszłam tam dla towarzystwa. Walczę w imię wyższych celów. - Wyższych celów? Nie rozśmieszaj mnie. Oboje dobrze wiemy, jak działa Zakon. Nigdy, odkąd istnieje, nie pomagał bezinteresownie. Arcykapłan doprowadził do kryzysu w Pantarall, gdy wymusił od ludzi wygnanie magicznych ras ze stolicy. A po wszystkim zażądał jeszcze zapłaty za pomoc w pozbyciu się, jak to sam określał, szlamu z ulic. - Nie ucz mnie teraz historii. Poza tym nie zmienia to faktu, że gdyby nie on, Ainaren już dawno by upadło. - Większość nowych ras była pokojowa! I tutaj masz żywy dowód - wskazał palcem wylegującego się przy samym murze Mawrena. - Dopóki nie było Zakonu, pomagali nam się bronić. To krasnoludy zaprojektowały Pantarall jako symbol wdzięczności. Teraz nikt nie próbuje go oblegać, bo wszyscy wiedzą że to bezcelowe! Zakon pomaga nam walczyć z wrogami, których sam stworzył! - Książę? - Przerwał ktoś kłótnię. - Och, tu jesteś, panie - ukłonił się nisko - i pani - dodał gdy zauważył Noemi. - Jak zwykle wśród pospólstwa - Westchnął. - Król was wzywa. Proszę się pospieszyć, mgła gęstnieje, Widma niedługo się zjawią. - Udamy się do niego natychmiast - odpowiedział Anter - gdzie go znajdziemy? - Czeka na was w sali tronowej - zakończył mężczyzna i wyszedł, kłaniając się.

***

Gdy wkroczyli do rozległej hali o ścianach obwieszonych licznymi proporcami, podłodze wyłożonej mozaiką i oknami przyozdobionymi witrażami przedstawiającymi poprzednich władców, ujrzeli króla stojącego przy oknie, wyglądającego w kierunku z którego miał nadejść przeciwnik. Gładził dłonią krótki zarost tej samej barwy, co niedbale obcięte, brązowe włosy przyprószone siwizną. Gdy tylko ujrzał Noemi, ruszył w jej stronę rozchylając ramiona. - Ojcze! - Rzuciła. - Tak dawno cię nie widziałem - powiedział, gdy ta wskoczyła mu w objęcia. Gdy już puścił córkę, otarł szybko niepożądaną łzę ściekającą mu po policzku i poprawił szaty. Czerwona peleryna spływała mu po plecach, komponując się z założoną już kolczugą. - W jakim celu nas wezwałeś? - Zapytał Anter, gdy król Raen przywitał się już z córką. - Tobie - zwrócił się w jego stronę - powierzam dowodzenie nad całą naszą armią, podczas gdy ja zajmę się oddziałami które nas wspierają i ich dowódcami. Anter cmoknał z niezadowoleniem. Po chwili coś mu zaświtało. - A co z dotychczasowym generałem? - Zapytał. - Cóż, stanowczo sprzeciwił się skorzystaniu z pomocy magicznej istoty podczas tej bitwy. - Pozwoliłeś mu odejść? - A dlaczegoż to miałbym go zatrzymywać? Od dawna szukałem sposobności zastąpienia go - uśmiechnął się, po czym spojrzał na Noemi. - Ty dowodzisz oddziałami Zakonu, więc proszę cię by obecność smoka na terenie miasta nie wywołała w twoich oddziałach rozruchów. Nie chciałbym, by to niecodzienne wsparcie wywołało więcej strat niż pożytku. - Postaram się nie zawieść. Ci ludzie nigdy mi się nie sprzeciwią - uśmiechnęła się. - Teraz odpocznijcie, póki jeszcze możecie. Niedługo nadejdzie chwila prawdy... Gdy rodzeństwo wyszło z sali, krocząc podłużnym holem pośród ustawionych przy ścianach zbroi, Anter przypomniał sobie o gulaszu, który zostawił w pośpiechu. - Nie martw się, myślę że zaopiekowało się nim co najmniej kilkanaście osób - roześmiała się Noemi.

***

- Liczyłem, że najem się tym do syta... - Westchnął Dorian zaglądając do wnętrza wyczyszczonego do połysku kotła. Spojrzał na oblizującego się Mawrena z przerysowaną urazą. Żołnierze stali z boku, przyglądając się temu. Woleli nie sprzeciwiać się głodnej bestii. - Tak ładnie pachniał... - A smakował jeszcze lepiej - zapewnił go smok.

***

Niebo stało się szkarłatnoczerwone, jak zawsze gdy nadchodziły Widma. Mimo iż dopiero zbliżało się południe, świat przybrał szaty barwy krwi... Wydawało się, że powietrze zastygło w bezruchu. Mgła zgęstniała tak bardzo, że na zbrojach osadzały się krople wody, a łucznicy nie byli w stanie dostrzec ziemi z poziomu murów. Nerwową ciszę przerywały jedynie chrzęst ciężkich pancerzy i krótkie, niespokojne wymiany zdań między żołnierzami. Wszyscy czekali, napięci niczym cięciwa łuku. Ziemia zatrzęsła się. Raz, potem drugi. Pojedyncze, nieregularne wstrząsy przekształciły się w marszowe tempo. Nagle z białej pustki wyfrunął kamienny pocisk wystrzelony z katapulty po drugiej stronie. Uderzył w drugi, licząc od zewnątrz, pierścień, odrywając kawał broniącego go muru z potężnym łoskotem. Na ziemię spadły odłamki wielkich kamieni użytych do budowy fortyfikacji oraz sam pocisk, który po chwili rozsypał się w ciemny pył i zniknął, nie zostawiając po sobie śladu. Łucznicy posłali we mgłę deszcz strzał. W kilka sekund po tym znikąd wyleciały kolejne pociski. Rozległ się ryk, po czym szmaragdowa bestia wzbiła się w powietrze z Dorianem na plecach. Mawren poszybował prosto w stronę katapult, po kilku sekundach znikając z oczu. Ludzie widzieli jedynie nagłe rozbłyski pomarańczowego światła wewnątrz białej zasłony. Anter rokazał łucznikom zaprzestania ataku, nie wiedział jak daleko znajdują się sojusznicy, a nie chciał ich zabić. Wystrzały z katapult stały się coraz rzadsze, a po chwili zupełnie ustały. Zapanowała cisza, przerwana po chwili donośnym, mrożącym krew rykiem. Znowu cisza. Na ziemię zaczęły spadać krople deszczu, odbijając się z charakterystycznym dźwiękiem od zbroi zgromadzonego wewnątrz murów rycerstwa. Przez kilka minut ludzie nasłuchiwali w skupieniu. Gdy usłyszeli łopot skrzydeł, wydawało się że uszło z nich trzymane do tej pory powietrze. Pokładali w tym smoku nadzieję na zwycięstwo, nikt nie chciał stracić go już na początku walki, nawet wojownicy Zakonu. Mżawka przekształciła się w ulewę, a ściana deszczu i dmący od południa wiatr przerzedziły mgłę wystarczająco, by ludzie na murach byli w stanie ujrzeć zaczynające się przy samych obwarowaniach, a ciągnące się aż po horyzont morze szarych, półprzeźroczystych sylwetek. Łucznicy spanikowali, posyłając grad strzał w najbliższych wrogów. Wiele Widm padło, rozsypując się w mglisty proch. Zabici byli natychmiast zastępowani. Nagle na dole rozległy się krzyki. Nim ktokolwiek spostrzegł się, że jednostki zgromadzone przy bramie za pomocą magii pozbyły się niewygodnej przeszkody, wrogowie wpadli do miasta, zalewając plac nieprzerwanym strumieniem. Stojący najbliżej rycerze zakonni natychmiast ruszyli w stronę przeciwnika, odcinając mu drogę i spychając do bramy. Widma nie były dobrymi wojownikami, potrafiły jedynie bezwładnie machać mieczami, dzięki czemu Noemi wraz ze swoim oddziałem bez większego trudu zablokowała falę przeciwników. Była jednak świadoma, że niedługo zostanie zmiażdżona ich liczebnością. Pozostałe oddziały poczęły wycofywać się na teren drugiego pierścienia, a gdy wszyscy się tam znaleźli, również Noemi nakazała odwrót. Przegrali pierwszy etap oblężenia... Mawren wylądował w trakcie tych wydarzeń na terenie drugiego pierścienia. Natychmiast otoczyła go gromada ludzi. Pomogli Dorianowi, który ociężale zsunął się z grzbietu, po czym zwrócili uwagę na krwawiący, rozerwany bok oraz porozcinane błony smoczych skrzydeł. Gdy chłopak zaznaczył, że nic mu nie jest, został odciągnięty na bok i posadzony na ławce. Smok padł półżywy ze zmęczenia na ziemię. Deszcz przestawał już padać, zza chmur nieśmiało wyglądało słońce. - Co tam się stało? - Zapytał Anter, który przybiegł gdy tylko ktoś przekazał mu wieści. - Nie teraz - Dorian powstrzymał jego ciekawość. - Nie chcę by inni słyszeli - dodał ciszej. Anter skinął mu głową i odszedł. Chłopak stanął nieco niezdarnie na nogi i doczłapał się do swojego towarzysza. Wciąż jeszcze dzwoniło mu w uszach i kręciło się w głowie. Poprawił pierścień i zamknął oczy, jak zawsze gdy próbował nawiązać kontakt telepatyczny. - Jak się czujesz? - Zapytał. - Wyliżę się... - Mawren wciąż leżał na brzuchu, oddychając ciężko, jednak spokojnie. - Obawiam się jednak, że zostałem uziemiony na najbliższych kilka dni - jakby dla potwierdzenia słów uniósł pocięte skrzydło, tak by chłopak mógł się mu dokładniej przyjrzeć. - To był najbardziej wyczerpujący lot w moim życiu... - Współczuję... - Powiedział chłopak i oparł się plecami o smocze cielsko. - Co się tam właściwie stało? - Magia, człowieczku. Magia... Zapanowała cisza. Całkowicie zapomnieli o otaczających ich ludziach. Gdyby nie deszcz dudniący w odkształcony hełm, Dorian zasnąłby. - Jak głowa? - ton głosu wskazywał na to, że gdyby mógł, Mawren uśmiechnąłby się. - Będę miał paskudnego guza - odparł chłopak. - Ale na szczęście nic poza tym. W dodatku ten hełm zaczyna mnie irytować... - Zdejmij go... - Próbowałem - uśmiechnął się i po raz kolejny poderwał go do góry, jednak ten zaklinował się. - Obawiam się, że będę potrzebował pomocy. - Bardzo chętnie pomogę - Mawren uniósł łeb i kłapnął zębami przy samym uchu chłopaka. - Myślę, że sobie poradzę - odparł szybko Dorian. Obawiał się, że smok nie żartuje. Deszcz przestał padać, a zza chmur wyłoniło się słońce. Mgła przerzedziła się zupełnie, a świat ponownie nabrał swoich zwyczajnych, zdrowych barw. Mimo to morale rycerstwa nie poprawiły się ani trochę, zważywszy na fakt, że część mieszkalna stolicy zajęta była przez Widma. ***

W mieszkaniu kowala panowała miła atmosfera. Drewniane elementy, tkaniny zdobiące ściany i ciepły, kudłaty dywan zrobiony zapewne ze skóry niedźwiedzia stanowiły miłą odmianę dla oka po ciągłym oglądaniu kamiennych murów. Ciepło bijące z kominka rzucało na nich ciepły, pomarańczowy blask, a nad nim, na sznurku wisiały przemoczone do suchej nitki ubrania Doriana. Chłopak siedział w szlafroku rosłego mężczyzny stojącego teraz nad nim i szamoczącego się z hełmem. - To musiało boleć - zauważył kowal, gdy udało mu się w końcu uwolnić głowę Doriana. Chłopak skrzywił się i syknął, gdy rzemieślnik dotknął palcem wielkiego guza na jego skroni. - Bolało - westchnął. - Powinienieś się cieszyć, że nie straciłeś przytomności. To byłaby naprawdę długa droga w dół. Dziwię ci się, że latasz bez zabezpieczenia. - Zabezpieczenia? - Siodła, czegokolwiek co w razie czego utrzyma cię na grzbiecie tego bydlaka. - To musiałoby być naprawdę duże siodło - uśmiechnął się Dorian, a po chwili dodał - Poza tym on za żadne skarby nie dałby się osiodłać. - To mogłaby być jakaś uprząż, cokolwiek... - nalegał kowal. - Z czystej ciekawości zapytam, dlaczego tak bardzo zależy ci na moim bezpieczeństwie? - Pal licho ciebie i twoje bezpieczeństwo - mężczyzna machnął ręką. - Chcę być pierwszym kowalem, który stworzył siodło dla smoka! Wyobrażasz sobie, jak ludzie by mnie traktowali? To byłoby coś! - Dziękuję za troskę - roześmiał się młodzian. - Też o tym myślałem, ale jak do tej pory nie było kogo poprosić. - To teraz masz. Więc? - Zapytał z nadzieją. Wydawało się, że zaraz zacznie przeskakiwać z nogi na nogę. - Będę musiał z nim porozmawiać... - Porozmawiać? - Zdziwił się mężczyzna. - Potrafi mówić? - To dosyć skomplikowane, a teraz nie mam czasu na tłumaczenie. Na zewnątrz walczą, a my tu urządzamy sobie pogaduszki. - Spokojnie, nie jesteś im potrzebny, chyba że dysponujesz magią... Dopóki Widma nie wedrą się głębiej, na nic zda się twój miecz, a nawet jeśli to zrobią, nie będziesz miał okazji do walki. Widziałeś, jak ich wiele? Przed tymi falami można bronić się bez większych ofiar aż do zmęczenia, jednak... Wiesz, walczysz aż będziesz toczył pianę z pyska, a potem, gdy padniesz, przejdą po tobie i zajmą się resztą. Ich nigdy nie zabraknie, a nas - owszem. - Ale... - Wiem co mówię. Do obrony farmy przed ich oddziałem wystarczy jeden wieśniak z widłami. Mimo to ludzie się ich boją. Może to właśnie dlatego, że są tak słabe a mimo to nie ustają w próbach? No i ten ich wygląd... - Wzdrygnął się. - One nie są słabe, sam zresztą widziałeś... - złapał się na tym, że wzbudził ciekawość kowala. - Do tej pory zastanawiam się jak one ci to zrobiły. Opowiedz co tam zaszło. - Nie mogę - zakończył rozmowę. - Wybacz, ale naprawdę muszę już iść. - W porządku, jak sobie chcesz - kowal uniósł się z krzesła i podał mu ubrania, a gdy chłopak się przebrał, otworzył mu drzwi i wypuścił na zewnątrz. - Mam nadzieję, że rozważysz moją propozycję - uśmiechnął się.

***

Znajdowali się w dużej, obecnie opustoszałej, jadalni. Król Raen, Anter, Dorian i Noemi. Siedzieli naprzeciw siebie przy długim, drewnianym stole. Z kuchni docierały do nich przyjemne zapachy gotowanych właśnie potraw oraz odgłosy temu towarzyszące. Cała trójka wpatrywała się w Doriana. - Wbrew temu co widać na zewnątrz, one nie są słabe - mówił chłopak. - Nie wiem dlaczego nie korzystają z pełni mocy, dlaczego po prostu nie zniszczą kolejnych bram, nie zdobędą zamku. - Widma to niepojęte istoty. Myślę, że coś je blokuje, a to może być ważna słabość, wada dzięki której wygramy - zauważył Anter. - To jedno było... Inne. - Po prostu opowiedz o wszystkim, od początku do końca - poprosiła Noemi. - W porządku - westchnął. Nie lubił opowiadać. Podziękował skinieniem głowy kucharce, która przyniosła rozmawiającym ciepłe napoje. Wziął nieduży łyk rozgrzewającej herbaty i zaczął opowieść. - Gdy padł pierwszy strzał katapulty, wiedzieliśmy co robić...

***

- Zostaw ten śmieszny garnek, na nic ci się nie przyda! - Mawren dreptał w miejscu, zniecierpliwiony. - Jeśli chcesz, mogę po prostu polecieć bez ciebie. - Uspokój się - Dorian szamotał się z paskiem od hełmu. - Wolę by jakaś zagubiona strzała nie przebiła mi czaszki. - Jeszcze raz poprawił pas z mieczem oraz kolczugę, po czym wgramolił się na smoczy grzbiet, co z powodu obciążenia było nie lada wyczynem, zważywszy na rozmiar Mawrena. Nie pomagał nawet fakt, że ten się położył i wystawił przednią łapę, by mu pomóc. Gdyby nie duże łuski i ich pomocne we wspinaczce krawędzie, Dorian nie mógłby wdrapać się bez czyjejś pomocy. - Już - rzucił, gdy usadowił się wygodnie. - Leć. Smok wybił się w powietrze z niesamowitą siłą, wzbijając chmurę kurzawy, wydając z siebie przy okazji zadowolony ryk. Dorian zauważył, że po tych kilku tygodniach spędzonych w towarzystwie Mawrena był w stanie rozpoznawać jego emocje. Jeszcze do niedawna nie zauważał szczegółów takich jak drgający koniuszek ogona, czy emocje ukryte w oczach. Uświadomił sobie, że nawet sam ryk czy mruknięcie mogą ukazywać wiele. Momentami informacje te okazywały się bardzo przydatne. Już po chwili szybowali ponad murami. Niemalże natychmiast wpłynęli we mgłę tak gęstą, że chłopak z trudem dostrzegał łeb bestii. Znaleźli się w białej pustce. - Jak ty cokolwiek tu widzisz? - krzyknął, by przypominające gromy uderzenia skrzydeł nie zagłuszyły go. - Nie widzę - odpowiedział natychmiast. - Czuję, słyszę. Nie jestem prymitywną istotą, taką jak ty, polegającą wyłącznie na wzroku. Dorian zignorował tą, jedną z wielu, uszczypliwość kierowaną w stronę rasy ludzkiej. Smok zalewał strumieniem ognia ogromnych rozmiarów katapulty jedna za drugą, raz za razem pikował w dół, spalając przy okazji stojące w okolicy Widma. Nie walczyły, nie broniły się, nawet nie zwracały na nich uwagi. Mawren szerzył sprawiające mu wielką radość zniszczenie. Po kilku minutach wzniósł się wyżej, by ocenić swoje dzieło. Zapanowała absolutna cisza. Nie został wystrzelony już ani jeden pocisk. Gdy Dorian nachylił się nad szyją bestii, by coś powiedzieć, poczuł niesamowity wstrząs, który niemalże zrzucił go z grzbietu. Mawren ryknął z bólu i przetoczył się w powietrzu. Gdy młodzik oderwał twarz od łusek, ujrzał szaro-burą kopię smoka i samego siebie na jego grzbiecie. Odbicie jego towarzysza rozchyliło paszczę, z której wypadło kilka szmaragdowych łusek wciąż trzymających się wielkiego płatu skóry. Dorian wyraźnie czuł, jak jego przyjaciel wibruje ze złości i bólu. Gdy spojrzał w dół, ujrzał pozbawione ochrony łusek, zupełnie odsłonięte mięśnie. Nim zdążył zastanowić się co się dzieje, obydwa smoki wystrzeliły przed siebie i szczapiły się, przytrzymując w powietrzu jeden drugiego, gryząc i zadając ciosy szponami. Wirowały w powietrzu, mknąc w stronę twardej ziemi. W pewnym momencie brunatne odbicie Mawrena przycisnęło skrzydła pierwowzoru do jego boku, po czym przeciągnęło ostrymi jak brzytwa szponami, rozrywając błonę. Dorian starał się, jak mógł, by nie spaść. Nie był w stanie dobyć miecza i pomóc przyjacielowi. W pewnym momencie smoki odbiły się od siebie, by z powrotem nabrać wysokości. Mawren wzniósł się w ostatniej chwili, roztrącając łapą kilka Widm i zahaczając szponami o ziemię. Bestie ponownie znalazły się naprzeciw siebie. Dorian wychylił się najbardziej jak tylko mógł w stronę smoczego łba. - Podczas szarży oślep go i zniż lot, tak by przemknął nad tobą - powiedział. Nie był pewien, czy Mawren się go posłucha, jednak postanowił zaryzykować. Zastanawiał się, czy jego zmodyfikowane Ostrze Pustki będzie w stanie dokonać tego, co zaplanował. Dobył jednak miecza, a…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych