Wróć do katalogu

Alternatywne rozwiązanie

Pierwsze z serii opowiadań o dość nietypowym wiedźminie, który nie bardzo lubi używać miecza.

gorzkiblotnica, opublikowano , 27 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Żarcie było ohydne. Zwierzę z którego pochodziło to mięso musiało mieć co najmniej tysiąc lat. A miska na której było podane, myta była ostatnio pewnie wiek temu. Jaszczur wypluł wyjątkowo ohydny kawałek na podłogę. Kawałek okazał się karaluchem i pobiegł czym prędzej w szparę. Wiedźmin zżuł dosadne przekleństwo i sięgnął po kufel z piwem. Było ciepłe, wodniste i miało smak wody spod ogórków zmieszanej z mydlinami. Wypił je ze stoickim spokojem i jął się przepychać przez ciżbę w stronę szynkwasu. - Rachunek – zażądał. - Trzy drachmy - oczka szynkarza połyskiwał chciwie ze szczurzej twarzy – to wprost drobnostka za tak wyśmienity obiad. Tego było za wiele. - Ty skurwysynu - chwycił szynkarza za kark i wywlókł zza lady, w końcu trzy drachmy to był cały posiadany przez niego majątek – Ty te pomyje raczysz nazywać obiadem? - Ratunku! – darł się karczmarz dyndając nogami kilka cali nad podłogą, nikt jednak nie pośpieszył mu z pomocą. W karczmie zaległa cisza. Jaszczur przez chwilę popatrzył mu z odrazą w twarz, po czym puścił go. Karczmarz klapnął na podłogę aż walające się tam resztki bryznęły na boki. Jaszczur wyszedł rzucając za siebie ćwierćdrachmową monetę, która trafiła szynkarza w łysy czerep. Z ulgą odetchnął czystym powietrzem na zewnątrz, pachniało niedawną ulewą a niebo zasnuwały jeszcze chmury. - Panie, Panie, zaczekajcie.- tłusty mieszczanin wytoczył się z karczmy – jesteście pewnie najemnikiem? Bez urazy. - Jestem. - Pewnie cienko przędziecie, skoro musicie jadać w takich spelunach. - Wam nic do tego – warknął wiedźmin. - Może i nic – cedził niemrawo tłuścioch, patrząc na swoje upierścienione palce – a może mam dla was, mości wiedźminie, robotę. Co wam zresztą będę owijał w bawełnę. Trzeba się pozbyć jednego czarodzieja. - Mhym. - Znajdzie się okrągła sumka. No mości wiedźminie ja was już zostawię. Jeśli poczujecie się zainteresowani, przyjdźcie jutro do ratusza. Aha – dodał na odchodnym – pytajcie o Mieszajsaka. Uszanowanie.- uchylił nieznacznie czapki.

- Dwa tysiące drachm i nie płacimy zaliczki. Wybaczcie tę ostrożność, trzech już stamtąd nie wróciło a dwóch zwiało z pieniędzmi. - Siedem tysięcy. – Jaszczur spokojnie kontemplował czysto wyszorowane deski podłogi. - Wyście chyba zwariowali, mości wiedźminie! – twarz kasztelana wyrażała szczere wzburzenie, ale Jaszczur dobrze wiedział że to gra, kasztelan był kupcem. - Siedem tysięcy i ani drachmy mniej, - wycedził patrząc w mętne niebieskawe oczy szlachcica – albo ten czarodziej będzie was łupił do samej, waszej, usranej,że tak powiem, śmierci. Kasztelan oklapł w fotelu jak przekłuty pęcherz, chwilę mierzwił wianuszek włosów, rosnących wokół wyglansowanej do połysku łysiny. - Niech wam będzie. Ale zapłacę dopiero wtedy, kiedy przyniesiecie dowód żeście go się pozbyli. Jaszczur skinął głową. - Mówicie że rabuje i skupuje diamenty. Powiedzcie mi po co mu tyle diamentów. - A bo to kto zrozumie czarodzieja? Kiedyś był normalny, jeśli przyjmie się oczywiście, że czarodziej może w ogóle być normalny. Zbzikował odkąd umarła mu żona. Mówią nawet – Kasztelan pochylił się konfidencjonalnie – że zabił swoją córkę, wpakował do szklanej trumny i trzyma tam u siebie. Panie wiedźmin, możecie się jeszcze rozmyślić. - Pójdę. - Dobrze więc. Dam wam konia i dwóch ludzi żeby wam wskazali drogę. - Wolałbym wóz mam pewną awersję do jazdy wierzchem. - Niech będzie. Kiedy wyruszycie? - Wieczorem.

- Hej oberwańcu! - Do mnie mówisz? – Jaszczur odwrócił się niespiesznie, za nim szedł młody człowiek uzbrojony w topór bojowy na długim stylisku. Bogate odzienie wskazywało na jego szlacheckie pochodzenie. - Mówią że jesteś dobry. Stawaj! - Może i jestem, a tobie nic do tego. Idź do domu. - Tchórz cię obleciał? Stawaj! – uzyskał tyle że Jaszczur stanął naprzeciw niego – No wyciągaj miecz! Chyba że nosisz go dla ozdoby. - Wszystko w swoim czasie. Młodzian zaatakował, jadowite ciosy mijały jednak wiedźmina który unikał ich jakby od niechcenia balansując ciałem. - Robi jak cepami – pomyślał Po kilku minutach zebrał się wokół mich spory tłumek. Młodzian nadal w zapamiętaniu młócił toporem powietrze, tyle że zrobił się purpurowy z wysiłku. Zabawa robiła się powoli nudna. Wściekły świst powietrza, ciętego przez rozpędzoną klingę, zlał się z brzękiem wytrąconego topora. Kontynuując płynnie ten sam obrótm wiedźmin przekręcił miecz i walnął przeciwnika głownią w splot słoneczny. Ostra jak brzytwa stal, przyłożona do gardła, raczej skutecznie zniechęca do wszelkich ruchów. Młodzian zastygł na ziemi nie śmiejąc nawet głębiej dychnąć. Jaszczur pochylił się nad nim, szparki jego źrenic zwężyły się jeszcze bardziej. - Jeśli ci życie niemiłe, to idź do stodoły i powieś się na pasie, a nie mieszaj w to spokojnych ludzi – wysyczał odejmując miecz od szyi tamtego. Schował oręż do pochwy i ruszył w stronę ratusza. Ostrzegło go skrzypnięcie kurtki. Czasu starczyło tylko na to by paść na ziemię, topór z warkotem przeleciał nad nim. Wiedźmin ciął paskudnie ukosem, od spodu, zanim tamten zdążył podnieść oręż do kolejnego ciosu. Młodzian był martwy zanim jego ciało upadło na kamienie placu. Stróżka krwi pociekła plamiąc drogie odzienie i wsiąkła w pył. - Uparty był skurczybyk – mruknął wiedżmin. Tłumek rozproszył się szybko – Uparty i głupi.

Deszcz lał się ciurkiem za kołnierz. Kościsty koń wlókł wóz po zarośniętej, dawno nie używanej drodze. Zapadał ciężki, mokry zmrok. - Prrr. – zawołał woźnica – To tutaj. Dalej musicie iść pieszo. Jaszczur zeskoczył z wozu. - Że też przychodzi wam wojować w taką pogodę. - Taka Służba – Wiedźmin zarzucił worek z rynsztunkiem na plecy – Bywajcie. Błotnista ścieżka opadała dość stromo, szedł ostrożnie. Wprawdzie w ostrzeżenie o smoku, który ponoć był na usługach czarodzieja, za bardzo nie wierzył, widział jednak w życiu tyle poczwar, że uznał ostrożność za bardzo wskazaną. Osiągnął najniższy punkt. Woda stała tu po kolana, tworząc spore rozlewisko, jako że szło się tu dnem dość głębokiego parowu. Mokre gałęzie zwieszały się z góry czepiając za ubranie. Przejście stawało się coraz trudniejsze. Wreszcie dróżka skończyła się przed pionową, skalną ścianą, w której ziała duża pieczara. Było w miarę sucho. Szedł wprawdzie dalej w wodzie po kolana ale przynajmniej nie lało się za kołnierz. Jego wzrok przeszedł na widzenie cieplne. Pająki łażące po skalnych ścianach, troszkę tylko cieplejsze od otoczenia, świeciły słabo. Dno jaskini podniosło się na tyle, że nie stała tam już woda. Jaszczur przysiadł na ziemi, wylał wodę z butów i jął wyżymać przemoczone onuce. Owionął go ciepły powiew i usłyszał coś na kształt długiego westchnienia. Obrócił się błyskawicznie. Patrzyło na niego wielkie jak kufel, świecące zielonkawo oko. Pokryty grubą łuską potwór emitował niewiele ciepła, więc był słabo widoczny. Ale był to smok, długi na jakieś piętnaście, a wysoki na osiem łokci, prawdziwy smok. Wiedźmin błyskawicznie rozważył sytuację. Miejsca do walki nie było. Potwór jednym uderzeniem łba rozpłaszczy go o ścianę jaskini. Smok obwąchiwał go uważnie. Oddech stwora był ciepły i pachniał łąką. No właśnie, łąką. Oddech bestii żywiącej się padliną i rozdzierającej ludzi na sztuki, powinien śmierdzieć jak miejski rynsztok Jaszczur zaśmiał się cicho – Skubaniec jest roślinożerny, przecież to Orchideraptus.- Przedstawiciel tego wymarłego ponoć gatunku, żerującego za czasów złotej ery na rozległych łąkach, wysunął długi rozwidlony jęzor i polizał nim Jaszczura. Smak wysłużonej, skórzanej kurtki, wydał mu się widać niezbyt atrakcyjny, bo wydał z siebie coś na kształt prychnięcia i poszedł do wyjścia, ciągnąc za sobą uzbrojony w kostny grzebień ogon. Wiedźmin wdział mokre buty i ruszył w przeciwną stronę. Po kilkudziesięciu krokach znalazł się znów na zalewanej deszczem ścieżce. Przed nim, na urwistym cyplu, zawieszonym nad morską zatoką, majaczył na tle jaśniejszego nieco nieba, zamek czarodzieja. W zasadzie nie był to nawet zamek, tylko pojedyncza, pękata i niezbyt wysoka wieża zwieńczona blankami, oraz kilka pomniejszych, niewysokich budynków. Zamek wyglądał jak wymarły, tylko wątłe światełko w okienku wierzy świadczyło, że jest tu jeszcze ktoś żywy. Jaszczur szedł przed siebie. Czuł wyraźnie ślad magii, nie taki jaki zostawia pojedyncze zaklęcie. To było silne źródło, coś co działo się w sposób ciągły, silny strumień mocy. Tak silny że Jaszczurowi który odbierał magiczne ślady jako nieokreślone mrowienie w karku cierpła skóra. - Co oni tam do cholery robią. – zastanowił się pocierając kark. Sam wprawdzie posługiwał się mocą znacznie silniejsza, ale niesłychanie rzadko spotykał tak twarde widmo. - Albo jest lepszy niż myślałem – rozważał – albo dorwał się do czegoś co go przerasta. Dalszą drogę zagrodziła wielka, drewniana, stalą okuta brama. - Oczywiście, odporna na magię- stwierdził przesunąwszy po niej ręką. Do stali dodano sporo dwimerytu. Usłyszał świst, odskoczył prawie odruchowo. Spory kulisty wyrżnął o ziemię siejąc płomieniami. Drugi lepiej wcelowany leciał z góry. Łupnął z głuchym hukiem o osłonę, którą wiedźmin zdążył postawić. - Niezły jest – pomyślał, z palców strzeliła błękitna iskra i poszybowała wysoko w stronę okienka wierzy, rozległ się huk i posypały odłamki cegieł. – To cię trochę przyhamuje, robaczku. Brama była mocna, a deszcz nie zachęcał do zabawy z otwierającymi zaklęciami. Zamek w końcu też mógł być wykonany z dwimerytu, wtedy można by go sobie zaklinać do samego końca świata. Wybrał znacznie prostsze rozwiązanie. Bełt o ciężkim, niekształtnym grocie wbił się z metalicznym dźwiękiem w drewno. Cienie uciekły na chwilę spod ociekających wilgocią mrów, wypłoszone upiornym, błękitnym blaskiem reakcji. Wrota wyleciały razem ze sporym fragmentem ściany. Światełko w oknie zgasło. Wiedźmin wyciągnął miecz i wszedł w ciemność. Wzrok przystosował się do termowizji. Na razie nic się nie działo, tylko szczury umykały po kontach. – Jak na złodzieja diamentów biedniutki on, jak mysz kościelna – pomyślał. Kilka sal które przeszedł, kierując się w stronę wierzy, pozbawione było wszelkich sprzętów. Po obrazach zostały tylko jaśniejsze plamy na starym, ściemniałym tynku. Na ścianach pojawiła się słaba zielonkawa poświata, powietrze zadzwoniło jak naprężony drut. - Szlak – nieprzyzwoite skądinąd słowo, padło prawie równo z brzękiem szkła i trzaskiem okiennicy, poprzedzającym o jedno uderzenie serca, potworny łoskot zapadającego się domostwa. Odtoczył się kawałek i zerwał na nogi, dokładnie na czas by uniknąć uderzenia kolumną, której nagle znudziło się podtrzymywanie nieistniejącego już daszka. Pobiegł czym prędzej pod wieżę, przezornie klucząc zygzakiem, ale żaden kulisty nie poleciał. Widać czarodziej zbierał siły po spektakularnym, acz niepotrzebnym obróceniu swego domostwa w perzynę. Drzwi wieży stawiły symboliczny zaledwie opór, gdyż potraktowane tęgim kopniakiem, postanowiły skapitulować i rozsypały się na próchno. Podmuch uderzający jak taran, dopadł go na podeście między schodami. Usłyszał dźwięk za późno, uderzenie przełamało nie do końca postawioną osłonę. Cios walnął nim o ścianę, w drewniane barierki. Zobaczył cały nieboskłon złotych gwiazd. Ocucił go prawie natychmiast ból w boku, przez chwilę myślał że nadział się na własny miecz. Popatrzył. Z rany sterczał kawałek nieporządnie złamanego drewna. Szczęściem przeszedł tuż pod skórą. Wyrwał go zdusiwszy sążniste przekleństwo. Rana nie krwawiła zbytnio. Zebrał się spośród połamanych barierek. Teraz był naprawdę wkurzony. Przerzucił miecz z ręki do ręki i zaszarżował po schodach. Następne uderzenie przyjął już na dobrze postawioną zasłonę, odbił wzmacniając jednocześnie. Czarodzieja poderwało i rzuciło o ścianę pod samym sufitem. Zsunął się wiotki jak szmata i oklapł na podłodze. Jaszczur dopadł go w dwu skokach uniósł miecz. Ciosu nie zadał. Podrapał się z głupią miną w czubek czaszki. Czarodziej był chudziutki, blady i choć jeszcze nie stary, wydawał się przedwcześnie zwiędły. - Głupio takiego zarzynać.- Schował miecz, przewrócił maga na brzuch i skuł mu ręce na plecach dwimerytowymi kajdankami. Ból w boku ukąsił mocniej. Rozejrzał się za czymś, czym można by opatrzyć ranę. Kąt komnaty odgradzała zasłona. Zerwał ją. - Takie uszy. – nad niskim stołem, otoczone niczym kokonem słabej, błękitnej poświaty, lewitowało jakieś ciało. W kokonie blasków wyglądało jak zatopione w krysztale. U wezgłowia pulsowała dość skomplikowana konstrukcja rurek, retort i elektrod. - Zostaw ją! – wrzask maga był niczym skowyt śmiertelnie ranionego zwierzęcia. Skuty czarodziej rzucił się na niego w ostatecznej rozpaczy. Jaszczur mocnym ciosem w splot słoneczny obalił go na podłogę. Czarodziej zwymiotował na klęczkach. Wiedźmin chwycił go za kark. - Słuchaj ty domorosły magiku – od chłodu jego głosu powinien zamarznąć deszcz za oknem – W zasadzie powinienem ci wypruć flaki kwadrans temu, nie pytając o rację. Postaraj się to docenić. - Nazwany tak paskudnie przełknął z trudem ślinę i skinął głową. – Wyrobiłem już normę na dzisiaj. Tamten był głupi i narwany, wy mości czarodzieju okażecie się chyba odrobinę rozsądniejsi. – znowu nieznaczne kiwnięcie głową. – Nie będziesz już robił głupstw? – puścił czarodzieja ten usiadł na podłodze. Wyglądało że się uspokoił. Jaszczur podarł wreszcie zasłonę, ściągnął zakrwawione odzienie. - Zobacz coś zrobił – wskazał na okrwawiony materiał. Zapłaciłem za to wczoraj dwa floreny. Czarodziei wymamrotał coś niewyraźnie - Rozumiem że to

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych