AMULET Z MOYNIHHAN część 11
PROSZĘ O KOMENTARZE !!!!!!ROZDZIAŁY; Wyladowali ...(nie moge wymyślić zgrabnego tytułu rozdziału), LIST OD WIEDŹMY MROKU, NIEDOKOŃCZONY SEN WIEDDŹMY, ASTRONEMUS PRZYRZĄDZA MIKSTURĘ TRAFIAJĄCĄ
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
WYLĄDOWALI, WRACA ĆMA, ODNAJDUJĄ WALIZKĘ, HISTORIA WALIZKI HAG SIĘ ZNAJDUJE
Czarnoskrzydła ćma zataczała koła nad ziemią. Wciąż trzymała urwany świstek papieru z białej księgi. Chciała wrócić do swojego pana i oddać to, co kazał jej przynieść. Matti już ochłonął po wyścigu w turlaniu. Leżał teraz na dywanie z nocnych motyli i głaskał je czule po rozpostartych skrzydłach. Yanik trzymał się z boku; lubił ćmy trochę bardziej, ale to jeszcze nie powód, żeby się do nich tulić. Obydwaj byli bardzo zmęczeni. Zapewne usnęli by na stojąco, gdyby nie to, że mieli jeszcze coś do zrobienia. - Muszę odzyskać moją walizkę - powiedział Matti. - Nie zamierzasz tam chyba wrócić? - Yanik nie mógł uwierzyć, że jakaś walizka może być warta powtórki z turlania. - Zgłupiałeś? Stadem koni mnie tam nie zaciągniesz. Choćby lało się tam żywe złoto i stały góry usypane z silwerenów, za nic tam nie wrócę. - To jak chcesz odzyskać swoją walizkę? - Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślę. Ale najpierw muszę coś zjeść! - i rzucił się na rosnące nieopodal owoce, które przypominały czarne jagody, były tylko trochę większe. Zerwał łapczywie całą garść i razem z liśćmi wepchął sobie do ust. - Nie jedz tego! - krzyknął Yanik. - Mogą ci zaszkodzić! - podszedł bliżej i przyjrzał się rosnącym krzaczkom. Nie bardzo znał się na roślinach, ale te coś mu przypominały. - Już wiem! - przypomniał sobie. - To rozpaczliwka! Zjadłeś owoce rozpaczliwki! - No i fffoo? - co miało znaczyć "No i co?" , ale Matti wymówił to z ustami pełnymi jagód. - Są flujonce? (znaczyło to: "są trujące", ale Matti nie zdążył jeszcze połknąć owoców i ani myślał je wypluć). - Na szczęście nie. Ale i tak będziesz żałował, że je zjadłeś. Matti opychał się dalej owocami rozpaczliwki. Kiedy już wszystkie okoliczne krzaczki zostały ogołocone z jagód i wszelkiego listowia, Matti rzucił się na ziemię z rozpostartymi rękami. - No, teraz mogę trochę pomyśleć. - Wbił oczy w niebo i zobaczył czarnoskrzydłą ćmę. -Yanik, zobacz! Spójrz w niebo! To ona! Ma urwany świstek! - wołał, dziobiąc powietrze uniesionym do góry palcem. Yanik spojrzał w górę i podskoczył z radości. - Huuuurrrrrrrraaaa! Ściągnij ją na ziemię, ściągnij ją na ziemię! - wrzeszczał w przypływie dzikiej radości. - Ląduj, ląduj złociutka! - rozczulił się. - Zostaw, ja to zrobię. - w głosie Mattiego było wiele współczucia. Złożył ręce w trąbkę i przyłożył je do ust. Zaczął wydawać dziwne odgłosy, trochę jak szelest liści, a trochę jak klekot bociana. Ćma pomachała dostojnie skrzydłami i zaczęła zniżać lot. W tym momencie Matti zaczął szlochać, a po chwili rozryczał się na dobre. Usiadł pod drzewem i płakał wniebogłosy, a łzy lały mu się strumieniem po brodzie. - Wiedziałem, że tak będzie - westchnął Yanik. - Mówiłem, żebyś nie żarł tych jagód. Masz za swoje. Znów muszę radzić sobie sam - westchnął. Nagle znikąd zjawiła się Eliszka. Spojrzał na Mattiego, który okropnie płakał i użalał się nad sobą. - Czemu on tak ryczy? - zapytała Eliszka. - Nażarł się owoców rozpaczliwki. Nie przejmuj się, przejdzie mu za parę godzin. Po rozpaczliwce wszyscy wpadają w rozpacz. Jednych trzyma dłużej, innych krócej, ale wszyscy po niej płaczą jak bobry. Mówiłem, żeby się nie obżerał,ale mnie nie słuchał. - Aha. - A ty skąd się tu wzięłaś ? - Yanik dopiero teraz zanotował obecność Eliszki. Był tak wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, że nie reagował prawidłowo. - Muszę cię pilnować - powiedziała Eliszka. - Meteora cię tu przysłała, co? Nie wierzy mi? - Mylisz się, Meteora nie ma z tym nic wspólnego. Znalazłam się tu, bo jestem ci potrzebna. Yanik nie miała siły kłócić się z Eliszką. Denerwował go ryczący Matti, ale trzeba było jakoś ściągnąć ćmę na ziemię i zabrać jej świstek. Może uda się odnaleźć Haga, a wtedy wszyscy wyniosą się stąd jak najszybciej. - Trzeba złapać tego motyla - wskazał w niebo. - Pomóż mi. Tylko uważaj, to mortea negra. Może cię obryzgać jakimś świństwem. Widziałem, jak zacementowała Salomona Kretta. Eliszka spojrzała w górę. Na grzbiecie owada odznaczał się wyraźny rysunek trupiej główki. - Milutkie stworzonko. - Nie gadaj tyle, tylko wymyśl coś. Ona słucha tylko Mattiego. Ale jak widzisz, nie można na niego liczyć. - Spróbuję. Eliszka nie zastanawiała się długo. W mgnieniu oka uniosła się do góry. Nie było widać żadnych skrzydeł, a jednak unosiła się w powietrzu! Zbliżyła się do ćmy i wyciągnęła rękę. Motyl załopotał czarnymi skrzydłami , a potem spokojnie usiadł na dłoni dziewczynki. Z motylem w dłoni Eliszka wylądowała na ziemi. - Proszę - podała chłopcu ćmę na wyciągniętej dłoni. Yanik zauważył, że była to dłoń ze znamieniem Vampirii. Owad siedział bez ruchu, jak zahipnotyzowany. Znak smoczej głowy działał na niego uspokajająco. - Masz swoją ćmę - powtórzyła. Yanik nieco z obrzydzeniem sięgnął po owada. Wolałby go nie dotykać, ale nie miała wyjścia - Matti ciągle rozpaczał ni nie było z niego żadnego pożytku. Czarny motyl miękko usiadł na dłoni chłopca. Rysunek trupiej główki z bliska wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Na jednym z czarnych skrzydeł leżał skrawek strony z białej księgi. Yanik zdjął go ostrożnie - był nie większy od paznokcia. - Mam - ucieszył się. - Możemy wracać. Mam nadzieję, że uda się go przykleić i wszyscy zabierzemy się stąd jak najszybciej. No i że znajdzie się Hag... - rzekł z nadzieją. Matti nagle przestał ryczeć. Rozejrzał się dokoła, jakby nagle obudził się z długiego snu. Zobaczył Yanika i Eliszkę, dywan z czarnych motyli wciąż rozpostarty na ziemi i dotarło do niego, gdzie jest i co się stało. - Ee.. e... tego ... - jąkał się nieprzytomnie. - Co się dzieje? - Przestałeś ryczeć - odparli chóralnie Eliszka i Yanik. - Aha - mruknął. Spojrzał na dłoń Yanika i siedzącą na nim ćmę. - Heksera - powiedział nagle. W tym momencie ćma poderwała się do lotu. - Co powiedziałeś? Heksera? -upewnił się Yanik. - Tak się nazywa. Heksera - Ćma lądowała już na dłoni Mattiego. Chłopiec przybliżył dłoń do twarzy i szeptem wypowiedział kilka słów. Ćma złożyła skrzydła i zastygła w bezruchu. - Idziemy - rzucił Matti, rozglądając się wokół. Nagle krzyknął - Gdzie moja walizka? Eliszka i Yanik byli zajęci dopasowywaniem skrawka papieru do urwanej stronicy. Gdyby tylko mieli go czym przykleić, księga byłaby cała... - Na zdechłego szczura, Gdzie moja walizka! - Matti tym razem wrzasnął. - Gwarki i gerwile zrobiły z niej sieczkę. Tam, w dolinie karłów, było ich zatrzęsienie. Z twojej walizki zostały tylko strzępy. Zapomnij o niej i wracajmy już. Musimy tylko to czymś zakleić ...- Yanik zamyślił się. - Muszę odzyskać moją walizkę! - Matti wrzeszczał już jak opętany. - Eliszka, zrób coś z nim, bo nie mogę myśleć. Yanik był zbyt zajęty myśleniem, jak pomóc Hagowi i ani trochę nie obchodziła go walizka Mattiego. Matti jednak wrzeszczał i trzeba było coś z nim zrobić. - Eliszka, masz jakiś pomysł? - Oczywiście. - powiedziała - Pomożemy mu z tą walizką. - Ale... - Yanik chciał coś powiedzieć, jednak Eliszka powstrzymała go ruchem dłoni. Eliszka w mgnieniu oka uniosła się do góry, bardzo wysoko, prawie tak wysoko jak najwyższe drzewa w dolinie. Z dołu, z miejsca, w którym stali wyglądała jak wielki, nieruchomy dwuptak , szykujący się do ataku. Musiała mieć z góry niezły widok. - Eliszko, co widzisz? - Gerwile już sobiec poszły. Nad doliną krążą całe hordy owadów. Matti, chyba już ich nie odzyskasz. Fruwają jak oszalałe. Chyba się cieszą, że nie musza już siedziec w słoikach. - Co ty tam wiesz! - zdenerwował się Matti. - Nie znasz się na owadach. Co z moją walizką? - Widzę jakieś strzępy na dnie Doliny. To chyba resztki z twojej walizki. Hi, hi, hi... Pełno tu potłuczonego szkła. - Złaź stamtąd natychmiast!- wrzeszczał Matti, wytrącony z równowagi drwinami dziewczynki. - Sam sobie poradzę! Wracam do Doliny Karłów po moje robaczki! - Powstrzymaj go, Yaniku. Karły nie znoszą, jak ktoś obcy wkracza na ich teren. Są podstępne i wredne. To krwiożercze istoty. Nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy. Nie powstrzymają się przed tym, żeby zabić. Ja tam wrócę. Jestem przeciez nieprawdziwa, mnie nic nie zrobią. Pozbieram to, co jeszcze zostało z twoich skarbów, Matti. A ty, Yaniku postaraj się powstrzymać tego obżartucha przed zjedzeniem kolejnej porcji jakiegoś zielska. Już dosyć było z nim kłopotów. Po czym oddaliła się w stronę Doliny. Chłopcy czekali, nie wiedząc, co robić. Eliszka długo nie wracała. Trudno powiedzieć, czy nie było jej godzinę, dwie czy dłużej. W każdym razie na tyle długo, że chłopcy zaczęli się już niepokoić. - Co się mogło stać? - Yanik gotów był natychmiast ruszyć na poszukiwania. - Nie wiem, ale skoro kazała nam czekać, to zaczekajmy. - Zaczekajmy...zaczekajmy - przedrzeźniał Mattiego. - Pewnie, nie ma nic ważniejszego, niż twoje robale. - Heksera! - przypomniał sobie nagle Matti. - Zapomnieliśmy o Hekserze! Przyniosła świstek! - Hag! - Yanik zawstydził się, że zapomniał o swoim przyjacielu. - Właśnie, musimy natychmaist go odnaleźć. Daj mi skrawek, który przyniosła ćma. Matti sięgnął do kieszeni, w której ukrył ostatnią, pozostałą mu ćmę. Owad rozpostarł zwinięte skrzydła. Spomiędzy nich wypadł maly kawałeczek żółtawego papieru. Yanik starannie wygładził zwinięty skrawek i dopasował do książki. Jedna z kart miała urwany róg - skrawek doskonale pasował. - Potrzebny mi klej - powiedział Yanik. - Nie wiesz, skąd można by wziąć trochę kleju? - Poczekaj - Matti potarł palcem skrzydło ćmy. Owad wydzielił kleistą, czarną maź. - Ale smród! - nie mógł się powstrzymać Yanik. Rzeczywiście, kleista substacja nie pachniała najlepiej. W powietrzu dało się wyczuć woń starego sera pomieszanego z dawno niepranymi skarpetkami. Matti wziął kilka kropel mazi na paleci delikatnie posmarował brzegi stron. Maź zastygła w okamgnieniu, tworząc czarną, pancerzowatą skorupę. Księga była cała! Może nie prezentowała się najpiękniej i nie najlepiej pachniała, ale nie to było ważne. - Jest cała! - ucieszył się Yanik - Udało ci się ją skleić! Nagle z Księgi wydobyło się jasne światło. Promień oświetlił amulet, wiszący na szyi Yanika. Chłopcom zakręciło się w głowie. Otoczyła ich niesamowita feeria barw. Nagle wszystko zniknęło. - Hauu, hauu... - usłyszęłi skomlenie psa. U stóp Yanika zobaczyli Haga. Był wycieńczony, wystraszony, miał zmierzwiona sierść i strach w oczach. Podkulił ogon i wtulił się całym zmaltretowanym ciałem w nogę swego pana. - Hag! Hag! Wróciłes, piesku! Jak się cieszę! - Yanik przytulił psa najczulej, jak potrafił . - Hej, chłopcy! - usłyszęli perlisty smiech Eliszki. - Eliszka! - krzyknęli chórem. Zza pagórka wyłoniła się postac dzieczynki, targającej wielką walizkę. Matti nie mógł uwierzyc własnym oczom. - Moja walizka! Skąd... Jak... jak ci się udało? - Ech, to nie było takie trudne. Dobrze wychowałeś te swoje robaczki. Same mi weszły do słoików. Może są teraz trochę pomieszane, ale wiesz, spieszyłam się. - powiedziała, wręczjąc mu walizkę. ************************* LIST OD WIEDŹMY MROKU U Gifiskoczek wpadł przez dziurkę od klucza i niespodziewanie wskoczył wprost do kieszeni mnisiego płaszcza. Astronemus otworzył oczy. Wydawało mu się, że coś łazi między fałdami jego zamaszystego odzienia. Wsłuchał się w ciszę, panującą w jego komnacie, ale nic się nie poruszyło. Odwrócił się na drugi bok. Nie miał ochoty jeszcze wstawać. Nakręcił stary zegar z kukułką na ósmą i nie miał zamiaru budzić się dwie godziny wcześniej. Coś zaszurało pomiędzy fałdami. - Lancelocie, a niech cię ... - mruknął zaspanym głosem. Szczur Lancelot był rannym ptaszkiem, jeśli można rzec tak o szczurze. Mam na myśli to, że uwielbiał rano wstawać. Nie miał jednak w zwyczaju przeszkadzać swemu panu i to trochę Astronemusa zdziwiło. Ale tylko trochę, bo był zaspany i nie bardzo miał ochotę na myślenie. Rozzłoszczony tym, że coś nie daje mu spokoju, fuknął ponownie: - Uspokój się Lancelocie, bo inaczej się z tobą policzę ... - szuranie ustało. Astronemus pogrążał się w drzemce. Wszystko wokół cichło i kołysało go do snu. - Aaaaaaaaa - wrzasnął Astronemus i w jednej chwili usiadł na łóżku. Coś drapało go ostrymi pazurkami w nogę. Oprzytomniały w mgnieniu oka Astronemus pomyślał, że to chyba nie Lancelot. On nie ma takich długich pazurów! Znał zwyczaje swojego ulubieńca i wiedział, że Lancelot nigdy nie dopuściłby, alby urosły mu tak długie pazurki! Zawsze starannie je obcinał, ostatnio nie dawniej niż wczoraj po wieczornej kąpieli. Stwierdziwszy to, Astronemus sięgnął między fałdy swego odzienia. Trafił po omacku do kieszeni, gdzie wymacał jakieś szarpiące się stworzonko. Istotka była drobna i chyba wystraszona, bo serce waliło jej bardzo mocno, co można było wyczuć przez skórę. Szybkim ruchem dłoni wyciągnął stworzonko z kieszeni i już miał zamiar dać mu reprymendę, ale zamiast tego, krzyknął zdziwiony: - Gifiskoczek ! Trzymał w ręku drżącego ze zmęczenia kieszonkowego gifiskoczka. Przebierał miarowo tylnymi łapkami, jakby jeszcze nie skończył biegu. Gifiskoczkom trudno było się zatrzymać. Kiedy wpadały komuś do kieszeni, miarowo przebierały nóżkami jeszcze kilkanaście minut. - Choć no tu, malutki. - ujął zwierzątko w dłoń i przysunął jak najbliżej twarzy. Ziewnął przy tym potężnie, bo jeszcze nie był do końca obudzony. Gifiskoczek zadrżał pod palcami. - Co masz dla mnie? Stworzonko zrobiło słupka na dłoni Astronemusa. Gifiskoczek nastroszył wąsiki, czujnie sprawdzając, czy na pewno są sami. Upewniwszy się, sięgnął łapkami do fałdy w skórze, tworzącej na brzuszku rodzaj torby, i wyjął stamtąd miniaturowy rulon zalakowanego papirusu, z odciśniętą pieczęcią. - A! Wiadomość ! - stwierdził Astronemus, zupełnie nie zdziwiony. Gifiskoczki, zwane też gifinami skaczącymi, roznosiły wiadomości. Świetnie się do tego nadawały, biorąc pod uwagę wszelkie ich zalety. Były małe, szybkie, miały świetne torby do przenoszenia rolek papirusu i zawsze trafiały do odpowiedniej kieszonki. - Któż to postanowił przysłać mi wiadomość o tak wczesnej porze? - pomrukiwał Astronemus, łamiąc malutką pieczęć i rozwijając miniaturowy zwój papirusu. - Podaj mi okulary, gifiskoczku - rzekł do zwierzątka, zobaczywszy kartkę zapisaną drobnym maczkiem. Okulary niewiele pomogły. Literki nadal były niewyraźne. - Cóż, mój drogi. Chyba musimy to zrobić. - Gifiskoczek był przygotowany. Zamknął tylko oczy, bo nie cierpiał tego uczucia. Ale nie protestował. Gifiskoczki nigdy nie protestowały. Astronemus ujął papirus w dłoń, nabrał powietrza w płuca i dmuchnął na papirus. Uszka gifiskoczka zadrżały i załopotały na wietrze. W jednej chwili papirus powiększył się do normalnych rozmiarów. - Teraz jest dużo lepiej - Astronemus uśmiechnął się do siebie i zagłębił się w lekturze. List był od Wiedźmy Mroku. A oto, co pisała:
Drogi Astronemusie, Miałam sen. Myślę, że powinniśmy go omówić w szerszym gronie. Przekaż wiadomość gifiskoczkowi, co postanowiłeś. Wiedźma Mroku
Wiedźma nie rozpisywała się, jak zwykle. Licho wie, o co jej mogło chodzić. Astronemus nie do końca wierzył w jej przepowiednie. Cóż jednak było robić. Wszystko, co było związane z przyszłością moynihańczyków, było ważne. Nawet, jeśli Wiedźmie Mroku coś się zdawało, trzeba było działać. - Znów się coś przyśniło naszej słodkiej staruszce -jęknął z przekąsem. Ujął jednak leżące obok na nocnym stoliku pióro i nakreślił kilka słów:
Droga Wiedźmo, Spotkajmy się w Mieście Wygnańców dziś wieczorem. Zawiadomię naszych bliskich przyjaciół. Zachowajmy dyskrecję. Mag Astronemus
Po czym zawinął skrupulatnie papirus w tubę i przyłożył pieczęć, którą miał w pierścieniu. - Gotowe, gifiskoczku! - krzyknął do zwierzątka, chcąc wręczyć mu list. - Ah, zapomniałem! - zorientował się. Tuba z papirusu była o wiele za duża, nie zmieściłaby się w torbie gifiskoczka. - Uważaj ! - ostrzegł stworzonko Astronemus i dmuchnął. Uszka załopotały, papirus zmniejszył się do odpowiednich rozmiarów. Gifiskoczek wrzucił list do torby i już go nie było. Dwoma susami pokonał odległość od łóżka do drzwi i wyskoczył przez dziurkę od klucza. Astronemus spojrzał na zegar z kukułką. Była za dziesięć siódma. Nakrył głowę poduszką i przewrócił się na drugi bok.
******************************** NIEDOKOŃCZONY SEN WIEDŹMY Wielki, czarny płaszcz cały nasiąkł wodą. "Drugi raz mi się to zdarzyło" - przemknęło przez myśl Astronemusowi. "Niedobrze. Musi być jakaś przyczyna. Jak wrócę do Korndeile, przyjrzę się temu uważniej" - postanowił. Płaszcz trzeba było wysuszyć. Ważył teraz chyba ze sto kilogramów. Podróż do wnętrza jeziora zazwyczaj kończyła się dla przybyszów bez zmoczenia nawet jednej nitki. Jeśli jednak zdarzyło się coś takiego, oznaczało to tylko problemy. "Chyba jestem pierwszy" - pomyślał. Zobaczył z daleka nadchodzącą Meteorę. Miał w zanadrzu małe pudełko z marcepankami. Sięgnął w przepastne fałdy swojego płaszcza i wydobył stamtąd łakocie. Spodziewał się szaleńczej reakcji, jakiegoś tupotu, pisku i wybuchów radości (Meteora była nieco niezrównoważona), ale nic takiego się nie stało. Meteora kroczyła dostojnym krokiem w jego kierunku, nie spojrzawszy nawet na pudełko. "Coś się stało..." - stwierdził ze zdziwieniem. Wszystko było inaczej niż zwykle. Meteora, która nie wariuje na widok marcepanek, to był poważny problem. Nie miał jednak czasu teraz się tym zajmować, bo tuż za nim wylądowała, przemoczona do suchej nitki, Wiedźma Mroku. - Ojej, Ojejejej! - wrzasnęła rozzłoszczona. - Zawsze mówiłam, że to głupi pomysł, chować się w jeziorze! - lamentowała. - Można było wybrać jaskinię, albo jakieś podziemne lochy! Cała jestem mokra! - Witaj, Wiedźmo Mroku! Dawno się nie widzieliśmy! - Astronemus nie zwracał uwagi na jej humory. - I zapewniam cię, że nie zobaczylibyśmy się dzisiaj, gdybym wiedziała, że tak zmoknę! - Ja też jestem cały mokry. Wyjaśnię to później. Nie zapominaj, że jesteśmy tu z TWOJEGO powodu. Wiedźma Mroku już chciała coś dodać, ale właśnie przy kupce kamieni spadli z głośnym hukiem Pan Skroot i Less Moffin. - Aj! Nie cierpię tych dziwacznych podróży! - Pan Skroot też nie był w najlepszym nastroju. - Meteoro, mogłabyś sprzątnąć stąd te głazy! Znów się potłukłem! Less Moffin nic nie mówił. Wstał szybko i rozcierał sobie bolącą od upadku nogę. Na polanie przed bramą Soho zjawiła się jeszcze jedna postać. Ociekająca wodą Ester Gaddis przywitała się radośnie: - Witajcie, chyba się nie spóźniłam? Meteora w milczeniu stała przy bramie Miast Wygnańców. Wszyscy przybyli goście trzymali w dłoniach pudełka z marcepankami. Meteora nie ruszyła się o krok. Przypatrywała się każdemu uważnie, jakby widziała ich po raz pierwszy. W końcu odezwała się: - Czego tu szukacie? - Nie można było tego nazwać miłym powitaniem. Astronemus oburzył się: - Meteoro, za dużo sobie pozwalasz. Zaprowadź nas, proszę, do bram miasta i zostaw nas w spokoju. - To mówiąc, podał jej pudełko marcepanek. Uważał sprawę za zakończoną. Pozostali wyciągnęli swoje prezenty i wręczyli Meteorze. Strażniczka bram Soho przyglądała się uważnie ich dłoniom. Kiedy Ester Gaddis podawała swoje pudełko, Meteora drgnęła. Dłoń Estery skrywała jakąś tajemnicę. Meteora zauważyła jakiś znak. TEN znak. Kiedy przybysze odwrócili się, minąwszy bramę Soho, zbliżyła się do kopczyka kamieni i... - Stój! - Krzyk Astronemusa rozdarł ciszę. Meteora stała bez ruchu, z kamieniem uniesionym nad głową. Błyskawiczna reakcja Astronemusa wbiła ją w ziemię. - Nie próbuj więcej swoich sztuczek, Meteoro. Muszę się zastanowić... - potarł czoło ręką. - Taaak. Muszę pomyśleć ... - mruczał. - Zostań tutaj, Meteoro - zwrócił się do wróżki - Później się z tobą policzę. Teraz musimy iść . - To mówiąc, gestem przywołał do siebie przybyłych gości. - Już czas zacząć nasze spotkanie. Spieszmy się. Ruszyli szybkim krokiem w stronę miasta. Minęli rozświetloną tysiącem migotliwych świetlików bramę i znaleźli się na brukowanych ulicach Soho. Szli w milczeniu. Słychać było stukot obcasów o bruk. Mijali zaciemnione witryny sklepów, spowite mrokiem kamienice o spadzistych dachach. Zakapturzeni przechodnie zatrzymywali się, obserwując gromadkę postaci podążających gdzieś w nieznane. Dotarli w końcu do zbiegu ulic, z
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil agahsoy
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…