Wróć do katalogu

AMULET Z MOYNIHHAN część 7

PROSZĘ O KOMENTARZE!!! ROZDZIAŁY; ZNAK VAMPIRIUSA, MGŁA ZAPOMNIENIA, NIEPOKÓJ W KORNELILE

agahsoyopublikowano 19 września 200654 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ZNAK VAMPIRIUSA - ELISZKA I YANIK NA SZLAKU ZBŁĄKANYCH.

- Matti, co ci się stało? - to było pierwsze pytanie Yanika, kiedy już opuścili wieżę Reniferiona. Yanik nie mógł pojąć, jak z pewnego siebie Mattiego w kilka minut zrobił się mazgajowaty tchórz. Widok karlich szkieletów w piwniczce Reniferiona był wstrząsający, ale nie spodziewał się, że Mattiego po prostu zamuruje. Teraz szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię, ciągnąc za sobą wielką walizę. W walizce coś buszowało, szamotało się, słychać było przeraźliwe jęki i popiskiwania. Robale były głodne. Piekielnie głodne, ale Matti w ogóle nie zwracał na to uwagi. Musiało być z nim naprawdę bardzo źle. Nakarmienie robali to zawsze była najważniejsza rzecz dla Mattiego. - Matti, musimy się zatrzymać. Słyszysz, musimy się zatrzymać. Coś się dzieje z twoimi robalami! - Yanik próbował nakłonić chłopca do jakiegoś działania. - Stój! - krzyknął ponownie, bo Matti szedł bez żadnej reakcji, zupełnie jak lunatyk. Nagle zatrzymał się, zamrugał oczami i rozejrzał się dookoła. - Gdzie moja walizka? - zapytał. - Nareszcie! - ucieszył się Yanik. Nigdy nie przypuszczał, że ucieszy się na dźwięk głosu Mattiego. - Obudziłeś się! - Moje kochaniutkie! - Matti pochylił się nad walizką. - Moje słodkie robaczki! - przemawiał do walizki. - Tatuś zaraz was nakarmi - to mówiąc otworzył walizkę i zaczął po kolei wyjmować słoje z owadami. - No już uspokójcie się - odkręcał po kolei słój za słojem. Owady zaczęły wypełzać, wyfruwać jeden za drugim, ustawiając się w karnych szeregach. Po chwili w kilku równych rzędach stały przed nimi nocne motyle, wyłupiastookie nibyważki, oślizgłe, włochate gąsienice i innej maści owadzie żyjątka. Wszystkie nagle jak na rozkaz rozdziawiły pyszczki (to owady mają pyszczki? - zdziwił się Yanik) i najwyraźniej czekały, aż im coś wpadnie. Obudzony z transu Matti z wielką energią zaczął kolejno sypać im do pyszczków jakiś niebieskawy proszek, który wyjmował z lnianego woreczka. Tylko czarne ćmy z trupią główką dostały coś innego - wyglądało to zupełnie jak suszone, włochate gąsienice. Zupełnie podobne do tych, które stały tuż obok w szeregu. - Co to jest? Czym karmisz czarne ćmy? - zainteresował się Yanik. - To czipsy z włochatych gąsienic. - powiedział Matti. - Wyglądają zupełnie jak te obok .... - dziwił się dalej Yanik. - Bo to są TE SAME. - zniecierpliwił się Matti - Tylko suszone. Yanik wzdrygnął się z obrzydzenia. No i ze strachu. Te nocne ćmy nie podobały mu się. Chociaż uratowały ich przed Krettem, jakoś nie potrafił okazać im wdzięczności. Prawdę mówiąc, wolałby nigdy ich nie oglądać. Odwrócił głowę i poczekał, aż Matti skończy karmić swój zwierzyniec. Sam w tym czasie zajął się Hagiem. Pogładził psa po grzbiecie i wyjął z jego splątanej sierści kilka rzepów. Musiały się tam dostać, kiedy Hag buszował po ogrodzie Reniferiona. Kulki rzepów przyczepiły mu się do dłoni. Były trochę większe, niż pospolite rzepy, miały dłuższe kolce, a jeden z nich wbił się chłopcu w serdeczny palec. Próbował do wyciągnąć - zabolało. - Auu - syknął Yanik. Kolec nie chciał wyjść. Spróbował jeszcze raz .Szarpnął. Palec mocno krwawił. Odruchowo sięgnął do torby po jakąś chusteczkę. Zakrwawiona dłoń musnęła znajdującą się w torbie białą księgę. I... stało się coś dziwnego... Z wnętrza torby wybuchła światłość. Niesamowita, bladoróżowa światłość, która wydawała się Yanikowi znajoma. Biała księga ożyła...Zaszeleściła bielą kartek, okładki rozłożyły się, księga przemówiła ... "Choć do mnie...Choć do mnie... choć do mnie..." . Yanik patrzył jak zaczarowany. Ujął księgę w dłonie. Przyjrzał się uważniej. Śmugi światła wydostawały się gdzieś ze środka. Otworzył - światło rozbłysło jeszcze intensywniej. "Brama..." - kołatało gdzieś w głowie Yanika. "Brama..." "Brama do Moynihaan" . Zrozumiał, że musi w nią wejść. Ujął w dłoń wiszący na szyi amulet, drugą rękę położył na otwartej księdze i zamknął oczy. Poczuł delikatne ciepło, po chwili zrobiło mu się gorąco. Nagle jakiś wir wciągnął go do środka. Próbował otworzyć oczy, ale nie mógł. Pod zamkniętymi powiekami zaczęły pojawiać się jakieś dziwne obrazy. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej, aż zakręciło mu się w głowie. Obrazy były bardzo kolorowe, nasycone tak wyrazistymi barwami, że niektórych kolorów Yanik nawet nie umiałby nazwać. Wszystkie te kolory wirowały, tańczyły, podskakiwały i - miała wrażenie, że prawie wylewały się spod powiek. Potem wydawało mu się, że zaczyna wirować i podskakiwać w środku tych barw, razem z nimi, coraz szybciej i szybciej, coraz wyżej i wyżej! Było tak, jakby wpadł do jakiejś olbrzymiej pralki napełnionej gęstą farbą, wiadrami gęstej i niezwykle kolorowej farby. Barwy go oblepiły, otoczyły, migotały i drżały na wietrze. Ach, co za uczucie! Ach, żeby tak otworzyć oczy, mógłby zobaczyć więcej, więcej! Ale oczy za nic nie dały się otworzyć. Za to robiło się coraz jaśniej i jaśniej, coraz bielej, barwy powoli blakły, bielały, aż stały się całkiem białe. Potem poczuł przeraźliwe zimno. Otworzył oczy. Leżał na czymś twardym i zimnym. Bardzo zimnym. Podniósł głowę - dookoła ciągnęła się bezkresna, płaska, przeraźliwie biała równina. Aż po horyzont. Z każdej strony było biało i pusto. Nie było na czym zwiesić oka. Nawet najmarniejszej gałązki, pyłku, ziarenka piasku, załamania światła. Nic, tylko biel. I zimno. To był śnieg. Lód i śnieg. Znajdował się na pustyni Kaloen. W samym środku śnieżnej pustyni. Mattiego i Haga nie było. Musieli zostać ... No właśnie, gdzie zostali?... Yanik był sam pośrodku bezkresnej bieli. Nie miał nic ze sobą - trzymał tylko kurczowo w dłoniach białą książkę. Ogarnął go strach. Nagle zatęsknił za Mattim. Nigdy nie przypuszczał, że będzie mu go brakowało. Usiadł i zaczął myśleć. Zastanowił go, jak się tu znalazł. Dziwna podróż w kosmicznych barwach... Zna to uczucie. Już kiedyś tak podróżował. Chyba z Eliszką... Tak, z Eliszką do Miasta Wygnańców!... - Cześć! - usłyszał za plecami szczebiotliwe powitanie. Odwrócił się - za nim, na obłoku śniegu, stała Eliszka! - Co tu robisz? - Potrzebowałeś mnie, więc jestem. - Wcale cię nie wołałem - odpowiedział z niechęcią. Chyba nie lubił Eliszki. Nie rozumiał tego entuzjazmu, z jakim Yonika opowiadała o przyjaciółce. Eliszka była stuknięta. Tak uważał i już. - Potrzebujesz pomocy, to jasne jak słońce. Spójrz wokół - zachichotała, zataczając obydwiema rękami krąg - Śnieg, śnieg, śnieg. Tylko śnieg, góry śniegu! I niczego, na czym można by zaczepić oko! Zginiesz tutaj bez mojej pomocy. Musisz to przyznać! A ja chętnie ci pomogę! - uśmiechała się złośliwie, patrząc Yanikowi prosto w oczy. Musiał przyznać jej rację, chociaż przyszło mu to z wielkim trudem. - W takim razie zrób coś, żebyśmy wrócili do Dzikiego Lasu. Zostawiłem tam torbę z mapą Kaloen. Bez niej nie mam tu czego szukać. Muszę po nią wrócić. I po Haga. I po ... Mattiego. - dodał po chwili. Eliszka patrzyła na niego trochę drwiąco. "Ten zagubiony chłopczyk ma być nadzieją Moynihaan ..." - pomyślała. "Czarno to widzę. Gordon Vampirius zgniecie go w palcach jak pyłek. Zetrze go na proch. Nie rozumiem Astronemusa..." - Obudź się ! - usłyszała zdenerwowany głos Yanika. - Skoro masz mi pomóc, zrób coś! "Nie jest zbyt dobrze wychowany" - pomyślała Eliszka. Spojrzała na chłopca z politowaniem, po czym przyciągnęła go do siebie. Yanik poczuł znajome mrowienie i delikatne łaskotanie. Wyciągnął dłonie przed siebie i napotkał ścianę. Znajdowali się w magicznej kuli! - Eliszko, to kula Yoniki! - Tak, pożyczyła mi ją! - Ale przecież Yonikę porwano! Jak ... jak mogła pożyczyć ci kulę? - Zapytałam ją - odpowiedziała rezolutnie Eliszka. - Jak to ... zapytałaś ją? To ty wiesz, gdzie ona jest? - Wiem, nawet się z nią widziałam. Często ją odwiedzam. Prawie codziennie. - Ale... wszyscy się o nią martwią, szukają... A ty tak po prostu ją sobie odwiedzasz i nawet nie powiesz, gdzie ona jest? Dlaczego jeszcze nie wróciła do domu? - Niestety Yaniku, tego właśnie nie wiem. Ilekroć do niej wracam, długo szukam drogi. Za każdym razem błądzę. W końcu jednak udaje mi się wrócić. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w końcu ją odnajduję. Potrzebuje mnie i muszę przy niej być. - Ale... przecież to można jakoś ustalić! Skoro tam byłaś, to umiałabyś opisać miejsce, w którym się znajduje! - Nic nie pamiętam. Zupełnie jakby przebywała w jakiejś czarnej dziurze. Tylko... czasem, kiedy tak długo błądzę, spotykam jakieś cienie... Wyglądają dziwnie, jak... jak przezroczyści ludzie...... Ludzkie miniaturki, bo są dużo mniejsi niż my... - Szlak Zbłąkanych! Trafiłaś na Szlak Zbłąkanych! - Co to takiego? - Jeszcze nie wiem, ale to bardzo cenna informacja... Muszę wrócić po mapę! - Jaką mapę? - Mam mapę Kaloen! Jeśli trafiłaś na Szlak Zbłąkanych, to może Yonika jest gdzieś blisko! Jeśli będę miał mapę, na pewno odnajdziemy Yonikę! Eliszko, musisz tu na mnie zaczekać! - Tutaj? Czyli gdzie? Nie mam pojęcia, gdzie jestem! A ty ... - zastanowiła się przez chwilę - Właśnie, skąd Ty się tu wziąłeś? - Ja też nie wiem, jak tu trafiłem...Wydaje mi się, że to przez tą książkę ... - wskazał na trzymaną w dłoni białą książkę z plamką krwi. - Ach, to biała księga Astronemusa! - krzyknęła Eliszka. - - Znasz tą księgę? - zainteresował się Yanik. - Eeee.... tak widziałam ją kilka razy u Astronemusa. Wiem, że ma niezwykłą moc. To magiczna księga moynihańczyków. Gorgon Vampirius poświęci wszystko, żeby ją odnaleźć i zniszczyć. Chyba już wiem, jak się tu znalazłeś - dodała, wskazując palcem na plamkę krwi na białej karcie księgi. - Widzisz? Legenda mówi, że magia księgi ujawni się tylko temu, kto ma królewską krew. Eliszka patrzyła na Yanika z podziwem. A więc jednak Yonika miała rację! Ten chłopiec jest nadzieją Moynihaan. Przepowiednia spełni się! Ach, gdyby był trochę lepiej wychowany! - Ja mam królewską krew? To jakaś pomyłka! Jestem zwykłym chłopcem z Korndeile, synem Franssta i Keyli Ryfkinów. O ile mi wiadomo, moi rodzice nigdy nie byli królami! Eliszko, mylisz się! - Ja mogłabym się mylić, ale biała księga nigdy. Skoro przeniosła cię tutaj, do Kaloen, to musisz być ty. Wierz mi, nikomu innemu nie ujawniłaby swojej magicznej mocy. Królewska krew ... Tylko kropla prawdziwie królewskiej krwi ujawnia niezwykłą moc księgi... - Astronemus o tym nie wspominał... Helodora też nic o tym nie mówiła... - Yanik przypominał sobie wizytę u kantończyków i spotkanie z dziwną wróżką Helodorą. - Ach, Helodora! Ona dba tylko o swoje nietoperze! -westchnęła z oburzeniem w głosie Eliszka. - To od niej dowiedziałem się o porwaniu Yoniki! Miała mi pomóc w rozwiązaniu zagadki księgi! - Ach, cała Helodora! Pierwsza roznosi plotki! Można się było tego po niej spodziewać! - Nie rozumiem? Jakie plotki? ....... Przecież Yonika naprawdę została porwana! - No ... nie wiem, tego tak dokładnie nie wiadomo... Wiadomo, że zniknęła... Ale wieści o porwaniu nie są jeszcze potwierdzone... - Co ty mówisz, Eliszko! - No taaak.... - Eliszka plotła trzy po trzy. Tak przynajmniej zdawało się Yanikowi. Patrzył na nią z niedowierzaniem. Gadała jakieś bzdury, a przy tym zachowywała się bardzo dziwnie. Najpierw bardzo mocno mrugała do niego prawym okiem, a zaraz potem to samo zaczęła robić z lewym. Po chwili przyłożyła palec wskazujący do ust, które złożyła w trąbkę. Yanik nic a nic z tego nie rozumiał. Ta dziewczyna oszalała! Twierdził, że jest stuknięta i wygląda na to, że miał rację. Co ona plecie? - Eliszka nie przestawała mrugać. W końcu, zniecierpliwiona, zakryła Yanikowi usta dłonią. - Milcz! - rzuciła krótko. Była naprawdę bardzo rozzłoszczona. Dopiero teraz Yanik zrozumiał jej dziwne zachowanie. Nie chciała, żeby dłużej rozmawiali o Yonice. Coś ją zaniepokoiło. Rozejrzał się. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, rozciągała się biała, bezkresna równina. Nikogo nie zauważył. Byli sami na środku śnieżnej bieli. Dziwna dziewczyna! Po chwili jednak przypadkiem spojrzał na wiszący na szyi amulet. Kamień świecił bladoróżowym blaskiem. Tym razem jednak światło nie było takie jak zwykle. Było brudne, zmącone jakimś niewidzialnym pyłem, różowa poświata szarzała. Amulet wyraźnie ostrzegał ich przed jakimś niebezpieczeństwem. Eliszka nadal trzymała palec na ustach i czujnym wzrokiem wpatrywała się w kamień. - Mag Vampirus .... - wyszeptała nagle bardzo cicho, prawie nie poruszając ustami. - Znalazł nas... Wie, że tu jesteśmy ... - mówiła to prawie bezgłośnie, patrząc Yanikowi prosto w oczy. - Vampirius?.... - Yanik wyszeptał imię Maga prawie bezwiednie. - Znalazł nas? Jak? - pytał dalej, wiedziony strachem widocznym w oczach dziewczynki. - Ciiii ... Ciszej ... - skarciła go Eliszka. Podeszła do chłopca, sięgając ręką w stronę wiszącego na szyi amuletu. Zamknęła kamień w dłoni. Szaroróżowa poświata na chwilę zgasła, by powrócić czerwoną łuną. Czerwone światło prześlizgiwało się pomiędzy ściśniętymi palcami dziewczynki. - Musimy uciekać - powiedziała szybko. - Mamy niewiele czasu. Przygotuj księgę! To nasza jedyna szansa. Spiesz się! Yanik otworzył białą księgę. Potrzebna był jeszcze tylko kropla jego krwi. Próbował skaleczyć się w palec, ale nie miał przy sobie nic ostrego. Zrezygnowany rozejrzał się wokół, ale nie znalazł nic, czym mógłby upuścić sobie trochę krwi. Zniecierpliwiona dziewczynka złapała go gwałtownym ruchem za rękę, którą przybliżyła do amuletu. Na chwilę otworzyła dłoń, w której ściskała kamień. Czerwona łuna rozlała się krwawym światłem na śnieżnej bieli. Eliszka dotknęła dłoni chłopca kamieniem, po czym na powrót zamknęła go w dłoni. Yanik poczuł piekący, rozdzierający ból. Ręka paliła go żywym ogniem, jednak po kilku sekundach ból minął. Na serdecznym palcu pojawiła się jedna kropla krwi, która spłynęła na białe stronice księgi. Biała księga znów ożyła. Wołała cichym echem z oddali : "Chodźcie do mnie, chodźcie do mnie..." . Poczuli delikatne ciepło. Nagle jakiś wir wciągnął ich do środka. Pod zamkniętymi powiekami zaczęły pojawiać się jakieś dziwne obrazy. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej, aż zakręciło im się w głowie. Obrazy były bardzo kolorowe, nasycone wyrazistymi barwami. Wszystkie te kolory wirowały, tańczyły, podskakiwały. Potem zaczęli wirować i podskakiwać w środku tych barw, razem z nimi, coraz szybciej i szybciej, coraz wyżej i wyżej! Barwy ich oblepiły, otoczyły, migotały i drżały na wietrze. Po chwili barwy zaczęły blaknąć, szarzeć, czernieć, aż stały się zupełnie czarne. Ogarnął ich spokój i mrok. Leżeli obok siebie na czymś bardzo niewygodnym. Eliszka wciąż trzymała amulet w zaciśniętej dłoni. Z oddali nadciągała w ich stronę armia małych, drżących światełek. To małe świetliki z Miasta Wygnańców! Byli w Zaczarowanym Jeziorze! Leżeli, zdaje się, na kupce kamieni wróżki Meteory! Usiedli obydwoje, rozglądając się wokół. Świetlików było coraz więcej, mrok rozrzedzał się. Yanik spojrzał na amulet. Czerwona poświata zbladła, by po chwili zupełnie zniknąć. W tym momencie Eliszka puściła kamień. W zagłębieniu dłoni przyjaciółki chłopiec zobaczył wypalony znak. Jego nozdrza wyczuły przykrą woń palonej skóry. Jak to musiało boleć! Znak pulsował, brzegi rany jeszcze dymiły. Znamię miało kształt niby smoczej głowy o groźnym, mrocznym obliczu. - Vampiria! - wyszeptała Eliszka. - Głowa Vampirii! - Co to jest?! - krzyknął z przerażeniem Yanik. - Co to jest?! - Vampirie to demony, które strzegą spokoju Maga Vampirusa. Nie odstępują go na krok. To straszne, wężogłowe harpie o mocarnych skrzydłach i uzbrojonych w olbrzymie pazury szponach. Vamipria jest symbolem mocy Maga Gorgona Vampiriusa. To krew z jego krwi. To znamię to znak potęgi i władzy Maga Vampiriusa nad nami. On tu jest.... W każdej minucie naszego życia, w każdym miejscu, w którym przebywamy... On tu jest... Jest obok ... Amulet... to amulet ... - szept Eliszki cichł, znikał... - Amulet...? Ale ja też dotykałem amuletu! - przypomniał Yanik. - Spójrz, mnie nic się nie stało! - Yanik rozłożył obie dłonie tuż przed oczyma dziewczynki. Oprócz małej, zaschniętej resztki krwi na serdecznym palcu nie było żadnego śladu. Dłonie były trochę przybrudzone, ale na pewno nie było na ich żadnego wypalonego znamienia. Dlaczego więc Eliszka ma taką okropną ranę? - Ciebie chroni moc amuletu... Tylko ciebie...- Eliszka szeptała zbolałym głosem. Musiała bardzo cierpieć. - Hej, hej , dzieciaki! - usłyszeli wesoły głos Meteory. Wróżka zbliżała się do kupki kamieni. - Hej, hej ! - nawoływała dzieci beztroskim głosem. Jak zwykle była wesoło usposobiona, co w tym wypadku było zupełnie nie na miejscu. Nie było jednak nikogo innego w pobliżu i Yanik był zmuszony poprosić Meteorę o pomoc. -Wróżko Meteoro! - zawołał najgłośniej jak tylko mógł. - Ona potrzebuje pomocy! Meteora zatrzymała się na chwilę zaskoczona. Ktoś prosił ją o pomoc? Chyba się przesłyszała...?! Jeszcze nigdy się to jej nie zdarzyło! - Szybciej! Szybciej! - Yanik był już zniecierpliwiony. "Nie przesłyszałam się ..." - Meteora zdziwiła się jeszcze bardziej. "Naprawdę ktoś potrzebuje mojej pomocy!" . Przyspieszyła kroku. Zobaczyła leżącą na kamieniach Eliszkę i jakiegoś chłopca, którego (tego była pewna) znała z widzenia. Chłopiec trzymał dziewczynkę za rękę. - Eliszka! - pisnęła z radości Meteora. - Marcepanki ! - wrzasnęła zadowolona. - Juhuuuuuuuuuuuuu! - Meteoro, Meteoro! - Yanik starał się sprowadzić wróżkę na ziemię. - Eliszka potrzebuje twojej pomocy! Trzeba opatrzyć jej ranę! Nie ma żadnych marcepanek! Meteora wyglądała za rozczarowaną. Zwolniła kroku i ostrożnie zbliżyła się do dzieci. Nie cierpiała ran, krwi ani tego typu podobnych historii. Brrrr! Z bliska zobaczyła dłoń Eliszki i zamarła przerażona. Strażniczka Bramy Miasta Wygnańców dobrze znała ten znak. Znak Maga Vampiriusa u bram Soho! Przed nim miała bronić bram miasta! Miasto Wygnańców jest w niebezpieczeństwie!

NIEPOKÓJ W KORNDEILE - REWELACJE Z NOWIN WIECZORNYCH

Ten numer "Nowin Wieczornych" jeszcze nigdy nie miał takiego wzięcia. Rewelacje Waliusza Brennisa zamieniły Korndeile w plotkarską mieścinę. Gdzie tylko ucho przyłożyć, wszyscy mówili o porwaniu Yoniki. Większość bez zastrzeżeń uwierzyła w bzdury wypisywane przez Brennisa. W końcu tyle lat tresury zrobiło swoje - nikt już nie myślał samodzielnie, dlatego takie szuje jak Brennis mogły liczyć na poklask i szybką karierę. Tak więc Korndeile wzięło Yanika na języki. Pod dom z czerwonym dachem przybywały prawdziwie pielgrzymki - wszyscy chcieli wiedzieć, gdzie mieszka ten chłopiec, który porwał Yonikę i jak wyglądają jego rodzice. Na słupach pojawiły się plakaty z podobizną Yanika i napisem " NAGRODA! DWA TYSIĄCE SILWERENÓW ZA SCHWTANIE POSZUKIWANEGO. TYSIĄC SILWERENÓW ZA INFORMACJĘ O MIEJSCU UKRYCIA UCIEKINIERA!". Traktowali go jak przestępcę! Inspektor Salomon Krett doszedł już do siebie po spotkaniu chmarą nocnych motyli, udało mu się nawet pozbyć gniazda z czubka głowy. Teraz nosił tę głowę wysoko, wysoko. Wyglądało trochę tak, jakby wydłużyła mu się szyja, a w kręgosłup ktoś włożył solidny kij. Cała jego postawa mówiła :"Miałem rację!" oraz "Byłem pewien!". Dawał do zrozumienia, że on, Salomon Krett chętnie opowie wszystko, co wie na temat całej tej sprawy. Gotów jest ją rozwikłać, ba, rozwiąże ją pomyślnie na pewno, to tylko kwestia czasu. Z niecierpliwością oczekiwał wizyty Waliusza Brennisa z "Nowin Wieczornych". Na wszelki wypadek założył galowy mundur, w razie gdyby trzeba było zrobić zdjęcie. Na pierwszą stronę "Nowin Wieczornych", ma się rozumieć. Ale Waliusz Brennis nie pojawił się. Nie zadzwonił. Ani w poniedziałek, ani we wtorek, środę, czwartek. W piątek Salomon Krett wezwał do siebie inspektora Galeona, zwanego także Granatowym, i chrząknąwszy, powiedział: - Eee, tego ... (było mu trochę wstyd za tę historię z Dzikiego Lasu) - ee... czy nie dzwonił ktoś do mnie? - zapytał w końcu. - A kogo Pan inspektor ma na myśli? - zapytał Galeon. - No, tak w ogóle, kogokolwiek ... - Salomon Krett stracił wiele ze swej buty. Za nic w świecie nie przyznałby się do porażki, a już na pewno nie przed Galeonem. Musiał postępować z nim ostrożnie. Mieli przecież wspólną tajemnicę - Galeon widział go z gniazdem na głowie! - Nie. - sztywno odpowiedział Galeon. Salomon Krett powoli tracił cierpliwość. "Co za tuman! Co za kawał sztywnego kija!" - przeklinał w duchu Granatowego. Głośno jednak zapytał: - Aaa...e.... może wiadomo coś na temat TEJ SPRAWY? - A tak. - ożywił się nagle Galeon. - Są nowe informacje. - To mówiąc, wyciągnął zza pleców złożony na pół najświeższy numer "Nowin Wieczornych" i położył na biurku przed Salomonem Krettem. Na pierwszej stronie rzucał się w oczy olbrzymi tytuł "INSPEKTOR KRETT ..." dalej nie było widać, bo pismo leżało złożoną stroną na biurku. Na twarzy Kretta zagościł szeroki uśmiech. Jego postawa zmieniła się, wyprostowała, usztywniła w dawny sposób. Znów stawał się TYM Inspektorem Krettem, ważnym, WIELKIM inspektorem Krettem! Złapał leżącą na biurku gazetę i rozwinął tytuł do końca. Zamarł. Cały tytuł brzmiał tak: "INSPEKTOR KRETT Z GNIAZDEM NA GŁOWIE!" - i dopisek pod spodem - "Mumia Salomona Kretta znaleziona w Dzikim Lesie" . Obok widniało wielkie zdjęcie głowy inspektora z gniazdem na głowie. Nie było wątpliwości - to był on. Co za wstyd! Co za upokorzenie! Oczy Salomona Kretta zaszły mgłą, mózg opanowała fala wściekłości! Twarz zmieniła kolor na purpurową, po czym natychmiast zzieleniała. - Kto to, co to .......!!! - wrzeszczał jak opętany, po czym rzucił gazetą w stojącego jak skała Galeona. Gazeta rozwinęła się podczas lotu, po czym wylądowała prosto na twarzy inspektora Galeona, przyklejając mu się do ust. Inspektor Galeon spokojnie zdrapał z twarzy resztki gazety, która trochę się porwała i spokojnie rzekł: - Waliusz Brennis. Podpisał się pod artykułem. I pod zdjęciem - dorzucił po krótkiej chwili. Salomon Krett szalał. Nie zwrócił uwagi na Galeona, na którego twarzy na chwilę zagościł uśmieszek satysfakcji. Inspektor Krett czerwieniał i zieleniał na przemian. Wrzeszczał jak szalony, zaczął demolować meble, darł w dzikiej wściekłości leżące na biurku papiery, wyrzucał książki z regałów. Zawiesił się na żyrandolu i z dzikim okrzykiem "ZAAABIJĘĘĘĘĘ!" przeleciał przez pokój niczym Tarzan z dżungli i wylądował na szafie. Znalazł tam jakieś pudełko, rzucił wiekiem pudła niczym bumerangiem i wyjął ze środka starą strzelbę. Zeskoczył z szafy ze strzelbą w dłoni i ustawił się w pozycji do strzału. Tego Inspektor Galeon nie mógł już znieść. Nie pozwalał mu na to regulamin służbowy posterunku, który mówił, że każdego, kto mierzy z broni należy obezwładnić. Z niezwykłą sprawnością, jak na tak drewnianego człowieka, rzucił się na szalejącego Kretta i w mgnieniu oka związał go sznurem, który wyciągnął nie wiadomo skąd. Krett, związany jak świąteczny baleron, leżał teraz pod wywróconym biurkiem, wierzgając i pełznąc po podłodze niczym wielka gąsienica. Inspektor Galeon podniósł strącony w szale telefon, wybrał numer i rzekł do słuchawki: - Szpital dla obłąkanych Braci Quelshów? Proszę przyjechać na posterunek w Korndeile. Mamy tu niebezpiecznego osobnika. Odłożył słuchawkę. Podniósł z podłogi wywrócony fotel Inspektora Kretta i rozsiadł się z w nim wygodnie. Uniósł nogi i oparł na krawędzi biurka. Włożył do ust fajeczkę Salomona Kretta i zaczął spokojnie pykać.

ASRTONEMUS ZSYŁA MGŁĘ ZAPOMNIENIA I OBLEPIA SAXENIANA PLAKATAMI Ha, ha, ha .... - Astronemus trząsł się ze śmiechu. Stojący obok Pan Skroot zwijał się w spazmatycznych konwulsjach, wydając z siebie odgłosy podobne do popiskiwania myszy. "Hiii, hiii, piii , iiii" - tak to mniej więcej brzmiało. Nawet Lancelot pozwolił sobie na krzywy uśmieszek, chociaż był poważnym szczurem i uważał, że nie przystoi mu takie zachowanie. Bo i z czego tu się śmiać? Żałosny inspektorzyna dostaje ataku szału i zawożą go do Braci Quelshów. Nic w tym nadzwyczajnego. Astronemus i Pan Skroot mieli na ten temat najwidoczniej inne zdanie, bo zanosili się ze śmiechu, poklepując się wzajemnie po różnych częściach ciała. Trwało to dosyć długo, bo ilekroć wydawało się, że już kończą się śmiać, spoglądali na siebie przypadkiem, co wzbudzało w nich nowe salwy śmiechu. W końcu przestali i zmęczeni zagłębili się w fotelach. Znajdowali się w pracowni Pana Skroot, na ostatnim piętrze Szkoły Deglerów. Zewsząd patrzyły na nich świdrujące oczka Klary Hafflet, namalowanej na wszystkich obrazach, a było ich tu całkiem sporo. Pan Skroot i Astronemus w ogóle nie zwracali na nie uwagi. Na okrągłym stoliku, tuż przy fotelach, leżał jakiś przedmiot, mieniący się różnymi barwami. Wyglądał jak oszlifowany, górski kryształ o gładkich ściankach. Astronemus i Pan Skroot wpatrywali się w niego z uwagą. W jednej ze ścianek zupełnie wyraźnie widać było gabinet Inspektora Kretta, z którego właśnie kilku pielęgniarzy wynosiło związanego Kretta. Miał na sobie jakiś dziwny, biały kitel, z zawiązanymi z tyłu długimi rękawami, które ciągnęły się za nim po ziemi. Wyglądał bardzo komicznie. Po chwili widać było rozpartego w fotelu Galeona, pykającego fajeczkę. - Inspektora Kretta mamy na jakiś czas z głowy. - powiedział Astronemus. - Ten tutaj - wskazał palcem na widocznego w krysztale Galeona - jest najgłupszym inspektorem, jakiego widziałem w swoim wiekowym życiu. Jest tak chciwy i łasy na zaszczyty, a przy tym tak nienawidził Salomona Kretta, że obecna sytuacja bardzo mu odpowiada. Nie zrobi nic, co mogłoby pozbawić go tego stanowiska. - Aha - mruknął rozbawiony Pan Skroot. - Teraz musimy zająć się tym - Astronemus wskazał palcem na drugą ściankę kryształu. Widać w niej było Saxeniana, rozlepiającego na słupach Korndeile plakaty z podobizną Yanika i informacją o nagrodzie. Pan Skroot z niepokojem spojrzał na ściankę wskazaną przez Astronemusa. Przestraszył się. - Eeee ... To może być niebezpieczne. Jesteś pewien? - zapytał. - Chyba nie boisz się Saxeniana, Dyrektorze? To mały, wredny niezdara. Ot, co. - Wiesz, co mam na myśli, Astronemusie. - w głosie Pana Skroota była słychać lęk. - Mam na myśli jego rodzinę. Jest blisko spokrewniony z Vampirusem, to zdaje się, jego kuzyn. Nie możemy zrobić krzywdy kuzynowi Vampiriusa. Nie wybaczył by nam. A moja córka... - załkał. Nie mógł powiedzieć nic więcej o Nurii. To było zbyt bolesne. - Wiesz, jak cierpię. - dodał błagalnie. - Wszyscy cierpimy - odparł Astronemus. - Każdy z nas cierpi od co najmniej stulecia. Powinniśmy nabrać nieco odwagi. Szczególnie teraz, gdy pojawił się Yanik. - Przepowiednia nie jest jednoznaczna. - przypomniał Skroot. - Wiem, wiem. Ale co możemy zrobić? Nie możemy dłużej czekać. Ryzyko, Panie Skroot, trzeba podjąć ryzyko. Los rzuca nam rękawicę. Czy mamy ją zdeptać? - pytanie zawisło w powietrzu. - Nie wiem, Magu Astronemusie. Nie do mnie należy odpowiedź. Tylko starszyzna Magów z Zamku ............... może podjąć decyzję. - Decyzja jest już podjęta. Powierzamy naszą przyszłość temu chłopcu. - To bardzo niepewne ręce, bardzo niepewne - narzekał Skroot. - Zajmijmy się Saxenianem - przerwał lamentowanie Pana Skroota Mag Astronemus. - Nie może łazić po mieście i rozlepiać tych głupich plakatów. To za bardzo szkodzi

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych