Anatema
Czy można być nieśmiertelnym i cierpieć przez miłość?Opinie mile widziane :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Napisane po to, aby ludzie zrozumieli, iż wcale nie jest tak źle, bo zawsze może być gorzej i, że są ludzie, którzy mają bardziej przesrane niż my sami.
Michał L. (Hepe Draco)
Bogactwo nie jest wyznacznikiem szczęścia.
Mocno zarzucając autobus zatrzymał się. Zaraz po otwarciu drzwi Dan wyskoczył na zewnątrz. W zasadzie nie wiedział, dlaczego tak się śpieszył, bo stan przyjaciela określono jako dobry. Wolał się jednak upewnić osobiście. Przebiegł truchcikiem przez ulicę i skierował do najbliższego zejścia do metra. Metalowa maszyna pojawiła się w minutę po jego wejściu na peron. O tej porze było niewielu ludzi, dzięki czemu mógł się wygodnie rozsiąść. Był prawie środek nocy i nie miał ochoty stać, biorąc pod uwagę, że spędzi w metrze przynajmniej pół godziny. Mógł złapać taksówkę. Telefon zbudził go godzinę temu. W słuchawce usłyszał głos Claudii, żony Billego. Nie zdążył się przywitać, gdy zaczęła wyrzucać z siebie potok słów zlewający się w niezrozumiały bełkot. Dan nakazał wziąć jej głęboki oddech i zacząć od nowa. Wykonała zabieg i tym razem wyłożyła sprawę bardziej zrozumiale. Właśnie była w szpitalu po przeżytym przed chwilą wypadku samochodowym. Jej samej nie stało się nic groźnego, oprócz kilku zadrapań i lekkiego wstrząśnienia mózgu. Niestety Billy nie miał tyle szczęścia. Samochód, który w nich uderzył trafił od strony kierowcy. Jej mąż skończył ze złamaną nogą i jednym z żeber. Przytomność odzyskał dopiero w szpitalu. Dan na prośbę Claudii zgodził się tam pojechać. Dopiero po wyjściu zorientował się, że przecież teraz nie ma godzin odwiedzin i raczej go nie wpuszczą. Zastanawiał się, po co miał tam przyjeżdżać. Nieważne. Dowie się na miejscu.
Istotnie podróż taksówką byłaby bezpieczniejsza. Dla niego to bez różnicy. Rozejrzał się po wagonie przyglądając współpasażerom. Kilka kobiet, trzech starszych mężczyzn i para nastolatków. Nikogo wyglądającego na groźnego. Właściwie tylko on sam mógł sprawiać takie wrażenie. Barczysty prawie dwumetrowy brunet z blizną wzdłuż karku. Na dodatek rano się nie ogolił i nosił dwudniowy zarost. W zasadzie zawsze ludzie się go bali. To dobrze, taki wygląd przynajmniej po części zapewniał spokój ze strony grupek nastoletnich gangsterów i złodziei. Szczerze mówiąc mieli się, czego bać. Przez te trzy tysiące lat nauczył się wielu sposobów radzenia sobie i walki. Tak, lepiej kogoś takiego nie zaczepiać. Oparł głowę o szybę. Nadal chciało mu się spać. „Trzy tysiące... –przymknął oczy-...tak długo... tak długo”. Senność zwyciężyła i zapadł w rozkoszny niebyt.
Łopot skrzydeł zmusił go do otwarcia oczu. Stoi w lesie. Jest wczesny ranek i dokoła zalega jeszcze puchowa kołdra z mgły. Przeciska się między drzewami w dobrze znanym kierunku. Zna ten las doskonale z czasów dziecięcych zabaw. Po krótkiej walce z nieustępliwymi gałęziami drzew staje na skraju polany. Mgła sięga mu do kolan, czuje chłód poranka. Pomimo panującego półmroku wyraźnie dostrzega postać po drugiej stronie polanki. Wysoką szatynkę o niebieskich oczach. Casandreja. Jego Casandreja. Cas. Odziana w białą suknię rozgląda się, aż wyłapuje jego postać. Macha w przywitaniu, po czym rusza biegiem. Danathriel powtarza jej gest i także wybiega w jej stronę. Mniej więcej w połowie drogi wpadają sobie w ramiona. Usta obojga łączą się w namiętnym pocałunku. Danathriel czuje bliskość i ciepło. Uśmiecha się patrząc w jej oczy i muskając palcami jej skronie. Dziewczyna odwzajemnia uśmiech, gdy nagle zupełnie zmienia wyraz twarzy na niesamowite zdziwienie. Coś z potężną siłą zaczyna ciągnąć ją do tyłu. Ręce kochanków łączą się na chwilę, ale to coś jest zbyt silne. Cas wyślizguje się z uchwytu Danathriela. Z niemym krzykiem na ustach, porwana przez nieznaną siłę znika wśród drzew. Danathriel zostaje sam. Zanim jednak reaguje w jakikolwiek sposób zmienia się sceneria. Znajduje się na zupełnie innej polanie. Ciemność nocy rozświetla blask płonącego ogniska. Jego zwykły strój zamienił się lekką skórzaną zbroję. W ręku trzyma miecz. Patrzy pod nogi. Przy ognisku leżą ciała dwóch mężczyzn. Ich krew jeszcze nie ostygła na ostrzu jego miecza. Podnosi wzrok na ostatniego przeciwnika. Po drugiej stronie ogniska wpatruje się w niego urodziwa kobieta. Danathriel wie, że powinien ją poznać, lecz nie może sobie przypomnieć tej twarzy. Kobieta nie daje mu czasu do namysłu. Z morderczym błyskiem w oku przykłada nóż do gardła Casandreji i zanim Wojownik reaguje rozcina gardło jego ukochanej. Mężczyzna z wściekłością pokonuje dzielący ich dystans i przebija ostrzem morderczynię, która pada na ziemię. Wojownik nie zwraca na nią uwagi. Klęka przy ciele ukochanej, ale jest już za późno. Śmierć zabrała jedyną istotę, jaką kochał. Zaczyna płakać z bezsilności, gdy tuż obok rozlega się zachrypnięty przerywany śmiech. Morderczyni leżała brocząc krwią z otrzymanej rany, ale nadal żyła. Przerwała śmiech i zaczęła mówić słabym głosem. - Płacz, bo nic innego zrobić już nie możesz. Już po niej. Jest martwa. - Dlaczego? – zapytał nie podnosząc głowy. - Nie poznajesz mnie? Dopiero teraz przyjrzał się dokładniej. Twarz miała trochę inną, lecz wiedział już, do kogo należała. - Sakarda.- wycedził przez zęby. Kobieta uśmiechnęła się – mówiłam, że jeszcze mi zapłacisz. Śmierć twojej ukochanej to dopiero początek. Nieważne, że sama zginę, ty będziesz cierpiał dłużej. Wojownik wstał unosząc ostrze miecza – Giń wreszcie wiedźmo.- Mówi i wbija miecz w pierś kobiety. Jednak wiedźmę nie tak łatwo zabić. Pomimo ciosu udaje jej się zaintonować ostatnią wiadomość. - Będziesz cierpieć wieczne życie, aż usłyszysz Cas wyznanie, ukochanej twej prawdziwie, jej miłości zapewnienie, przerwie nić przekleństwa twego.- Po czym wydmuchuje z dłoni garstkę jakiegoś pyłu. Danathriel zdziwiony przez chwilę żywotnością kobiety przekręca ostrze. Tym razem kobieta kona. Dokoła unosi się złotawy pył. W głowie Wojownika odbijają się echem dwa słowa „wieczne życie....wieczne życie”. Zapadła ciemność, a ciszę lasu zastąpił odgłos pędzącego metra. Dan odczekał kilka sekund zanim otworzył oczy. Sen się skończył tak samo jak zawsze. Po tylu razach przestał być już dla niego koszmarem, a raczej zwykłym wspomnieniem. Wyjrzał przez okno, ale po śmigających ścianach tunelu nie można było nic ocenić. Postanowił dowiedzieć się czegoś od najbliższego sąsiada. Mężczyzna w średnim wieku uprzejmie odpowiedział, co zdarza się coraz rzadziej w obecnych czasach. - Pewnie i tak ma w kieszeni spluwę lub przynajmniej nóż.- Pomyślał Dan. Jakby sprawdzić każdego obecnego okazałoby się, że większość ma ten czy inny rodzaj broni, jak chociażby gaz lub paralizator. Oparł ponownie głowę. Przynajmniej nie przespał stacji. Zostały jeszcze trzy. Dotarł na miejsce starając się odeprzeć znużenie poprzez liczenie wszystkiego, co mógł zobaczyć z tej pozycji wliczając w to nawet odpryski na ścianach.
Około dwudziestu minut później dotarł do szpitala. Na miejscu, Claudia zaradziła już na wszystko przedstawiając go jako brata Billego. Ze względu na tę okoliczność i lekki stan pacjenta, który nawet nie spał, lekarz zezwolił na krótką rozmowę, pod warunkiem, że nie obudzą pozostałych pacjentów. To jednak nie tłumaczyło zrywania Dana w środku nocy. Przecież mógł się równie dobrze wybrać w odwiedziny dopiero nad ranem. Claudia wyjaśniła, iż po prostu potrzebny jej jest ochroniarz. Nie musiała zostawać w szpitalu, a przecież mieli dziecko obecnie znajdujące się u dziadków. Dała już znać, dlaczego tak się spóźniają, i że nie ma się, czym przejmować. Musiała złapać taksówkę odebrać synka i wrócić do domu. Podróż taksówką nie jest, aż tak niebezpieczna, ale Dan potrafił zrozumieć jej prośbę, zwłaszcza po wypadku. Dziwił się, czemu sam wcześniej na to nie wpadł. Znużenie i chęć snu musi naprawdę opóźniać myślenie. Zgodził się pomóc jak tylko sprawdzi „czy Billy jeszcze żyje”. Claudia została w poczekalni. Nie musiała uczestniczyć w męskiej rozmowie. Dan po cichu wszedł do salki. Kolegę znalazł tam gdzie wskazała pielęgniarka, czyli zaraz przy drzwiach. Billy wyglądał dosyć żałośnie ze złamaną nogą i żebrem, raną w głowie i wieloma otarciami. Dostał końską dawkę środków przeciwbólowych, a i tak nie spał. - Kurde, nie wiem stary. Już dawno powinienem lulać, ale nie mogę. Oczy chcą być otwarte i już. Może to reakcja na szok, czy coś, w końcu to był mocny strzał.- podsumował. - Tak widzę, mizernie wyglądasz, oj mizernie. Nie trzeba było zgrywać twardego i powodować wypadki. - Się śmiej. Sam byś tak wyglądał po takiej akcji. Zresztą ja nic nie spowodowałem. - Wiem. Claudia mówiła, koleś był nawalony i przejechał na czerwonym. - No, totalnie. Wyskoczył mi znikąd.- Billy podniósł głos i Dan gestem zwrócił mu uwagę, aby trochę się przyciszył. Billy przerwał na chwilę gubiąc wątek- Ale nie jest tak źle – kontynuował – przeleżę tu kilka dni i wyjdę. Mogło być gorzej. - Przynajmniej jechaliście sami, bez dzieciaka. Billy skomentował to kiwaniem głowy.- Też tak myślałem. Rozmawiali jeszcze przez chwilę, aż do pojawienia się pielęgniarki. Dan wyszedł obiecując odwiedziny następnego dnia. Podążał za pielęgniarką mijając następne pokoje. Szedł nie myśląc o niczym szczególnym, gdy nagle zalała go fala uczuć. Pojawiła się tak niespodziewanie, że dosłownie ścięło go z nóg. Wylądował na jednym kolanie, opierając się rękami o podłogę. Zaraz przyskoczyła do niego pielęgniarka, ale Dan zaczął się już zbierać wyjaśniając, że to nic takiego, tylko się potknął. Wstał nadal będąc pod natłokiem uczuć. Nie swoich uczuć. Fala miłości, potrzeby i nieszczęścia w jednym. Uczucie znane tylko jemu. Teraz nie odbierał niczego innego. Wszystkie jego własne wrażenia zostały przytłumione. Pielęgniarka nadal stała przy nim zapytując czy na pewno wszystko dobrze. Dan przełamał się i wrócił do rzeczywistości. Nie odpowiadając na pytanie kobiety, zwrócił się w stronę mijanego właśnie pokoju. Stąd wychodziła ta fala. - Co to za sala?- zapytał skupiając się na nie uleganiu odczuciom. Pielęgniarka poinformowała, iż leży w niej Samanta Scott, dziewczyna w śpiączce. Nie widziała nic złego w informowaniu o tym, gdyż Samanta była siostrą kogoś bogatego i telewizja dawno o tym informowała. Dan z uwagą wpatrzył się w drzwi. - Muszę tam wejść.- obwieścił. - Nie może pan.- pielęgniarka wyglądała na naprawdę zdziwioną. - Pani nie rozumie- próbował dalej- Ja znam tą dziewczynę. Kobieta zrobiła minę, po której widać było, że nie bardzo w to wierzy. Zaczęła spokojnie tłumaczyć. - Nawet, jeśli to prawda, to nie jest najlepsza pora... - Tylko na sekundkę.- argumentował. - Dlaczego nie może Pan poczekać do jutra?- pielęgniarka była już zirytowana. Dan westchnął- Przykro mi.- stwierdził, po czym wyminął kobietę i wszedł do salki. Fala uczuć wzmogła się na tyle, że musiał powstrzymywać się od płaczu. Salka była mała z jednym łóżkiem. Zrobił krok do przodu, chociaż doskonale widział twarz kobiety, dzięki zapalonej lampce. Na łóżku, przykryta po szyję i podłączona do kroplówki leżała Casandreja, Cas. Jego Cas. Siła woli Dana nie wytrzymała i wypuścił kilka łez. - Czy to wystarczy?- zapytała stojącą w drzwiach pielęgniarka – Teraz Pan wyjdzie, czy mam wołać kogoś, żeby Pana wynosił? Natłok uczuć zelżał i Dan odzyskał równowagę. - Tak, już.- otarł ukradkiem łzy – Przepraszam, to było silniejsze ode mnie, nie mogłem się powstrzymać.- Wyszedł, a kobieta zamknęła drzwi. - Jeżeli naprawdę ją Pan zna, przecież można odwiedzić ją o właściwej porze. I tak Pan tu będzie w związku z bratem. - Tak, wiem. Jeszcze raz przepraszam, to był odruch. - No dobrze już.- kobieta przystanęła i spojrzała na niego jeszcze raz. Byli już w poczekalni.- I niech się Pan wyśpi- poradziła-, bo wygląda Pan nie lepiej od brata. - O niczym innym teraz nie myślę. Dziękuję i do widzenia. - Do widzenia- odpowiedziała i odeszła. Doszedł do wniosku, że kobieta była nawet miła. W końcu nie wezwała ochrony, a mogła to zrobić już dawno. Może nawet uwierzyła w jego znajomość z Samantą. A może nie.
Siedział w taksówce i rozmawiał z Claudią, chociaż myślami był gdzieś indziej. Skłamał pielęgniarce, bo w domu raczej nie zaśnie. Po posłusznym wykonaniu prośby przyjaciółki wrócił do siebie. Położył się na łóżku i w zamyśleniu obserwował niebo za oknem. Przeznaczenie daje mu kolejną szansę do wykorzystania i to właśnie zrobi. Musi, tak jak zawsze. Wrócił pamięcią do czasów swojej młodości, jeśli można to tak nazwać. Do czasu wydarzeń z powtarzającego się bezustannie snu.
Ciemne i zapomniane to były czasy. Mieszkał wtedy w średniej wielkości mieście jak na tamtejsze standardy. Syn zwykłego kowala. Los postawił wtedy na jego drodze córkę dosyć zamożnego kupca. Pewnego dnia jakiś złodziejaszek ukradł jej medalion podarowany przez matkę. Danathriel będąc świadkiem zdarzenia dogonił złodzieja i odebrał własność dziewczynki. Zwrócił jej biżuterię, dzięki czemu polubili się i zaprzyjaźnili. Z czasem przyjaźń przekształciła się w poważniejsze uczucie. Kochankowie spotykali się po kryjomu, w samotności. Oboje wiedzieli, że z tego związku nic by nie wyszło. Kupiec może i nie sprzeciwiał się zbytnio przyjaźni córki z synem kowala, ale na pewno nie zezwoliłby na ich małżeństwo. Mimo wszystko był to najlepszy okres w jego życiu. Prawdziwa miłość, nie widział nikogo innego oprócz ukochanej. Musiał w jakiś sposób doprowadzić do zgody ojca dziewczyny. Podjął wtedy jedyną decyzję, jaką uważał za właściwą i postanowił wybrać się na wojnę z aktualnym wrogiem państwa. Dzięki wojnie można było się dobrze dorobić, a przecież potrafił walczyć i warunki też miał odpowiednie. Postanowił osiągnąć coś poprzez walkę i wyruszył to zrealizować. Nie był jedynie pewien czy kupiec nie wyda córki za mąż przed jego powrotem, gdyż był już najwyższy czas. I chociaż Casandreja obiecała opierać się woli ojca, nie mógł mieć stuprocentowej pewności. Nie mogąc nic więcej zrobić Danathriel odszedł nie wiedząc czy w ogóle wróci. - Historia jak z kiczowatego romansu – pomyślał Dan przerywając wspomnienia. Bogata dziewczyna i biedny chłopak, oklepane jak Romeo i Julia. Niestety takie rzeczy zdarzają się naprawdę.
Jatki najwyraźniej były w jego naturze. Na wojnie poszło mu lepiej niż przypuszczał. Odwaga i chęć działania pomogła mu piąć się w górę. Po trzech latach uzyskał niemałą sławę i wysoki stopień dzięki odważnym wyczynom, a w szczególności jednemu. Jednym z generałów wrogiej armii była kobieta imieniem Sakarda. Odważna i bezlitosna stanowiła jeden z głównych celów do wyeliminowania. Nie można było zlikwidować jej w walce, dlatego postawiono na ciche działanie. Wysłano trzy osobową grupkę mającą na celu zgładzenie wojowniczki. Plan był dobry i dopracowany biorąc pod uwagę wiadomości od informatora. Całej grupce udało się niepostrzeżenie dostać do prywatnych komnat Sakardy. Po cichu zlikwidowali najbliższych strażników i weszli do sypialni. Kobieta spała i wszystko byłoby dobrze gdyby nie pewien szczegół, o którym zdrajca nie wspomniał. Kiedy weszli do sypialni natychmiast rozległo się donośne krakanie. Ogromny kruk wpatrując się w przybyszów ze szczytu swojej żerdzi wrzeszczał wniebogłosy. Każdy z trojga wojowników zaklął siarczyście na to utrudnienie. Zanim cokolwiek zrobili Sakarda stała już przy łóżku z mieczem w dłoni. Danathriel widział ją w walce i wiedział, że nawet mając przewagę liczebną będą musieli się wysilić, aby ją ubić. I rzeczywiście po chwili kobieta walczyła już dwoma mieczami. Drugi zdjęła ze ściany nie przerywając walki. Jednakże pomimo jej szermierczych umiejętności trójka zyskała przewagę. Kobieta mając na sobie tylko bardzo lekką zbroję, w której spała, musiała unikać każdego ciosu. Tak, więc gdy wreszcie otrzymała cięcie w ramię Danathriel był pewien wykonanego zadania. Mylił się. Kropla krwi nie spadła jeszcze na podłogę, a wojowniczka wykrzyknęła polecenie w nieznanym języku. Do trwającej walki przyłączył się ogromny kruk. Wykorzystując chwilę nieuwagi Sakarda przyskoczyła do stolika i złapała miseczkę jakiegoś proszku. Cisnęła zawartością w twarz jednego z napastników oślepiając go na miejscu. Zostało się dwóch mających na karku dodatkowo szalonego kruka. Ptak zajął się towarzyszem Danathriela, przez co ten został się sam. Był dobrym wojownikiem, nawet bardzo dobrym, lecz ta kobieta była jak jednoosobowa armia. Panicznie odpierał ataki wojowniczki, wiedząc, iż jest gorszy i na straconej pozycji. Zaczął myślami szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji, gdy niespodziewanie poczuł rozrywający ból w karku. Kruk zostawił na chwilę poprzednią ofiarę i rozorał Danathrielowi kark. Sakarda błyskawicznie reagując rozcina mu dodatkowo ramię. Wojownik widział już swoją śmierć, gdy kobieta brała zamach do ostatecznego ciosu, który z pewnością przeszyłby skórzaną zbroję. Nie widział już wyjścia, ale wyjście pojawiło się samo. Cios odbił towarzysz, którego przed chwilą dręczyło ptaszysko. Mężczyzna krwawił z rany w głowie, a rękawice miał w strzępach. Próbował walczyć z kobietą i dzielnie się opierał, lecz jemu też nie starczało umiejętności. W tym czasie Danathriel zrobił unik przed kolejnym nalotem ptaszyska i starał dostać się do walczących. Zanim mu się udało wojowniczka zadała ostatni cios i mężczyzna padł na ziemię. Danathriel działał już instynktownie, albo on albo ona. Dodatkowo szalony ptak zawrócił i nadlatywał właśnie w następnym ataku. Wojownik zadziałał na chybił trafił i zamiast wykonać unik zrobił zupełnie na odwrót. Wyskoczył w górę i złapał lecące zwierzę. Kruk rozdarł mu rękawicę, lecz ten nie puścił. Ścisnął jeszcze mocniej, a następnie rzucił ptakiem w kobietę. Chcąc nie chcąc, w ostatniej chwili zasłoniła twarz i ptak odbił się. Danathriel nie czekając ani sekundy, w ślad za zwierzęciem rzucił swoim sztyletem. Sakarda zdezorientowana zwierzęciem za późno zauważyła drugi pocisk. Ostrze wbiło się jej głęboko w żołądek. Z niedowierzaniem popatrzyła na swego oprawcę i z jękiem osunęła się na kolana. Wydała krótki polecenie w języku nie znanym Danathrielowi, po czym padła na podłogę. Wojownik odczekał chwilę z mieczem w dłoni, ale nie poruszyła się. Podszedł do niej sprawdzając puls i oddech. Nie dawała śladu życia. Wszystko wskazywało na to, że była martwa. Danathriel wyszarpnął swój sztylet i schował z powrotem do pochwy. Rozejrzał się za ptakiem, ale kruk jak gdyby nic siadł spokojnie na żerdzi. Najwyraźniej zrezygnował z walki po śmierci swej pani. W takim razie także zostawił go w spokoju i zajął się towarzyszami. Ofiara ciosu Sakardy niestety była równie martwa. Drugi towarzysz jednak, chociaż oślepiony i nieprzytomny, jeszcze oddychał. Danathriel pozbierał go i na plecach wyniósł z komnaty. Czarny jak noc kruk sfrunął na ciało swej pani. - Walony ptak – pomyślał Dan dotykając blizny na karku. Od tamtego czasu nabawił się awersji do kruków. Gdyby wtedy wiedział, jakim błędem było zostawienie go przy życiu, oszczędziłoby mu to wszystkich cierpień.
Etap powrotu do obozu z rannym kolegą oślepionym na resztę życia i samemu będąc pokiereszowanym nie był łatwy, ale wyszkolenie i wrodzona siła pomogły. Zabicie Sakardy przyniosło mu rozgłos wśród wojska i awans. Później poszło już jak z górki. Okazało się, iż ma talent do działań wojennych, a odpowiednie posunięcia sprawiają szybsze awanse. W każde swoje działanie wkładał pasję, bo to zbliżało go do ukochanej. Minęły trzy lata i koniec wojny. Obie strony zawarły sojuszniczy pakt. Danathriel powrócił do rodzinnego miasta, gdzie zastała go miła niespodzianka. Casandreja była nadal niezamężna. Ojciec trzykrotnie starał się ją wydać, ale temperament córki oraz stanowcze „nie” działało nad wyraz skutecznie. Kiedy natomiast wraz w wieściami z frontu zaczęło pojawiać się imię Danathriela kupiec zrezygnował z naciskania na córkę. Teraz przyszły zięć posiadał ziemię i tytuł, co zadowalało kupca. Już po pierwszym spotkaniu w sercu Danathriela odżyła miłość i namiętność stłumione do tej pory przez okrucieństwo wojny. Ze stanowczego wodza zmienił się na powrót w zakochanego szczeniaka. Kochał córkę kupca całym sercem. Co prawda korzystał czasem z pewnych usług w obozach, ale wtedy panowały zupełnie inne poglądy. Kochał jedynie Cas. Widywali się codziennie nie musząc się już ukrywać. Oboje byli pewni swego i bez ociągania zaplanowali ślub w odstępie miesiąca.
Szkoda, że tak nie było do końca, ale niestety w tym momencie oklepana historia przyjęła zły obrót. Na kilka dni przed ślubem zakochana para umówiła się, jak często w ostatnich dniach, na polanie gdzie spotykali się w młodości. Danathriel stawił się na czas, lecz Cas się nie pojawiła. Gdy zaczęła spóźniać się już znacznie ruszył w kierunku jej domu. W połowie drogi natknął się na ślady ukochanej, a wraz z nimi na ślady dwojga mężczyzn. Nawet niewprawne oko zauważyłoby, że doszło tutaj do szarpaniny, po której ślady dziewczyny się urywają. Za to jeden z mężczyzn zaczął zostawiać głębsze odciski w leśnym poszyciu, co wskazało na to, iż niósł dziewczynę. Idąc po śladach Wojownik dotarł do miejsca gdzie pojawiły się ślady koni. Od tej pory porywacze poruszali się konno. Nie było, więc sensu gonić ich na piechotę. Danathriel zawrócił w stronę domu. Wpadł zdyszany przez drzwi i nakazał ojcu zebrać kilku mężczyzn, aby ruszyli jego śladem. Następnie zabierając broń, skórzany pancerz i konia pośpieszył tropem porywaczy. Musieli pędzić na złamanie karku, bo minęła już połowa dnia, a nadal ich nie dogonił. Jakąś godzinę temu do śladów dwóch koni dołączył jeszcze jeden trop. Mimo wszystko to trzy konie i czterech jeźdźców. Jeden z nich niósł Cas, a mimo tego pędzili od tylu godzin. Coś tutaj nie grało. Zaczęło się już ściemniać, kiedy wjechał do kolejnego lasu. Po całodziennej gonitwie jego koń ledwie dyszał, ale Danathriel nie mógł odpuścić. Jego miłość została porwana przez niewiadomo kogo. Przecież tylko dla niej przechodził horror wojny, ona nadawała mu sens życia. Nie odpuści nawet, jeśli będzie musiał wypruć sobie flaki. Po następnej godzinie wierzchowiec odmówił posłuszeństwa i zatrzymał się. - I tak wiele zdziałałeś.- Tropiciel poklepał ogiera i zostawił go, by odpoczął. Ruszył piechotą odnajdując ślady w świetle pochodni. Księżyc był już wysoko, gdy zauważył blask ogniska. Zgasił żagiew myśląc czy tamci mogli zauważyć jej ogień. Zawsze to lepiej mieć przewagę zaskoczenia. Już z daleka mógł usłyszeć rozmowę dwojga mężczyzn. Najwyraźniej nie starali się ukryć swojej obecności, ani nie obawiali się pogoni. Wsłuchiwał się przez chwilę w głosy. Cały czas odzywały się tylko dwa, trzeci porywacz nie odezwał się. Wspiął się cicho na konar, z którego mógł wszystko obserwować. Dwaj mężczyźni siedzieli przy ognisku, posilając się pieczonym królikiem. Odziani w zbroje podobne do jego własnej, z mieczami przy pasach. Najemnicy. Nie zauważył w nich niczego niezwykłego. Jego uwagę bardziej przykuła trzecia osoba, siedząca dalej i oparta o pień drzewa. Odziana w podobny do mnisiego habit. Najwyraźniej była nią kobieta sądząc po szczupłej sylwetce i długich czarnych włosach. Nie mógł być całkiem pewien, gdyż nie widział twarzy tej osoby. Głowę miała opartą na piersi najwyraźniej śpiąc. Widział tylko siwe pasemka w czarnych włosach, więc nie była to osoba w kwiecie wieku. Tuż obok tajemniczej postaci oparta o ten sam konar siedziała Cas. Zakneblowana, ze związanymi rękoma obserwowała wszystko dokoła. Po przeanalizowaniu sytuacji Danathriel uznał za najlepsze wyjście natychmiastowy atak. Nie miał ze sobą łuku czy kuszy i nie było sensu zakładać pułapek, albo wymyślać czegoś innego, skoro mógł to załatwić tu i teraz. Mężczyźni zajęci rozmową stanowili łatwy cel, a kobieta kimkolwiek była raczej nie stanowiła większego problemu. Gdyby nawet, to nie zdąży nic zrobić. Tak, tu i teraz. Wyjął miecz i sztylet. Cały czas stąpając jak najciszej wybiegł tuż za plecami najbliższego najemnika. Cięcie prawie odcięło mężczyźnie głowę. Nawet nie zauważył, co go zabiło. Jego towarzysz wybałuszył oczy w zdziwieniu i sięgając po broń chciał krzyczeć, ale sztylet, który utkwił mu w gardle przerwał jego zamiary. Obaj martwi. Dobrze. Danathriel odwrócił się do ostatniego przeciwnika i...stanął jak wryty. Kobieta stała wyprostowana jedną ręką przytrzymując Cas, a drugą sztylet przy jej gardle. - Zostań tam gdzie jesteś.- powiedziała spokojnie- Nie bądź taki zdziwiony. Śledziłam twoją karierę i dobrze wiedziałam, że nie spoczniesz, aż nas nie złapiesz. Danathriel próbował przypomnieć sobie, czy ją zna. Mogła mieć koło pięćdziesiątki, jej twarz znajoma, ale nie wiedział, kto to. Odpowiedź krążyła na skraju świadomości. Tymczasem kobieta kontynuowała. - Jesteś dobrym przywódcą, ale miłość sprawia, że zaczynasz działać pochopnie.- kiwnęła głową wskazując na ciała- Ci dwaj dobrze wypełnili swoje role. - Wojownik spojrzał pod nogi. Przynęta. Zaatakował cel, który z góry założył jako ważniejszy, a było na odwrót. Przeklął się w duchu, mógł poświęcić więcej czasu na obserwację. Teraz już jednak na to za późno, teraz musi dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi i kim jest jego przeciwnik. Dobry strateg wymyśliłby taką przynętę, bezwzględny poświęci dwóch wojowników. Bezwzględna kobieta, strateg, dowódca... odpowiedź przyszła, chociaż nie wiedział jak to możliwe. Widział tę twarz dwa lata temu, tylko wtedy była dwadzieścia lat młodsza. Podniósł wzrok. - Sakarda- wycedził przez zęby. Skwitowała to uśmiechem- Poznałeś mnie mój morderco. Miło mi. Danathriel zaczął przeklinać, że nie upewnił się wtedy o jej śmierci poprzez odcięcie głowy. Dopiero po fakcie dowiedział się, że Sakarda parała się także czarną magią i była po prostu wiedźmą. Gdyby wiedział to wcześniej może nie zostawiłby jej tak jak to zrobił, sprawdzając tylko czy serce bije. Cholera, o czym on myśli. Przecież była martwa, musiała być. - Jak to...- zaczął mówić. - Możliwe?- dokończyła za niego.- Cóż, nie było łatwo i sporo kosztowało jak widzisz, wystarczy, że podziękuję ci za zostawienie chowańca. „Chowańca? Ptak! Ten pieprzony kruk. Trzeba było wykończyć ptaszysko na miejscu.”- powrócił na chwilę myślami w tamto miejsce. Tymczasem Sakarda kontynuowała. - Zresztą nie da się tak łatwo oszukać śmierci na zbyt długo. Mam ograniczony czas, akurat tyle, aby dokonać zemsty. - Więc chodź tu i zabij mnie.- starał się ją podjudzić. - Tak, chciałbyś, ale nie licz na to, nie jestem już w formie- skwitowała to krótkim śmiechem.- Koniec gadania, czas działać.- po tych słowach przeciągnęła sztyletem po krtani Casandreji.
Teraz, przypominając sobie ten moment Dan nie potrafił powstrzymać wymykającej się łzy. To była chwila, w której jego życie legło w gruzach, a on nie mógł nic zrobić.
Pamięta jak dziś. Najpierw go zmroziło i wmurowało, i dopiero, gdy ciało Cas opadło otrzeźwiał. Zrobił trzy szybkie kroki i wbił miecz w ciało morderczyni przebijając na wylot. Sakarda nie zrobiła nic, dla uniknięcia ciosu. Z uśmiechem padła na ziemię. Działając pod wpływem impulsu zostawił morderczynię i przypadł do ciała ukochanej. Chciał tamować upływającą krew, ale dziewczyna zginęła na miejscu. Przytulił, więc ją i zanurzył się w potoku łez. Ciszę lasu przerwał śmiech, przypominający raczej charczenie. - Niestety wojowniku- pomimo miecza w brzuchu wiedźma nadal żyła- Ona nie żyje i zapewniam, nie zmartwychwstanie jak niektórzy. Jest z pewnością martwa. Łzy Danathriela ustąpiły, a na ich miejsce wstąpiła fala gniewu. Wstał. - Jeżeli myślisz, że to moja zemsta, to mylisz się- podszedł do niej, gdy kontynuowała- Przygotowałam dla ciebie coś lepszego...-wyjął z niej miecz-...po prostu jestem okrutna...- i wbił z całej siły w pierś wiedźmy. Wygięła się cała, lecz przeżyła na tyle długo, by dokończyć sentencję i zemstę. - Będziesz cierpieć wieczne życie, aż usłyszysz Cas wyznanie, ukochanej twej prawdziwie, jej miłości zapewnienie, przerwie nić przekleństwa twego.- skończyła mówić, uniosła lewą dłoń i wydmuchała w powietrze złotawy pył. Danathriel nie mogąc uwierzyć w taką żywotność, odczekał końca przedstawienia i przekręcił miecz ze słowami – Giń wreszcie wiedźmo. Dla pewności odciął jej tym razem głowę i zapakował w juki jednego z koni. Zauważył przy tym, iż wcale nie były zmęczone, a nie mogły jeszcze odpocząć. Wiedźma musiała rzucić jakiś czar, żeby się nie męczyły. Drugiego konia obarczył ciałem ukochanej, a ostatniego puścił wolno. Tak, więc z głową morderczyni i martwą jedyną jego miłością skierował się do domu. Po drodze natknął się na własnego konia pasącego się w tym samym miejscu gdzie go zostawiono. Wierzchowiec sam ruszył za właścicielem. Dalej natknął się na grupę pościgową i wyjaśnił tragedię. Szybko i treściwie, bo nie miał ochoty rozmawiać. Z ciężkim sercem przekazał ciało ojcu dziewczyny. Pogrzebali ją następnego dnia. Od tego czasu Danathriel opłakiwał tragedię, mało mówił, nie mógł myśleć i nie wiedział, co robić. Na domiar złego niedoszły teść obarczał go za śmierć córki. Właściwie on sam uważał podobnie. Przez niego Sakarda żyła i dokonała zemsty. Ciężar świadomości tego faktu był przytłaczający. Chodził jak otępiały, nie widząc sensu życia. Dlatego po kilku dniach postanowił je przerwać. Wybór padł na powieszenie. W nocy wybrał się do stajni.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil hepedraco
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…