Wróć do katalogu

ANETA

cykl opowiadań,które wcale nie miały być całością...

bartek zalewski, opublikowano , 1 godz. 56 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Od Autora: Szczerze mówiąc pisałem te opowiadania w takiej kolejności jak je tu umieściłem, lecz nigdy nie chciałem ich publikować-ani jako całości, ani w kawałkach. Wyjątkiem było „I tylko wspomnienia…”, gdyż uważałem je za najbardziej dojrzałe. Ale wciąż mnie nagabywano, bym zdradził jak to się zaczęło z Anetą i Krzysztofem, więc w końcu usiadłem i poprawiwszy, co tylko się dało poprawić prezentuję ten utwór świadom jak bardzo jest on niedoskonały. Chylę czoła przed wszystkimi, którzy spróbują się zmierzyć z tym tworem…Pełno tu rzeczy dla dzisiejszego czytelnika niezrozumiałych, jak choćby to, że policjantów nazywa się milicjantami; że nikomu się nie śniło o komputerach i Internecie; że wreszcie brak jest wszędobylskich komórek…Ale taka była rzeczywistość połowy lat osiemdziesiątych, nie chciałem z tego rezygnować po latach, bo niektóre wątki mogłyby być zupełnie bez sensu. Choć to pewnie i tak łabędzi śpiew…

A N E T A

1. „Na miłość trzeba sobie zasłużyć”

maj- sierpień 1986 r., październik 2008 r.

Aneta wraz z koleżankami przystanęła tuż obok budki z lodami. Ta mała, rozkrzyczana czereda rzucała się od razu w oczy: tak bogatego kolorytu w ubiorze nie powstydziłaby się żadna tęcza. Prym wiodła oczywiście Aneta, która ubierała się nie tyle wymyślnie, co modnie, a pieniądze nie przedstawiały dla niej żadnej wartości. Może dlatego, że nigdy nie narzekała na ich brak…Stąd też miała chłopaków na pęczki, ale ona, jak wybredna królewna bawiła się naiwnością biedaków. Kilka dni pochodziła z którymś, a potem mówiła „ciao” i rzucała delikwenta. W szkole wśród chłopców budziła wciąż dreszcz, pomimo swego zachowania. Ciągle jeszcze była w stanie zawrócić im w głowach. Wśród dziewczyn wzbudzała zazdrość. Nadal jej stroje i powodzenie u płci przeciwnej potrafiły wywoływać zawistne spojrzenia zmieszane z delikatnym podziwem. A wśród nauczycieli…No cóż, wśród nauczycieli miała opinię zdolnej dziewczyny, tylko niewiarygodnie rozkapryszonej. Wprawdzie nauka nie szła jej źle, ale zachowanie jej nie mogło ujść uwadze ciału pedagogicznemu, tym bardziej, że przecież jakichś wybitnych osiągnięć nie notowała. Nagle tuż za nimi stanął chłopak. Ubrany był w szary sweter, mocno już zużyte dżinsy, a na jego nosie tkwiły okulary! Twarz była twarzą intelektualisty, a takich ludzi Aneta nie lubiła najbardziej. Uważała ich za wapniaków, przesiadujących całymi dniami przy książkach. Nic godnego uwagi. Może gdyby jeszcze był zabójczo przystojny? Ale nie był. I do tego te okulary! Aneta nie cierpiał żadnej fizycznej ułomności, sama była stworzona dość zgrabnie i nie potrafiła pojąć jak można nie być pięknym. Ani bogatym. Nie byłaby jednak zawodową uwodzicielką, gdyby jednak nie spojrzała na chłopaka tym swoim słynnym, powłóczystym spojrzeniem, który kładł trupem połowę szkoły u jej stóp. Obecnie nie była z nikim związana, więc obdarzyła chłopaka swoim miłym i ujmującym uśmiechem. Wprawdzie nigdy nie sprawiało jej żadnego kłopotu uwodzenie, nawet jeśli chwilowo miała kaprys obdarzać swą łaskawością jednego z wielkiej rzeszy swych wielbicieli, lecz teraz znów ją naszła ochota na jakąś przygodę. Nawet, a może zwłaszcza z kimś tak nieciekawym jak ten typ tutaj. Nieciekawym oczywiście dla niej. „Ciekawe jaki on jest?”- Takie właśnie pytanie zadawała sobie spoglądając na swą przyszłą ofiarę. Może to być pouczające doświadczenie. Nigdy dotąd nie miała takiego myśliciela. Powinien być łatwą zdobyczą. Powodzenie u chłopców rozzuchwaliło Anetę ponad miarę. „Muszę go zdobyć”- pomyślała. A kiedy go będzie już miała, zrobi to, co robi zawsze: rzuci go. Chłopak nie odwzajemnił uśmiechu, może nawet go nie zauważył, co spowodowało u Anety chęć trzaśnięcia okularnika w twarz. Co on sobie wyobraża? To ona tu się wdzięczy do niego, posyła mu najbardziej zalotny ze swych uśmiechów, a on nawet nie raczy na nią spojrzeć? Nie mówiąc już o żadnej reakcji? Co on sobie myśli? Jeszcze nigdy nie spotkało jej takie rozczarowanie. Jeszcze nigdy nikt tak jej nie potraktował. Jeszcze…Dobrze, że reszta dziewcząt nie zwróciła uwagi na tę jej porażkę. Dopiero by ucierpiała jej renoma! A może dlatego tak się zachował, bo nie może uwierzyć, że taka dziewczyna jak ona się uśmiecha do niego? Że nie zasługuje na jej uwagę? To musiało być najbardziej logiczne wytłumaczenie tej sytuacji. Choć najchętniej by wbiła pazury w tę szarą i tak beznadziejną facjatę, jednak nie uczyniła nic, natomiast poczuła w sobie ogromną chęć zdobycia go. To było jak wyzwanie. Niczym rękawica rzucona na ring. Chciała go poznać, przeniknąć jego drugie ja. Często jak wampir chłonęła osobowości ludzkie, a potem, gdy już wszystko wiedziała, odchodziła. Szkoda tylko, że żadna z indywidualności nie pozostawiła w niej trwałego piętna. To była dla niej tylko zabawa. Dopóki ktoś ją fascynował- była przy nim, kiedy zaczynała się nudzić- odchodziła. Czasem trwało to kilka tygodni, częściej jednak tylko dni. Niczym rozpieszczone dziecko bawiła się cudzymi uczuciami, a gdy opadło pierwsze zainteresowanie porzucała bez zbędnych ceregieli zabawkę. W poszukiwaniu nowych charakterów nie dotrzymywała żadnych obietnic i zaklęć. Czasem nawet się zastanawiała czym jest miłość? Nie dochodziła jednak do żadnego wniosku. Może dlatego, że nigdy prawdziwej miłości nie przeżyła…A może dlatego, że uważała iż ma jeszcze czas na to, by zaznać czegoś tak pięknego jak uczucie do drugiego człowieka? Pomimo, że czytała kiedyś o miłości i nawet za nią tęskniła, tak zwyczajnie jak każda nastolatka, to może w gruncie rzeczy nie wierzyła, że ona istnieje w świecie materializmu jaki ją otaczał? Tu nic nie było za darmo. Za wszystko trzeba było płacić. Kto miał pełen portfel- ten miał wszystko. Ale czy aby na pewno? Jednak takie chwile zastanowienia to u Anety była rzadkość, z reguły nie zaprzątała sobie głowy takimi bzdurami. Dobrze wiedziała, że takie sentymenty mogą spowodować iż kiedyś ktoś naprawdę ją zrani. Ona się odsłoni i wtedy dosięgnie ją cios… Aneta postanowiła działać. Kiedy doszło do kupna lodu, umyślnie tak pokierowała swoją ręką, że pieniądze miast na mały podstawek, trafiły na ziemię. Gwałtownie pochyliła się, by pozbierać drobniaki, przekonana, że nieznajomy robi to również. Niestety, spotkał ją przykry zawód, świadczący dobitnie, że jej urok, choć tak szczodrze obdarzyła go Aneta, nie wywarł żadnego wrażenia na chłopaku. Nawet nie drgnął, przeciwnie, korzystając z zamieszania kupił swoją porcję i zapłaciwszy, najspokojniej w świecie ruszył dalej, nie zwracając na Anetę najmniejszej uwagi. Tego było Anecie za wiele! Jak śmie?! Gwałtowna wściekłość narosłą w niej z taką potęgą, że niemal rzuciła w twarz sprzedawcy należność i wyszarpnęła z jego dłoni podanego loda. Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, aby ktoś potraktował ją z taką obojętnością. I to chłopak!!! A przecież ona zaczęła przyciągać swą uwagę już dorosłych mężczyzn…Nieraz widziała spojrzenia jakie jej posyłali, takie pełne uznania i jakiejś takiej dziwnej tęsknoty. Doskonale wiedziała, co to oznacza. Była na to zbyt zepsuta, by nie dostrzegać tego. A teraz?! Wraz z gniewem, zakiełkowało w niej postanowienie, że musi tego chłopaka mieć. Choćby największym kosztem! Teraz to był już punkt honoru. Da mu taką nauczkę, że na zawsze ją zapamięta! Pożegnała się z koleżankami, wymyślając jakiś błahy pretekst, że niby zapomniała o czymś i dopiero teraz sobie przypomniała, że strasznie przeprasza, że wie iż miały iść na miasto pooglądać wystawy z ciuchami, ale wiecie jak jest, starzy i tak dalej…Odwróciła się plecami od swej świty. Jeszcze przez moment rozglądała się po okolicy, szukając wzrokiem chłopaka. Zobaczyła go jak idzie zwolna, liżąc loda i rozglądając się dookoła. Ruszyła za nim, dyskretnie go śledząc. Na chwilę tylko się odwróciła w kierunku grupki dziewcząt, którą tyle co porzuciła i pochwyciła tylko wielce wymowne spojrzenie Elizy. Trochę ją to speszyło, bo dotychczas nie musiała się uganiać za żadnym facetem, już sama jej uroda przyciągała do niej wielbicieli jak pszczoły do ula. Miała tylko nadzieję, że Liza nie zauważyła tej całej żenującej pantomimy przy lodziarni. I, co ważniejsze, nie była świadkiem porażki Anety. Ale w tej chwili nie to było najważniejsze. Obiekt jej zainteresowania oddalał się od niej wolno, ale zdecydowanie. Dotarł do Osiedla XXV- lecia na Kardynalskiej. I znikł wśród bloków. Aneta przyspieszyła gwałtownie, nie chcąc go zgubić. Po chwili, kiedy się zdawało, że jednak go zgubiła, zauważyła jak wchodził do jednej z klatek. Spojrzała na numer i już chciała odejść, gdy coś nagle kazało jej się zatrzymać i dobrze ukryć. Przeczucie? Intuicja? Nie wiadomo. Ale rzeczywiście, nieznajomy wyszedł po chwili, uważnie się rozglądając wokół. „ No, no. Kto by pomyślał?”- Przemknęło Anecie. Upewniwszy się, że wszystko w porządku, ruszył dalej. Aneta, już bardziej ostrożna niż uprzednio ruszyła za nim. „Więc jednak mnie zauważył!”- Nie bez satysfakcji myślała dalej. Ta świadomość wlała w nią więcej wiary w swe możliwości. Spostrzegł, że go śledziła, wszedł do pierwszej-lepszej klatki schodowej, ba! nawet innego bloku, chcąc ją zmylić. I prawie mu się to udało. Trochę to Anetę zbiło z pantałyku. Jednak będzie trochę łyso kiedy już się poznają. Ugania się za nim jak gdyby był nie wiadomo kim. Ale wierzyła, że i z tego potrafi wyciągnąć korzyści i obrócić w żart ten incydent. Tym razem chłopak poszedł wprost do właściwego wejścia. Aneta stanęła przy drzwiach wejściowych i liczyła kroki. Dwadzieścia sześć stopni. Miała wiele szczęścia, że nie było tu windy…Teraz zostało tylko sprawdzić, które to drzwi. Odliczyła dwadzieścia sześć stopni i stanęła na piętrze, na którym on mieszka. I tutaj dopisało jej szczęście- miała do wyboru tylko dwoje drzwi, a mogło być znacznie więcej. Chwilę się wahała i podeszła do pierwszych. Nacisnęła przycisk dzwonka i szybko odskoczywszy, zbiegła jak najciszej schodami w dół. Przyczajona, spoglądała w górę na drzwi, które się otworzyły i wtedy ujrzała JEGO. Na czole pojawiła się zmarszczka zdziwienia i irytacji na taki głupi kawał, bo przecież pomimo sygnału, nikogo w progu nie zastał rzecz jasna. Rozejrzał się podejrzliwie wokół i wszedł z powrotem do mieszkania. Teraz Aneta mogła spokojnie odejść. Już wiedziała, gdzie szukać swej zdobyczy…

****************************

W życiu ludzkości przypadek odegrał ogromną rolę. Większość odkryć naukowych dokonano przypadkiem. Przypadek pomagał ludziom znaleźć właściwą drogę, postępowanie. Aneta nie wierzy w przypadki. Twierdzi, że nic się nie dzieje samo. Każdy dzień to ogniwo ogromnego łańcucha jakim jest życie. Już w chwili narodzin, a może jeszcze wcześniej, ktoś napisał scenariusz jej życia, tego swoistego łańcucha losu. Ona gra tylko swoją rolę i jakkolwiek by nie postąpiła, zawsze to będzie zgodne ze scenariuszem. Takie tłumaczenie było bardzo wygodne, w prosty i wygodny sposób dawało alibi do wszelkich postępków- zwłaszcza tych, którymi niekoniecznie by chciała się chwalić. Zadziwiające było także i to, że nie znała tego, jak postąpi za godzinę czy dzień. Każda minuta to coś nowego i własne życie czyta się jak powieść, odkrywając na każdej stronie nowe fakty. Czasem zastanawiała się dlaczego jest tak okrutna i nieczuła. Czemu komuś zależało, by akurat taką jej przeznaczyć rolę? Co prawda w ramach rekompensaty dał jej bogactwo i ładną powierzchowność, ale sprawił, że tak naprawdę nikt dla niej nic nie znaczył- oprócz niej samej. Nie dochodziła jednak do żadnych wniosków, to było ponad jej siły. Lecz na myślenie przeznaczała coraz więcej czasu, toteż zmieniała się wewnętrznie, choć za żadne skarby by się do tego nie przyznała przed swoimi koleżankami- one pewnie by tego i tak nie zrozumiały. I dlatego każdego dnia, w szkole, postępowała jak dawniej. Zdawała sobie sprawę, że powinna walczyć ze sobą, by uniknąć tej podwójnej świadomości, ale jest zbyt słaba na to. Zmienić własne ja na tyle, by znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie, znaleźć swój cel w życiu, to przerastało jej możliwości. A może po prostu była to tylko kwestia determinacji? Aneta nie dążyła właściwie do niczego. Nie miała sprecyzowanych planów życiowych, wciąż to odkładała na później, na „jakoś to będzie”. Było jej wygodnie tak jak teraz jest. Lecz czas biegł szybko do przodu. A ona ciągle tkwiła w dołku niewiedzy o sobie, o swoich możliwościach i ograniczeniach. Czułą się jak wózek, który rodzice popychają do przodu bez jej wiedzy. Wokół; w klasie, na ulicy, w klubie mówiło się tyle o swojej przyszłości. Słuchała wypowiedzi kolegów i koleżanek, z przerażeniem uświadamiając sobie swoją bezradność i dziecinadę. Przecież to wyglądało jakby czekała na cud, nic sama nie robiąc w tym temacie. Narastał w niej kompleks niższości wobec rówieśników, który może i przerodziłby się w jej klęskę, ale swoją pozycją odziedziczoną po rodzicach utrzymywała się na wierzchu. Szmal by zawsze na topie i to ją ratowało. Ale jak długo? Skończy ogólniak i co wtedy? Lodowisko, po którym się ślizga nagle skończy się i nastąpi fatalny upadek. Czy zdoła się wtedy podnieść, sama, bez wytycznych w życiu, bez żadnych konstruktywnych ideałów? Zdawała sobie sprawę, że jeśli nie zmieni się w najbliższym czasie, to zginie w życiu. Ale jest zbyt słaba na to i dobrze wiedziała o tym. Konflikt ze samą sobą jest najgorszą z wojen jaką musiała dotychczas prowadzić Aneta. Paradoksem było to, że zdawała sobie sprawę ze swego problemu- nie potrafiła się przemóc na tyle, by go rozwiązać. Każdy kiedyś to przechodził, był to element wieku dojrzewania. Kto wygrał, czuł się pełnowartościowym członkiem społeczeństwa, ale jeśli przegrywał? O ile miał silną wolę, walczył dalej, aż do skutku. Cudów nie ma- coś się musi zmienić. Ale Aneta nie miała silnej woli. Nie miała niczego, na czym mogłaby oprzeć swą walkę ze sobą. Będzie musiała walczyć od zera, bez zapewnienia, że w przypadku przegranej, będzie mogła otrzymać pomoc. Tak jak komandosi: idąc na akcję wiedzą, ze muszą liczyć tylko na siebie. Z tym, że są to ludzie zdeterminowani. I odważni. Aneta nie ma odwagi przyznać się do klęski, ani do swych kompleksów, które były źródłem jej dziwnej niemocy. Kiedy tak rozmyślała kompletnie przybita wynikiem tego rachunku, uświadomiła sobie, że musi zmienić nieco swe poglądy. Bo jeśli ktoś pisze jej losy, jak w to gorąco wierzyła, to chyba tylko do pewnego momentu. Potem człowiek sam musi dawać sobie radę pisać scenariusz własnego życia. A ona? Ona czuje się zagubiona, wciśnięta pomiędzy własnymi wyobrażeniami o życiu, tak bardzo baśniowymi jak się okazuje, a coraz bardziej realną rzeczywistością. Dotychczas między tymi dwoma stronami zachowana była równowaga, lecz teraz, kiedy rzeczywistość okazała się twardą szkołą ustępowały, zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wniosek prosty: życie ją zmiażdży. Czuła jak przestrzeń wokół niej się kurczy, coraz ciaśniej jej było pomiędzy wymarzonym jutrem a dzisiejszym dniem. Narastała świadomość konieczności zmian. Brakło tylko impulsu.

********************************************

Tego dnia w szkole był luz. Na zajęciach panował atmosfera rozprężenia. Nie było odpytywań, kartkówek i klasówek, nie postawiono prawie żadnej oceny. Pełen relaks. Po prostu wolna sobota, a oni muszą odrabiać jakieś tam święto. Trudno. Jak widać nawet belfrom udzielił się stan totalnego niechciejstwa. Każdy pragnął tylko jednego- jak najszybciej odbębnić ten dzień i pójść do domu. Aneta spojrzała na sąsiadkę w ławce. Znudzona mina tamtej w pełni oddawała ducha tego co się działo w klasie, a właściwie- czego się nie działo. Liza, prześliczne stworzonko o jasnych włosach, wspaniałej sylwetce i pięknej twarzyczce, nudziła się jak mops. Teraz konspiracyjnie przechyliła się w stronę Anety i szeptem zapytała: -Jak tam nowy Romeo?... Od tamtej chwili, kiedy Aneta pierwszy raz zobaczyła nieznajomego, minął tydzień. Przez te siedem dni wydarzyło się tyle, że niejeden rok skryłby się ze wstydem pod względem wrażeń. Już na następny dzień, tuż potem jak wróciła ze szkoły, wpadła do niej Beata zapraszając ją na swoje imieniny. Anecie nie bardzo to się uśmiechało, gdyż miała zamiar poznać wreszcie chłopaka w okularach, ale dla niepoznaki zaczęła wypytywać co, jak, kiedy, kto będzie? Ze słów koleżanki wynikało, że nie będzie to żaden bankiet, lecz zwykłe, skromne przyjęcie z potańcówką. -Znasz wszystkich, którzy tam będą. To znaczy, prawie… Aneta uważniej nastawiła uszu. -Będzie taki jeden Krzysiek. Przemiły chłopak. I inteligentny. -Przystojny? -To zależy. Jeżeli dla ciebie ludzie w okularach są przystojni, to on na pewno jest. „O, kolejny w okularach!”- Przemknęło jej przez myśl. Dla Anety uwodzenie dwóch facetów nie było pierwszyzną, więc rzekła: -Zgoda, przyjdę. Kiedy i o której? -W środę, o czwartej. Środa już od samego rana się dłużyła Anecie okropnie. Zawsze przed imprezą czułą to podniecenie. Dziwiło ją to, bo przecież ciągle była gdzieś zapraszana i raczej wszelkiej maści rauty i domówki powinny jej spowszednieć. Kiedy przyszedł czas wychodzić, poczuła ulgę. Nareszcie. Mimo, że szła szybko, zjawiła się jako ostatnia. Obliczone to było również na to, by zaliczyć kolejne efektowne entree, zgodnie z jej stylem. Otworzyła jej solenizantka. Już w drzwiach Aneta złożyła życzenia. W przedpokoju, w trakcie rozbierania i poprawiania ogólnego wystroju, szeptem spytała Beatę: -Jest? -Wzięło cię, co? Jest! W pokoju wszyscy siedzieli, bawiąc się w najlepsze. Same znajome twarze: Tomek, Monika, Darek, Janusz, Zuzanna i jeszcze kilku innych. A gdzie tamten?! Siedzi odwrócony do niej plecami i zdaje się być duszą towarzystwa. Anecie wydało się, że już gdzieś go widziała, ale nie zdążyła sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Oto pani domu podeszła do niego i coś mu szepnęła. Zapewne chce ich poznać ze sobą, bo Anetę reszta zaproszonych znała doskonale. Uniósł się z krzesła i wreszcie Aneta zobaczyła jego twarz. O mało nie krzyknęła z wrażenia! Tamten próbował intensywnie sobie przypomnieć skąd ją zna, na czole pojawiła się pionowa kreska, co wymownie świadczyło o tym, że od spotkania przy lodziarni nie myślał o niej ani razu. „Bezczelny!”- Pomyślała dziewczyna. Tak jakby myślenie o niej było obowiązkiem każdego chłopaka, którego spotkała. -Poznajcie się- Beata przerwała krótkie milczenie.- Krzysztof to Aneta, Aneta przedstawiam ci Krzyśka. -Cześć- głos miał miły i uśmiechał się ujmująco. -Cześć- zaszczyciła go swoim najbardziej promiennym uśmiechem. „Jeden pożytek z tej jego krótkiej pamięci to, że nie pamięta tego incydentu ze śledzeniem”- Aneta odrobinę głębiej westchnęła z ulgą. -My się już trochę znamy, prawda?- Pytanie ugodziło ją znienacka. Mało Aneta nie zemdlała ze wstydu! Rzuciła jednocześnie błagalne spojrzenie Beacie, by o nic nie pytała. Absolutne zbaranienie było najlepszym świadectwem tego, co czuła solenizantka. Ale była osobą dyskretną i pospiesznie zamknąwszy półotwarte usta ze zdziwienia, o nic się więcej nie dopytywała. Zasiedli do poczęstunku. Rozmowa potoczyła się gładko. Dzięki Krzysztofowi obracała się w kręgu sztuki. Dyskutowali o książkach, filmach i sztukach teatralnych; słowem o tym, o czym Aneta nie miała zielonego pojęcia. To była nie jej liga, można by rzec. W czasie, gdy oni rozwodzili się nad poszczególnymi tematami, „robiąc z niczego problem”- jak myślała Aneta, ona prowadziła sama ze sobą dialog. Z początku usiłowała w jakiś sposób przyciągnąć wzrok chłopaka do siebie, skupić jego uwagę na sobie, ale było to bezskuteczne. Po ceremonii zapoznania, Krzysztof jakby zapomniał o jej istnieniu. Do tego absolutnie się nie włączała do dyskusji, więc dla niego przestała istnieć. Co prawda z perspektywy, że nie miała nic mądrego do dodania milczenie było najlepszym co mogła teraz zrobić. Jak mówi przysłowie: „ Jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia, to chociaż mądrze milcz.” Aneta uznała, że to złota zasada. Anety rozmowa samej ze sobą nie była zbyt wesoła, o nie. Doszła do wielu niepocieszających wniosków. Jak zwykle zresztą. Po pierwsze ten chłopak dziwnie ją onieśmielał, był absolutnym zaprzeczeniem tego, co spotykała dotychczas na swej drodze. On, jako pierwszy chłopak, nie zwrócił większej uwagi na jej urodę. On, jako pierwszy potraktował ją zupełnie nie tak, jak tego oczekiwała. Co gorsza, był pierwszym, który ją zaczął naprawdę interesować. Ale postawiła sobie warunek: choćby ją to miało wiele kosztować, zdobędzie go, a potem zrobi to co zawsze! Nie ma wyjątku. Po drugie poczuła się absolutnie niepotrzebna w tym towarzystwie. W sumie, to Beatę znała dość luźno, ale przez te wszystkie lata szkoły stanowiła coś w rodzaju ozdoby wszelkich imprez, więc chodziła gdzie ją zapraszali- a zapraszali niemal wszędzie. To ona często decydowała czy warto gdzieś pójść czy nie…A tu proszę! Pierwszy raz odczuła tak boleśnie swoją niższość: jest płaska intelektualnie jak stół. Nigdy dotychczas nie była na żadnej imprezie odstawiona na boczny tor. No chyba, że sama tego chciała. Tu przekonała się naocznie, że oprócz wizualnego wdzięku nie posiada nic, czym można by było imponować. Czy ona potrafi dyskutować? Z pewnością tak, ale o czym, jeśli jedynymi tematami ją interesującymi były szmal, ciuchy i chłopacy? W tej właśnie kolejności. Teatru na oczy prawie nie widziała, do kina chodziła na filmy łatwe, bezproblemowe; książek nie czytała w ogóle. Więc jest nikim tutaj. Nawet nie ma swego hobby. Chyba, że podrywanie…Ale sama nie ma odwagi przerywać im dyskusji i przenieść ją na swoje podwórko. A zresztą, kogo by tym zainteresowała? Zepsułaby tylko im zabawę, jak gbur. Na szczęście ma jeszcze odrobinę taktu. Woli już się przysłuchiwać, o czym rozmawiają. Po trzecie, przekonała się, że taki chłopak jak Krzysztof, szybko się zorientuje iż jest całkowitym ignorantem w sprawach, które on traktuje jako podstawowe. Po prostu nie zechce się z nią spotykać. A to przecież ona zawsze rzucała facetów, a nie na odwrót! Zrozumiała na podstawie tych imienin, jak mało znaczy w społeczeństwie. I znów przypomniała sobie swoje rozmyślania na temat swego życia. Więc jeszcze jedna deska do jej trumny. Czy pieniędzmi można zdobyć pozycję w społeczeństwie? Pozycję, tak! Ale poważanie, szacunek- już nie! Do tego potrzeba czegoś więcej, własnego oddania, życzliwości dla innych. A ona nie jest taka. Zarozumiała, pewna siebie przez zadufanie, płytka intelektualnie zepsuta- to niektóre określenia jakimi nakreśliła w myślach swój obraz. Wtedy doszła do strasznego wniosku: albo klasa ją toleruje jako-tako, bo ma szmal; albo dlatego, że oni wszyscy są tacy sami! I jedno, i drugie jest w zasadzie przerażające. Jednak po chwili zrozumiała, że się myli. Klasa, przynajmniej nie cała, nie jest taka sama jak ona: są jednostki odpowiadające stereotypowi Krzysztofa i całego tu zebranego towarzystwa. A więc to pierwsze: jakie to podłe, że tylko dlatego iż ma pieniądze, skupia wokół siebie tylu ludzi! Gruncie rzeczy Aneta wiedziała o tym, gdzieś tam głęboko na dnie duszy zawsze tliła się pewność jak jest z nią naprawdę. Spychała tylko co rusz dalej i dalej to przeświadczenie, aż stało się tylko nic nie znaczącą zadrą w sercu, kłującą boleśnie tylko w chwilach naprawdę osobistych refleksji. A przecież nie miewała ich zbyt często. „Jestem zero- myślała.- Absolutne zero! Nic!” A jeśli ona jest taka, to i wszyscy dotychczasowi chłopcy też byli tacy. Płytcy, aroganccy i na wskroś materialni. Błędne koło. Moralne i intelektualne dno. Ciekawe, że dopiero teraz doszła do tego wniosku. A może dopiero teraz uzmysłowiła sobie tę prawdę oczywistą? Bo gdyby się okazało, że potrzebuje pomocy, takiej rzetelnej, przyjacielskiej; to czy ktoś z klasy pospieszyłby jej z pomocą? Przybyłby z odsieczą? Czy ona ma w ogóle przyjaciół? Czy Luiza jest dla niej kimś takim? Obawia się, że nie. Misi to jednak sprawdzić. Więc gdyby się rozejrzała wokół siebie, dostrzegłaby pustynię! „Przecież to okropne!”… -Co się tak rozmarzyłaś?- Dosięgło ją znienacka pytanie.- Patrzysz na Krzyśka jak na bóstwo, a na pytania w ogóle nie odpowiadasz! Zaczerwieniła się zażenowana. Taki obciach! I to przy tych wszystkich ludziach! Dookoła wszyscy się dobrotliwie śmiali, ale akurat dziś Aneta nie była usposobiona luzacko do siebie. Akurat dziś brała wszelkie kpiny na poważnie. Spojrzała w stronę chłopaka. Krzysiek uśmiechał się trochę ironicznie. „Jaki on jest podły!”- Pomyślała z rozpaczą. Czym by się miała ta jego podłość charakteryzować, tego już nie sprecyzowała niestety. „Muszę go zniszczyć!!!”- Nienawistne postanowienie zamknęło jej drogę do spojrzenia na siebie choćby odrobinę z rezerwą. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej, choć to wydawało się nieomal niemożliwe. Okazało się, że przegadali całe imieniny. Co prawda ona akurat przemedytowała. I w ogóle nie tańczyli. Czas już był się rozstać i iść do domów. Jak dla Anety, była to najbardziej niezwykła impreza na jakiej była- i najmniej udana… W jednej chwili całe mieszkanie ogarnął chaos, charakterystyczny dla ewakuujących się osób. Wśród docinków i żartów ubierano się i żegnano gremialnie. Już na schodach Krzysiek podszedł do niej i rzekł: -Odprowadzę cię. Miała na końcu języka, by się odczepił. Chciała wykrzyczeć mu w twarz, że nie potrzebuje łaski, lecz nagły przypływ rozżalenia na niego zatkał ja doszczętnie. Nie bez znaczenia był także fakt, że nic by tym nie osiągnęła- oprócz totalnego wstydu przed resztą zgromadzenia. Nie miała żadnej przyczyny, która by usprawiedliwiała taki wybuch. Milcząc skinęła tylko głową na znak zgody. Wieczór dopiero co zapadł. Szli obok siebie, zrazu nic nie mówiąc. Aneta stwierdziła w duchu, nie po raz pierwszy zresztą, że ten chłopak ją onieśmiela. Incydent na koniec imienin też nie powodował przypływ odwagi. Zawsze wygadana w towarzystwie; także, a może zwłaszcza chłopców, teraz milczała. Krzyś działał na nią jak katalizator jej nieśmiałości. Irytowało ja to w coraz większym stopniu. I wtedy nastąpiło to, czego się nie spodziewała absolutnie, a co było naturalnym wynikiem spotkania dwóch młodych, nie znających się dotychczas ludzi, zafascynowanych sobą. Coś, czego przecież pragnęła, a na co już praktycznie straciła nadzieję po dzisiejszym wieczorze. W zwięzłych słowach chłopak zaproponował Anecie chodzenie, co przekonało ją, że jest absolutnie bez doświadczenia w tych sprawach. Czyli z jej seksapilem nie było aż tak źle, jak się zdawało na początku. W jakiś sposób jej to pochlebiło i uspokoiło. Ale czy to aby nie jest kolejna kpina z jego strony? Nie mógł nie wiedzieć, na podstawie tego, co się wydarzyło na imieninach, że jest całkowitym zaprzeczeniem jego; że należy do „łatwych” dziewcząt, pustych w środku i nie myślących poważnie o życiu. Czyżby był aż tak naiwny? Chyba nie, a jednak to zdarzenie świadczyło, że tak jest w istocie. Mogłoby się wydawać dziwne, że już po pierwszym wieczorze taki odważny krok zrobił w jej stronę, tym bardziej, że nie zamienili prawie żadnego słowa. No, ale przecież widział ją jak go śledziła- więc była nim zainteresowana. I jak widać on także, mimo tego, że ignorował ją na każdym kroku, nie był całkiem odporny na jej urodę. Bo przecież nic innego nie mogło wchodzić w rachubę. Na pewno nie jej intelekt. Tyle miała jeszcze w sobie samokrytyki. Sama nie mogła uwierzyć, że nie kosztowało jej to ani trudu, ani czasu. Dosłownie przyszło samo!!! Pozwoliło uwierzyć, że nadal ma w sobie ten zniewalający powab. Duma rozparła jej ego jak powietrze dmuchany balon. „Mam cię!”- Pomyślała ze zjadliwą satysfakcją. Teraz był na jej terenie! A ona już zrobi wszystko, by jadł jej z ręki. Teraz obowiązywały już tylko jej reguły gry. A była to gra bezwzględna i okrutna… …-Jak tam nowy Romeo? Aneta popatrzyła zezem na koleżankę, a na jej wargach pojawił się uśmieszek zimny i mściwy: -To co zawsze. Rozkochałam go w sobie, a wczoraj mu oświadczyłam, że odchodzę. Musiałabyś widzieć jego minę! -Tak szybko?- Liza chciała poznać przyczyny. -Szybko. To był wyjątkowy przypadek. Luiza pytająco uniosła swe nieskazitelnie wyprofilowane brwi. -No, w sumie to było proste i łatwe.- Aneta tylko tyle dorzuciła tytułem wyjaśnienia. Nic to co prawda nie wyjaśniało, ale Aneta zamilkła i widać było, że już niczego się od niej Liza nie dowie.

****************************************

Została sama. Zupełnie sama. Nikogo obok. Pustka. Tak jak przeczuwała, że może tak być jeśli tylko coś zachwieje jej pozycją. Jeszcze kilka dni temu roześmiałaby się w twarz komukolwiek, kto by wywróżył taki koniec. Teraz myślała z goryczą o ojcu, Lizie, całej klasie. Zdradzili ją wszyscy! Ojciec- ją i matkę. Nie wiedziały skąd brał tyle szmalu. Nie pytały, kiedy zamieniały szeleszczące papierki na równie szeleszczące kreacje w butikach i ekskluzywnych sklepach. Teraz już wiedzą, choć bóg świadkiem wolałaby nie wiedzieć. Któż by przypuszczał, że ojciec należał do szajki zajmującej się przemytem i handlem narkotykami? Brzmi to fantastycznie, ale to była prawda. Okrutna, straszna prawda. I w końcu nastąpiła wsypa. Ojca przymknęli. Stało się jasne, że skończyły się czasy beztroskiego wydawania pieniędzy. Większość zgromadzonych środków zarekwirowała milicja. Zostały praktycznie bez środków do życia. Matka będzie musiała iść do pracy, aby obie mogły utrzymać się na powierzchni. Koniec z ciuchami, wielkim szmalem, blaskiem jakie niosło ze sobą bogactwo! W chwili, gdy fakt ten wyszedł na światło dzienne i wszyscy dowiedzieli się o tym, cały świat Anety zawalił się niczym domek z kart. W klasie zawrzało. Anetę przyjęto tego dnia w szkole chłodno i obojętnie. Ten dzień będzie pamiętać na zawsze. Przekonała się, że jest sama...Gdy podeszła do ławki i usiadła w niej, Liza ostentacyjnie wstała i przeniosła się do innej. Bez słowa wyjaśnienia. Wzrok wielu z tych, którzy jeszcze wczoraj byli obok niej zabiegając o jej względy, wyrażał wrogość, niechęć; innych- obojętność i pogardę. Stała się wyrzutkiem. Pozycja, determinowana pozycją jej rodziców, teraz się załamała wraz z upadkiem ojca! Potrafiła jeszcze zrozumieć tych, którzy jej byli obojętni i tych, których kiedykolwiek dotknęła jej niechęć czy złość. Ale ci wszyscy z jej najbliższego otoczenia? Ktoś kiedyś powiedział, że zdrada najbliższych boli najbardziej. Aneta teraz się o tym przekonywała na własnej skórze. A może oni wcale nie byli jej tak bliscy, jak się zdawało? Przez cały dzień musiała znosić ukradkowe spojrzenia i szepty wokół. Z każdą mijającą godziną spojrzenia stawały się coraz mniej ukradkowe, a coraz bardziej bezczelne. A szepty coraz głośniejsze i odważniejsze. W gardle narastał płacz, tylko resztka dumy dławiła rozpacz i łzy, nie pozwalając im na swobodny wypływ. Dopiero by było, gdyby ukazała im się Aneta w takim stanie. Musiała trzymać się prosto- na przekór wszystkim i wszystkiemu. Teraz siedzi w klasie. Lekcje się skończyły, a ona jest sama ze swym problemem, który przerasta jej siły. Dopiero teraz pozwoliła, by strugi tak długo wstrzymywanych łez, popłynęły niczym nie skrępowane w dół po policzkach. Nie miało znaczenia, że ten delikatny makijaż jaki nałożyła w domu rano, teraz kompletnie zrujnowany szpecił ją okropnie. Komu mogło jeszcze zależeć na jej urodzie? Oprócz niej samej? Jest sama. Więcej- jest samotna. Nie ma nikogo przy niej, nikogo by utulić żal lub chociażby pozwolić się uczciwie wypłakać. Wszystkich odtrąciła, wszystkich poniżyła- dziś zbiera żniwo swego postępowania. Żegnajcie kosztowne wydatki. Niepotrzebne zbytki. Upadek, przewidywany na koniec liceum, nastąpił znacznie prędzej i to wcale nie z jej winy. Ale jej winą było niezdecydowanie i rozkapryszenie. Dopiero teraz zobaczyła swoją bezradność, wręcz słabość psychiczną. Sens, który pomału zaczęła zauważać w życiu, przestał istnieć! Rozsypał się jak domek z kart i nastąpił regres w jej i tak opartej na niczym, walce ze sobą; ze swym drugim, acz wstrętnym ja. A wszystko przez jednego człowieka, którego kochała , i któremu ufała! Dla Anety to był koniec. Koniec wszystkiego.

*******************************************

Świadomość powracała powoli i opornie. To przebudzenie zdziwiło ją najbardziej. Najpierw dotarły do niej dźwięki przez szum w uszach. Jej umysł nie do końca radził sobie z przetwarzaniem informacji z zewnątrz. Co prawda przez istotnie długi czas ignorowała tę sygnały, sądząc, że ulega przywidzeniom słuchowym. Bo to przecież było zupełnie niemożliwe! Jednak nie dało się bezustannie negować czegoś, co natarczywie wdzierało się do jej mózgu. „A więc żyję!”- Pomyślała. Ale jakim zrządzeniem losu? Przecież była pewna, że nigdy się nie obudzi, a już na pewno nie w szpitalu. A tymczasem? Tymczasem nic się nie zmieniło, jej ucieczka się nie powiodła, a nie była pewna czy na następną próbę wystarczy jej odwagi. Nic nie potrafi zrobić porządnie w życiu. Nawet zabić się nie potrafiła! Jest beznadziejna! Cóż z tego, że jej czyn był gestem rozpaczy osoby oszukanej, bez widoków na dalsze kontynuowanie walki z życiem? Był też aktem ostatecznego tchórzostwa. Niewybaczalnym błędem! Krótka chwila świadomości skończyła się niespodziewanie, tak jak niespodzianie się pojawiła. Zapadła w drzemkę, dość niespokojną, pełną koszmarów i cieni przemykających się przez jaźń jak stado upiorów nocną porą. Pomimo, że spała tak niespokojnie, obudziła się rankiem rześka i wypoczęta, na ile można obudzić się wypoczętym w szpitalu i to jeszcze po takim wydarzeniu! Ale Aneta powitała pielęgniarkę bladym uśmiechem, co już samo w sobie znamionowało powrót do życia. A potem rozpoczął się ten cały koszmar związany z wyjaśnieniami , po co, dlaczego i co ona sobie u diabła wyobrażała? Przez jej salę przewijały się tłumy ludzi. Milicjantka, która chciała koniecznie wiedzieć czy to był jej autorski pomysł czy raczej ktoś ją do tego zmusił? Całe tabuny lekarzy z tym ich politowaniem i dobrymi radami na przyszłość. Pielęgniarki z litością. I matka! Matka, która na przemian płakała i miała o wszystko pretensje. I na koniec psycholog który się uparł, że wyprostuje jej psyche, choć przecież nic jej nie dolegało. Nawet jakiś ksiądz- zawziął się, że wypędzi tego szatana z jej duszy, który zamieszkał tam nie wiedzieć kiedy. Aneta nawet nie wiedziała, że posiada coś takiego jak dusza. W sumie cały ten cyrk męczył ją bardziej niż świadomość, że kiedyś będzie musiała stąd wyjść na zewnątrz. A tego się bała najbardziej. Jak zwykle. W końcu zamknęła się na wszystkich. Nikt nie miał do niej przystępu. Łykała proszki, posłusznie dała się opukiwać i badać do woli, ale coraz dalej odpływała w niebyt. Ponownie. Psychiatra coraz bardziej chodził zatroskany i z coraz głębszym milczeniem spoglądał w jej kartotekę. Szukał rozpaczliwie czegoś, co by pozwoliło uczepić Anetę przy życiu. I po nieskończenie długich rozmowach z Anetą wyłowił ten cudowny sposób. Choć nie był do końca pewien czy zadziała, postanowił spróbować.

*************************************************

Najpierw, gdy otworzyła oczy, jak zwykle z niechęcią i złością, wzrok jej padł na stolik przy łóżku. Prawie zawsze go widywała tuż po przebudzeniu. Był jak przyjaciel, który cię wita zaraz po śnie. Ale dziś zaszła w nim jakaś zmiana. Wpierw nie mogła pojąć, co to za odmiana. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że widzi wazon z kwiatami. Wywołało to w niej kolejną falę irytacji, bo już dawno temu zakazała przynosić jakąkolwiek florę komukolwiek. I jakoś dotychczas wszyscy podporządkowywali się tej fanaberii. Aneta odwróciła głowę chcąc koniecznie wiedzieć, kto się odważył złamać ten zakaz. I już po chwili wiedziała, że nie powinna tego była robić. Patrzyli na siebie długo. Aneta milczała przybita tą wizytą. Krtań wypełniała żałość i wstyd. On jeden przyszedł. On, którego rzuciła nie zostawiając żadnych złudzeń. Potraktowała jak rzecz- niepotrzebną i zużytą rzuciła do kosza i prawie zapomniała o niej. Taka wtedy była- nieczuła, samolubna suka zapatrzona tylko we własne potrzeby i zachcianki. A on teraz przyszedł, pamiętał o niej. A przecież wydawało się, że ma tylu przyjaciół! Właśnie- wydawało jej się. Cały ten krąg ludzi jacy ją otaczali, wszyscy zabiegający o odrobinę jej uwagi, teraz zapomnieli o niej i zostawili samą. -Krzysztof… Szept i łzy. I jego oczy. Spokojne. Kochane. Dające pewność jutra. Dotyk jego dłoni. Ciepły, uspokajający gest. Ileż tkliwości w tym prostym dotyku? Ileż niewypowiedzianej miłości? Aneta czuła jakby się zapadała w gęstą, puchową pościel i już wiedziała, że nie chce być nigdzie indziej. Wyrzuty sumienia dusiły piersi blokując oddech, ale wiedziała, że teraz zrobi wszystko, by Krzysztof został przy niej. Jeśli tylko da jej jeszcze jedną szansę. -Nic nie mów.- On również mówi szeptem, by nie spłoszyć tej urokliwości chwili.- Już ci nie dam uciec ponownie… Aneta otwarcie łka, szczęście omal nie zadławi jej. Próbuje się uśmiechnąć, ale najpierw musi z siebie wyrzucić cały ten ogrom bólu, rozpaczy i wstydu. -Przepraszam- tylko tyle może mu teraz powiedzieć. Dobrze wie iż jest to żałośnie mało po tym co mu zrobiła, ale wierzy, że te proste słowo jest właściwe. Zawiera wszystko to, co chciałaby wyrazić. On tylko z jeszcze większą czułością gładzi ją po głowie i uśmiecha się tak promiennie jak to jest możliwe. A uśmiech ma naprawdę ujmujący, już wtedy to zauważyła, na tych imieninach. I później w ciągu tych kilku dni, kiedy w tak bezwzględny sposób go potraktowała. -Wybacz…- szepcze i zapada w sen. Ale śni już tylko same jasne sny. Koszmary odpłynęły daleko, aż do granic świadomości. Krzysztof przez chwilę jeszcze czuwa przy niej, ale kiedy widzi, że usta rozchyliły się w delikatnym uśmiechu, powoli wstaje i wychodzi na korytarz. Przy drzwiach czeka na niego lekarz. -I co? -Myślę, że będzie dobrze. -Dziękuję, że zgodziłeś się przyjść. Wszyscy inni, których prosiłem, odmówili mi… -Nie. To ja dziękuje panu, że mnie pan wezwał. Doktor poklepał Krzysztofa zadowolony po plecach i odszedł do zajęć. A chłopak jeszcze raz wszedł do sali, w której leżała Aneta.

******************************************

Na miłość trzeba sobie zasłużyć. Dopiero teraz Aneta rozumiała, ile słuszności zawiera to stwierdzenie. Od chwili kiedy nastąpiło to fatalne w skutki wydarzenie, minęło pół roku. Przez te sześć miesięcy zrozumiała, że bez Krzysia nie mogłaby żyć. Był przy niej niemal cały czas. Wspierał rehabilitację, ale lekarze dobrze wiedzieli, ze on jest dla Anety najlepszym lekiem. Przy nim nabierała sił i wiary, ze może coś znaczyć dla kogoś. A co ważniejsze wiedział, że jest komuś potrzebna i ona ma dla kogo żyć. Znalazła już cel w życiu. Wprawdzie z początku odczuła miłość daną przez niego jak jałmużnę, ale pogodziła się z tym. Tym bardziej, że o żadnej litości nie mogło być mowy. Chłopak zawsze ją zapewniał, że jest przy niej, bo ją kocha, a nie lituje się nad nią. W końcu w to uwierzyła. Po raz pierwszy naprawdę kocha i jest kochana. Czuła, że płynie na obłokach, tak lekka i pełna nadziei na jutro. Wiedziała, że czeka na nią ogrom spraw do wyprostowania, wiele problemów, by się z nimi zmierzyć, lecz teraz miała wsparcie i już się nie bała czy podoła. Życie pomału się ułożyło. Wróciła do społeczności całkiem zmieniona, ufna w swe siły, z wyraźnymi wytycznymi w życiu. Bogatsza o tych kilka doświadczeń. Mądrzejsza mądrością osobistych tragedii. Odrobiła lekcje zadane przez życie. Choć przecież niewiele brakło, a oblałaby ten egzamin. Każdy nowy sukces przeżywała razem z nim. Byli niemal nierozłączni. Zauroczeni, zafascynowani sobą. Nigdy nie było im dość odkrywania siebie- tak może żyć tylko pierwsza, młodzieńcza miłość, pełna ideałów i marzeń, czysta w swej prostocie. Było im dobrze ze sobą, tak dobrze jak powinno być zakochanym. Często myślała o tym, co by się stało z nią, gdyby Krzysztofa nie spotkała wtedy przy lodziarni. I gdyby nigdy się nie zjawił w szpitalu, wtedy, gdy już zgasła ostatnia nadzieja. Zimny dreszcz przebiegał jej po plecach na myśl, że wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej. I to głównie z jej winy. Nie mogła pojąć czym sobie zasłużyła na takie szczęście. Dostała od losu drugą szansę, nie mogła jej zmarnować. Aneta nie wierzy w przypadki. Twierdzi, że spotkanie swego ukochanego było jej pisane. Może to i prawda, ale nie warto czekać biernie tak jak ona, trzeba coś robić samemu w tym kierunku. Byle nie tak jak to robiła Aneta. Ona swój błąd zrozumiała, chociaż poniewczasie, ale go naprawiła i zdołała wyjść na równą drogę. Ale przecież nie wszyscy mogą znaleźć wokół siebie takiego człowieka jak ona, który pokazałby dalszą drogę, pomógłby wrócić na właściwy kurs, starałby się wytłumaczyć złe postępowanie. Aneta miała więcej szczęścia niż rozumu i tylko uporowi Krzysztofa zawdzięcza swoje dalsze istnienie. Życie jest bezwzględne, gorsze od najohydniejszego oprawcy, bo nie da mu się wymierzyć sprawiedliwości. Pamiętajcie o tym!

2. „Prawda” Sierpień- grudzień 1986 r., październik 2008 r.

„ Tak, Bart nie powinien był tego mówić. Rozumiem, że go poniosło, ale to tylko świadczy o tym iż nie potrafi się opanować, a to też jest złe!”- Krzysztof usiadł na ławce w Parku Kasprzaka i przypomniał sobie wszystko to , co się dzisiaj wydarzyło w klasie. A były to wydarzenie brzemienne w skutki. Jak bardzo, można było się tylko domyślać. Nawet teraz, analizując na spokojnie, Krzysztof nie rozumie jak do tego doszło. Kto właściwie sprowokował ten incydent. Kto był winien, a kto ofiarą. Niby historia prosta, ale pod powierzchnią skrywały się takie ilości prawd i powodów, ile tylko było głównych bohaterów tego zdarzenia.

********************************************

Godziny wlokły się jak utopione w smole. Te czterdzieści pięć minut każdej lekcji sprawiało wrażenie wieków. Uczniowie przeklinają zawsze takie dni. Człowiek czuje się wtedy podle i na naukę ma właśnie najmniejszą ochotę. Ohyda! Wtedy rodzi się niechęć, złość do szkoły i wystarczy mała iskra na stos rozdrażnienia- jest pożar. Była historia. Jak dotychczas historyk rozgromił klasę 5:1 ( dwóje do pozytywnych) i nic nie zapowiadało bliskiego końca klasowego Grunwaldu. Ziembowski miał w zwyczaju odpytywać wszystkich jeszcze raz po sprawdzianie z tego samego materiału. Nawet specjalnie nie łapał ściągających, no chyba, że ktoś już w prymitywny sposób mu zżynał na oczach. Cenił szczerość. Wprawdzie ściąganie nie należało do czystych reguł gry, ale profesor Ziembowski zajął liberalne stanowisko: jeśli ktoś potrafi go przechytrzyć, proszę bardzo, niech spisuje; ale i tak się wszystko wyda. Nie miał zamiaru psuć sobie nerwów ciągłym pilnowaniem. Znalazł znacznie prostszy sposób sprawdzenia wiadomości. I biada komukolwiek jeśli z odpowiedzi złapał dwóję, pozytywny stopień z klasówki nie zostawał wpisany do dziennika. Wciąż udowadniał uczniom ich indolencję historyczną i wciąż z uporem olewali jego przedmiot. Nie wszyscy wprawdzie, ale jednak… Następny był Cichosz. Niezły historyk, ale ten sprawdzian wyraźnie sobie odpuścił. Po trzech pytaniach Ziembowski nie miał wątpliwości: Bartosz tym razem zawalił sprawę. Kolejno siadali zagięci uczniowie. Czasem ktoś odpowiedział na zadane pytanie, ale dalsza konwersacja z reguły kończyła się nabożnym milczeniem pytanego. Klasa kwitowała oceny krótkimi komentarzami „laczek”, „bomba”, a czasami „bambosz z pomponem.” Sporadycznie ktoś dostawał tróję. Lista dwój doszłaby do końca, gdyby nie stanęła jej na drodze Magdalena Żurawiuk. Była słabo przygotowana i odpowiadała jąkając się i zacinając przy każdym słowie. Ziembowski wprost taszczył ją przez historyczne daty i fakty, jak przez kłodę nabitą gwoździami. Pomimo wyraźnej pomocy profesora, Magda z ledwością lawirowała przez najeżone wydarzeniami morze historii. Powoli męka dobiegała końca, bowiem Ziembowski podszedł do stołu, nachylił się nad dziennikiem i chwilę medytował jaki stopień postawić. Zawsze starał się nie komentować wypowiedzi uczniów, ani w trakcie odpowiadania, ani po. Dlatego klasa nigdy nie była pewna co dostanie pytany delikwent. Jednak w kontekście klasy Magda wypadła równie blado co reszta, przeto i ocena mogła być tylko jedna… Wszyscy wstrzymali oddech, nie dlatego żeby dwója Żurawiuk znaczyła cokolwiek dla klasy, ale dlatego, że była to osiemnasta dwója na tej lekcji. -Słaba trójka, ale jednak… Werdykt zupełnie zatkał grono klasowe. Jak to? Trója??? Z ciszy powoli narastał szum niedowierzania i gniewu: „jak to, ona tróję, a inni po dwói?” Ziembowski nie uznawał dyskusji w kwestii swych ocen, uważał je za jedyne możliwe. Tylko dlatego szum nie zamienił się w rwetes i klasa przeżywała to wydarzenie we względnej ciszy. Wkrótce dzwonek zakończył tę dziwną lekcję historii. Ziembowski zamknięciem dziennika podsumował osiągnięcia ósmej „a” z historii na dzień dzisiejszy i wyszedł z klasy, nie czując się zupełnie winnym tego pogromu. Gdyby wiedział, co spowoduje jego kontrowersyjna, zdaniem klasy, ocena odpowiedzi Magdaleny być może nigdy by nie wyszedł z klasy. Gdyby… Jak tylko zamknęły się drzwi za sylwetką profesora, w klasie zawrzało jak w ulu. O jakiejkolwiek dyskusji nie było mowy. Wszyscy mówili naraz i każdy co innego. Większość klasy była przeciw Magdzie, oburzenie narastało, aż w końcu sięgnęło zenitu. -Cicho!!!- Ryknął Bartek, a było to tak nieoczekiwane, że gwar ucichł jak ucięty nożem. Kilkadziesiąt par oczu wpatrywało się w Bartka oczekując ciągu dalszego. Tylko Magda, szara ze strachu siedziała w swej ławce i była bliska płaczu. -Słuchajcie!- Zaczął wstając z krzesła. Wyglądał teraz niczym trybun przemawiający na wiecu.- Ziembowski dał Magdzie tróję nie dlatego, że na nią zasługiwała. Taka na przykład Ewa odpowiadała lepiej, a też dwója jej nie ominęła. Dał jej dlatego, że się nad nią litował! Litują się nad nią wszyscy belfrowie i pół budy… Zaperzył się i poczerwieniał na twarzy. Z każdym wypowiedzianym słowem nakręcał się coraz bardziej. Obecni słuchali z zapartym tchem, jedna Magda tylko, nic nie pojmując roztwarła na całą szerokość swe piękne oczy i osłupiała słuchała także. -Wszyscy wiemy o tym- Bartek mówił dalej podnosząc tylko nieznacznie głos. Może dlatego, że wyżej się już nie dało…- Kim jest jej matka to publiczna tajemnica, ale jakoś udało jej się uniknąć tej prawdy. Kilka głów potakiwało mu na znak potwierdzenia. Jedna Magda bladła z każdą mijającą chwilą. -Pamiętacie, jak postanowiliśmy chronić ją od tej prawdy?- Odwołał się do pamięci ogółu, świetnie wiedząc jaki to wywoła efekt.- Jak biegaliśmy po klasach i prosiliśmy ich o to, by nic jej nie mówili? Parę głosów mruknęło coś na dowód poparcia, że owszem tak było w istocie. -Rozmawialiśmy z gronem nauczycielskim i samorządem szkolnym w tej sprawie.- Znać było, że zbliża się do finału.- Udało się… Cisza, która zawisła pod sufitem mogła już tylko skutkować jednym: że za chwilę rozpęta tu się istna burza emocji. -Do kogo ty masz pretensje, Bart?- Krzysztof powoli wstał i spojrzał w oczy Bartoszowi.- Do Mady, że dostała tróję zamiast dwói? A czemu ona winna, że Ziembowski oszalał i ocenił ją wbrew logice? Stali mierząc się spojrzeniami. Bartek dyszący jak po długim biegu i Krzysiek spokojny, opanowany, zimny w swym zdecydowaniu. -Żal ci, że ty, najlepszy historyk w klasie dostałeś też dwóję, a ona nie? Bartek już zbierał się na ripostę, ale Krzyś dorzucił jeszcze ostatnia salwę: -Dotknięta ambicja, co? Bart posiniał z wściekłości: -Mylisz się! Nie zależy mi na jednej marnej ocenie. Ale zależy na niej szesnastu innym. Głosy poparcia popłynęły zewsząd. -Prawda, że Ziembowski zaskoczył nas wszystkich- Bart kontynuował dalej, czując za plecami mur poparcia.- Zaskoczył również Żurawiuk, ale nie pisnęła ani słówkiem, że ocena jest niesprawiedliwa wobec klasy… Już tylko niewiele brakło, by zebrał gromki aplauz za swą wypowiedź. Jeden Krzysztof stał niczym posąg i mierzył Bartka wzrokiem pełnym pogardy. -Kogo ty bronisz, Bart?- Zadał pytanie czysto retoryczne. Nie czekał na odpowiedź, tylko ciągnął dalej, chłodno, analitycznie, na pozór bez emocji. I tym się diametralnie różnił od swego adwersarza: -Tych, co tu siedzą- machnął ręką po klasie- czy tylko siebie? Protest? A wyobraź sobie, że dostajesz tróję z czegokolwiek, choć należy ci się dwa. Pójdziesz do nauczyciela i powiesz mu, że się nie zgadzasz z jego decyzją i chcesz otrzymać stopień taki na jaki zasłużyłeś? Nie rób z siebie idioty, dobrze? Ostatnie pytanie miało już charakter wyraźnie zaczepny. -Nikt z obecnych tutaj by tak nie postąpił, a ty żądasz tego od dziewczyny, która z historii wygląda bardziej niż tragicznie!?- Zakończył Krzysztof. Bartek dyszał głośno, a klasa zaszemrała analizując trzeźwą wypowiedź Krzysztofa. Sytuacja uległa wyraźnej zmianie. Nieliczni stronnicy Magdy uśmiechali się ukradkiem. Zatryumfował racjonalizm i trzeźwa ocena sytuacji. Nagle wszyscy zaczęli gorączkowo szeptać między sobą, a potem nastała niespodziana cisza. Klasa wyczuwała, że to nie jest koniec starcia. Krzysiek popatrzył na twarze obecnych. Wyrażały całą gamę emocji. Napięcie, skupienie, oczekiwanie na coś. Na niektórych zauważało się nawet skruchę. Chłopak pomyślał, że w gruncie rzeczy to skupisko chamstwa ta jego klasa. Mogliby się spontanicznie opowiedzieć po stronie Żurawiuk, ale nie! Czekają czyje będzie na wierzchu: jego czy Bartka? Jest dla nich tarczą, za którą w razie potrzeby się schronią, a jak będzie potrzeba, to i podepczą. Czuł się jak gladiator przed tłumem Rzymian. „Kto zwycięży, ten zwycięzcą!”- zabrzmiał mu nigdy nie wykrzyczany laur. A kto przegra tego można z pogardą dobić… Pomyślał, że gdyby nie to zdarzenie z Magdą, to nie zauważyłby tego ukrytego, prawdziwego oblicza społeczności klasowej. Stali tak we dwóch, mierząc się wzrokiem, a reszta patrzyła na nich. Bart przeżuwał w milczeniu swą porażkę. Nie miał konkretnego kontrargumentu na przedstawione zarzuty Krzysztofa. Krzyś odczekał chwilę, by dać zebrać oddech Bartoszowi. Może jeszcze zaatakuje? Ale nie, Cichosz miał widocznie dość. By nie kreować się na samozwańczego obrońcę zwrócił się do klasy z pytaniem: -Kto ma jeszcze jakieś wątpliwości, co do oceny Żurawiuk? Odpowiedziała mu cisza. Nikt nie chciał stracić twarzy tak jak Bartek. Ta skotłowana masa, którą chwilę temu porwał pod swe sztandary, teraz obróciła się przeciwko niemu. Lecz gdyby Cichosz przedstawił jakikolwiek skuteczny kontrargument, zdobyty tłum przeszedłby znów na stronę Barta. Do silniejszego. Lepiej być po zwycięskiej stronie barykady. Tak bezpieczniej. Krzysztof spojrzał na Bartka. Tamten był wściekły, że przegrał. Gdyby tylko Krzysztof! Ale cała klasa była świadkiem jego porażki. Urażona duma piekła niczym wymierzony policzek. Został bez poparcia. Sam. A jeszcze przed chwilą słuchał go zachłannie tłum, któremu jeden krzykacz był tak wygodny, że aprobującą ciszą wybrali go na przewodnika. I przewodnik przegrał z oponentem, przegrał nie tylko swą przewagę, ale także wsparcie jakie mu udzielił tłum. Jeszcze przed chwilą patrzyli na niego ufnie, teraz nawet wrogo. Wystarczyło zachwiać jego słowa i został spisany na straty. Co złego to on. A gdyby tak obalić Krzysztofa, pewnie znów by powrócili gęsto się tłumacząc. Zrozumiał jak ułudną rzeczą jest poklask ludzki. I już nie chciał dalej ciągnąć tego sporu, nie było dla kogo. Nie było takiej potrzeby. Rozgoryczenie zalało mu duszę. Przecież te klasę porwie za sobą każdy, kto tylko odpowiednio zaśpiewa na nutę klasowego interesu. Cóż za egoizm! Niech więc Krzysztof cieszy się tą chwilą triumfu, póki ona trwa. Nie będzie z nim konkurował o aplauz. Ale Krzysztof raczej nie zdawał się być zainteresowany klasą. Obaj, każdy z osobna i odmienną droga doszedł do tego samego wniosku. I każdy z nich uznał, że już dość dali gawiedzi igrzysk. I może to spięcie by się na tym zakończyło, gdyby nie głos Magdy: -O czym wy myśleliście, mówiąc te wszystkie rzeczy o mojej matce? Dwadzieścia kilka par oczu jak sztylety ugodziły w Bartka. „ Idiota, wygadał się”- pomyślał z rozpaczą Krzysztof. -O niczym.- Pospiesznie starał się zatuszować całą sprawę.- Tak mu się wyrwało. Krzyś podszedł do ławki Magdy i nachylił się nad dziewczyną. -W nerwach człowiek plecie różne rzeczy, zapomnij o tym! Wiesz, takie tam trzy po trzy, jak to w złości zresztą bywa… Bartek jeszcze nie ochłonął do końca po tamtym. A tu znów Krzysztof jawił się jako zbawiciel. Mdliło go na samą myśl, że będzie musiał znosić upokarzające spojrzenia reszty. -Powiem ci, jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć- wycharczał Bart.- Twoja matka jest dziwką! Puszcza się za pieniądze! Wszyscy o tym wiedzą, tylko ty jedna nie… Nie dokończył zdania. Ciężka pięść Krzysztofa wylądowała na szczęce Bartosza. Tamten aż potoczył się kilka kroków i przystanąwszy na chwilę niebotycznie zdziwiony, ruszył do kontrataku. Wszelkie hamulce puściły! Szczepili się w dzikiej walce, ale wtedy doskoczyli inni chłopcy i rozdzielili ich od siebie. Nie bez trudności. Bart ciężko dyszał powstrzymywany przez kolegów i miotał wściekłe spojrzenia po twarzach obecnych. Widniała w nich widoczna pogarda i to go zabolało bardziej niż cios Krzyśka. Krzysztof zresztą już odwracał się do niego plecami, dając do zrozumienia, że już z nim skończył. Już nie chciał mieć z nim niczego do czynienia. Inni tylko patrzyli na niego z politowaniem i obrzydzeniem. Magda siedziała w ławce jak skamieniała i patrzyła tępym wzrokiem w przestrzeń. Nie zwracała żadnej uwagi na pocieszające gesty koleżanek. W klasie zapadła przejmująca cisza, już po raz drugi tego dnia. Pogarda, z jaką patrzyli na Barta inni, była nie do wytrzymania. Odtrącił powstrzymujące go ręce i wyszedł z klasy. Opuścił nieszczęsne pole bitwy na słowa; bitwy, która wyrządziła tyle szkód! Po jego rejteradzie znów zawrzało. Komentarze sypały się jak z worka obfitości. Ale szkody były nieodwracalne, każdy miał tego świadomość. Krzysztof ponownie podszedł do Magdy. A ona spojrzała na niego oczami pełnymi łez. Jeszcze gdzieś w głębi czaiła się nadzieja, że te słowa nie padły, że są tylko podłą insynuacją, lecz wyraz twarzy Krzyśka, reakcja otoczenia a zwłaszcza ta bijatyka, dowodziły niestety prawdziwości tego, co z taką nienawiścią powiedział Bartosz. -Czy to prawda?- Zapytała cicho, ledwie słyszalnie Krzyśka. Chłopakowi ścisnęło się serce. -Niestety, tak…Ukrywaliśmy to przed tobą długo, aż ten idiota…Ech, szkoda gadać!- Krzyś nienawidził się za to, że musi potwierdzić jej tę gorzką prawdę. -Nie mogliśmy pojąć, jakim cudem o niczym nie wiesz, ale skoro tak było, postanowiliśmy cię chronić przed tym.- Krzysiek z całych sił starał się stępić ostrze brutalnej rzeczywistości.- Bartek także… Był sprawiedliwy do końca, bo przecież to właśnie Bartosz swego czasu zabiegał o zachowanie tajemnicy najbardziej. Diabli wiedzą, co go dziś opętało! -Jak długo?- Głos Magdy brzmiał tak, jak brzmi gardło ściśnięte jakąś potworną niemocą. -Bardzo długo, Magduś- pospieszyła z pomocą udręczonemu Krzyśkowi, Basia. Magda skryła twarz w splecionych ramionach i zaszlochała. Historia była ostatnią lekcją dzisiaj. Na szczęście, bo nikt już nie miał głowy do niczego. Powoli klasa się rozchodziła. Zostały tylko dwie najbliższe Magdzie koleżanki i Krzysztof. Nie bardzo wiedzieli jak mają dotrzeć do niej, zamknęła się przed wszystkimi i była głucha na każdy objaw serdecznych gestów. Spoglądali po sobie bezradnie. Bo cóż tu jeszcze można poradzić? Jeszcze Krzysztof coś tam zagadał do Magdy, ale gdy spróbował dotknąć jej włosów w geście jakiejś czułości, ona odtrąciła jego dłoń. Bez słowa skargi zaakceptował jej reakcję i wyszedł z klasy, głośnym westchnieniem próbując ulżyć ciężarowi, który mu siadł na piersiach. Skierował swe kroki tam, gdzie zawsze szedł, by przemyśleć sprawy: do Parku Kasprzaka. Tymczasem Magda uniosła na moment głowę znad ramion i spojrzawszy na swe koleżanki, rozbeczała się jeszcze bardziej. Ponownie schowała twarz w ramionach. Dopiero po dłuższej chwili wybełkotała w głąb: -Proszę, zostawcie mnie samą… Dziewczęta nie bardzo wiedziały, co mają począć. Z jednej strony chciały jak najszybciej stąd uciec, by nie być świadkiem hańby przyjaciółki; z drugiej, bały się ją zostawiać samą. Dopiero, gdy dobiegło je ponaglenie: -No już, nie ma was! Posłusznie wyszły i one.

*******************************************

Magda została sama, zgodnie ze swym życzeniem. Jeszcze chwilę odczekała, nasłuchując czy rzeczywiście jest sama. Już wypłakała wszystkie łzy na dziś, przynajmniej tak jej się zdawało. Uniosła głowę i rozejrzała się dookoła. Nagle zapragnęła o wszystkim zapomnieć. Tak od razu, nagle, bez żadnych trudności. Nie mogła. Dotąd żyła z ludźmi, którzy ją okłamywali. Oszukiwali. Jedni z litości, inni z potrzeby. Nawet Krzysztof! A tak bardzo go lubiła- nawet on kłamał ze wszystkimi do spółki. Poczuła się zdradzona przez wszystkich: matkę, przyjaciół, nauczycieli. Słowem wszystkich. Otoczona ścianą kłamstw, szczelnie owinięta w obłudę jak w kokon. Matka, jak ona mogła!? Dotychczas nie domyślała się skąd matka bierze tyle pieniędzy na swoje suknie, na modne ciuchy z pewex-u swojej córki, na utrzymanie drogiego mieszkania. Na „poloneza” w garażu. Kiedyś nawet spytała o to matkę, ale ona lakonicznie odpowiedziała, że to alimenty ojca. Może nie dostrzegała prawdy, bo nie chciała o tym wiedzieć? Ojca Magda znała tylko z fotografii i opowiadań matki. Podobno był przystojnym brunetem, z artystycznymi zdolnościami. Gdy miała dwa latka, ojciec zorientował się, że za szybko zrezygnował ze stanu kawalerskiego, że kobiet na świecie jest więcej. Wyjechał do Holandii i już nigdy nie troszczył się o żonę i dziecko. Przysyłał alimenty, ale… Właśnie, ale. Jeśli nawet to była prawda, nie mogło ich być aż tyle, by było je stać na tak wysoki standard życia. Ciekawe, że dopiero teraz to spostrzegła, gdy zasłona została jej tak brutalnie zerwana z oczu! Prawda wyszła na jaw niespodziewanie i zaskoczyła Magdę. Dotąd jakoś nie podejrzewała matki o TO! Dotąd…A przecież taka ilość wujków jaka się przewijała przez jej życie, powinna coś dać do myślenia…Tylko, że ona była wtedy bardzo mała, później matka lepiej się maskowała. Taki wstyd! Jak ona teraz spojrzy tym wszystkim ludziom w oczy? Nie miało znaczenia, że oni to raczej wiedzieli od dawna. Tylko, że teraz jej świadomość tego faktu stwarzał problem wstydu. Wstała…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych