Wróć do katalogu

Anilahima

W zamiarze grubsza powieść o świecie z przeszłości z problemami z przyszłości. Póki co początek historii pewnej dziewczynki...

Blasius, opublikowano , 18 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Anilahima

Dawno, dawno temu, w bardzo odległej krainie, wśród nieprzebytych lasów i niezgłębionych jezior, niezmierzonych rzek i niedosięgłych gór – mieszkała w maleńkiej chatce dziewczynka o imieniu Anilahima. Była jasnowłosym, 11-letnim zjawiskiem, o uroczej rumianej buzi i długich, cienkich jak patyki nogach. Na prawym nadgarstku, podobnie jak jej rodzice, i podobnie jak wszyscy mieszkańcy Krainy Jezior miała zapiętą ciasno cienką, platynową bransoletkę. Prawdopodobnie, gdyby nie owa bransoletka i gdyby nie tak wielka do niej nienawiść dziewczynki, historia, którą zamierzam wam opowiedzieć nigdy by się nie wydarzyła, a w każdym razie na pewno potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Anilahima dorastała w otoczeniu bardzo nielicznej rodziny. Oprócz jej własnych rodziców, w drewnianej leśniczówce nad jeziorem przebywała tylko zasuszona staruszka, którą dziewczynka, mimo różnicy krwi nazywała babcią. Babcia większość dni przesiadywała na ganku, obierając kartofle albo wpatrując się w płynące po niebie obłoki. Rzadko się odzywała, a jeszcze rzadziej do któregokolwiek z domowników. Anilahima nigdy nie pytała rodziców dlaczego babcia mieszka razem z nimi. Do dnia, w którym dowiedziała się o braku żadnego między nimi pokrewieństwa nie miała nawet ku temu powodu, zwyczajnie uznawała ją za członka rodziny. Później zaś, kiedy już poznała prawdę nigdy nie poczuła potrzeby dowiadywania się więcej o kulisach tego dziwnego układu. Babcia, tak jak wszyscy miała na ręce bransoletkę, więc nie była w oczach dziewczynki nikim szczególnym. Tym bardziej, że oprócz codziennego, sakramentalnego dzień dobry przy śniadaniu rzadko słyszała z jej ust jakiekolwiek inne dźwięki. Ojciec Anilahimy większość dnia spędzał w lesie, wstawał najwcześniej z domowników, równo z brzaskiem i zarzuciwszy na ramię prosty łuk oraz węzełek z drugim śniadaniem ruszał leśną ścieżką na poranny obchód. W porze obiadowej zjawiał się tylko na chwilę, często z jakimś obdartym królikiem, albo czymś większym pod pachą po czym znów znikał w gęstwinie, aby aż do wieczora już się nie pojawić. Anilahima niewiele wiedziała o swoim ojcu, rzadko miewała okazję, aby z nim porozmawiać. Czasami, późnym wieczorem podchodził do jej łóżka, aby chwilę na nią popatrzeć, ale zaraz schodził z powrotem po skrzypiących schodach i dziewczynka nigdy nie wiedziała po co to robi. Miał pociągłą, przystojną twarz, otoczoną długimi, siwiejącymi już kędziorami i jak na mężczyznę nawykłego do pracy fizycznej był zadziwiająco szczupły. Anilahima widziała jednak jak – mimo wątłej budowy – ciężkie przedmioty potrafi przeciągać i podnosić bez jednego sapnięcia. Matka Anilahimy miała od męża znacznie mniejszą posturę, była więc kobietą bardzo drobną, ale za to o niewzruszonym charakterze. Niewiele było na świecie rzeczy, które mogłyby ją złamać. Miała ponadto gołębie serce i ponad wszystko na świecie kochała swoją córkę. W przerwach, między codziennymi robotami, przyrządzaniem posiłków, rąbaniem drew na opał, pielęgnowaniem ogródka potrafiła znaleźć czas i dla Anilahimy. Ale sama Anilahima nie potrzebowała zbyt wiele troski, świetnie potrafiła się sobą zająć, tak, żeby nikomu nie wchodzić w drogę. Najwięcej czasu spędzała nad jeziorem, tam na kamienistej plaży i między pochylającymi się ku falującym wodom wierzbami wymyślała przeróżne zabawy, do których zapraszała wyimaginowanych przyjaciół. Wiedziała, że po drugiej stronie jeziora mieszka samotnie pewien rybak, do którego ojciec wybierał się nieraz na wymianę. W swoje ogniste przygody wplatała więc bardzo często przygarbioną złowrogo postać okrutnego poławiacza wodnych stworzeń, który potrafił ciskać rybimi łuskami z palców i topił każdego kto nawinął mu się pod rękę. Jezioro, przy którym, ojciec Anilahimy jakiś czas temu wybudował swoją leśniczówkę nie było bardzo rozległe. Z jednego brzegu na przeciwległy, łodzią nie płynęło się zwykle dłużej niż cztery godziny. Rzadko kiedy jednak, ktokolwiek z leśniczówki korzystał z tego transportu. Nieczęsto nadarzała się ku temu okazja, a Anilahima w sekrecie przed rodzicami wybudowała własne pływadło. Na drewnianej tratewce nie zapuszczała się wszakże od brzegu dalej, niż na odległość wzrokową do chatki. Bała się krwiożerczego rybaka i potworów z odmętów.

Któregoś dnia, podczas realizowania jednej z zaplanowanych wieczorną porą przygody w jej uszach rozbrzmiał straszny krzyk. Mieszkając tuż przy lesie dziewczynka co noc była świadkiem przeróżnych odgłosów. Znała piski nietoperzy, wrzaski nocnych ptaków, wiedziała też jak krzyczą umierające w wężowym uścisku, gryzonie, ale to co teraz wdarło jej się w uszy nie przypominało nawet w najmniejszym stopniu tamtych dźwięków. Krzyk, który usłyszała był wyrazem największego cierpienia i bólu, wyrywał się z ust istoty, która musiała przeżywać tak niewysłowione męki o jakich Anilahimie nawet się nie śniło. Zmroził jej krew w żyłach i postawił na głowie wszystkie włosy, a serce zamarło w niej z przerażenia. Krzyk powtórzył się jeszcze dwa razy. Ostatni przeciągał się prawie w nieskończoność nim wreszcie urwał się w gardłowym skowycie i dookoła zaległa cisza. Anilahima jakiś czas jeszcze trwała w niemym osłupieniu z rozdziawionymi w ogromnym przestrachu ustami i piąstkami zaciśniętymi na imitującym miecz badylu, a dawno zamilkły wrzask wciąż przebrzmiewał jej w głowie i rozwalał na cząstki wszystkie myśli. Upłynęło sporo czasu nim mogła bez lęku poruszyć głową i wypuścić wreszcie z rąk kawałek drewna. Bardzo powoli usiadła na piasku i drżącymi dłońmi objęła głowę. Zaczęła się trząść. Coś wewnątrz niej głośno załkało, coś nie pozwoliło otworzyć zamkniętych powiek i podsuwało do głowy najstraszniejsze obrazy. Odgoniła natychmiast te, w których zobaczyła rodziców i w nagłym porywie strachu zerwała się z ziemi. Wiedziała, że tata jest teraz gdzieś w środku lasu, ale mama została sama w ogródku, a krzyk dobiegał z… . Nie! Nie mogła mieć pewności, rozlegał się zewsząd, nie była w stanie bezbłędnie określić jego źródła. Pobiegła jak jeszcze chyba nigdy w życiu. Długie włosy powiewały za nią jak złota flaga, a odległość do domu zmniejszała się w ekspresowym tempie. Nie dostrzegła nigdzie w ogrodzie pochylonego korpusu matki. Wpadła do środka przez ciężkie drzwi niczym pocisk i od razu zaczęła wołać: - Mamo! Mamusiu!! Nikt jej nie odpowiadał. W narastającej panice wleciała po schodach na górę i szarpnęła drzwi od swojego pokoiku. Nikogo. Przebiegła wąski korytarzyk i ujrzała w otwartych drzwiach przeciwległego pokoju siedzącą na łóżku babcię. - Gdzie mama?! – zdołała wydyszeć. Staruszka ledwie zauważalnie wzdrygnęła się. Wyraźnie była myślami bardzo daleko zanim zauważyła obecność Anilahimy. W wielkim zdziwieniu wybałuszyła oczy na dziewczynkę z trudem chwytającą powietrze. - Gdzie jest moja mama?! – powtórzyła trzęsąc się Anilahima, w której kołatające się przerażenie było niemal namacalne. - Wyszła do lasu, chciała… Ale Anilahima już nie usłyszała co chciała zrobić w lesie jej matka. Wypadła z chatki i znów zaczęła biec. Nagle zatrzymała się. Chwilę stała w miejscu, nad czymś wyraźnie się zastanawiając, wreszcie zawróciła, w kilku susach dopadła domu i wskoczyła do kuchni. Ze ściany nad piecem ściągnęła należący do taty nóż na wilki. Chciała go przymocować do paska ale okazał się za duży i za ciężki. Rzuciła go więc w kąt, a z szafki obok wydobyła zwykły nóż do mięsa. Ten leżał znacznie lepiej pod skórzanym paskiem, ale ponieważ ostrze wbijało się jej w udo podczas biegu, zdecydowała, że wygodniej będzie go trzymać w ręku. Wybiegła na ścieżkę prowadzącą do lasu. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, powodowane w równej mierze szaleńczym pędem co podsycanym bez przerwy strachem. Anilahima bardzo rzadko wchodziła do lasu. Po pierwsze miała zakaz od ojca, który nie pozwalał jej się w nim pokazywać samej, a po drugie bała się lasu prawie tak samo jak złowieszczego rybaka. Tylko kilka razy towarzyszyła ojcu w wyprawie w jego głąb i zawsze wtedy szła z duszą na ramieniu. Nagły mrok ogarnął dziewczynkę, gdy minęła linię drzew i zagłębiła się w chłodnym tchnieniu ciemnozielonej gęstwiny. Mimo biegu, przez głowę zaczęły jej przebiegać okropne myśli. Znów ujrzała straszne obrazy, w których jej matka cierpiała i krzyczała, i nikt nie mógł jej pomóc. Potknęła się o wystający z ziemi korzeń, ale w ostatniej chwili złapała równowagę i pobiegła dalej. Wokół śmigały zielone plamy liści i czarne końce dziwnie wykrzywionych gałązek, które smagały ją po twarzy, rozcinając skórę do krwi. W paru miejscach ścieżka wyraźnie rozwidlała się ale Anilahima za każdym razem wybierała drogę biegnącą na wprost. Potknęła się jeszcze dwa razy, nim wreszcie za czwartym wyłożyła się jak długa mijając głową wychynięty spod ziemi kamień dosłownie o cal. Zamarła w bezruchu, zupełnie nie myśląc o poobijanych kończynach. Próbowała nasłuchiwać, lecz oddech miała

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych