Anioł
inspiracją jest pewien Anioł...to jest początek, aczkolwiek... nie wiem kiedy będzie dalszy ciąg - jeżeli będzie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
1. Miał już prawie dziesięć lat gdy w domu pojawiła się Anne-Lore. Malutka, rozwrzeszczana osóbka, w beciku, z którego nawet nie było jej widać zbyt dobrze. Było za to dobrze słychać jak obwieszcza światu swoje istnienie. Maleńka siostra postawiła dom na głowie – matka zajęta karmieniem, usypiała w dzień ze zmęczenia siedząc z becikiem na rękach. W nocy wstawała tak często, że nawet nie opłacało jej się wracać do łóżka. Anne-Lore płakała tak głośno, że nawet w swoim oddalonym od sypialni rodziców pokoju słyszał jej płacz, rozpaczliwy, żałosny, chwytający za serce. Nic dziwnego, że ojciec rano był marudny, nerwowy i opryskliwy – w takim otoczeniu nie dało się dobrze wyspać. Całymi dniami Peter wpatrywał się w ten krzyczący tłumoczek , w czerwoną od płaczu buźkę, ślepka mokre od łez. Potem , po kolacji brał do ręki stosik kartek, które ojciec przynosił ze sklepu i kredki, prezent z ostatniej gwiazdki. Rysował Anne-Lore spokojną, domyślał się jak mogą wyglądać jej oczka, gdy nie płacze, jakie ma usta, jakie policzki. Portreciki siostry składał do skórzanej teczki, kolejnego prezentu na gwiazdkę. Gdy Anne miała dwa latka był już ich pokaźny zbiór. Któregoś dnia do ręki wzięła je mama. - Zupełnie jakbyś jej lat dodawał – stwierdziła ze śmiechem – nie pozwolę Ci nigdy zrobić mojego portretu, Peter! Wystarczy mi tyle lat ile mam! I rzeczywiście, dorabiając Anne długie rzęsy, dołeczki w policzkach, iskiereczki w oczach i malutkie loczki – nieświadomie robił z niej dziewczynkę co najmniej czteroletnią. Rysowanie siostry było jego głównym zajęciem w domu, oprócz nauki, której poświęcał raczej niewiele czasu. Jego rysunki były jednak coraz doskonalsze, już nie tylko mama się nimi zachwycała. Poważny zazwyczaj ojciec umieścił nawet jeden z portretów córki w ramce, która zabrał ze sobą do sklepu, postawił go obok kasy i z dumą mówił wszystkim kupującym że to jego córeczka, narysowana tak przez własnego brata. Anne-Lore była wesołym , pogodnym dzieckiem, potrafiła każdego rozbawić, zauroczyć i omotać. Z czasem rzeczywiście jej włosy zaczęły się kręcić w delikatne loczki, na buzi pojawiły się figlarne dołeczki, które przydały jej jeszcze wdzięku. W wieku pięciu lat wzbudzała podziw niewinną urodą, nieco podobna do lalki, ale żywa i energiczna jak tylko może być pięcioletnia panienka. Gdy nagle zachorowała w całym domu zrobiło się niezwykle cicho i smutno. Mama znowu w dzień była niewyspana, całymi nocami siedziała przy łóżeczku córki, ojciec przyprowadzał coraz to innych, nowych lekarzy. A Peter rysował bladą buzię siostry, już pozbawioną uśmiechu, na który już nie miała nawet siły. Któregoś dnia, przed Gwiazdką, obudził się rano i poczuł, że stało się coś złego. - Anne-Lore poszła do nieba – powiedziała mama, przytulając go do swojej zapłakanej twarzy – teraz jest aniołkiem.... Zmiana żywej, roześmianej dziewczynki tak nagle w aniołka była dla niego zupełnie niezrozumiała. Wyrwał się matce i pobiegł do pokoju , gdzie jeszcze wczoraj leżała siostra. Na szerokim łóżku leżała jakaś postać, w białej koszuli Anne-Lore ale to nie była ona . Zimna, biała jak figura z kościelnego ołtarza. Dotknął jej zimnej dłoni, zimnego policzka i odsunął się od łóżka. - Anne.. – to były ostatnie słowa jakie Peter wypowiedział. Na początku nikt nie zwracał uwagi na jego milczenie, zbolali rodzice zajęci najpierw pogrzebem, potem opłakiwaniem malutkiej Anne-Lore tłumaczyli sobie jego dziwne zachowanie szokiem i żałobą po ukochanej siostrze. Peter do nikogo nie mówił, nie odpowiadał na żadne pytania, chociaż rozumiał co się do niego mówiło i wykonywał polecenia i prośby. Wieczorami siedział przy malutkim stoliku i rysował siostrę. Pierwsza zareagowała nauczycielka, jego milczenie tolerowała przez tydzień, w końcu zrozumiałe ze nastolatek może tak właśnie przeżywać śmierć siostrzyczki. Ale po tygodniu wezwała rodziców. - Tak nie może być – stwierdziła – nie mówi nic do nikogo. Nie odpowiada na pytania , nawet gdy sprawdzam listę obecności. Milczy już za długo. Mama próbowała go prowokować, rzucając podstępnie pytania w rodzaju : czy jesteś głodny, czy jest ci zimno. Peter jeżeli się dało przecząco lub potakująco kiwał głową i – milczał. Ojciec próbował groźbą , karał nawet, gdy uważał jego milczenie za obraźliwe dla jego ojcowskiego autorytetu. Ani prośbą ani groźbą nie udało się skłonić Petera do mówienia. Wezwano lekarza, jednego, drugiego, Peter patrzył im spokojnie prosto w oczy – i nie odpowiadał na żadne zadane pytanie. Gdy jeden z nich nagle uderzył go w kolano uzyskał jedynie pełne wyrzutu spojrzenie zadziwiająco poważne jak na piętnastolatka. - To szok spowodowany śmiercią Anne-Lore – zawyrokowali wreszcie lekarze – nie wiadomo jak długo Peter będzie milczał, ale medycyna nie zna sposobu aby go z tego stanu wyleczyć. Samo przejdzie. Milczenie Petera trwało już ponad rok, gdy ojciec uważnie przyjrzał się rysunkom syna. Jak zwykle były to portrety zmarłej córki, ale na nich miała już co najmniej dziesięć lat, jakby z każdym narysowanym portrecikiem przybywało jej kilka dni życia. - Są dobre – wymruczał, na co Peter zareagował uważnym spojrzeniem – pokażę je proboszczowi. Ksiądz proboszcz z zainteresowaniem obejrzał rysunki milczącego portrecisty i uznał je za wyjątkowo interesujące. Ojciec Petera przyniósł prawie całą kolekcję, która zajmowała już kilka teczek. Proboszcz przyglądał się jak na rysunkach chłopca zmarła dziewczynka uśmiecha się, jak jej twarzyczka nabiera wyrazistości, jak z malutkiego bobaska przeobraża się w mała damę. Anne-Lore żyła na rysunkach brata, nadal była uśmiechnięta ale na jej twarzy ten uśmiech był jakby... smutny, pełen rezygnacji i melancholii. Jakby w ciele malutkiej dziewczynki żyła mądra, doświadczona stara kobieta, wiedząca już wszystko. - Zadziwiające – proboszcz brał do ręki kolejne rysunki – Peter jest bardzo utalentowany, to widać wyraźnie. Gdzieś by trzeba było go szkolić... Po śmierci Anne-Lore rodzice zajmowali się bardziej milczeniem syna niż jego talentem, ale syn był już w wieku, w którym tego talentu nie można już było zlekceważyć. A poza tym, trzeba było podjąć decyzje co do jego dalszej egzystencji. Milczący chłopak w tym zakresie nie przejawiał żadnego zainteresowania. Po kilku naradach z księdzem proboszczem postanowiono wyprawić Petera w góry, do męskiego klasztoru w górach Hertzu. Powszechnie wiadomo było, że opat był miłośnikiem sztuk i dbał o kształcenie utalentowanych braci. Powierzano mu także utalentowanych chłopców aby mogli doskonalić swoje umiejętności. Mury klasztoru zdobiły freski wyjątkowej urody, w kościele stały posągi świętych oszałamiające pomysłem i wykonaniem. Każdego roku klasztor wykonywał ołtarz dla jednej świątyni, co roku do klasztoru zgłaszali się książęta i hrabiowie, błagający o ołtarz dla swoich rodowych kaplic, zamkowych krypt , prywatnych pokojów modlitewnych. Opat wybierał jedną z propozycji, oczywiście wspomaganą sutą ofiarą dla klasztoru. Do tego właśnie klasztoru postanowiono wysłać Petera. Przyjął decyzję jak zwykle z niezmąconym spokojem, spakował się starannie, napisał na karteczce pożegnanie dla rodziców, i nawet w kącikach jego oczu pojawiło się coś, jakby łzy... Peter zabrał ze sobą prawie wszystkie portrety siostry, pocałował matkę w rękę, przytulił się sztywno do ojca i zaczął swoja podróż. Co prawda w czasie podróży wciąż ktoś usilnie usiłować dowiedzieć się kim jest i dokąd jedzie, ale jego milczenie było nadal kamienne. Uznano więc go za niespełna rozumu albo za niemowę i przestano się nim interesować. Długa kilkunastogodzinna podroż dobiegła końca i Peter stanął przed obliczem opata – wielbiciela sztuki. Wręczył mu bez słowa list napisany przez proboszcza, a gdy dostojny mnich skończył czytać – teczkę z portretami Anne-Lore. Opat przeglądał je powoli, przyglądając się uważnie każdemu rysunkowi. Widać było na nich nie tylko jak Anne-Lore rośnie ale i jak Peter coraz bieglej rysuje, coraz śmielej poczyna sobie z kredką i ołówkiem, coraz pewniej kreśli te samą twarz, chociaż tak inną na każdym rysunku. Wreszcie opat spojrzał na Petera spokojnie . - Nie chcesz mówić, to i dobrze. Bylebyś w myślach nie grzeszył... – zawyrokował – możesz sobie milczeć, synku, skoro potrafisz przemawiać inaczej. Pójdziesz teraz to swojej celi, a po obiedzie poszukasz brata Filipa. Witaj w naszych progach, Peter! Obiad był smaczny, jakaś gęsta zupa z ziemniakami a brat Filip okazał się Włochem. Rozgadanym i żywym, któremu milczenie Petera wydawało się przeszkodą nie do pokonania. - Jak ja mam go czegoś nauczyć – żalił się opatowi – skoro on mi nawet nie powie co czuje... - On ci to narysuje – opat był pełen optymizmu. Nauka okazała się trudniejsza dla nauczyciela, brat Filip traktował mimowolnie Petera jak głuchego i starał się do niego mówić głośno i wyraźnie, przesadnie głośno i wyraźnie. Peterowi to nie przeszkadzało, był zadowolony z każdego dnia spędzanego w klasztorze. Modlił się rano po swojemu, bez słów, usta otwierał tylko gdy ziewał na jutrzni i przy jedzeniu. Ale szybko się uczył, z i czasem Filip zaczął nawet mówić ciszej. Jego nietypowy uczeń robił zadziwiające postępy i włoski rysownik był z niego coraz bardziej dumny. Peter nie tylko cudownie kopiował, także jego własne pomysły były coraz piękniejsze. Kompozycje rozmodlonych świętych krajobrazy , widoki klasztoru były niezwykle realistyczne ale jednocześnie jakoś tak... uduchowione, jak to określił opat. Chłopak uczył się rysunku, poznawał akwarele, malował farbami olejnymi, ale w każdej z tych czynności radził sobie tak samo – z największą łatwością i prostotą przyswajał sobie kolejne techniki, jakby jego ręce było wszystko jedno, czy ją dopełnia ołówek, kredka, piórko czy tez pędzel . Wieczorami po nieszporze Peter rysował Anne-Lore, teraz już panienkę, nastoletnią dziewczynę ale zawsze o spojrzeniu dojrzałej kobiety. Kiedyś taki portret ze świątecznymi życzeniami posłał do domu, nie wiedział nawet ze na jego widok matka dostała ataku płaczu, widząc portret ślicznej osóbki, jaką mogła stać się jej córka. Po ponad dwóch latach nauki Peter dostąpił zaszczytu – miał pracować przy ołtarzu przygotowywanym do prywatnej kaplicy biskupa. Księcia biskupa, bogatego i bardzo popularnego dzięki swojemu bogactwu. Ołtarz miał być alegorią wniebowstąpienia, miało być dużo aniołów, rozmodlona Madonna wstępująca do nieba, chmury i girlandy. Ogromny obraz miał być otoczony marmurowymi ramami, miały być marmurowe kolumny i baldachim. Peter miał namalować kontury anielskich zastępów, ale brat Wenancjusz, który nadzorował prace , dosyć szybko zorientował się że milczący podrostek potrafi znacznie więcej niż on sam. Oczywiście, tego mu nie powiedział, ale pozwolił mu na wypełnianie tych konturów kolorami , i to nie tylko chmur. Anioły Petera uśmiechały się lekko, radośnie patrzyły w górę, dołeczki w policzkach nadawały im ludzki wygląd, nieco może swawolny, ale obecność potężnych skrzydeł gasiła tę swawolę skutecznie. Była w nich radość życia, beztroska i jakby... satysfakcja. Jakby wniebowstąpienie było ich osobistym zwycięstwem nad złem. - Biskupowi przydałaby się raczej pokora a nie satysfakcja – zauważył opat przy którejś z wizyt w pracowni Wenancjusza. - To anioły – zauważył Wenancjusz – a biskup jest człowiekiem.... I tak pełne satysfakcji i radości anioły Petera zostały zaakceptowane. Sam mistrz zajął się Madonną a Peter przyglądał mu się jak, spod jego pędzla kobieta – matka Boga nabiera kształtów. Ona właśnie miała w sobie pokorę, jakieś niedowierzanie, i radość, ze zaraz wreszcie zobaczy swojego syna. Obraz spodobał się biskupowi, i gdy prace przeniosły się do biskupiego pałacu zniknął z oczu Peterowi. Po kilku długich miesiącach, podczas których Peter malował znowu kompozycje świętych w górskich krajobrazach , pozwolono mu pojechać do miasta, do pałacu. Miał obejrzeć gotowy ołtarz. Efekt był porażający. Marmurowe kolumny podpierały bogaty baldachim, złoty aż do bólu oczu, na bogato zdobionej ramie wyrzeźbiono girlandy kwiatów i owoców, ale wzrok przykuwała Ona. Madonna, radosna Matka patrząca w górę. Każdy patrzący instynktownie też kierował wzrok w górę, tak silne i sugestywne było to matczyne spojrzenie. Obok niej anioły, roześmiane postacie o kobiecych rysach twarzy, niemal słyszało się jak śpiewają hymny zwycięstwa. Brat Wenancjusz położył rękę na ramieniu Petera. - Piękne, prawda? – właściwie nawet nie spodziewał się usłyszeć tego potwierdzenia ale gdy nagle w ciszy kaplicy zabrzmiało nieco chrapliwe – tak, piękne – Wenancjusz klęknął przed ołtarzem - To cud, cud! – wymamrotał , bojąc się ze wzruszenia nawet mówić głośniej – przemówiłeś Peter! To cud naszej Madonny! Wiadomość o tym, że Peter się odezwał dotarła w błyskawicznym tempie do opata. Ten wezwał do siebie młodzieńca i długo mu się przyglądał. - To niewątpliwe cud – stwierdził wreszcie – pracowałeś dla najswietszej Panienki i ona wróciła ci mowę. Musisz jej teraz dziękować, aż do końca życia. Tak jak potrafisz najlepiej. O tym co potrafi najlepiej Peter doskonale wiedział. Rysować, malować. Odzywał się z rzadka ale nikt o to nie miał do niego pretensji, milczał tak długo, ze wszyscy się do ciszy jaka go otaczała przyzwyczaili. Czasem tylko jego chrapliwe „amen” podczas modlitwy wywoływało pełne radości usmiechy na twarzach mnichów. Gdy skonczył dziewiętnaście lat opat uczciwie przyznał , że niczego więcej już go klasztor nie nauczy. A ponieważ powołania chłopiec raczej nie odczuwał , pojawiło się pytanie co dalej z nim zrobić. Groził mu powrót do rodzinnego miasteczka, do sklepu ale któregoś dnia wezwał do siebie Książe biskup i Peter ponownie stanął w kaplicy wniebowstąpienia. Jako jeden z twórców ołtarza nie patrzył na niego z tak nabożnym skupieniem jak ci, którzy przed nim klękali. Bez wahania podszedł do niego, dotknął marmurowych kolumn. Zetknięcie dłoni z czymś tak zimnym i twardym wywołało wspomnienie sprzed wielu lat. Lóżko Anne-Lore, jej biała , lodowata rączka na kołderce. Peter jednak nie odsunął się od ołtarza tak jak wtedy, od łóżka. Spokojnie gładził białą, nieskazitelną kolumnę, dotykał wnętrzem dłoni, oswajał się z tym zimnem. Przy pracy nad ołtarzem nie miał takiej okazji, nie montował zresztą tej konstrukcji, a potem nie podchodził do ołtarza tak blisko. Dopiero teraz. Ciszę w kaplicy zakłócił biskup, podchodząc do Petera i podsuwając mu dloń z pierścieniem do ucałowania. - Powiedziano mi, że tu wypowiedziałeś swoje pierwsze od wielu lat słowa , czy to prawda? – zapytał dostojnik. - Prawda, ojcze biskupie. – mimo upływu czasu Peter nadal mówił cichym , chrapliwym głosem, o niezbyt przyjemnym brzmieniu. - Najświętsza Panna podziękowała Ci za pracę przy jej ołtarzu – biskup uśmiechnął się lekko, zadowolony ze swojej interpretacji tego „cudu”, jak uparcie określali to mnisi – czy jesteś jej wdzięczny? - Tak, ojcze biskupie. - Czy chcesz nadal dla niej pracować, Peter? Wiesz, że już nie możesz zostać w klasztorze, ale znam miejsce, gdzie będziesz mógł Jej służyć po swojemu. Peter milczał ale spojrzał wymownie, pytająco na biskupa, więc ten kontynuował swoją wypowiedź. - Jest w naszym mieście pracownia mistrza Deccieto, Włocha z Mediolanu. Gdyby dzieła waszego klasztoru nie były tak wyjątkowe, on właśnie robiłby ten ołtarz. Ale wasze dzieła mają zupełnie inny styl.. i inne znaczenie. Biskup nie precyzował na czym ta inność polega, ale Peter doskonale wiedział, że co innego jest po prostu złożyć zamówienie pracowni a co innego ubiegać się o wykonanie dzieła jedynego w swoim rodzaju i niedostępnego powszechnie. Słuchał jednak nadal z uwagą dostojnika kościoła. - Chciałbym abyś pracował u Deccieto, abyś wniósł coś świeżego , coś nowego w jego prace. Może i sam znajdziesz tam coś co Ciebie ubogaci. Deccieto to dobry człowiek i utalentowany malarz. Nauczysz się u niego wielu cennych rzeczy. - Ojcze Biskupie – Peter wysilił całe swoje gardło żeby jak najwyraźniej mówić – Deccieto miał zrobić Ci ołtarz... czy jest tam także ktoś , kto rzeźbi? - Jest, ale nie powiedziano mi, że ty w klasztorze rzeźbiłeś – biskup spojrzał na niego zdziwiony – Ty chcesz rzeźbić, Peter? - Tak – Peter czuł jeszcze pod palcami gładkość marmuru i był pewien tego co mówi jak rzadko kiedy. - Dobrze, chłopcze, porozmawiasz o tym z signor Deccieto, na pewno pozwoli ci rzeźbić. Biskup podsunął chłopcu pierścień do pocałowania, na znak ze rozmowa dobiegła końca i w chwile później Peter został sam w kaplicy. Nie umiał się powstrzymać i znowu dotknął zimnej kolumny. To była prawda, zachwyceni jego kunsztem malarskim mnisi nawet nie pomyśleli , ze może go zainteresować rzeźba. A sam nie powiedział im tego. Nie wiedział jak to się dzieje, ze z marmurowej skały powstaje posąg, postać czy nawet prosta kolumna. Nie miał pojęcia jak to jest czuć w dłoni nie delikatny…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil babi
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…