Wróć do katalogu

Aparat Pani Zamieci

Swobodna dość i utrzymana w klimacie fantastycznym przeróbka znanej bajki braci Grimm.

geralttee, opublikowano , 2 godz. 6 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Aparat Pani Zamieci

I Tego wieczora, jak i wiele dni wcześniej, horyzont rozjaśniał się bez przerwy żółtymi i białymi błyskami. Jon lubił patrzeć na nie i liczyć sekundy między błyskiem a hukiem wybuchu, wtaczającym się do okopów powoli, jak leniwa fala przyboju. Nie żeby lubił, gdy przelewa się krew...nie...ale te rozbłyski były takie ładne... Był cichy, rozćwierkany świerszczami, sierpniowy wieczór roku pańskiego 1916. W oddali, od strony południowego horyzontu, dochodziły odgłosy trwającej walki, ale tutaj, w nielicznych okopach, które – jak argumentowało dowództwo – miały być zabezpieczeniem, była cisza. Czasem jedynie jakiś żołnierz zabłąkał się tutaj. Jeżeli swój – biegł dalej, pewnie do dowództwa, posłaniec znaczy się. Jeżeli nie swój – nie biegł. Lała się krew nad Sommą. Już od ponad miesiąca. Na szczęście dla Jona, ta krew lała się trochę dalej. Tutaj było spokojnie, sporadycznie zdarzały się niewielkie potyczki. Prawdziwa rzeź splatała się dalej na południe z falistą linią frontu. Jon uważał swoje bycie tutaj za wielką pomyłkę i nieporozumienie. Nie czuł się żołnierzem, nie chciał zabijać i w ogóle nie chciał tutaj być. Uważał całą tą wojnę za wielkie, śmierdzące Scheiße. I nic więcej. Nie miał nawet pojęcia o jej skali. No bo skąd miał wiedzieć, że to będzie dla potomnych Pierwsza Wojna Światowa. I pomyśleć, że radzono mu, aby po skończeniu Politechniki i zdobyciu dobrego, elektronicznego wykształcenia, wyjechał, gdzieś daleko, poza Europę nawet. A tu ani się obejrzał, a już ktoś na niego wrzeszczał, musiał wcześnie wstawać, jeść tyle co kot napłakał i jeszcze tachać to strzelające żelastwo wszędzie za sobą. Był w wojsku. I naprawdę, naprawdę mu się to nie podobało... Coś nagle zaszeleściło w pobliskim zagajniku olchowym. Jakieś cienie przesuwały się tam i z powrotem między drzewami. -Utrzymać pozycje! – syknął dowódca oddziału, widząc, że Hans zamierza coś zrobić po swojemu. To był kumpel Jona i każdy wiedział, że jak on ma coś zrobić, lepiej nie być w pobliżu. Ruchem ręki dowódca wskazał na Christiana, Olafa i Wena, żeby poszli sprawdzić, co się dzieje. Trzej żołnierze powoli wyczołgali się z rowu i ostrożnie skierowali w stronę drzew. Noc cicho oddychała szumem wiatru, szelestem liści. Ziemia zdawała się wybrzuszać i falować gdy plamy księżycowego blasku, filtrowane przez srebrzyste chmury, padały tu i ówdzie ma zeschniętą trawę. Olaf szedł z lewej, Christian z prawej, Wen szedł z przodu z wzniesionym karabinem, rozglądając się na boki. Po chwili wszyscy trzej wsiąknęli w mrok i rozpłynęli się w nocnej ciszy. Nic nie działo się przez dobrych kilka minut, gdy nagle rozległ się strzał z karabinu, potem drugi. Po chwili do okopów wpadł zdyszany Wen. Jego twarz była pokryta krwią, włosy zlepione potem. -Wróg! – wrzasnął, wtaczając się głębiej. – Trzech, może czterech. Zabili Olafa i Christiana, mnie postrzelili tylko w nogę. – powiedział szybko, podnosząc do światła księżyca przemokniętą krwią nogawkę. Ze szwu kapała się krew, spadając dużymi, czarnymi w blasku księżyca kroplami na wyschniętą ziemię. -Jon, Hans, zbierzcie swoje czwórki. Idziemy tam. Christian – opatrunek. Reszta czekać. Jeżeli zobaczycie flarę – dowódca wsunął do kieszeni spodni szary pistolet – to znaczy, że potrzebujemy pomocy. Zaraz wracamy. -Uważajcie. – powiedział Christian i wszedł głębiej do okopu szukając apteczki. -Dobra, za mną. – powiedział dowódca i szybkim ruchem wyślizgnął się z rowu. Przebiegli na niskich nogach kilkanaście metrów, zatrzymując się przy okolicznych drzewach i lustrując dokładnie okolicę. Nic jednak dziwnego nie zauważyli. -Skąd oni się do cholery tutaj wzięli? – mruknął do siebie dowódca. – Taka duża grupa...? -Pewnie zwiad. Albo coś takiego. – odrzekł Jon. -Dobra. – syknął dowódca, gdy dobiegli do zagajnika. – Idę przodem. Jon ze swoją czwórka brzegiem lasku – ubezpieczasz. Hans ze mną. Niech wasza czwórka się rozdzieli. Dwóch z lewej za mną. Dwóch i Hans z prawej trochę do przodu, ze mną. Ruszamy. Nie podnosząc się prawie z kucek, weszli w cień drzew. Wiotka trawa falowała lekko między czarnymi pniami zeschłych olch. Cała okolica dotknięta była suszą od kilku tygodni. Kępy turówki i trzcin, które porastały podmokłe brzegi olchowego zagajnika, teraz cicho szumiały wyschnięte i martwe. Jon słyszał cichy szelest jego towarzyszy, skradających się wśród drzew. Sam biegł brzegiem i bacznie patrzył wzdłuż granicy lasku, czy coś się nie dzieje. Po prawej stronie zamajaczyły mu powyłamywane płoty i opuszczone chałupy. Stara stodoła przesłoniła księżyc i spomiędzy szpar w jej dachu, przez szerokie wrota, wystrzeliły srebrne, świetliste struny malowane przez zakurzone powietrze i blady blask miesięcznej poświaty. Nagle gdzieś od strony chałup dobiegł go trzask. Wytężając wzrok dostrzegł ciemny kształt niewyraźnie poruszający się wśród krzaków. Umówionym, cichym świstem dał znać reszcie oddziału, że coś się dzieje. Szelesty w zagajniku ustały na chwilę, po chwili zaczęły się zbliżać. Nie minęła minuta, gdy spomiędzy drzew wychynęły dwie grupy ludzi. -Co jest? – szepnął dowódca. -Tam. – wskazał głową Jon. -Dobra. – powiedział po chwili namysłu dowódca. – Szyk ten sam. Nie dajcie się wpędzić w chałupy i rozdzielić. Idziemy. Ruszyli w stronę chałup. Księżyc zasłoniły grubsze chmury i nagle okolicę spowiła aksamitna ciemność. Szybko dotarli do pierwszej chaty. Była bardzo stara, skrzypiała przy najlżejszych podmuchach wiatru. Hans ostrożnie zajrzał do środka przez wyłamane okiennice. -Nic nie widzę... - mruknął. – Za mało światła. -Idziemy dalej. – zdecydował dowódca. Niestety niesłusznie. Z mijanej chaty nagle wystrzeliły dwa jasne rozbłyski, przecinając nocne powietrze jaskrawymi smagnięciami. Jeden z grupy Hansa upadł na ziemię. -Padnij! – wrzasnął dowódca. Po chwili strzelił w kierunku okna chaty. Widząc ruch, Jon zrobił to samo. Gdy strzały umilkły, w nieznośnej po takiej kakofonii nocnej ciszy dał się słyszeć cichy, cichnący jęk. -Jehen. Sprawdź. – wskazał ręką Hans. —Nie, ja pójdę. – powiedział Jon. Jon. podczołgał się pod samą chałupę i lekko pchnął drzwi. W środku panował mrok. Z karabinem wzniesionym do strzału, podniósł się i wszedł do środka. Było tam cicho. Po chwili przez rozwalone okno wpłynęła fala białego światła. Księżyc wyszedł zza chmur. Pod oknem leżał człowiek. Ostrożnie Jon podszedł i trącił butem ciało. Nie poruszyło się. -Jeden. Nie żyje. – powiedział przez otwarte okno. -Dobra, chodź z powrotem. – odrzekł dowódca. —Tylko moment, coś zrobię. Jon rzucił na splądrowane wnętrze ostatnie spojrzenie. Dostrzegł drzwi, których szukał. Odwrócił się na pięcie i skierował do wyjścia, żeby zameldować co i jak. Nagle coś zatrzeszczało mu pod nogami. Z ogromnym hukiem i łoskotem podłoga pod żołnierzem załamała się i zapadła. Jon nie złapał równowagi i wpadł w ogromną dziurę. -Jon?! – krzyknął dowódca. – Odezwij się. Co się stało?! -Ni...nic...nic takiego! – wykrztusił Jon, plując drzazgami zbutwiałego drewna i przecierając oczy. – Podłoga chyba nie wytrzymała... -To wygrzeb się stamtąd i idziemy! – syknął. -Taaa...jasne, tylko jak. – powiedział po cichu Jon i rozejrzał się dookoła. To wyglądało na jakąś piwnicę. Grunt zdawał się być tylko goła ziemią i nic nie wskazywało, żeby to pomieszczenie miało pełnić jakieś funkcje. Ale nagle coś zwróciło jego uwagę. Na środku tej przestrzeni, jak jakiś zupełnie niedopasowany element, stała studnia. Stara, kamienna studnia zbudowana z kamieni wygładzonych wodą, teraz omszałych i oślizgłych. Stary kołowrót się rozsypywał w prawie czarne, zgnite strzępy, a wiadro, stojące na cembrowinie, wyglądało jak jakiś nieokreślony szczątek czegoś, metalowego i zardzewiałego. Jon podszedł do studni i ostrożnie spojrzał w dół. Nie było widać w mroku nic, dał się jedynie wyczuć podmuch wilgotnego powietrza, śmierdzącego stęchlizną i wieloletnim zastojem. Pewnie nawet nie było tutaj wody. Nie znalazłszy nic interesującego, Jon odwrócił się i złapał skraju załamanej podłogi. Dowódca co chwila syczał i szeptał, żeby się pospieszył. I wtedy podłoga spłatała mu figla. Potem myślał, że się poślizgnął, ale w tej chwili byłby przysiągł, że kamienny grunt specjalnie wybrzuszył się w fałd i zwalił go z nóg. Ostatnią rzeczą, jaką zanotował, były zatarte litery wyryte od środka studni nieco pod brzegiem. SchLd GmbH. A potem pamiętał już tylko cembrowinę studni, tyle że widzianą od środka, w postaci tunelu, który niepokojąco szybko się wydłużał. I wcale nie miał zamiaru przestać. Uderzenia o wodę lub suche dno już nie pamiętał.

II W naturze większości szanujących się studni jest, żeby były mroczne, głębokie i niedostępne, posępnie szumiały i opóźniały odgłos kamienia doń wrzuconego. Jednocześnie każda porządna studnia wie, że nie może być taka jak by chciała, tylko musi mieć, niestety, dno. Oczywiście wiele studni dużo by dało, żeby nie istniało to ograniczenie, ba!, nawet niektóre chciały niegdyś założyć Stowarzyszenie Studni Wyzwolonych, zwane w kręgach zaufanych „Partią Dennych”. Ale to były tylko pobożne życzenia. Jak na razie większość studni nie miała wystarczająco dużo samozaparcia i silnej woli, żeby przeciwstawić się ogólnemu porządkowi rzeczy. I wszystkie miały twarde, kamieniste, nudne i banalne dno. Z reguły przykryte kilkumetrową warstwą wody – ale to zawsze było zwykłe dno. Wszystkie poza jedną. Oj, ta to była samotniczka. Nie miała dna, bo nie chciała. Owszem, kiedyś dawała wodę, ale teraz, jak ci niewdzięcznicy ją zamurowali, nie miała zamiaru się tak wysilać. Ale dna ciągle nie miała. I na swoje nieszczęście Jon musiał trafić na tą właśnie studnię. Studnia samotniczka miała jeszcze jedną ciekawą właściwość. Otóż w zamierzchłej przeszłości, gdy jeszcze nie wszystkie studnie się wykluły, tylko tkwiły w postaci maleńkich żył wodnych w głębinach ziemi, ta jedna, można by rzec matka wszystkich studni, już była. Ponieważ była tak niezależna i samodzielna, szybko zwracała uwagę różnych dziwnych elementów przestępczych pradawnego świata. Wielu składało jej oferty, wiele było kuszących, ale ta jedna szczególnie, bo za darmo studnia miała dostawać pożywienie. A trzeba wiedzieć, że wszystkie studnie to bezwzględni drapieżnicy, pożerający strach i krzyk tych, co do nich wpadają. Dlatego zresztą nie lubią, jak im się krzyczy, stojąc nad nimi – jak wy byście się czuli widząc górę waniliowych lodów i nie mogąc ich spróbować? No a ta oferta miała jej to zapewnić. To, to znaczy pożywienie. Jedyny warunek, to aby bezdenna jej czeluść nie była tak do końca bezdenna, tylko żeby prowadziła perfidnie gdzieś zupełnie indziej. Do Jej królestwa. Do Krainy Pani Zamieci. Schneesturmland. W skrócie SchLd. Oczywiście studnia postawiła warunki – spadający musiał spadać wystarczająco długo, żeby mogła się pożywić do syta jego przerażeniem. I tak stała się ona, można by rzec, czarną dziurą (ona sama bardzo to lubiła, bo była studnią interesującą się astrofizyką). A teraz była zamurowana, nikt nie wpadał, nikt się nie poślizgiwał przy cembrowinie, nikt się za daleko wychylał. Nic dziwnego, że tym razem, wbrew regułom, trochę pomogła temu idiocie w dziwnym mundurze. Nie był zbyt smakowity – żołnierze nie mają aż tyle smaczku, co pospólstwo, nie boją się aż tak. Ale i tak po dwustu latach głodówki to było coś. To było coś...

Jon ostrożnie otworzył oczy. Ale szybko je zamknął. Strasznie go piekły, ale to było nic w porównaniu z resztą. Gdy spróbował poruszyć nogami albo rękami, w stawach odzywało się okropne rwanie. Znieruchomiał znowu na moment, potem ponowił próbę nawiązania wizualnego kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. Coś było nie tak... Nie było słychać walki... Może leżał tak długo, że wojna się skończyła? Nie, nie ma mowy... Jedno oko chyba już trochę się przyzwyczaiło do światła i mógł je otworzyć. Najpierw dostrzegł zielone i złote plamy. Potem zaczęły one wirować i się wyostrzać. Na początku były rozmyte, ale szybko zaczęły przypominać prostokąty. Okazało się, że te złote nie są złote, tylko zżółkłe i pokryte jakimś oślizgłym świństwem. Te zielone okazały się być natomiast okropnie przekrwione i strasznie wilgotne. Jon podniósł otwarte oko i spojrzał prosto w drugie wielkie, zielone oko, oko w oko. Oko się poruszyło i okręciło na około. Jon wrzasnął, nie doceniając za bardzo kunsztu narratorskiego, który zgromadził w jednym miejscu tyle słów na ‘ok.’. Właściciel oka też wrzasnął w odpowiedzi. Wtedy Jon wrzasnął jeszcze głośniej i nagle w przypływie heroizmu pokonał ból i zerwał się na nogi. A wtedy właściciel oka wydobył jeszcze głośniejszy wrzask z ogromnych ust uzbrojonych w dwa pożółkłe (bynajmniej nie złociste, zaniechajmy eufemizmów...), brudne, prostokątne zęby, takie, o których się mówi do ich właściciela „Tylko mi nie porysuj parkietu!”. -Bonjour, monsieur. Enchanté. – zaczęły szerokie usta nienaganną francuszczyzną. – Qu’est que vous desirez? -Co? Zaraz... Gdzie ja...gdzie ja jestem? – powiedział Jon trochę skołowany. -Pan sobie życzy? – powiedziały usta ponownie, a Jon ze zdziwieniem zrozumiał każde słowo, chociaż to był francuski w dalszym ciągu. – Do Helgi? Czy tak po prostu, przez przypadek? -Yyy... -Znaczy przez przypadek. – powiedziało znudzonym głosem to coś. Inaczej się tego nie da nazwać, bo były to szerokie usta, niebieskie i sine, wielkimi oczami z zielonymi tęczówkami i dwoma prostokątnymi zębami, między którymi tkwiły resztki koperku. Całość malowniczo wyrastała z ziemi na zielonej łodyżce i chwiała się jak pijany na rodeo. – Sacrebleu... Uważajcie jak chodzicie, jełopy! No dobra... - usta odchrząknęły. – Cny podróżniku. – zaczęły z emfazą, przewracając oczami, jakby to mówił po raz milionowy. – Witaj w Krainie Pani Zamieci vel. Helgalandzie. Numer konta podany zostanie osobno. Jeżeli przybywasz w jedynym słusznym celu, idź prosto króliczym szlakiem, obok zakładów chlebowych i sadu gruszkowego, do Alkowy Wszelkich Wdzięków Jej Piękności Helgi. Jeżeli turystycznie, przypominamy o konieczności zakopania broni w najbliższym stosownym dole, nie sikania i nie sr...przepraszam...defekowania na trawę oraz zakazie pomagania okolicznym drzewom, piecom i innym indywiduom ustroju państwowego. Jon był pewien, że śni, że to jest najgłupszy sen jego życia. Rozejrzał się niepewnie dookoła. Nad sobą, wysoko w górze dostrzegł maleńki okrąg – niechybnie wylot studni, który wyglądał jakby zawieszony w powietrzu. Usta na łodyżce nachyliły nagle się do jego ucha. Odskoczył jak oparzony. -Spokojnie! – powiedziały usta, widząc jego reakcję. – Nic ci nie zrobię. Wiedz tylko – dodały szeptem, z każdym słowem zniżając głos – że przy Heldze nie wymawia się słowa smoła, czarny i brudny. Mówię to tak na wszelki wypadek, widzę, że chyba nowy jesteś... Bo inaczej... Booo!!! – wrzasnęły nagle Jonowi prosto w ucho, aż ten podskoczył i się potknął. – Ha!! Ha, ha!! Już cię lubię! – zaśmiały się gardłowo. – Pamiętaj o tym. No! Spadaj teraz! – zakończyło owe coś i szeroko ziewnęło. Smród jaki dobył się z paszczy był wystarczającym argumentem, żeby posłuchać rady i spadać. -No co?! – rozdarły się za odchodzącym Jonem z pretensjami. – Dopiero jadłem! Chyba ma prawo mi z deka waniać, nie? Ci miastowi nie mają za krztynę życzliwości... - reszty już nie było słychać, Jon był za daleko. Wszystko dookoła było dziwne, jakieś takie przerysowane i totalnie nieskładne, a jednocześnie takie makabrycznie zwyczajne i sielskie. No bo im dalej Jon szedł, tym bardziej otoczenie stawało się ucywilizowane. Pojawiały się szopy z wysokimi, strzelistymi stogami siana – trochę za wysokimi, żeby mogły same stać, ale co tam. Mijał chaty z brązowymi dachami, wyglądające jakby wprost z pierwszej przygody dziecka z kredkami. Pola obsiane zbożami i jakimiś dziwnymi owocami, wyglądającymi jak słoneczniki z arbuzami zamiast kwiatów. Rozległe sadzawki z wodą aż kotłującą się od ryb. Tylko że nigdzie nie było ludzi. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby nagle ludzkość wyszła po zapałki i nie wróciła. No i ta dziwna kolorystyka... Dopiero po chwili zrozumiał dlaczego taka dziwna. Gdy zobaczył asfaltową drogę, pomalowaną na żółto. Dopiero teraz zobaczył, że nigdzie nie było koloru czarnego! Czarne dachy były brązowe albo zielone. Czarne opony w rozklekotanych wozach były pobielone. A ziemia chyba była zmieszana ze żwirem i piaskiem, żeby wydawała się jaśniejsza. Nawet miejsca, gdzie zalega normalnie cień, były porozświetlane specjalnie zamocowanymi lusterkami, metalowymi reflektorkami i innymi prymitywnymi sposobami. A wszystko, całe otoczenie spowijała okropna pustka. Ten podły rodzaj pustki, która tak perfidnie nas przytłacza i sprawia, że idąc czujemy jakbyśmy już nigdy mieli nie zawrócić. Już nigdy. Więc Jon szedł. Szedł przez wyludnione ulice. Szedł na wskroś opuszczonych ogródków, między rozchwianymi płotami, które ktoś popodpierał cynowymi dzbankami i talerzami. Szedł przez szare albo żółte pola, porośnięte dziwnym zbożem albo w ogóle gołe, spalone suszą albo zarazą. Brodził po kolana w głębokich kałużach żółtej wody. Przedzierał się przez gąszcz tropikalnych zarośli. Usychając z pragnienia czołgał się po pustyni... Pustyni?! -Pustynia?! – sapnął Jon, akcentując niebywałą zgodność z narratorem. – Skąd do licha tutaj pustynia?! Ale nie było czasu na zastanawianie się skąd do licha wzięła się w strefie umiarkowanej pustynia pokryta złotymi wydmami, wyschnięta, jałowa, tchnąca zabójczym oddechem nieokiełzanej piękności, która dusi w swych oplotach nieostrożnych... No więc była pustynia. To fakt. I Jon ją przemierzał. Osłaniając oczy przed piekącym słońcem, dostrzegł nagle na dalekim horyzoncie zielony skrawek ziemi. Oaza, albo jakieś pola uprawne. Z nadzieją w sercu ruszył tam żwawo. Zielony teren był coraz bliżej, a owa zieloność ku ogromnej uldze Jona wyglądała jak soczysta, świeżutka trawa. -A gdzie trawa, tam i woda... - powiedział śpiewnym tonem Jon, i prawie że czołgając się dopadł skraja trawnika. Na środku rosło małe drzewko, albo duży kwiatek, jak kto woli. -Cześć. – powiedział kwiatek, szczerząc żółte zęby. Jon jęknął. – A jednak jesteś głupszy niż wyglądałeś. Wszak mylą pozory. -Co...skąd ty tu? Przecież szedłem! – skrzywił się z rozpaczą Jon. -No szedłeś. Jak wielu przed tobą i jak zapewne wielu będzie po tobie. – przyznał Jonowi całkiem słuszną rację kwiatek. Sine usta rozchyliły się w zadowolonym uśmiechu. -No, ale...chodzenie ma zwykle tą zadziwiającą właściwość, że oddala nas od punktu początkowego. – Jon postanowił chwycić się sarkazmu, chyba jedynej deski ratunku w tym chorym miejscu. -Tak, masz rację. – przyznał znowu kwiatek głosem mentora nauk przedporodowych. – Ale jest taki jeden, maleńki, tyciutki, tyciuteńki szczególik. Tu nie jest tam!!! – wrzasnął, pokazują okrągły wylot studni nad sobą. – Tu jest tu! Tu się idzie za białymi królikami! Matko! Carolla nie czytałeś?! Chociaż w sumie on i tak wszystko pomieszał... Bo wiesz co? Wpadła nam tu kiedyś taka bibliotekareczka...fajna była, wiesz...fiku miku...te sprawy, no, ale do rzeczy, ona tu wpadła i za nią wleciała masa książek, chyba z dwieście! I wiesz co? Jedynie poczciwi Grimmowie się spisali jak należy. Równe chłopy, nie zrobili wiochy! A ten Caroll i ta cała Królowa Kier? Guliver i olbrzymki? Ha! Olbrzymki! Widziałeś tu choć jedną?! Chociaż to mogło być ciekawe... No i ten Tolkien z tym swoim Sauronem. Co to za imię dla baby?! Helga by mu dała... - usta trajkotały w najlepsze. – A potem ten Jędruś... Ooo...pokłułem się...ooo to boli. – kwiczał kwiatek, imitując cienki głosik. – Helga go lubiła, ale ja tam nie ufałem temu...Sepkowskiemu...czy jak mu tam...kto wie, co on na nas tam napisał... Ale z drugiej strony żebyś widział jak wiał, jak mu podrzuciliśmy za koszulę te trójnożne, fioletowe, kopulujące... -Ej! Stop! Przestań! – kwiatek urwał wpół słowa, patrząc na Jona. – To jak mam iść? – spytał błagalnie żołnierz. -Noż przecież mówię! Króliki! Idioto, króliki! A spieprzaj, chce mi się spać... - usta ziewnęły leniwie, kwiatek pierdnął i zwinął się na ziemi. No i co miał zrobić biedny Jon. Poszedł przed siebie, łamiąc sobie głowę, co jest z tymi cholernymi królikami. I tak szedł. Przez pola, wioski, ulice, aż w końcu stanął na skraju znajomej kałuży. Już chciał zwrócić, ale z rezygnacją stwierdził, że gdzie nie pójdzie, dojdzie zawsze do tego rozgadanego chaszcza. Przysiadł załamany na pobliskim kamieniu (w kolorze źle dobranego lila) i spuścił głowę. I wtedy to zobaczył. Między nogami wznosił się niewielki kopiec z (jasnej oczywiście) ziemi i zeschłych liści. Z reguły takie kopce dzierżawią mrówki, ale już wielokrotnie można było się przekonać, że tutaj reguły nie obowiązują. Bo z niewielkich otworków w kopcu licznie wyskakiwały małe, nie większe od biedronki, włochate króliczki. Wyskakiwały i formowały się w równiutką kolumnę kicających maluszków. Jedne były białe i szły w lewo, inne czerwone i szły w prawo. Aż się je chciało pomiziać... Były też niebieskie, trochę większe, ale te nigdzie nie szły, tylko w pobliżu beztrosko, obcesowo i bezpruderyjnie oddawały się rozpuście, płodząc potomków – jak to króliki. Tych się nie chciało miziać. Widok taki jest nieco nadzwyczajny, no, nie bójmy się powiedzieć, że dziwny wręcz, więc nie wińmy Jona, że przystanął na chwilę nad tą oryginalną sceną. Ale po chwili zabrzmiały mu w uszach wrzaski Pana Kwiatka, więc ostrożnie (żeby niczego nie zdeptać...) ruszył za białymi królikami. Przez chwilę się zastanawiał gdzie zmierzały czerwone, ale widząc wyczyny niebieskich, odechciało mu się zastanawiać. Jak białe to białe... Gdyby to miało znaczenie, można by rzec, że poszedł na południe, ale że to znaczenia nie miało, oraz że słońce stało najwyraźniej w miejscu nie przesuwając się po niebie, spuśćmy zasłonę milczenia na sprawy orientacji w terenie.

Budynek wyglądał jak zaniedbany barak, ale wielki napis i olbrzymie, zakurzone szyby w przedniej ścianie budynku rozwiewały wszelkie wątpliwości co do przeznaczenia owego przybytku. Jon ucieszył się w duchu, bo wreszcie miał okazję spotkać kogoś żywego, kto nie kica i nie ma białych, puszystych, długich uszu. Napotkanie kogoś normalnego byłoby jak szumiący cicho strumyk na pustyni. Wprawdzie przez dwie godziny marszu nie trafił na żadne gadające okazy botaniczne, ale ciągłe wpatrywanie się w sznur białych królików może znudzić każdego – choćby nie wiadomo jak niezwykłe te króliki były. Zresztą, im dalej od kopczyka, króliki stawały się coraz większe – i ta niepokojąca właściwość martwiła nieco Jona, bo nie wiedział jak daleko będzie musiał za nimi iść. I czy ich wzrost jest jakoś limitowany... Wielki szyld nad sklepem głosił różowymi zgłoskami „Bei dem Brüdern Grimm”, co Jon powitał z niekłamanym zachwytem, nawet mimo, że pod spodem ktoś dopisał koślawo „Küss mein Popo”, a jeszcze niżej „Verfluchte Scheiße”. Nie zastanawiając się pchnął odważnie drzwi, ale słowa „Guten Tag” zamarły mu na ustach. W środku sklepu stała wielka lada, zastawiona szklanymi naczyniami, pojemnikami, akwariami i cukierniczymi kulami. Ale bynajmniej nie były to słodycze. Bo zaraz przy drzwiach stał wielki szklany słój z aligatorem, pływającym w jakimś płynie. Dalej mały piesek, zwinięty w kłębek i dziwne, małe, czworonożne stworzonko, z oczami na wysokich słupkach. Wszystko zanurzone w żółtawej opalizującej cieczy. Można by rzec, wielki gabinet preparatów naturalnych. Można by, ale szybko trzeba by porzucić tą myśl. Bo jeden ze słojów potrąconych omyłkowo przez Jona, zadrżał, a jego zawartość (zielonkawa galaretka w kształcie buta bez noska i sznurówek) z oburzeniem zawarczała. -Co się rzucasz? – zatrzęsła się galareta. – Daj klientom trochę spokoju! – powiedziała i znieruchomiała. -Zo dla bana?! – odezwał się nagle wysoki, damski głos. Zasłona w końcowej części pomieszczenia rozsunęła się i wyszła grubiutka kobieta – jak najbardziej Homo sapiens – w niebieskiej, udrapowanej sukni, z tlącym się petem na końcu długiej tutki. Na twarzy miała coś w rodzaju obrazu Picassa albo Miró. Szminka i cienie do powiek cudownie się rozmazywały i tworzyły zaskakującą w swej asymetrii kompozycję, doskonale dopełnioną przekrzywioną peruką, z której sypał się kilogramami puder. Kobieta czknęła i zatoczyła się lekko. Podeszła bliżej owiewając Jona zapachem formaliny. – Kąpiel w utrfaladżu... - czknięcie - ...dży w spirr...spriitt...spyry...alkoholu? A może ostatni...jak to...wrzask mody... - czknięcie - ...ożywcza kompiel w formalinie... Hm? – powiedziała i krytycznie zlustrowała swoje paznokcie. -Nie...ja tylko...jest tu gdzieś telefon? – zapytał głupio. -Nie! –zaśmiała się kobieta i beknęła przeciągle. – Nie ma! – chichotała dalej, jakby opowiadała najlepszy kawał. Lekko się zatoczyła i wrzasnęła za siebie. – Helojzia, nie ma delewonu, nie?! -No! Wykońdżył sie...– odwrzasnął ktoś zza kotary, głosem osoby, która rzygała i za chwilę będzie kontynuować. – Choź tu, Wjollla, poczymaj mi włosy... -Aha, to do widzenia. – powiedział Jon i wycofał się powoli. -A zapadaj pan...na rzdrzewo! – odczknęła kobieta, poprawiła sobie ramiączko biustonosza i wyprostowała perukę. – Żulia, polej...fszł...fałłysz...szływy alarm... - krzyknęła trochę nieskładnie w stronę kotary i sama się tam niezwłocznie skierowała, nader umiejętnie lawirując między pojemnikami, trzymając tutkę z papierosem jak jakiś rapier. Jon wyszedł na zewnątrz i ze zrezygnowaniem skierował się w stronę białych królików, niestrudzenie kicających wzdłuż drogi. Spotkanie z normalnymi ludźmi, pierwszymi w tym idiotycznym miejscu, miało być dla Jona pierwszą okazją do poważnej rozmowy – co to wszystko do cholery znaczy?! Ale, niestety, jak to w życiu bywa, nie zawsze nasze oczekiwania pokrywają się z rezultatami. Tak idąc coraz dalej i dalej, nie spuszczając wzroku z białej, ruchliwej smugi pod nogami, Jon zdał sobie nagle sprawę z dwóch rzeczy. Primo – że wygląda jak idiota śledząc rozkicane maszynki rozpłodowe po największym szpitalu dla umysłowo chorych. Secundo – że od dobrych kilku godzin nic nie jadł. Nagle odezwał się obrażonym burczeniem jego brzuch, skutecznie zagłuszając Tertio, a na samą myśl o żołnierskiej zupie fasolowej, pociekła mu ślinka. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu potencjalnych zjadliwych elementów roślinnych – bo po tym co widział, nie odważyłby się polować na zwierzęta. Zresztą, jak już się przekonał, rośliny też mogą tutaj mieć coś do powiedzenia w sprawie bycia skonsumowanym przez kogokolwiek... Piętnaście minut później leżał na skraju drogi, z pełnym brzuchem. Dziwne owoce, wyglądające jak arbuzy na słonecznikowych łodygach były całkiem smaczne – smakowały trochę jak potrawka z kurczaka, ale co tam. Ważne, że były sycące... No i nikt mu nie przeszkodził w ich zrywaniu, w przeciwieństwie do borówek, które rosły na pobliskiej wierzbie i przy każdej próbie zerwania nagle ulatywały w górę porwane wiatrem. Dziwne (nie ważne jak dziwnie by to brzmiało tutaj...), ale Jon by przysiągł, że one się z niego śmiały, podrygując w powietrzu na wiotkich gałązkach. I...y...obleśnie bluźniły. No, właśnie tak... Nagle ten sam wiatr, który w poprzedniej linijce tak podrygiwał, wprawiając w drżenie wiotkie gałązki wierzby z czerwonymi borówkami tkwiącymi w objęciach liści jak rubinowe krople krwi zasychające po...no więc ten wiatr przyniósł niespodziewanie głosy. Wyraźnie rozróżnialne krzyki i poganiania, brzmiące jak krzyki ludzi. Chociaż, jak Jon zdążył się już przekonać, w tej krainie Homo nie znaczy zawsze bezwzględnie sapiens, na nowo zadrżało serce dzielnego wojaka na myśl o spotkaniu kogoś normalnego. Niezwłocznie więc, nie odwracając się, podążył w stronę nadlatujących dźwięków. To, że się nie odwrócił, miało zasadnicze znaczenie, gdyż pozbawione głów „niby – słoneczniki” nie były zachwycone, a ich widok mógłby podziałać opóźniająco na reakcje Jona. Kilka mrugnięć oka później nie mógłby podnieść się i nie oglądając za siebie ruszyć w drogę, gdyż leżałby w rowie z potrzaskanym czerepem i mózgiem spływającym do niewielkiej kałuży. A tak, słoneczniki bez głów z rezygnacją opuściły trzymane w giętkich liściach topory i odeszły, głośno mlaskając, gdy nowe głowy – arbuzy wyskakiwały im na szczycie pędu. A Jon robił coś, co już robił tutaj wielokrotnie. Żeby więc nie przedłużać, powiem tylko, że szedł. Odgłosy pracy były coraz bliżej, a im bardziej się przybliżały, tym normalniej brzmiały. Powoli też zaczynał się zmieniać krajobraz. Najpierw zaczęły znikać drzewa. Potem krzaki, potem niższa roślinność. Ale króliki kicały ciągle obok ścieżki, którą szedł Jon, więc uznał to wszystko za normalne i posuwał się dalej. Później natrafił na wysoki wał ziemny ze ścieżką wiodącą stromo pod górę. Gdy wydrapał się na szczyt, oczom jego ukazał się widok tyle dziwny, co dość nieoczekiwany. Otóż przed nim, w głębokiej niecce przypominającej stare koryto rzeki, wyrastała wielka fabryka. Mało powiedzieć – to był istny kombinat. Wprawdzie kominy były poprzekrzywiane i powykręcane, dachy załamywały się pod bardzo dziwnym kątem, a całość otaczało wysokie, druciane ogrodzenie z koroną kolczastego drutu, Jon przysiągłby, że wszystko spowijał zapach pieczonego chleba! A przecież to prędzej była jakaś huta. Ale wreszcie, po wielu godzinach, spoglądając na hałdy węgla, dostrzegł kolor czarny, co powitał z ulgą, jaka dla niego samego była dziwna. Zbiegł z wału i podszedł do ogrodzenia. Brama nie była strzeżona, ale całe ogrodzenie było oznaczone tablicami i poobwieszane znakami ostrzegawczymi. „Zagrożenie!” „Kolor czarny!” „Ostrożnie, nie wchodzić!” „Zakaz fotografowania”. Takie tablice krzyczały z ogrodzenia jaskrawymi kolorami i dziwnymi symbolami. Nieopodal wysokiej rury wychodzącej z najbliższego budynku i ginącej wysoko w górze w postaci komina, wypuszczającego kłęby jasnoszarego dymu, przechadzał się jakiś człowiek. Z uwagą studiował jakieś papiery trzymane w ręce i nic sobie nie robił z wiszących na ogrodzeniu zakazów – cały był umorusany czarnym pyłem. Jon podbiegł do niego. -Czego tu?! – wrzasnął tamten nie podnosząc głowy. – Trzymać się królików i spadać! -Ale ja chcę o coś zapytać. – wypalił szybko Jon. – Jak można się stąd wydostać? -Co?! – człowiek podniósł oczy i spojrzał rozbawionym wzrokiem prosto w twarz przybysza. – Nie byłeś u Pani Helgi, idioto! Jak niby chcesz się stąd wydostać bez tego?! Ha! Dobre sobie! – wyraźnie go to pytanie rozbawiło. -Ale...kto to jest ta Helga? – nie rezygnował Jon. -P a n i Helga. To, można by rzec, lokalna siła napędowa i władza. Bardzo globalnie lokalna. -Czyli ona tu rządzi. – skwitował Jon. -P a n i H e l g a tu rządzi. – poprawił poirytowanym głosem robotnik. – A teraz spadaj pan, mam robotę. -A! Niech pan poczeka! – pobiegł za nim Jon. – O co chodzi z tym czarnym kolorem? Co znaczą te zakazy? – zapytał, pokazując ogrodzenie. -Nawet mi pan nie mów! – obruszył się robotnik. – Tyle musimy bulić, żeby nie było widać tej fabryki i tego całego syfu, a Pani Helga nam mówi, że dymy są za ciemne! Niech se sama je wybieli, jak chce mieć chleb! – wyraźnie mężczyzna tracił panowanie nad sobą. Szybko się jednak opamiętał. Z głębi fabryki dobiegł bowiem niespodziewanie głos, który brzmiał mniej więcej jak chór nieznośnych bachorów. -Wyciągnij nas! Wyciągnij nas! Już jesteśmy dobre! – coś wrzeszczało nieznośnie. -Co to jest?! – zapytał wystraszony Jon. Wyobraźnia już mu podsuwała gotowe odpowiedzi, w których głównymi bohaterami były małe dzieci i rozgrzane do czerwoności ruszty w gigantycznym piecu. -To? A, to tylko chleb. Muszę iść. Niech pan idzie stąd. Bo jeszcze się pan ubrudzi, a to nie byłoby dobre...proszę się trzymać królików. No i Jon nie miał nic lepszego do roboty, jak posłuchać. Odszukał więc wśród kamieni znajomą kolumnę białych uszatków i ruszył za nią. Mijając bramę zakładu, widocznie główną bramę, został poproszony o opróżnienie kieszeni i dokładnie wypytany, czy nie wynosi czegoś czarnego lub brudzącego. W tym samym czasie nisko nad ziemią kicające króliki były poddawane kąpieli w czymś, co przypominało myjnię samochodową (oczywiście Jon nie mógł wiedzieć, jak taka myjni wygląda, ale takie porównanie będzie bardziej czytelne niż coś takiego: „(...)króliki były poddawane skomplikowanym zabiegom czyszczącym w czymś, co wyglądało jak wielkie, przejrzyste pudło z podwieszonymi prysznicami i okrągłymi szczotkami(...)”; widać różnicę, nie? No, to wracamy.) Po kilkunastu minutach stania i poddawania się wyczerpującemu przeszukaniu, Jon mógł wreszcie dalej iść. Mijając bramę obejrzał się. Nad fabryką wisiała wielka tablica „Die Bäkerei bei dem Brüdern Grimm”, a obok czerniał wielki, ostrzegawczy trójkąt z srebrnym symbolem zagrożenia jądrowego. -Ci Grimmowie to chyba jacyś bohaterowie narodowi...cholera gdzie ja jestem...? – mruknął do siebie Jon i ruszył przed siebie, mozolnie wspinając się na wysoki wał ziemny. Korzystając z okazji, że Jon zastanawia się nad zagadnieniami bohaterstwa narodowego, pragnę zaznaczyć, że nie tłumacząc nazw niemieckich, odwołuję się do wiedzy lub samozaparcia czytelnika, który sam może zrozumieć, albo sobie przetłumaczyć te nazwy. Tyle dygresji, bo widzę, że Jon już przestał się zastanawiać i ruszył dalej.

Jako, że dalsza droga niczym nie różniła się – wyłączając kilka nieistotnych elementów krajobrazowych – niczym nie różniła się od już pokonanej trasy, ograniczę jej opis do stwierdzenia, że była monotonna i nudna. Te same krzywe domy i chaty, te same powykręcane drzewa, te same słoneczniki – mordercy (o czym Jon szczęśliwe nie wiedział). Generalnie, wszystko to samo. Ponieważ przed Jonem ciągnął się jeszcze szmat drogi do pokonania (jako narrator mam chyba prawo to wiedzieć, nie?), pozwolę sobie zajrzeć na chwilę do umysłu Jona, pracującego od kilku godzin na pełnych obrotach i próbującego pojąć co do (tu niemieckie przekleństwo) dzieję się dookoła i gdzie do jasnej (znowu przekleństwo...) on jest?! Przecież to niemożliwe, żeby jakaś (przekleństwo, przekleństwo, przekleństwo) studnia mogła prowadzić do takiego miejsca. No, chyba, że już do końca zwariowałem. W sumie, biorąc pod uwagę świat, to i tak dość późno. Niech to (5 x przekleństwo) trafi*. Jak widać, umysł Jona nie jest obecnie zbyt przytulnym miejscem, spróbuję więc skoczyć gdzie indziej. Monotonny krajobraz każdego napawałby dość smętnymi myślami. Jednak jedna zapewne nikomu nie dawałaby spokoju. Jak to wszystko się uchowało? Jak to wszystko było nieznane dotąd? Przecież nie mógł być pierwszym, nie był na pewno. No bo teraz to już chyba miał pewność, że to nie kolejny sen... Sny nie są tak przekonujące i realne, łącznie z odgłosami i krzykami... No właśnie. Jon znów usłyszał krzyki. Tym razem jednak ich źródło było łatwo zauważalne. Oto przed jego oczami roztaczała się wielka zielona polana. Porośnięta zieloną trawą i soczystymi ziołami. Tymianek, szałwia, macierzanka i białe plamy krwawnika tworzyły malowniczą mozaikę. Całość doskonale dopełniała ławica niewielkich, rozrzuconych tu i ówdzie, niebieskich oczek wodnych, porośniętych fioletowymi kielichami grzybieni i żółtymi grążelami. Cała polana była miejscem dość niezwykłej sceny. Przypominała ona trochę rytualne tańce Indian Navajo, ale na pewno ludzie tam będący nie byli Indianami. Prędzej inwalidami w czasie napadu pląsawicy, którzy niespodziewanie zostali uleczeni i są na tyle naiwni, że myślą iż to potrwa wiecznie. Ponieważ polana nie była zupełnie równa, niektórzy się potykali i zabawnie wywracali. A taki jeden pan z dużą metalową skrzynką na szyi zabawnie się wydzierał i przezabawnie świstał po plecach innych batem. Wyłączając tego gościa z telewizorem na szyi, reszta trzymała coś nad sobą, kurczowo zaciskając palce na brzegu wielkiej, białej platformy. Wyglądała jakby była z drewna, ale za bardzo się błyszczała. Do platformy przymocowane były klejem, taśmą klejącą, gwoździami, pinezkami, klajstrem stolarskim, zszywkami, sznurówkami, łańcuchami, deskami, metalowymi paskami, spinaczami, drutem i pewnymi elementami organicznymi, których nie wspomnę, szklane, wysokie i ginące daleko w górze, błyszczące sztaby. U podstawy były trochę ubrudzone i poubijane, ale ogólnie się trzymały. Było ich siedem i stykały się brzegami. Pierwsza była czerwona, potem pomarańczowa, potem żółta, zielona, niebieska i fioletowa. -Dobra, teraz trochę w prawo! – wrzeszczał pan ze skrzynką u szyi. – Dobra! Uwaga, biegną! Szybko w lewo i prosto! Dobra! Stać! W prawo, ostro w prawo! – mały facet z rodzaju tych, nigdzie wzrostem nie pasują, biegał jakby miał szerszenia w gaciach i dyrygował resztą. Ta reszta niezbyt ochoczo, z wzrokiem kryjącym duże pokłady nie koniecznie rasowej niechęci, wykonywała posłusznie wszelkie rozkazy, wciąż nieudolnie manewrując dziwną konstrukcją. -Co?! – wrzasnął nagle facet do skrzynki. – Już nie pada?! Dobra chłopaki. Kończcie...tylko błagam! Na prawo... Jak na zawołanie nieszczęśnicy przechylili konstrukcję w prawo i puścili. Nawet się nie obejrzeli, gdy tony szkła (albo tego, z czego to było zrobione) runęły na ziemię. Cała grupa odchodziła powoli, żegnając jednego z gości – Jon go wcześniej nie widział – wzrokiem typu „Następnym razem zrobię ci dziurę w plecach i wsadzę tam twoją głowę...”, czego on zdawał się nie zauważać. Odchodząc, facet z telewizorem pod brodą obejrzał się i w drwiącym uśmiechu wykrzywił twarz, spoglądając na nieznajomego. Jon nie zwrócił uwagi na niego. Gdy się oddalili wystarczająco daleko, Jon podszedł do faceta, który też najwyraźniej zabierał się do odejścia. Gość stał do niego plecami, ale wyraźnie coś do siebie mruczał. Jon podszedł bliżej. -Przepraszam, co to było? – zapytał trochę głupawo. Zauważył, że tutaj czasem rżnięcie głupa pomaga (co się tyczy nie tylko tutaj, ale i wszędzie...). -Cco ppan ttu rrobbi? – zapytał gość, patrząc wzrokiem typu „Wsadzę ci w dupę mój topór, a ty mi powiesz swoje imię”. – Tto tterren zzakkazzzany...y...y...y...y – mężczyzna mocno klepną się w tył głowy. – Ppszeppraszszammm, czczassem sssię zzacinna...a...a...a...a...a...a...a...a...a...a... -To ja już pójdę. – powiedział Jon, słusznie uważając, że limit idiotów na ten dzień stanowczo się wyczerpał. -Pprroszszę zzaczczekkać! Jjj...jjj...jjjj...jjjjjjjjj...jja żżżżądamm! Tttu...u...u...u...u...u...u...u...u... ttu ssttrażż Hhelggi. – powiedział, co zajęło mu trochę czasu. Jako, że Jon nie był uprzedzony do niepełnosprawnych ludzi, cierpliwie poczekał na koniec tej kaskady głosek, a potem się odwrócił i odszedł. Głosy dochodzące od biednego nadzorcy cichły, przerywane mocnymi uderzeniami, pewnie w tył głowy. -Ssttó...ó...ó...ó...ó...ó...ó...ó TRACH! ...ójjj! Tty kkrymminogggennnnny ellemmenncie...e...e...e...e... TRACH! Zzarrazzz się zatrzymmaj, ch...ch...chchulligannie jeddenn... Ggbburzrze...e...e...lllleppiejjjj... Reszty tej śpiewnej kanonady Jon już nie usłyszał. Ręce mu opadały z rezygnacji i powoli zaczynał wątpić, czy ten koszmar będzie miał jakiekolwiek konstruktywne zakończenie. Nagle, między drzewami, w okolicach drogi dostrzegł migającą między okorowanymi pniakami postać. Szybko tam podbiegł. Na szczęście nie dość szybko – człowiek właśnie kończył powszechnie znane czynności i zapinał rozporek. Słysząc za sobą szuranie liści odwrócił się szybko i zmierzył Jona wzrokiem typu „Jak masz mnie zgwałcić, to zróbmy to z łańcuchami...” i powiedział: —Czego pan chce? Jon wciąż z niepokojem obserwował wyraz twarzy mężczyzny. —Yyy...szukam kogoś, kto wyjaśni mi parę spraw. – powiedział niepewnie. – Co na przykład oznaczał ten taniec na tej polanie? —To? A...odkąd ci idioci na górze myślą, że na końcu tęczy stoi korzec złota, musimy ją ciągle przestawiać, żeby nikt końca nie dostał. —Aha... —No, oczywiście, każdy wie, że korzec jest...jak zasady to zasady...nie? – zaśmiał się mniej więcej jak stary osioł z chorą krtanią. – Majątek by to nas kosztowało, jakbyśmy mieli coraz to nowe korce wystawiać. Naczynia są teraz takie cholernie drogie...a tak w ogóle to kim pan jest? —Ja? – spytał nagle Jon. – A...wie pan, kontrola, skarbówka...te sprawy. – odrzekł Jon skonfundowany wypowiedzią tęczo–nosiciela. Ciągle niepokoił go sposób, w jaki on patrzył na niego, szczególnie od pasa w dół. – To ja już pójdę. Yyy...wie pan może gdzie znajdę...sady? Albo lepiej: Sady? —Przyjezdni... - westchnął chłopaczek. – Króliki! Ile razy można to powtarzać, nie wystarczy wam, że raz się wam powie? Trzeba ciągle iść za królikami, one wszystko wiedzą. —Tak...zapomniałem. No to...cześć. – Jon odwrócił się na pięcie, i szybko się oddalił – nie był pewien, czy może uważać swoje tyły za bezpieczne, dopóki były w polu widzenia tego pana. Sady nie były trudne do znalezienia, w sumie to one znalazły Jon. Bo szedł sobie przez las, piękny stary las. Sosny, buki, świerki, co jakiś czas stare, dostojne jodły. Wszystkie drzewa były dość wiekowe i wyniosłe. Miały w sobie coś z uroku mądrego starca. Były też dęby, doświadczone losem, o spękanej korze. Pojedyncze cisy, obsypane czerwonymi kuleczkami. O! Nawet rosła tutaj jedna, samotna grusza! Jon zauważył ją kątem oka. A tam jeszcze jedna! I tam dalej też. I tutaj. I tam, tam też. Zaraz co to? To też grusza... I tu, tam również, to chyba też, tamto drzewo też... O kurwa... No właśnie, Sad znalazł Jona pierwszy. Tysiące grusz posadzonych w idealnych rzędach zieleniło się dookoła, a droga biegła przez środek tego gruszkowego piekła. Ale to nic. Bo nagle jedno z drzew zatrzęsło liśćmi i zaskrzeczało głosem okropnym i strasznie znudzonym. —Zerwij nas! Zerwij nas! Jesteśmy już dojrzałe! Jak na wezwanie pozostałe grusze, trochę nieuporządkowanie, zaczęły się wydzierać, aż w końcu w powietrzu brzmiała kakofonia gruszkowego wrzasku. Szczęściarzami są ci, którzy jedyny kontakt z gruszkami zawdzięczają otwieraniu słoika z kompotem. Jon nie mógł tego znieść. Pobiegł przed siebie, byle dalej, byle wydostać się z tego miejsca. Kątem oka widział ludzi w zielonych ogrodniczkach, wychylających się spomiędzy drzew. Wszyscy mieli na uszach futrzane nauszniki. I wszyscy targali na głowach olbrzymie, wiklinowe kosze. A Jon biegł przed siebie. Grusze nie miały zamiaru się uciszyć. Wreszcie zobaczył przed sobą jasną polanę, Sad się tam kończył. Dopadł pierwszych skrawków świeżej trawy. Potem już zwolnił ale ciągle biegł, zostawiając zgiełk za sobą. I tak biegł, biegł i biegł. Ale w końcu musiał ustąpić, bo pionowa, kamienna ściana nic nie robiła sobie z jego biegania. Kątem półprzytomnego oka (zabawne, jak wiele widzimy kątem oka...), zsuwając się sflaczałym ciałem na zimną ziemię, Jon zobaczył srebrną tabliczkę z wyrytymi ciemnymi literami. Wielkie, gotyckie wersaliki były trudne do odczytania (ale to chyba był zawsze zamiar ich twórców). Pomimo tego treść tabliczki dotarła do Jona. „Pani Zamieć – Helga.” A potem wszystko zgasło. III —Chyba się budzi... —Cicho! —Prosto mam perukę? Ej! Kosmetyczka! Prosto?! —Tak, o Wspaniała. Patrzcie...jaki on ładny... —Wiesz...wiesz co?! Idź stąd... Ej, uwaga! Zaraz otworzy oczy... Dobra, podnieście mnie, szybciej... —No już, o Wielka. Staramy się... —No szybciej, dobra chwyćcie tą suknię...i welon...pachołek! Berło! No szybko, głupcze... —Już biegnę...proszę o Wielka...niech twa uroda rozświetli najciemniejsze zakamarki... —A uciszże się... —Tak o Wielka, której oczy... —Wynocha! Doradco! Wyglądam władczo? Dobra. Korona, już! Na głowę! Moją do cholery jasnej... I dajcie mu w pysk, nogi mi już cierpną, nie będę dłużej tak stała... Jon leżał nieprzytomny, ale niezbyt delikatne uderzenie w twarz dosadnie mu udowodniło, że głosy docierające do niego z daleka nie były wytworem jego wracającego do trzeźwości umysłu. A wracał on dość boleśnie i bardzo gwałtownie – jak zapewne wie każdy, kto budzi się rano po imprezie. Spróbujmy zatem zrekonstruować bieg następnych kilkunastu sekund. Obiekt A (Jon) budzi się dość nieprzyjemnie i podnosi na nogi. Zamglony obraz powoli się wyostrza, ukazując obiekt B (Helga) oraz obiekt C (Doradca), ustawionych na swego rodzaju kawałku dechy, spoczywającej na plecach innych obiektów (reszta alfabetu). Obiekt A patrzy dość głupkowato na tą scenę, a w tym czasie obiekt B odrzuca do tyłu czerwoną szmatę obszytą strzępami białej nitki (królewska purpura z gronostajami) i spogląda wzrokiem typu ebrius (czyli dość niepewnym, ale prawdopodobnie władczym w zamyśle) spod żółtej peruki. Rozchyla lekko usta, zapewne z zamiarem powiedzenia czegoś. Obiekt A niezmiennie spogląda dość głupkowato. Tymczasem obiekt...powiedzmy H (nie jest to ważne, który dokładnie) odczuwa nagłe rwanie w udzie, co skutkuje zaprzestaniem podtrzymywania dechy z obiektem B i C. Ponieważ zaprzestanie podtrzymywania przez obiekt H sprawia, że i reszta alfabetu idzie w cholerę, w subtelną równowagę wspomnianej dechy wkrada się dysonans, skutkujący głośnym kontaktem obiektów B oraz C z drewnianą podłogą. Obiekt A niewzruszenie patrzy się wzrokiem bezmózgiego cielęcia. Czas zajścia – dziesięć sekund. —Wy popierdolone cholery...ja was wytrenuję. – stękał spod dechy kobiecy głos, przerywany dyszeniem i prychaniem. – Wy cholery przebrzydłe...jeszcze mnie popamiętacie...francowate nieuki... Do czego mi, kurwa, przyszło... —Proszę się uspokoić, Pani, mamy goś... —A spieprzaj idioto... - ten sam głos odszczekuje. Pomocnicy stanęli pod ścianą i tłumili śmiech, wpychając pięści w usta. – Cholera...kiecka za połowę mojego skarbca... Żryć nie dostaniecie, przebrzydłe pokraki! —Pani, proszę... - jęczał jakiś męski głos, oscylując na skraju płaczu. Nagle dechy się zatrzęsły, posypały się drzazgi, a spod kupy drewna wychynęła kobieta...chyba kobieta, w plątaninie żółtych kłaków na głowie (...głowie?), w potarganej, czerwonej szmacie na plecach i z twarzą (...twarzą?!) umazaną kurzem i wykrzywioną dość niepokojącym grymasem. Jako że Jon stał wciąż cicho, z głupkowatą miną, owo indywiduum nie zauważywszy go, zaczęło się wydzierać na trzęsących się ze strachu pomocników stłoczonych pod ścianą. —Wy cholerne bękarty! Wy dupy wołowe! Wysmaruje was kocim gównem i powieszę za... —Pani...! – jęczał jakiś pogruchotany jegomość, wychodząc spod desek. – Gość! Chyba poskutkowało, bo nagle kobieta (...kobieta?) zamilkła i odwróciła się. Szeroko się uśmiechnęła. —Witaj, cny wędrowcze! – wycedziła przez dziurę po wybitym zębie. – Skąd nadchodzisz, o dzielny?! – powiedziała z emfazą, co dość ciekawie komponowało się z rozmazanym makijażem. —Yyy... - powiedział Jon. —Bądź mym gościem, zatem! – dodała kobieta, nie tracąc fasonu. —Yyyy... - odrzekł Jon ponownie. —To jest mój doradca. Będzie ci służył pomocą. Doradco! —Do usług...zwą mnie Doradca. – powiedział doradca. – Ale możesz mi mówić też doradca, po prostu. —Yhm. – odrzekł Jon. Odnosił wciąż nieodparte wrażenie, że nie ominie go pobyt w wariatkowie gdy wróci do domu. —A ja...ja jestem wielka Pani Zamieć. – powiedziała kobieta, rozpościerając ramiona i próżno szukając resztek czerwonego płaszcza. Gdzieś zza jej pleców wzleciało kilka strzępów puchu, rzuconego nieśmiało przez służbę, natychmiast zgromioną wściekłym spojrzeniem doradcy. – Helga mnie zwą, a blask moich boskich oczu wypędza smutek z każdego prawego serca, wędrowcze. – powiedziała. W sumie faktycznie jej widok wszystko wypędzał, łącznie ze zdrowym rozsądkiem i ostatnim posiłkiem. – Ja, muza dziesiąta, bogini piękna, witam ciebie, o dzielny... - tu się lekko zachwiała, bo złamał jej się obcas. – Witam ciebie w tym przybytku spokoju! – Gdzieś spod sufitu, z dużym poczuciem sytuacji, spadł zasuszony nietoperz i rozsypał się, uderzając o podłogę. —Dobrze... – odważył się powiedzieć Jon, a mówił przesadnie wyraźnie, jakby uczył obcokrajowca języka. – A teraz idziemy lulu a wy mi powiecie, gdzie mogę znaleźć kogoś normalnego. —Ja...jak to? – kobieta chyba nie rozumiała za bardzo. Powieka jej leciutko drgała. —Aha. – powiedział z niemałą konfuzją Jon. Wyraźnie słowo „Aha” go lubiło w tym świecie. – Aha. – pozwolił sobie powtórzyć. – No więc... - Jon czuł się dość niepewnie, mówiąc do żywego dowodu, że choroby psychiczne wymagają hospitalizacji w odosobnieniu. - ...więc ja tu jestem...znaczy się...to znaczy...szedłem za królikami! – wydusił z siebie wreszcie. —Tak? Urocze, nieprawdaż, są nasze króliczki? – zaszczebiotała Helga, uprzejmie przytakując i wywołując pełen zrozumienia i oczekiwania grymas na twarzy umazanej szminką. Nieco to Jona dekoncentrowało. —Tak. Więc...króliki... —Tak? – zatrzepotało zjawisko rzęsami z uprzejmym zainteresowaniem na twarzy. —...i później minąłem te zakłady chlebowe i sady...tak...a potem była...pani! – rozpromienił się Jon. – Powoli popadałem w cza...straszliwą, chciałem powiedzieć, rozpacz, ale wreszcie znalazłem panią...to znaczy Waszą...yyy...Wysokość... —Więc przybywasz, wojaku, by rozwiązać nasze problemy? – ucieszyła się kobieta. – A więc bądź pozdrowione twoje imię! – powiedziała, i chyba nawet naderwane ramiączko sukni nie było w stanie jej wytrącić z równowagi. – Doradco! Zaprowadź pana do komnat! – rozkazała wielkopańskim gestem. – Ja udam się do alkowy, chyba rozmazał mi się makijaż. – między suknią a ręką wyskoczył niewielki kawałek kobiecości, jeden z tych, co raczej siedzą w ukryciu. —Tak...dobrze. – powiedział Jon, odciągany przez Doradcę, czyli doradcę królowej. Po chwili, gdy szli długim, kamiennym korytarzem, dobiegły ich wściekłe wrzaski i ujadania służby. Królowa nie była chyba w najlepszym nastroju. —Tu jest pański pokój!!! – wrzeszczał doradca, chcąc zagłuszyć hałas. – Nasza Pani jest łaskawa i ma złote serce, więc gdyby pan czegoś potrzebował... - darł się dalej - ...proszę dzwonić!!! Tu jest dzwoneczek na sznureczku!!! Życzę miłego dnia!!!!!! – krzyknął na cały głos, ale odgłosy walki, nie zagłuszone, dalej było słychać. Trochę speszony, doradca zatrzasnął drzwi i pobiegł, pewnie w stronę piekła toczącego się w komnacie audiencyjnej. Jona to nie interesowało. Walnął się na ogromne łoże, zupełnie nic nie rozumiejąc, zupełnie nie mogąc się połapać w tej całej idiotycznej sytuacji. No, jak nie wiadomo co robić, najlepiej iść spać. I tak też zrobił. —Pssst! – zasyczało mu coś koło ucha. Jon zerwał się na równe nogi. —Tak jest! Oddział drugi pierwszej kompanii melduje się na... —Sssss! – znowu coś zasyczało. – Zwariowałeś? Chcesz, żeby cię Ona usssssłyszała?! —Co...zaraz...co tu się...gdzie ja jestem...? – wymamrotał chłopak. —Biedaczek...kazała ci jeść ssswoje zrazy? – zapytał ze szczerym współczuciem glos wydobywający się gdzieś z ciemności za łożem. —Kim jesteś? – zapytał Jon, gdy wreszcie zdołał dojść do siebie. —Nazywam się Sssstefan. Jesssstem członkiem Pierwszej Niezależnej Partii Odrodzenia Krainy Pani Zamieci, Wydział Wywiadowczy. – recytował glos. – Przyszliśmy do ciebie, bo mamy sssprawę. —Jaką sprawę? Przecież ja nawet nie wiem, gdzie jestem! —Jak to gdzie? – zirytował się głos. – W Krainie Pani Zamieci! —Ale w tym sęk, że ja tu nie chcę być! Chcę wrócić na powierzchnię...to znaczy tam, skąd tu przybyłem! —Tak, tak...wszysssscy tak mówią. Wszyssscy chcą wracać do tego chlewa... I wrócisz, nie martw się...jak tylko Helga cię wykorzysssssta... —Cco?! —Znaczy...nie! – głos zrozumiał jak zostały odebrane jego słowa. – Odesssłany będziesz, jak tylko Ona się zorientuje, że ty do niczego...jak reszta, która się tędy przewinęła... —Aha...a w czym mam być do niczego? – znowu nutka niepokoju zabrzmiała w głosie Jona. —No...nie powiedziała ci? – zdziwił się głossss...przepraszam: głos. – To sssstara torba... To chodź tu, opowiem ci na ucho. – zasyczał głos. —Może to ty wyjdziesz. – powiedział przekornie Jon. – I przestań tak syczeć, do cholery! —Nie mogę, sssspecyfika pracy... No dobra. – głos zamilkł na chwilę, a po kilku sekundach zza wezgłowia łoża wysunęły się ogromne uszy, rozłożyste jak para dwóch radarów, za nimi wychynęła płaska głowa z poszarpanym kosmykiem trzech włosów na czubku, cała czerwona i błyszcząca. —No to sssłuchaj. – zaczął jegomość, nie kwapiąc się, żeby wyjść w całości. Jego głowa podskakiwała nad brzegiem łóżka jak jakaś makabrycznie brzydka kukiełka. —Zamieniam się w ssssłuch. – odpowiedział Jon i potrząsnął głową. – Wybacz...to trochę zaraźliwe... —Wiem, u nas w sztabie to dopiero jesssst młyn...ci z wyższego piętra ciągle patrzą, czy im opony w furmankach nie flaczeją. – odrzekł stworek. – Ale do rzeczy... Jessssteśmy w Helgalandzie, to chyba wiesz? No...to jesssst takie...tak jakby...no...to ssssą ruiny tak jakby pańssstwa. Kiedyś to była Kraina Pani Zamieci...centralny organ zarządzania tak jakby pogodą powierzchni. A teraz? Teraz ta krowa, Sssstarsza Sssssiostra, przejęła biznessss. Wpadła tu zaraz po tej młodszej...fajna dupa z niej...no, wpadła i nie chciała iść! I się pokićkało. Zamieć ją tolerowała...ale ta w końcu ją zaszlachtowała soplem we śnie...bo wiesz, Pani Zamieć miała takie wielkie sople zamiast tak jakby zębów. No... Ale do czassssu, jak Aparat działał, było sssspokojnie – Ssstarsza dość tak dbała o Piece i Grusze. No, ale Pani Zamieć nie ma, to i nie miał kto konssserwować Aparatu... I wysiadł. Na amen. Nikt nie wie, jak go naprawić. I Helga...tak się kazała nazywać...przesssstała panować nad pogodą na powierzchni. Zresztą nie tylko nad pogodą, ale i nad kilkoma innymi rzeczami...ssskąd mogła wiedzieć, że aparat działa tak jakby wszechssstronnie... A teraz my, to znaczy ludność tak jakby, musimy harować w tej jej ssssadach i fabrykach, i nawet się ruszyć palcem nie da. Cholerne sssłoneczniki wszystkiego pilnują. – tu opowieść na chwilę zamilkła, by po chwili biec dalej. – Bo wiesz... - dodał stworek z wyjaśniającą miną – wpadł tu kiedyś taki doktor, co to się takim...dnem czy...deenanem...bawi i powiedział Heldze jak ona sssse może to...no...dno...zmienić, tak żeby coś tam się ssstało...nie wiem dokładnie! Ale od tego czasssu cholerne ssssłoneczniki nam nie dają ssssspokoju! —Nic nie rozumiem...ale co ja mam z tym wszystkim... —No już dochodzę! – przerwał mu stworek. – Od czassssu, jak zaczęli tu wpadać nowi goście...przez kanalizację czy jak oni to nazywają...to Helga szuka pomocy. Chce naprawić Aparat i zapanować ossssstatecznie nad Krainą, bo jak tego nie zrobi w ciągu dziesięciu lat, to jej góra zrobi kuku i ją zlikwidują...czy jakoś tak... Podobno ma szansę, bo to różni goście ssssą...ta ssssstudnia to jakaś...zaraz jak to Jontek mówił...dziura w...kołtinujum czasssssu...jakoś tak... No i Helga wszystkim pokazuje ten obrazek...ten lejlekrtonowy...ejlektronową lampę...i pyta, czy mogą pomóc. A jak nie mogą, to ich wysyła przez Kostkę żeby szukali gdzie indziej...oni z reguły uciekają jakoś i wszystko się kończy...a potem wpada ktoś nassstępny...tak jakby... —Zaraz! – zdenerwował się Jon. – Co to jest Kostka?! Co to jest ten Aparat?! I co ja do cholery mam z tym wspólnego?! —Ssspokojnie...już mówię. Chcemy, żebyś zniszczył Aparat. Góra się przez to pewnie zawali, ale co tam...Helgę zabiorą i sssami się tutaj jakoś urządzimy... No, wiesz co i jak, to ja spadam. —Chwileczkę! – Jon złapał potworka za ucho, co nie było specjalnie trudne. – Jak to góra się zawali? Znaczy mój świat? —No. Tak jakby. – kiwnął głową i uszami szpieg. – Chyba cię to nie martwi? Możesz tu zostać, jak chcesz. —Nie...ja nie wierzę...po prostu paranoja! – krzyknął Jon, puszczając stworka. Ten wykorzystał okazję i zwiał, nie wiadomo nawet którędy. W tym samym momencie drzwi się otwarły i wszedł Doradca. —Pani wzywa. – powiedział i wyszedł, chrząkając znacząco na ociągającego się Jona. Pięć minut później stał przed obliczem Jej Wysokości Helgi.

—No podejdź młodzieńcze! – śpiewnie zawołała Helga. – Niech się przyjrzę wybawcy mojej Krainy. —Wybacz...yyy...Wasza Wysokość – powiedział niepewnie Jon, zerkając na doradcę. W drodze na audiencję uzyskał błyskawiczne szkolenie, które mogło się zawrzeć w słowach „Wazelina, wazelina, wazelina i krem Nivea”. – Nie chciałbym urazić serca, które... - znów niepewne zerknięcie na Doradcę - ...opromienia swym niemalże boskim blaskiem cały wszechświat, Wasza Wysokość, ale chciałbym w swojej uniżoności się dowiedzieć, dlaczego tutaj, w tym cudownym i przepięknym miejscu, się znalazłem. Zrządzeniem zapewne Twojej wielkiej i wszechwiedzącej oraz dobro pragnącej czynić woli. —Prawdę mówisz, miły memu uchu przybyszu. – zaszczebiotała królowa, mile połaskotana tymi słowy. – Zaprawdę, oby więcej było takich, którzy prawdziwe piękno i ukryte zalety dostrzec potrafią. Zdać by się mogło, że zorza swym cielistym blaskiem pokorne głowy moich oddanych... —Czy odpowiesz mi na pytanie? – przerwał Jon, i szybko dodał: - Wasza wysokość? —Tak. – odrzekła sucho, ale się nie obraziła. Doradca był blady jak prześcieradło. – Więc, cny młodzieńcze, jesteśmy w dramatycznej sytuacji. – tu Helga z wyczuciem chwili opuściła głowę, symulując mdlenie. Ciągle jednak recytowała bezbłędnie. Jon miał ochotę powiedzieć, że od „więc” się nie zaczyna. – Nasz kochany kraj jest w straszliwym niebezpieczeństwie! – jej powieka zadrżała nieznacznie. —... - powiedział Jon. —Ponieważ milczysz, wyświetlę ci ogrom naszego nieziemskiego nieszczęścia. – powiedziała królowa głosem, jakim śpiewa się pieśń funeralną. – Moja ukochana przodkini – łgała Helga, a powieka jej drgała jak najęta – odeszła od nas. Pogrążeni w smutku i rozpaczy nie zauważyliśmy, że jej Aparat Pogody, który oddała mi w spadku – powieka zadrgała w konwulsjach – nie działa poprawnie. A ja, pogrążona w ciemnoszarej otchłani bezgranicznego żalu, nie zapytałam jej o to, orędując przy łożu śmierci naszej ukochanej Królowej. – powieka chciała się wściec. —... - powtórzył chłopak. —I niestety! – westchnęła królowa, nie zrozumiawszy. – Aparat się zepsuł. Nasz świat odczuł to najbardziej, na górze to jedynie nieznaczne anomalie pogodowe. Kochana Pani Zamieć, która odeszła tak nagle, osierocając oddany jej szczerze naród. – powieka wpadła w kolejną serię podskoków, zbędnym czyniąc użycie wykrywacza kłamstw. – Kochałam ją do głębi i tak jak tylko mogłam najbardziej! – zakrzyczała nagle królowa. Jon myślał, że jej rzęsy zaraz odpadną. – Ale nieszczęsna nie znalazła u nas ukojenia w swym bólu... Odeszła! Ach! – królowa jęknęła. Powieka o mało co nie odrywała się od twarzy. – Nie mogę...po prostu nie dam rady... - załkała i skryła twarz w dłoniach. Dały się słyszeć ciche syknięcia i po chwili królewska twarz ukazała się cała mokra od...łez? Jon złowił błysk szkła małego zraszacza, chowanego w rękawie. Doradca kopnął mnie z tyłu w kostkę. —Auuuuu...! – krzyknął Jon z bólu. - ...uuuudiencja ta jest dla mnie zaszczytem Wasza Wysokość. Cóż mogę zrobić dla ukojenia twego zszarganego serca? – zapytał, czując z niepokojem, że ma dziurę w skarpetce. Szlag, dowódca mnie zabije... —To szlachetne rycerzu, ale nie mogę ciebie wykorzystać. Nie...jesteś zbyt dobry...rycerzu. – królowa była doskonałą aktorką. Tylko ten kawał skóry szalejący na lewym oku... Jon już miał powiedzieć, że faktycznie, jest szlachetny i już odchodzi do żony i dzieci. —Odzyskaj dla nas tą... - zerknięcie na małą karteczkę – lampę elektronową! – szybko wyrecytowała Helga, ostrożnie wymawiając ostatnie słowa. Jon w duchu przeklinał swój refleks szachisty. —Tak, pani...zrobię co w mej mocy...o Wielka. Tym, których dziwi nietypowa dość uległość Jona, wyjaśnię, że w drodze na audiencję Doradca dość szczegółowo naświetlił Jonowi jego sytuację (nie omieszkawszy dodać słówka o powiece), gdyby ten delikatnie odmówił. Zresztą nie bez powodu ze tronem stały sługi z wysokimi tablicami i napisami „Rozżarzone kleszcze” i „Łamanie kołem”. W przypadku nieuprzejmej odmowy...cóż, tu Doradca tylko podskoczył ze strachu i pobiegł po tabletki uspokajające. —Dobrze. – powtórzył Jon, gdy królowa mu dziękowała. – Nie będę żądał zapłaty, gdyż zrobię to z czystego pragnienia czynienia tobie, o Pani, dobrze...dobra, chciałem powiedzieć. – czarne tablice zachwiały się niepokojąco, ot tak na wypadek, gdyby Jon o nich zapomniał. —Żeby to więcej było takich, jak ty, paniczu... Doradco, poinstruuj naszego bohatera. – zawołała Helga. – Pojdę odpoczywać. – zakończyła, i wyszła bardzo władczo i bardzo sztucznie, a za nią, obijając się jedna o drugą, maszerował las czarnych tabliczek. Z doradcy jakby zeszło powietrze. Dalej stał prosto, ale już pozwolił sobie na mrugnięcie powiekami i głębszy wdech. Gdy kroki królewskich pantofli umilkły na dobre, odważył się nawet odchrząknąć i podszedł nieśmiało do Jona. Młody żołnierz nie był zachwycony. —No dobra. To jak mam uciec. – zapytał wprost. —No, to nie będzie takie proste, widzisz... —Ale podobno wszyscy poprzedni goście jakoś uciekali i udawało im się stąd wydostać! Jak?! —Spokojnie...to nie jest tak. – spokojnie replikował Doradca. – Dotąd sytuacja nie wyglądała tak opłakanie. Widzisz...ta hołota z tabliczkami...to są „dzieci” królowej. Słychać było cudzysłów? No...nikt oczywiście nie wierzy w tą bujdę...Helga chyba by miała teraz biodra jak szafa...ale niestety, z królową się nie dyskutuje. A te jej dzieci skutecznie zapobiegają wszelkim dyskusjom jakie ewentualnie mają okazję się narodzić...tylko, że nigdy nie było ich tylu! Dzieci, znaczy się. A od paru tygodni to się tak zaczęli rządzić, że zgroza. No i już przekupili Beethovsky’ego...kiedyś to on za panienkę odsyłał tych debili, co to pod nogi nie patrzą i do studni wpadają...a teraz? Teraz to on już jej jest, nie ma szansy na ucieczkę...więc, jak widzisz...chyba nie masz potencjalnie wyjścia... Beethovsky już cię nie wykopie na górę przez studnię a standardowe wyjście przez Kostkę nie działa od czasu zaszlachtowania Zamieci. No...to tyle...chodź, pokrótce i wyjaśnię, co masz zrobić. —Zaraz, zaraz! – krzyknął Jon, strasznie skołowany. – Przecież nie możecie mnie zmusić do niczego! Jestem wolny! —No jesteś. Jasne, nikt nigdy temu nie zaprzeczał. Jak chcesz, możesz skorzystać ze swojej wolności, nikt ci nie broni. – powiedział Doradca, pokazując dyskretnie oddalającą się tablicę z napisem „Wnętrzności + Obcęgi=...”. —To...to jest bezprawne! – desperacko wrzasnął Jon. —No pewnie, że jest. – zakwiczał Doradca. – A moja to wina?! Chcesz, to idź z nią porozmawiaj. Tylko nie zapomnij o testamencie. —Ale...przecież...to nie może...tak nie wolno...no to przecież... —No już nie wymyślaj. – ziewnął Doradca. – I tak nic nie wymyślisz. Wierz mi, chłopie...jestem z tobą, ale...ta jej świta nie jest. —A co z innymi? – cicho spytał Jon. – Przecież ktoś tu musi mieszkać! Czemu swoich nie wysyłacie? —Wysyłaliśmy...znaczy wysyłała, a jak! Tylko, że jak dwustu tysięczny nie wrócił, to reszta uciekła, póki jeszcze Beethovsky rósł sobie pod studnią nie przekupiony... Do was uciekli! Zaraz, jak wy ich nazywaliście...? Dzieci kwiaty? Jakoś tak... Jon patrzył bezrozumnie. —To jeszcze nie twój czas, pewnie...oni chyba wskoczyli w przypadkowe czasy. – wyjaśniająco dodał Doradca. – No, a ci co zostali, to muszą tu harować. Sady, Chlebownie – ktoś to musi przecież obsługiwać. A Helga nie jest aż tak głupia, żeby zarzynać własny kraj brakiem żarcia. —Mam jakieś wyjście? – zapytał po chwili Jon. —No...już wolałbym iść szukać...zawsze to jakaś szansa, a u Jontka to nie masz szans na bezbolesną śmierć. Wiesz, on jak tu wpadł, to się okazało, że pracował w Urzędzie Skarbowym...no i Helga go zatrudniła... —No to prowadź.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych