Wróć do katalogu

Arisjański fiolet - rozdz.1

W świecie, w którym nic nie jest takie jak było.

polapane, opublikowano , 24 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

https://www.facebook.com/PolaPaneArisjanskiFiolet

ROZDZIAŁ I

„Jeśli rozpacz jest bez złudzeń, trzeba postępować tak, jakby się miało nadzieję albo się zabić.” Albert Camus

Rozproszone światło o pomarańczowym zabarwieniu przebijało się przez pokrywę gęstych chmur i tylko dodawało grozy pustynnemu krajobrazowi, jaki roztaczał się przede mną. Bezkresna równina, suche, samotne drzewo i ja – Emily Walker, zagubiona i równie samotna. Od jakiegoś czasu stałam nieruchomo próbując bezskutecznie złapać oddech, co dziwniejsze byłam pewna, że nie oddycham od dobrych paru minut, ale i tak śmierć nie nadchodziła. Za to pojawił się strach bezwzględny, uporczywy, wypełniający powoli każdą komórkę mojego ciała. Przymknęłam powieki i czekałam. Tylko na co? Nie miałam pojęcia… Otworzyłam oczy i wlepiłam wzrok w ciemność. Znajomy zapach wilgoci i pleśni uderzył mnie w nozdrza. Wróciłam do rzeczywistości. – Sen – powtarzałam w myślach – to tylko zły sen, ten sam, który śni mi się od dwóch tygodni, odkąd postanowiłam wyjść na zewnątrz. Może to zapowiedź rychłego końca? Może…, ale to już bez znaczenia.

Z sąsiedniego łóżka docierał do mnie szmer ciężkiego, lecz miarowego oddechu mojej mamy Megan, a stłumiony jęk sprężyn świadczył, że właśnie obróciła się na drugi bok. Wkrótce się obudzi i będę musiała z nią porozmawiać. O nas, o naszej przyszłości i o mojej desperackiej decyzji. Od kilku dni zbieram się na odwagę, by powiedzieć jej o moim postanowieniu słusznym czy nie, nieważne. W obliczu czasu, który kurczy się nieubłaganie, to naprawdę nieważne.

Chciałabym już zakończyć ten koszmar, to życie bez normalnego życia, ten tydzień bez dni tygodnia, ten dzień bez światła dnia, jeden podobny do drugiego, taki sam jak wczoraj i jak przedwczoraj.

Ostrożnie, by nie narobić hałasu, usiadłam na materacu. Po omacku sięgnęłam pod łóżko, gdzie ukryłam spakowany wcześniej stary, spłowiały plecak i przyciągnęłam go do siebie. Było w nim wszystko, co mogło zapewnić mi przetrwanie na powierzchni: brudny, wytarty koc, kurtka z brązowego ortalionu, trochę znoszonych ciuchów po mamie, paczka twardych, wojskowych sucharów i metalowy, poobijany kubek. Dodatkowo do pokaźnych rozmiarów kieszeni plecaka wcisnęłam rzeczy, które jak mi się zdawało, powinnam mieć pod ręką: kompas, mapę tych okolic, butelkę mętnej wody, składany nóż i pudełko z paroma zapałkami w środku. Musiało wystarczyć.

Schyliłam się i zaczęłam sznurować buty. Gdy wiązałam drugi, w charakterystyczny sposób zaskrzypiało sąsiednie łóżko. Odruchowo zwróciłam twarz w tamtą stronę. Mimo że ani zarys ludzkiej sylwetki, ani choćby niewyraźny cień nie rozproszyły gęstej nocy, wiedziałam, że mama już nie śpi i właśnie usiadła na swoim posłaniu. – Nie śpisz? – po chwili usłyszałam jej zaspany głos. – Nie – odpowiedziałam cicho. Wzięłam głębszy oddech i zaraz tego pożałowałam, bo wraz z powietrzem intensywniej poczułam nieprzyjemny zapach stęchlizny. Nienawidziłam tej woni towarzyszącej mi od dziecka, wypełniającej mnie całą, drażniącej gardło, oblepiającej język, mącącej umysł… Najwyższy czas powiedzieć: dość! Z trudem przełknęłam ślinę. – Mamo, musimy porozmawiać – powiedziałam zdecydowanie, mimo to nie mogłam ukryć drżenia głosu. Nie odezwała się, lecz gdybym mogła przebić wzrokiem otaczający nas mrok, z pewnością dostrzegłabym w jej oczach strach. Od kilku dni obserwowała mnie z rosnącym niepokojem. Wiedziała, że coś planuję, a ja wiedziałam, że jej się to nie spodoba. Ale żadna siła nie była w stanie wpłynąć na zmianę mej decyzji. By dodać sobie odwagi, zacisnęłam mocno dłonie na parcianych szelkach plecaka. – Postanowiłam wyjść na zewnątrz – oświadczyłam półgłosem. Nadal milczała, więc powtórzyłam trochę głośniej: – Wychodzę na zewnątrz – znów cisza. – Słyszysz, co mówię? – Słyszę i myślę, że zwariowałaś – powiedziała zduszonym głosem. – Nie rozumiem, co ci przyszło do głowy Emily? Przecież tam na zewnątrz jest tylko śmierć. – Nie wiemy tego na pewno. Poza tym tu też nas czeka tylko śmierć, więc co za różnica – wzruszyłam ramionami. – Czy to nie wszystko jedno, gdzie umrę? W schronie czy na powierzchni, to już bez znaczenia, nie chcę tak żyć. – Nie mów tak – zganiła mnie ostro. – Masz dopiero osiemnaście lat i całe życie przed sobą. – Akurat – wpadłam jej w słowo – raczej całe życie za sobą. Nie czuję, by cokolwiek było przede mną – mruknęłam ponuro. – Poza tym jestem dorosła, więc sama mogę o sobie decydować. Nie odpowiedziała, więc kontynuowałam: – Przemyślałam wszystko dokładnie i uważam, że ktoś jednak przeżył. Chcę odnaleźć innych ludzi. – Nie sądzę, by ktoś przeżył – powiedziała z rezygnacją. – A my niby co? Wybryk natury? Błąd statystyczny? Daj spokój, nigdy w to nie uwierzę – oburzyłam się. – Pomyśl tylko logicznie, skoro my przetrwałyśmy aż dziesięć lat, to pewnie innym też się udało. – Przetrwałyśmy, bo twój dziadek miał dość oryginalne hobby i zbudował sobie w ogrodzie w pełni wyposażony schron – zaśmiała się nerwowo. – Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek będę mu wdzięczna za to dziwactwo. – Powiedz mi, na co chcesz tu czekać? Na zbawienie? Przecież wody starczy nam co najwyżej na tydzień, a jedzenia na jeszcze mniej. Nie mam zamiaru tu zostać ani godziny dłużej. – Okej, masz rację – westchnęła. – Ale nie myśl, że puszczę cię samą. Jeśli naprawdę masz zamiar wyjść, to idę z tobą i to nie podlega dyskusji – oświadczyła kategorycznie. Spodziewałam się takiej odpowiedzi. Jeszcze dwa dni temu rozważałam możliwość zabrania jej ze sobą, dopóki nie zauważyłam jak bardzo jest osłabiona. Odmawiała sobie jedzenia oraz wody, by wystarczyło na jak najdłużej dla mnie. Zbyt późno się zorientowałam. A teraz…, teraz nie uszłaby nawet pół kilometra. Razem nie miałyśmy szans, z kolei oddzielnie nasze szanse i tak były niewiele większe, ale chciałam zaryzykować, choćby moja wyprawa miała skończyć się zaledwie kilka kroków od schronu. – Mamuś, proszę. Nie komplikuj… – powiedziałam błagalnie. Milczała, a ja niemal słyszałam przebiegające przez jej głowę myśli, ich szalony galop zdawał się rozbrzmiewać również w mojej głowie. Czułam jak w skupieniu analizuje coś intensywnie. Widziała moją determinację, rozpoznała ją w moim głosie i rytmie oddechu. Doskonale wiedziała, że nie odpuszczę, że już za późno, by coś zmienić. Mimo to próbowała znaleźć lepsze rozwiązanie, lepsze dla nas obu. Ale innego rozwiązania po prostu nie było.

Trzask zapałki przełamał ciszę i mama zapaliła wypaloną do połowy świecę, ostatnią jaka nam została. Słabe, lekko żółtawe światło rozjaśniło pomieszczenie. Mama usiadła obok mnie, objęła czule ramieniem i powiedziała łagodnie: – Emily, posłuchaj. Idę z tobą, czy tego chcesz, czy nie. – Ale… – próbowałam jej przerwać, lecz zakryła mi dłonią usta nie dając dojść do głosu. – Wysłuchaj do końca, tylko mi nie przerywaj. Bardzo cię proszę. Pokiwałam głową. – Zrobimy tak: wyjdziemy razem i jeśli warunki na zewnątrz okażą się znośne, pójdziemy do domu dziadka, przecież to tylko sto metrów. Może dom jeszcze stoi, a jeśli tak, to będzie naszym schronieniem na następną noc, a może nawet na parę dni. Nabierzemy sił, może znajdziemy jakieś jedzenie i zastanowimy się spokojnie co dalej. Ale jeśli powietrze nadal pozbawione jest odpowiedniej ilości tlenu, to tak jak powiedziałaś, nieważne gdzie umrzemy, czy tu, czy tam. Też mam już dość tej cuchnącej nory. Szczerze mówiąc o domu dziadka, jako o tymczasowym schronieniu, nie pomyślałam. Była w tym jakaś logika i aczkolwiek niechętnie, ale przyznałam jej rację. – To, kiedy ruszamy? – spytałam. Mama uśmiechnęła się z satysfakcją. – Choćby i zaraz. No… może niekoniecznie zaraz – spojrzała wymownie na mój spakowany plecak. – Też chciałabym zabrać parę drobiazgów. Daj mi kilka minut.

***

Dużo trudu kosztowało nas sforsowanie dwóch ciężkich włazów zabezpieczających wyjście. Z pierwszym poszło nam całkiem sprawnie. Przedostałyśmy się nim do przedsionka, który prawie od razu przeszedł w kilkunastometrowy, betonowy tunel z niskim sufitem. Wyczuwałam pod stopami niewielką pochyłość podłoża. Korytarz najwyraźniej prowadził lekko w górę z każdym krokiem potęgując wrażenie, że sufit coraz bardziej się obniża. Resztę dystansu przebrnęłyśmy zgięte w pół, niemalże sunąc nosami po ziemi. W końcu tunel zakręcił w prawo i stanęłyśmy na wprost drugiego włazu. Tu spotkała nas niemiła niespodzianka, metalowa wajcha pełniąca rolę klamki najwyraźniej się zapiekła i nie chciała drgnąć nawet o milimetr. Mama zaklęła paskudnie, mimo że nigdy nie słyszałam z jej ust żadnego przekleństwa. – Przepraszam… – bąknęła zaraz. – Ale chyba utknęłyśmy tu na dobre. – Spokojnie. Wrócę do schronu i przyniosę coś ciężkiego. Czekaj, zaraz wracam. Rzuciłam swój plecak na ziemię i pognałam z powrotem. Obróciłam dosłownie w minutę, chociaż wcześniej zdawało mi się, że pokonywałyśmy ten sam odcinek całą wieczność. Kilka uderzeń sporym młotkiem wystarczyło, by drzwi puściły. Udało się. Wyszłyśmy na wolność.

Mama mocno ścisnęła moją rękę i zdecydowanym gestem pociągnęła mnie za sobą w ciemność. Stałyśmy teraz na zewnątrz bojąc się wciągnąć powietrze do płuc. Poczułam na twarzy delikatne muśnięcie wiatru. Pod wpływem tej niespodziewanej pieszczoty zupełnie odruchowo wzięłam głęboki oddech, od którego zakręciło mi się w głowie i to nie z braku tlenu, ale z jego nadmiaru. Mogłyśmy oddychać i to było niesamowite.

Żadna z nas się nie odezwała. Po prostu stałyśmy w milczeniu i oddychałyśmy miarowo, delektując się każdą porcją wdychanego powietrza. Z każdą mijającą sekundą wkradała się do mojego serca nadzieja nie tyle na lepsze jutro, ale w ogóle na jakieś tam jutro. Uczucie radości nie trwało jednak zbyt długo, zburzyła je mama. – Chodźmy prędko do budynku – szepnęła w którymś momencie. – Coś jest chyba nie tak. – Jak to nie tak? Jest lepiej niż myślałyśmy – zdziwił mnie jej nieuzasadniony niepokój, mimo to zaczęłam nasłuchiwać i rozglądać się nerwowo próbując dostrzec coś w mroku. – Jest podejrzanie cicho – wyszeptała mi wprost do ucha. – To nienormalne. Miała rację, że też wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Cisza była tak dojmująca, że aż bolały uszy. Pociągnęła mnie w stronę domu dziadka. Mama szła pierwsza, pewnie stawiała kroki, a ja trzymałam się najbliżej jak mogłam przywierając mocno do jej ramienia. Wkrótce dotarłyśmy do drzwi na tyłach domu. Bałam się. Mimo że było dość chłodno, pot cienką strużką spływał w dół moich pleców. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że to dla mnie zupełnie nowy, obcy świat i nawet gdyby zachował taką formę jak przed katastrofą, też nie byłby to mój świat. Prawda jest taka, że nie wiedziałam nic o życiu. Moja wiedza ograniczała się tylko do tego, co można było wyczytać z książek albo co opowiedziała mi mama. Na ile miała mi się ta wiedza przydać, przyszłość pokaże.

Mama położyła ostrożnie dłoń na klamce. Drzwi ustąpiły dość opornie, a metalowe zawiasy skrzypnęły głośno. Z trwogą przestąpiłyśmy próg i zatrzymałyśmy się w holu nasłuchując. – Chyba nikogo tu nie ma – stwierdziła mama. – Niepotrzebnie panikowałam. Ale ta cisza …, ta cisza jest taka, taka dziwna, jakby cała przyroda umarła. – Bo przecież umarła… – dopiero teraz to sobie w pełni uświadomiłam. – Jutro będziemy się tym martwić – powiedziała pogodnie mama. Wygrzebała z kieszeni zapałki i zapaliła stojącą na komodzie lampę naftową, po czym z ciężkim westchnieniem opadła na pobliskie, mocno przykurzone krzesło. Wyglądała na zmęczoną. Rozglądałam się nieufnie po domu wciąż nie mogąc pozbyć się wewnętrznego niepokoju. Dom wyglądał na od lat niezamieszkały. Podłogi, meble i inne sprzęty pokryte były kilkuletnim rdzawo brązowym kurzem, który…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych