Wróć do katalogu

Arszenik

jest to opowiadanie ,,Improptu Arszenik" (również zamieszczone na tym serwisie) napisane od nowa.

Robin Goodfellow, opublikowano , 23 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

tekst umieszczony w /abcd/ to słowa, które bohater słyszy z radia (nie chce mi się bawić z kursywą)

Arszenik

Nie mogłem wychwycić. Nie mogłem oddzielić. W zaduchu laboratoryjnego pomroku coś falowało. Tylko nie mogłem wychwycić, nie mogłem oddzielić – co. Tj. miałem podejrzenia. To mogłem być ja. To mogło być laboratorium. To mogła być powszechna, niewyjaśniona fluktuacja. Byłem pewien, że coś w tym zaduchu kpi z mojej ciężko uciułanej normalności, że w tym zaciemnieniu skrupuł mój (ten sam, co to trzyma człowieka na co dzień w ryzach) jakoś się skołtunił, rozluźnił, wszystko było mu jedno, nogi na stół założył, paluch do nosa wepchnął, siadł z boku i patrzył. Trudno było mówić o dniu, bo to już nie był dzień. Trudno było mówić o wieczorze, bo to jeszcze nie był wieczór. Można się było natomiast umówić na zmierzch. Można było poczynić założenie o zmierzchu, chociaż to nie miało żadnego znaczenia. A tu faluje w najlepsze. W amplitudzie każda z kolejnych fal pęczniała i rozbryzgiwała się, by piąć się od nowa. Przegrana sprawa. Mówię – położę się na tych falach, a co. W końcu nie raz obcowałem z falami morskimi, więc i z tą przedziwnością – wypaczeniem zmierzchu powinienem był sobie dać radę. Siedzę, wyczekuję, chciałbym umęczone ciało złożyć na nietrwałych spiętrzeniach, nie bacząc na wodorosty i wyimaginowane cienie prześlizgujące się pod powierzchnią. Przegrana sprawa. Wziąłem obuchem w łeb: nic z tego. Wokół mnie żadnych fal. Ale nasłuchuję – naprężam, pobudzam najcudaczniejsze dziwolągi mojej świadomości (ależ ja jestem w tym śmieszny!). I nic. Ale jakże nic, skoro ja czuję! Niejako – organicznie… Na całym ciele wyczuwam, że jednak faluje. Musi falować… Skoro nie laboratorium – pomyślałem – skoro nie zlewki, menzurki, słoje, ławy, szczypczyki, butelki z Lejdy, to muszę być ja. Nie ma innej rady – patrzę przeto po sobie. Głupie? Nie, nie głupie – falowanie to, choć póki co mogłem się go tylko domyślać, miało naturę – wyobrażam sobie – bardzo fizyczną, a nie duchową, metafizyczną, transcendentną, niewysłowioną, górną, lekką, wiotką, nieuchwytną, lotną, nośną, platońską – czy jaką byście sobie nie zażyczyli. Otóż nie, to było w jakiś prymitywny i toporny sposób cielesne, jakoś musiałoby się zatem prędzej czy później objawić – nieskomplikowanie i niezgrabnie. Z tego siedzenia mojego, spozierania niewiele wynikło. Przyszło mi wziąć się za bary z kolejnym faktem: to nie ja falowałem – pęczniałem – rozbryzgiwałem się. Skoro nie ja, skoro nie otoczenie drażniące, osaczające, to widocznie odbywało się to jakoś „wspólnie”, jakoś „globalnie” – a zważywszy, że przecież niby nic się nie działo, że materialność zjawiska, chociaż bezsprzeczna, nie śpieszyła się, aby wypełznąć – nade wszystko jakoś „podskórnie”. Przegrana sprawa. A tymczasem za plecami moimi radio gadało. Zgodzony za pieniądze raczej marne aktor czytał ustępy nowej powieści jakiegoś pisarza. Naturalnie widział się na deskach, naturalnie miał na sobie fantazyjny kostium, naturalnie nie siedział przed mikrofonem w ciasnym studiu, naturalnie nie czytał tych słów tylko dlatego, że autor ma znajomego w stacji, naturalnie to nie była powieść, naturalnie, że mówił właśnie „Jeśli nasze zwiewne cienie budzą twe zniecierpliwienie, pomyśl, widzu, żeś spał chwilę, żeś te zjawy śnił – i tyle…” Naturalnie, że to mówił, nie, nie był w stacji, to mówił, to właśnie mówił, Jezus Maria, Jezus Maria, to mówił, nie w stacji, na deskach, jakże by tego nie mówił, to mówił, Święta Panienko, to mówił, przecież ambicja, to mówił, przecież szkoła, to mówił, przecież on jak szedł ulicą, to mówił, przecież ojciec jego, to mówił, to mówił… Tylko ja, widać, źle słyszałem. /U wujostwa bywałem na wywczasach, od kiedy tylko nauczyłem się udawać to wszystko, co młody człowiek umieć udawać powinien. Wuj zaraz po wojnie zaczął pracę w pegeerze, niedługo też ściągnął tam ciotkę z jednym kuzynem moim uczepionym spódnicy i drugim jeszcze w łonie./ Tymczasem podskórność chwilowo zbledła na rzecz innych zjawisk, jeszcze bardziej materialnych i anty-duchowych. Tam na półkach stało wiele słojów z substancjami o różnej konsystencji, właściwościach i zastosowaniu, ale tylko jeden na dobre, widać, rozbestwił się w swojej natrętnej opasłości. Był brązowy, już bardziej zmatowiały, niż połyskujący, rozpychał się bezczelnie pośród innych słojów. Stał tam infantylnie korpulentny jak ten Ubu Imperator i brzuch swój wprost na mnie wywalał. Nie mogłem patrzeć, spuściłem wzrok. /…od tamtej pory, mimo iż było to dalece irracjonalne, częściej zachodziłem do leśnego jaru. Wszeteczność tej niszy w ziemi, ot rowu, nie innego, niż dziesiątki innych w tamtej okolicy, kazała mi w śmieszny i dziecinny sposób przeć ku sobie. Bywałem tam nieomal co dzień, jakby czekając…/ Trójtlenek arsenu był zawsze godnym zaufania asasynem. Nie ustrzegł się przed nim jeszcze żaden prusak, którego choćby drasnął jego sztylet – trucizna. Tymczasem ja nadal niemałego wysiłku dokładałem, aby patrzeć na słój (a to i tak nigdy nie dłużej, niż chwilę), którego szkarada nie tyle nie była na moje siły, co raczej zbyt trywialnie współgrała z ohydą wieczoru (bo już można było mówić o wieczorze). To jakby zaimprowizować bluesa e – moll po skali eolskiej mollowej e. Otrząsa człowieka. Nadmiar harmonii uwiera. /…sierpień. Moje schadzki z owym wądołem nabierały zwolna cech swoistego rytuału. Im jednak więcej świętości było w samym moim bywaniu, tym mniej prawdziwa wydawała się możliwość spełnienia nadziei zasianych we mnie na początku lipca. Jeszcze kołatało mi w głowie tamto migotanie spośród drzew, ale w chwilach większego wyczerpania, lub też znużenia, nie mogłem rozeznać, czyli jest to wspomnienie realne, czy tylko majak zrodzony we śnie, zasymilowany przez pamięć./ Wyciągnąłem rękę, uchwyciłem, przyciągnąłem do piersi, odkręciłem, zajrzałem. Nozdrzy moich doleciała nieprzyjemna woń. Miałem się skrzywić w obrzydzeniu, lecz w tym samym momencie zdjęła mnie innego rodzaju ohyda, a nawet śmieszna panika, bo przecież nie ubrałem rękawic ochronnych. Ja jestem człowiek bojaźliwy i przezorny, eksperymentów z reguły nie lubię, toteż czym prędzej odłożyłem słój. Zauważyłem, że pożółkła kartka przyklejona do jego powierzchni z nabazgranym długopisem As2O3, nieco się obsunęła na skutek ujęcia w dłoń, co świadczyło o tym, że klej wysechł i słabo trzyma, co z kolei dowodziło, że sama zawartość musi nie być pierwszej młodości. Może to dziwne, ale o ile – jako chemik – miałem relatywne zaufanie do trucizn, z którymi obcowałem na co dzień i wiedziałem, że odpowiednio traktowane, dają się obłaskawić, o tyle odraza wzbierała we mnie na samą myśl o przeterminowanych toksynach, zjełczałych związkach tłuszczowych i fazach wydzielonych tam, gdzie powinna znajdować się substancja jednolita. O wszystkim, co konspirując z czasem, wymknęło się formom mi bliskim i przewidywalnym, tym z karteczek opisujących naczynka i ewidencji, wraz z którymi przywieziono je do laboratorium. Substancje martwe – trupy związków – były tym, co napawało mnie zawsze niepokojem. Nie wiedzieć czemu – splunąłem na ziemię. Spozieram znów nieśmiało na ten słój (a on stoi, patrząc na mnie). Myślę, że na jego cielsku brudnym, matowym, jak i wieku, mogły faktycznie znajdować się śladowe ilości trucizny (a on stoi, patrząc na mnie). Obmywam ręce (a on stoi, patrząc na mnie). Siedzę, głowę nisko skłoniłem, prawie między kolana (a on stoi, patrząc na mnie). Słucham trochę tego bredzenia w radiu (a on stoi, patrząc na mnie). A on stoi, patrząc na mnie. Czuję, że się czerwienię, jednocześnie zapadając w szarość (a on stoi, patrząc na mnie). Spuszczam ponownie wzrok (a on stoi, patrząc na mnie). To zaś ukradkiem spozieram (a on stoi, patrząc na mnie). To zaś spuszczam (a on stoi, patrząc na mnie). Spozieram (a on stoi, patrząc na mnie). Spuszczam (a on stoi, patrząc na mnie). I chyba coś na wzór chytrego uśmieszku majaczy na mojej twarzy (a on stoi, patrząc na mnie). Sięgam wolno, dobrze ważąc każdy ruch, po gumowe rękawice (a on stoi, patrząc na mnie). Naciągam na lewą dłoń (a on stoi, patrząc na mnie), naciągam na prawą dłoń (a on stoi, patrząc na mnie). /…było nieswojo. Kiedym tamtego popołudnia szedł przez las, aby nawiedzić mój wąwóz, zaczęło zdrowo lać./ Koniec końców, musiałem sięgnąć ponownie po słoik z arszenikiem. Zrobiłem to jednak teraz z odpowiednim namaszczeniem, a swobodnie, pewnie, te rękawice dawały mi poczucie pewności i mocarności, którym miałem ochotę się napawać. Odkręciłem, pewnym ruchem odłożyłem pokrywkę na ławę laboratoryjną i zajrzałem do środka. Niewiele już widziałem, było bardzo ciemno. Śmiało zanurzyłem dłoń w substancji, aby zbadać jej konsystencję. Tak, jak myślałem – trójtlenek arsenu postaci amorficznej. Była to swego rodzaju maź, jednak na tyle niejednorodna, że wyczuwałem między palcami szorstkość nierównomiernie rozsianych granul. Wstręt, który zdjął ciarkami całe moje ciało, nie udzielił się dłoni zanurzonej w słoju. O, nie – ta zaczęła babrać się w tym paskudztwie, taplać, paluchy do najtrudniej dostępnych zakamarków pchać, byle dalej, byle rozgnieść grudę o załamanie szkła, zmasakrować cuchnącą papkę, zespolić się z nią w kloace. I mało jej tego było. Uczuła, że musi wydobyć choć trochę na zewnątrz. /…dało się znieść. Własnego warcholstwa…/ Ujrzałem, że wyciągam dłoń, która tam w środku słoja (kiedy była ciałem całkowicie suwerennym) nabrała uczciwą miarkę As2O3 na palec wskazujący i środkowy. Wtem, wbrew mojemu wcześniejszemu pojęciu o sobie samym, wydało mi się całkiem nęcącym i migotliwym, aby obejrzeć tę próbkę z bliska. Zacząłem przybliżać dłoń z arszenikiem do twarzy i oto miałem ją nagle przy samiutkich ustach… jakbym chciał posmakować… Szarpnął mną gwałtowny hamulec, gdy tylko ujrzałem się w całym absurdzie mojego postępowania (tak, jak zapewne ujrzał mnie mój naonczas mający labę skrupuł). Odsunąłem czym prędzej rękę. Czasy stały się frywolne. Ciotka spuściła z tonu, jeśli chodzi o restrykcyjność w stosunku do mnie, zapadła się w siebie, co ja skrzętnie wykorzystywałem. Jakże innego wydźwięku musiały wtedy nabrać… Mówię – nic nie zbadałem. Teraz, kiedy siedziałem tak z trucizną w ręce, kiedy było jedno, kiedy włos mój tłusty był i zmierzwiony, pot skapywał ustawicznie spod pach, a oczy (wyobrażam sobie) nabrały wyrazu obojętności, miałbym poprzestać? /…całkiem wtedy mało…/ Miałbym przerwać eksperyment w połowie? Ja – na Boga – naukowiec? Kiedy już się na niego zdecydowałem? Albo raczej – kiedy zgodziłem się na zainicjowanie go przez moją prawą dłoń? Przez okoliczności? I co? – schować do słoika, zakręcić i…? Nie, to nie wchodziło w rachubę. /…że jakby wcale…/ Przybliżyłem do twarzy w podobny sposób, ale usta raczej starałem się omijać, by znów mnie głupoty się nie uchwyciły. Nozdrza – pomyślałem – spróbuję jak wyjdzie przez nozdrza. Przysunąłem arszenik na może 2-3 centymetry od nosa. Kiedy do nozdrzy zaczął mi się sączyć ostry, nieprzyjemny zapach, zaciągnąłem się, co sił. Naraz czerń przed oczyma, nic, tylko duszny eter. Z oka mojego prawego spłynęła cierpka łza. Z oka mojego lewego spłynęła cierpka łza. Znów musiałem dłoń czym prędzej zabrać. Nie przez nozdrza. Znalazłem się w tym smutnym punkcie, w którym wszelki koncept rozmywa się i zatraca. Przypomniałem sobie bajkę Morcinka „O tym, jak…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych