Wróć do katalogu

Astalos en Hagor - rozdział III

Na miasto, w którym schronił się Podróżnik, maszeruje ogromna armia. Czym skończy się ta walka? Proszę o komentarze i głosy

Astalos, opublikowano , 20 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

III

Ziemia drżała. Kilkanaście tysięcy stóp i kilka tysięcy kopyt co chwila odrywało się i znów spadało na ziemię miarowym rytmem. Wśród ich dudnienia prawie zupełnie gubiło się skrzypienie kół wozów ze sprzętem do budowy wież oblężniczych i z zapasami. Żołnierze, idąc piaskową drogą wzbijali tumany kurzu i piasku, który osiadał na lśniących zbrojach, spoconych twarzach oraz wąsach i brodach. Każdy szedł w idealnym porządku, każdy znał swoje miejsce i nikt się nie wychylał. Pierwsi szli pikinierzy. Południowe słońce odbijało się w ostrzach ich pik, gdyż cel ich marszu znajdował się właśnie na południu. Z daleka można było dostrzec ogniste piki, których zapewne niejeden prosty człowiek by się przestraszył i puścił wieść o armii ognistych rycerzy idących na zatracenie świata. W rzeczywistości to jednak tylko słońce czyniło takie złudzenie. Podobnie było z pancerzami, które teraz jednak coraz bardziej się kurzyły i coraz mniej odbijały promienie. Za nimi miecznicy podążali miarowym krokiem, dalej łucznicy, mniejsza liczba kuszników i w końcu kawaleria, ciężka i lekka. Gdzieś z tyłu, przed wozami jeszcze szły trąby, bębny, liry, piszczałki i wiele innych instrumentów, które przygrywały żołnierzom i zagrzewały ich do boju. Wśród dudnienia kroków , skrzypienia nie naoliwionych wozów, mieszaniny przeróżnych brzmień instrumentów i parskania koni dawał się słyszeć tubalny głos żołnierzy, którzy śpiewali by umilić sobie marsz pewną znaną, rubaszną piosenkę. Każdą zwrotkę kończył gromki śmiech i głośne "Hej-ha!". Nad nieprzeliczonym tłumem wojaków powiewały kolorowe chorągwie o różnych kolorach i z różnymi znakami. Tu niesiono żółtą z niebieskimi kropkami, tam fioletową z czerwonym kołem, gdzie indziej znów czarną z białą rybą. Największa, czerwona, szła w pośrodku kawalerii, obok głównego wodza - Rinarda Endrila. Postawny ten człowiek ubrany był w dostojne, czerwone szaty. Zbroja płytowa wypolerowana jak żadnego rycerza świeciła się w słońcu, czerwona peleryna natomiast co chwila powiewała leniwie. Podobnego koloru miał także naramienniki i włosy u hełmu, który nie zakrywał mu twarzy. Można w niej było dojrzeć wrodzone szlachectwo i przywództwo. Rysy zdradzały niepospolity, łagodny charakter, choć czasami bywał także i okrutny. Mężczyzna średniej urody, której odejmowały mu jeszcze ogromne, czarne wąsiska rosnące pod niewielkim nosem. W dodatku miał chudą twarz, więc wąsiska wystawały poza nią i wyglądał z tym dość komicznie. Rinard nie przejmował się swym wyglądem, nic nie robił sobie z żartów swoich żołnierzy. Wręcz przeciwnie, uważał je za swoją dumę, a żarty o swej "dumie" chętnie sam powtarzał w towarzystwie gdy trochę podpił. Koń czarnej maści wyróżniał się wzrostem spośród innych. Podobne z resztą, jak jego właściciel. Na jadącej przy nim chorągwi dwa złote lwy skakały sobie do paszcz. Ten sam znak nosili wszyscy żołnierze na zbrojach i tarczach. Było to godło Barigotu, królestwa, które na nowo rozpoczynało wojnę z Naridem zakończoną wcale niedawno, zaledwie przed kilkoma miesiącami. Szli tak równym krokiem, pewni, że tym razem wojna nie będzie przegrana. Stosunki między Barigotem a Naridem już od dawna były zaognione i żadne rozmowy dyplomatyczne nie mogły zapobiec nowej wojnie. Powoli zmierzchało, gdy ich oczom ukazało się upragnione miasto. Najpierw żołnierze ujrzeli okoliczne wioski, później samo Kaldar w całej swej okazałości. Było jednym z najważniejszych miast Naridu. I co najlepsze - nie wierzyło do końca, że Barigot zdecyduje sie je zaatakować. Teraz musiało uwierzyć. Żołnierze, dochodząc do miasta na bezpieczną odległości, by nie doleciały do nich strzały z wież, zatrzymali się. Endril wraz z dwoma ważniejszymi dowódcami i żołnierzem niosącym chorągiew podjechał bliżej bramy miasta trzymając białą flagę z gwiazdą na znak poselstwa. Długo musiał czekać, by dowódca wojsk w Kalder, Osil Indi, stary i łysy człowiek wyjechał do niego. Rinard zaczął: - Ja, Rinard Endril, z ramienia miłościwie nam panującego Adenusa III, króla Barigotu, przybywam, by zająć to miasto w jego imię. Dlatego żądam otwarcia bram miasta i uznania tego terenu za należącego do Królestw Barigotu. Obiecuję, że nic nikomu się nie stanie. Ludzie będą mogli opuścić miasto jeżeli zechcą. W przeciwnym wypadku będę zmuszony zając to miasto siłą, a wtedy zginie wielu ludzi, w tym także i ty, Osilu Indi. Podstarzały już Osil, znany z ciętego języka skrzywił się nieco na ta propozycję i odpowiedział: - Ja, Osil Indi itd, itd, resztę znasz, nie będę tracił czasu na farmazony. Otóż oświadczam ci, że jedyne co ci mogę oddać, to moja stara, której zrzędzenie doprowadza mnie do szału. Będziesz sobie ją zdobywał kiedy zechcesz, czasami siłą, czasami nie. Możesz to nawet robić z całą armią, mi nic do tego. Rinard, oburzony taką odpowiedzią zrobił się czerwony i chciał coś odpowiedzieć, lecz Osil znów zaczął: - Widzę, że ci nie w smak moja żona. Nie dziwię się… ale trudno. A teraz spieprzaj stąd, bo nie mam ochoty patrzeć na twoją zakazana gębę i na tych chłystków, których nazywasz armią. Po czym odwrócił się i już miał odjeżdżać, gdy nagle znów zwrócił się do posła: - Aha, i odczep sobie tą szczotkę spod nosa, moje buty są już wystarczająco wyszorowane i nie będziesz musiał tego robić. Odjechał z powagą. Rinard, z twarzą o kolorze swojego ubrania z wściekłości, powrócił do swoich. Trzy osoby jadące przy nim także były czerwone. Ze śmiechu. Wydał rozkaz, by szczelnie okrążyć miasto. Rozpoczynało się oblężenie. Żołnierze powoli rozbijali swoje namioty, każdy szedł na wyznaczone mu już przedtem miejsce. Gdy słońce skryło się za horyzontem i zapanowały ciemności, całe miasto było już dokładnie otoczone. Obóz rozświetlały pochodnie ustawione gdzieniegdzie. Dawały się słyszeć pieśni żołnierzy pijących piwo lub wódkę a także gwar głośnych rozmów i śmiechów. Nastroje były doskonałe. Każdy wierzył w wygraną. Gdzieniegdzie odzywały się jeszcze stukot młotów świadczący o budowaniu machin oblężniczych. - Ah ten nasz Rinard... To już nie to, co za Lother. - łysy stary miecznik wspominał dawne bitwy - wtedy to posłowie przyjeżdżali ze strachem w oczach... A teraz Osil Rinardowi naubliżał, a ten nic. Wiecie, towarzysze, tęsknię za Lotherem więcej niż sierota za rodzicami. - Daj spokój. Abregon był potworem, szaleńcem! Jaki normalny człowiek poprzybijałby jeńców do belek, wypalił godło na piersiach i niósł jako chorągwie? - młody łucznik sprzeciwiał mu się podając kufel piwa - To właśnie były czasy... Armia wroga bała się nas. Pamiętam, jak kiedyś kazał jeńców nabić na pale i te pale wkopać na miejscu bitwy... Naridianie żeby nas atakować musieli przejść koło swych umierających kompanów. Nie wyobrażasz sobie chłopcze ich przerażenia. Niektórym miecze drgały w rekach ze strachu przed nami i przed Lotherem. To były czasy... - wspominał tamten pijąc piwo - Właśnie. A jak zdobywaliśmy miasta, gdy nie chcieli nam ich poddać. Brało się co w ręce popadło, dobytek, kobiety... Nikt nikomu nie żałował, nie miał do nikogo pretensji. Na wojnie więcej z babami bywałem niż będąc w domu z żoną. I to z jakimi... Mam nadzieję że szybko zdobędziemy to miasto, bo już 4 dzień nikogo nie miałem i w kroku swędzi jakby mrówek mi kto nasypał - inny stary, lubieżny miecznik bronił Abregona - Niech cię tylko Rinard zobaczy, to głowa ci spadnie szybciej niż zdążysz się od tej baby oderwać. On nie jest takim szaleńcem jak ten wasz Abregon i szanuje ludzi. Nie pozwala tak sobie folgować. - łucznik dalej był przy Endrilu. - Tak o nim mówisz, a jak 5 dni temu tą wioskę zdobywaliśmy, toś z przynajmniej dwoma był. I słyszałem, i widziałem - lubieżnik wybuchnął śmiechem - Bom je znał i same chciały - łucznik trochę speszony bronił się - Gadaj, gadaj, a my swoje wiemy - dwaj starzy miecznicy wybuchnęli gromkim śmiechem - ehh... Po co nasz Lother się czepiał tej kapłanki? Gdyby nie to, z pewnością on by nas teraz prowadził, a w mieście panowałaby zgroza jakby duchy argneborskie na miasto napadały - Jakiej kapłanki? - dopytywał się młody żołnierz, nie znając dobrze historii uwielbianego przez nich przywódcy - Ano bo to było tak - zaczął jeden z mieczników - Idziemy sobie całą armią na kolejną bitwę przez puszczę, idziemy, idziemy, aż tu nagle patrzymy - polana. A na polanie klasztor otoczony niewielkim murem. Poświęcony był bogini Esmerze bodajże. Klasztor jak klasztor, a co w klasztorze? Wiadomo - kupa pieniędzy, wino i dziewice. No to Lother chciał napadać. Ale podniósł się wrzask, że nie, bo bogini się zemści i takie tam pierdoły. Lother wkurzył się że z niektórych to takie dzieweczki co się jakiejś bogini boją i oświadczył, że on jest naszym bogiem a nie jakieś Esmery. Zebrał więc co odważniejszych, w tym i nas, i hajże! na klasztor. Poszło łatwo, bo wiadomo, tam same baby, to i bronić nie było komu. Ale pisk był taki, że mało uszy nie odpadły. Wyobraź sobie - same krasawice! Najpierw, oczywiście, zanim zaatakowaliśmy, prosiliśmy o otwarcie klasztoru. Ale nie to nie, Lother mawiał" Jak coś chcesz to proś, a nie dają, to bierz sam". łupów wzięliśmy że ho, ho i się zabawiliśmy. On wziął tą całą główną kapłankę. Dziwna w niej jakaś siła była, opierała się mocno, tak, że Abregon miał z nią problemy. A chłop to był silny jak mało kto. Ale w końcu się dobrał. A tu ona mu jak w twarz nie plunie! I ze słowami, że będzie przeklęty, że wszystkiego sam kiedyś doświadczy, że marnie skończy, jak to te obłąkane kapłanki plotą. Jak skończyła paplać sięgnęła po nóż, co go miała we włosach ukryty. Myśleliśmy że chce nam dowódcę zabić, ale ona sama się nim pchnęła i zmarła. Lother tylko się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych