Astalos en Hagor - rozdział VII
Dalszy ciąg wędrówki tajemniczego Człowieka. Prosze o oceny i komentarze
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
VII
Feron, twierdzę z prawdziwego zdarzenia, jedną z najlepszych w całym królestwie Naridu, od Kalder dzieliło cztery mile. Tam udała się większość uciekinierów z nieszczęsnego miasta, a w ślad za nimi ruszyli zwycięscy rycerze Barigotu. Ci z uchodźców, którzy sądzili że nie ma już zagrożenia i ociągali się z ucieczką zostając w tyle, byli niemile zaskoczeni, gdy żołnierze ze złotymi lwami zjawiali się i brali w niewolę, tudzież mordowali mniej zdatnych do wędrówki. W dwa dni po upadku Kalder, wstając rano z łóżek, mieszkańcy Feron ujrzeli pod murami swego miasta ogromną armię Barigotu. Teraz dla nich rozpoczął się trudny czas oblężenia. Nie wszyscy jednak podążyli do tego miasta–twierdzy na wschód. Część uciekła na południe, w głąb Naridu. Na północ, do granicy z księstwem Tewoi, podążyli bardzo nieliczni. Właśnie wśród tych nielicznych, podróżujących samotnie, znalazł się człowiek bez imienia i przeszłości. Droga była daleka, gdyż do najbliższego miasta było ponad dwa dni drogi pieszo. Jednak Astalos uważał, że dla niego to najlepsza trasa. Unikał uczęszczanych szlaków, które teraz i tak były opustoszałe, omijał nieliczne małe wioski. Dlaczego szedł głównie lasami, dlaczego ukrywał się – to była jego tajemnica. Szedł tak cały dzień nie robiąc zbyt długich odpoczynków. Zdołał przejść około siedmiu mil, zanim słońce zaszło za horyzont. Znalazł malutką polanę w lesie, podobną do tej, na której zatrzymał się zeszłej nocy z Ilaną. Rozpalił ognisko, zjadł ubogą kolację i ułożył się do snu, jednak przez całą noc nie zmrużył oka. Wpatrywał się tylko zamyślony w jasny płomień ogniska. O czym myślał? Zapewne rozpamiętywał ostatnie wydarzenia – zakład w Bristel, oblężenie Kalder, ucieczkę, śmierć Ilany i jej córeczki… A może jego myśli wracały do dawniejszych czasów, zanim pojawił się w Bristel? Do tego, kim kiedyś był, gdzie mieszkał, co robił… i dlaczego stał się tym, kim teraz jest – człowiekiem bez imienia, ojczyzny i przeszłości? Tego prawdopodobnie nikt nigdy się nie dowie. Jego twarz nic nie zdradzała, siedział jak posąg, nieruchomy. Nawet gdy w oddali słyszał wycie wilków, różne szelesty i szmery niewiadomego pochodzenia, nie odwracał głowy, nie chwytał za nóż przy pasie – siedział i myślał, zamknięty na cały otaczający go świat. Takiego zastał go wschód słońca. Gdy już wzeszło ono trochę ponad horyzont, zjadł ostatki swych zapasów, spakował się i ruszył w dalsza drogę. Postanowił wyjść z ukrycia z nadzieją, że trafi na jakąś wioskę. Do granicy z Tewoi pozostało mu jeszcze co najmniej dwanaście mil, a jedzenie już się skończyło. Mógłby, co prawda, szukać czegoś w lesie, ale to wydłużyłoby zapewne podróż. Poza tym nie miał łuku by zapolować. Wyszedł więc z lasu i wszedł na gościniec. Po prawej jego stronie rozciągały się szerokie pola, na których zielone jeszcze łany żyta i pszenicy kołysały się na wietrze. Szedł, zarzuciwszy sobie kaptur na głowę. Od południa nadchodziły chmury, zwiastujące deszcz, a może nawet lekką burzę. Po pół godziny marszu ujrzał wreszcie pierwsze zagrody z niewielkimi, pokrytymi strzechą chałupami. Nieopodal jakiś wieśniak pilnował trzech krów, które pasły się na zielonej łące, leniwie przeżuwając trawę. Wieśniak, z początku przestraszony, widząc zakapturzoną postać idącą ku niemu, uspokoił się trochę, słysząc ludzki głos, a jeszcze bardziej, gdy ujrzał lśniące monety na dłoni przybysza. - Nie bój się. Chciałbym kupić trochę jedzenia. Spójrz, tu mam pieniądze… - odezwał się i zdjął kaptur, wyciągając także ku niemu rękę z kilkoma monetami. - A to nie do mnie, ja biedny i sam jeść ni mam co. A dzieciska to ciągle żreć wołają, a baba to tylko wrzeszczy, żem nierób i pijak, a bo to nie wolno się człowiekowi zabawić raz czy dwa? A ona to też tylko te bachory rodzi i rodzi, wystarczy raz, a już dwie gęby za dziewięć miesięcy następnych płacze w domu. Oj zwariować można panie przybyszu i to jeszcze… - Do kogo mam iść żeby coś kupić? – przerwał mu, nie mając ochoty wysłuchiwać jego ciężkiej doli - A idźcie panie do karczmarza, tam na pewno cosik i do jedzenia sprzedają, chociaż ja tam tylko wódki kupuję. Ludzi siła tam też zawsze jest, znaczy się więcej niż sześciu zawsze siedzi, bo w miastach to pewnie i ze dwudziestu naraz… Raz żem był, to wiem. A jak żem wracał z tego miasta, to… - A gdzie indziej nie można? – znów nie pozwolił mu dokończyć - A bo gdzie? Tu wszystko bieda, nikt na sprzedaż nie ma, bo pany wszytko zabierają i wyżyć ciężko, tylko karczmarz z nimi jaka ugodę ma, to sobie żyje. Bo to pewnie ta córka karczmarza panu w oko wpadła i jak na noc do niego chodzi, to on mu popuszcza, a ja córki takiej nie mam, moje młode jeszcze i… - Dobrze, pójdę tam. Dziękuję za informację. Trzymaj! – po czym dał mu 10 arenów. Wieśniak, biorąc pieniądze, oczy wybałuszył i gębę otworzył, a tak był zaskoczony, że mało co tych monet nie upuścił w krowi placek, leżący tuż pod jego stopami. Trudno się dziwić – nigdy mu nikt nic za darmo nie dał, a za tą sumę to pożyje przez jakiś czas w, można powiedzieć, dostatku. Lub spędzi kilka wieczorów w karczmie… Podróżnikowi nie uśmiechało się za bardzo iść do gospody, nie miał ochoty na spotkanie z „siłą ludzi, znaczy się więcej niż sześciu naraz”. Ale co zrobić – jak mus to mus, zapasów już nie miał. Wpadł mu także do głowy pomysł, dzięki któremu mógłby zmienić trochę trasę swojej wędrówki. Skierował się więc w stronę, którą mu pokazał wieśniak. Po chwili stał już pod drzwiami gospody i gdy miał je otwierać, usłyszał za sobą szczekanie i poczuł, jak coś łazi koło jego nóg i ociera się o nie. Odwrócił się i zobaczył szarego psa spokrewnionego zapewne z jakimś wilkiem, sięgającego mu do połowy ud, który radośnie machał ogonem, to podbiegał pochylając głowę, to uciekał na odległość ręki i znów wracał. Szczekał przy tym wesoło od czasu do czasu. Astalos przypatrywał się przez chwilę, a widząc, że pies nie ma wobec niego żadnych złych zamiarów, znalazł jeszcze w kieszeni ostatni kawałek chleba i rzucił mu. Pies, nie zwlekając, porwał kromkę i uciekł natychmiast. W karczmie rzeczywiście była siła ludzi – znaczy się, sześciu, a nawet siedmiu siedziało i piło piwo oraz rozmawiało głośno. Karczma była uboga, zaledwie kilka krzywo zbitych ław, brak podłogi, ubogie świeczniki na ścianach (jeśli można świecznikiem nazwać kawałek żelaza, do którego jest przyczepiona świeca). Przy ladzie stał gruby, niski człowiek z czerwonym nosem. Astalos podszedł szybko do niego i kupił trochę żywności. Zamówił także polewkę, która przypominała brudną wodę, jednak smak miała trochę lepszy. Zjadł, i zanim wyszedł, spytał jeszcze karczmarza: - Nie wiecie gospodarzu, u kogo mógłbym kupić konia? - Nie wiem, ale idźcie do sołtysa Robeta, on jest bardziej w tych sprawach rozeznany. Oberżysta wytłumaczył mu, jak dojść do chaty sołtysa i pożegnał. Astalos po wyjściu z karczmy natychmiast tam się udał. Sołtys mieszkał po drugiej stronie wsi, więc by do niego dojść, musiał iść obok wszystkich chat. Nieznajomy przybysz natychmiast ściągnął na siebie uwagę kobiet, które albo nie miały nic do roboty, co na wsi jest co najmniej dziwne, albo do tej roboty za starych, oraz wszędobylskich dzieci. Po chwili gromadka brudnych, ubranych w niechlujne, za duże ubrania maluchów kroczyła cztery łokcie za Podróżnikiem. Na ich czele szedł najstarszy i największy dzieciak, wzrostu około dwóch i pół łokcia. Wydawał się najodważniejszy, a inni trzymali się za nim, chowając się za jego plecami od czasu do czasu. Strach przed obcym nie zdołał przezwyciężyć ciekawości i orszak ten towarzyszył Astalosowi pod samą furtkę zagrody sołtysa, ów jednak nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Robet był to człowiek wysoki, krzepki, o ciemnej, spalonej słońcem cerze. Na głowę wstąpiła mu już jakiś czas temu siwizna, obejmująca także obfite wąsiska. Ubrany był w szarą, lnianą koszulę i podobne, połatane w kilku miejscach spodnie. Stopy ochraniane były przez rozpadające się buty. Gdy Astalos doszedł do jego zagrody, wyciągał właśnie wiadro wody ze studni. Ujrzawszy go, wbił w nieznajomego swe przenikliwe i mądre oczy, zostawił wiadro i zbliżył się, pozdrawiając: - Niech bogowie błogosławią ! A kogóż to przywiodła do mnie matka Yrena? A wy gówniarze co tak się czaicie? Do domów, bo pasa ściągnę i tyłki przetrzepię, że tydzień nie usiądziecie! Robet pasa nie miał, jednak już sam jego krzyk wystarczył, by dzieci rozbiegły się na cztery strony świata. Na czele ze swym przywódcą, który pierwszy rzucił się do ucieczki, wierząc, że w ten sposób ratuje swoją słabiznę. - Nie wierzę w żadnych bogów, gospodarzu. – odezwał się Astalos, gdy po maluchach nie został nawet ślad - Przychodzę, bo powiedziano mi, że możesz mi pomóc. Nagle poczuł, że coś ociera się do jego nogi. Zanim zdążył spojrzeć w dół, ujrzał, jak sołtys podnosi kamień i ciska nim w kierunku nóg Podróżnika, krzycząc głośno jak poprzednio: - A poszedł stąd, przybłędo! Już cię tu nie ma! Astalos lekko odsunął nogę, unikając bolesnego uderzenia w prawe kolano. Obejrzał się, dostrzegając istotę nazwaną przybłędą. Był to ów duży, szary pies, któremu przedtem dał kromkę chleba. Leżał teraz spokojny w cieniu jakiejś stodoły w bezpiecznej od nich odległości, wywiesił język i przypatrywał się uważnie. - Co to za pies? – zapytał Astalos po chwili - Przybłęda, przylazł kiedyś do wioski nie wiadomo skąd i odczepić się nie chce, łazi ciągle tutaj. - Groźny? - A gdzież tam, nikomu krzywdy nie zrobił. No chyba że złodziejowi jakiemuś, bo jak on widzi, że ktoś cudze bierze, to zaraz na niego… Mądre psisko, wie, czyje co jest i co komu wolno. Dzieci się z nim bawią czasami, ale my zabraniamy. Czasami to i krów popilnuje, owcę jaką zagubioną znajdzie, wilka odgoni albo inną poczwarę. Porządny pies, ogólnie mówiąc. - To dlaczego go tak przeganiasz? - Wszyscy przeganiają, to ja mam inny być i głaskać? - Ale skoro pies dobry, to może by go przygarnąć i… - Pies może i dobry, ale karmić trza… Ale mówiliście, panie przybysz, że macie do mnie jakąś sprawę? - Tak. Chciałbym kupić konia. Karczmarz powiedział, że może tutaj znajdę jakieś informacje. - A kto by tu konia chciał sprzedawać? Koń potrzebny, w polu bez niego ani rusz, szczególnie teraz… Paniska to sobie jeżdżą na koniach, sporty jakieś uprawiają, ale nam są one do pracy potrzebne. A poza tym to my bez wiedzy pana nie możemy nic sprzedawać. On sam połowę by pewnie zabrał… Idźcie panie do jakiegoś miasta, tam może kupicie. Tu nie da rady. Słysząc, że nic nie osiągnie, bo istotnie to była prawda, podziękował sołtysowi i pożegnał się. Na gościniec odprowadziła go ta sama gromadka dzieci, z tym samym przywódcą, który wcześniej pierwszy brał nogi za pas. Opuściły go dopiero na końcu wioski, przy rozwalającej się chacie, zapewne najstarszej we wsi. Gdy przechodził obok niej, ujrzał wpatrującą się w niego zgarbioną, starą kobietę. Początkowo nie zwracał na nią uwagi, jednak staruszka podążała za nim wzrokiem, stojąc na progu swego rozwalającego się domu. Zerwał się wiatr, więc otulił się mocniej płaszczem. Zbierało się na burzę. Kobieta w końcu ruszyła w jego stronę dość żwawym krokiem, mogącym dziwić, zważywszy na jej wiek i posturę. Nie mógł jej uniknąć. - Dokąd idziesz synu w taką pogodę? – spytała zachrypniętym głosem, od którego niejeden poczułby gęsią skórkę. „Wiedźma” – pomyślał Astalos. - Do miasta zdążam, matko – odrzekł grzecznie, nie zatrzymując się. - Nic tam nie znajdziesz, Człowieku z Gór. Śmierć idzie za tobą. Przystanął. Odwrócił głowę, spojrzał w dół, prosto w jej ciemne oczy. - Za każdym…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Astalos
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…