AUTOPORTRET Z ANIOŁEM W TLE
opowiadanie napisane jako prezent dla kogoś- ale nie bardzo się spodobał...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
AUTOPORTRET Z ANIOŁEM W TLE
Dla Joasi- „Szanti” W dowód podzięki za cierpliwość
26.04.- 30.05.2009
Napisano tyle mądrych rad jak korzystać z Internetu. Tyle przestróg i ostrzeżeń. Jak się nie dać wciągnąć w żadne chore gierki. Jak rozpoznawać maniaków. Pomyleńców, którzy chcą spełniać się przez zasłonę monitora. Nigdy nie jesteś pewna z kim rozmawiasz. Nawet wtedy, gdy ten ktoś zdaje się być osobą jak najbardziej normalną. A może to zboczeniec? Morderca z drugiego końca kraju? Albo sąsiad, co ukrywa swą drugą, mroczną naturę i w sieci czyha na ofiary? Nigdy nie wiesz…Więc nie podawaj swoich danych na czacie. Swoich namiarów. Skryj się za nickiem i udawaj siebie. Albo bądź kimkolwiek. Kim tylko zechcesz. Lub nikim, bez żadnego znaczenia. Ale przenigdy nie przekraczaj magicznej granicy poznania. Byłam wierna tym zaleceniom, wierna aż do przesady. Choć przecież najprościej jest nie zaglądać na portale, gdzie gromadzą się wszelkie indywidua i udają kogoś, kim nie są. Albo są sobą, ale jest to dla nas zbyt oczywiste, by w to wierzyć. Więc wymyśliłam sobie pseudonim, jak każdy, i zalogowałam się na czacie jednego z portali. Po co? A któż to wie? Może z nudów? Albo z desperacji, że człowiek wciąż jest sam? Nie ważne są powody, dla których uzależniamy się od takich wizyt. Czasem całymi godzinami śledziłam prowadzone rozmowy na forum i nie odzywałam się nieproszona. Proszona zresztą także nie. Lecz z czasem nabrałem coraz większej ochoty, by z kimś pogadać, tak zwyczajnie, po ludzku. I w końcu, po wielu pomyłkach bez znaczenia, zgromadziłam wokół siebie kilkoro znajomych, podobnych do mnie, z którymi można było porozmawiać o wszystkim. Czasem nawet o pogodzie. Zależnie od nastroju. Lecz popełniłam błąd. Pomimo tych wszystkich ostrzeżeń, napomnień; popełniłam błąd. Uwierzyłam, że jeden z nich to ktoś wyjątkowy. Ktoś z kim mogę porozmawiać głębiej. Pokazać duszę i wystawić się na cios. Najzwyczajniej w świecie otarłam się o miłość. Własną. Do tamtego cienia na monitorze. Zaczęło się jako niewinny flirt. Bo akurat miałam taką ochotę, do niezobowiązujących pogaduszek z odcieniem erotyzmu w tle. Taka zabawa. Kokietowanie na odległość, bez możliwości dotknięcia w jakikolwiek fizyczny sposób. Znak czasów. Nie buduje się już wież z uwięzionymi księżniczkami w środku i warującym smokiem pod drzwiami. Teraz mieszkanie jest więzieniem, w którym zamykamy się sami. Całkiem dobrowolnie. Komputer i Internet zastąpiły nam spotkania towarzyskie. Czemu tak? Z wygody? Z lenistwa? Bo można pogadać i w każdej chwili zniknąć bez śladu? Pewnie wszystko po trochu. A może najzwyczajniej tak jest. Udajemy, że nie jesteśmy samotni, ale to nieprawda, choćbyśmy sami w to wierzyli najszczerzej. Zawsze jesteśmy samotni. Nigdy żaden inny człowiek nas nie pozna do końca, choćby nie wiem jak się starał, i jak byśmy próbowali mu to ułatwić. Ta gorzka prawda nas piecze dotkliwym ogniem, lecz wciąż jak niepoprawne dzieci usiłujemy udowodnić, że to nieprawda. Inaczej po co ludzie by wchodzili na czat? To nie tylko sposób na pogawędki- to również ucieczka od szarości dnia codziennego, miejsce, gdzie możemy wykreować siebie takich jakimi chcielibyśmy być. Lub jesteśmy sobą bez obaw, że nas wyśmieją prosto w twarz. Nawet jeśli jacyś idioci nam tu dokuczają, to zawsze kryjemy się za parawanem monitora. Taka namiastka cudownej tarczy. Ten mój znajomy zwał się Poetica. Taki nick miał. A ponieważ lubię poezję, więc zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Zrazu bardzo sztywno i na dystans, z czasem nasze rozmowy nabierały coraz bardziej osobistego charakteru. Wymieniliśmy adresy poczty elektronicznej i zaczęły przychodzić do mnie maile, z każdym dniem wyraźnie zmierzające w stronę, kuszącej co prawda, ale niebezpiecznej. Sama się sobie zdziwiłam jak wiele jest we mnie taniej księżniczki z bajek, co to oczekuje na swego księcia. Rycerza. Romantycznego barda. Czasy niby się zmieniają. Kobiety są coraz bardziej świadome własnej wartości, czasem na wyrost, w głębi jednak pozostajemy wciąż te same: chcemy przeżywać miłosne uniesienia, na miarę naszych babek i mam. I nie ważne, że twierdzimy coś zupełnie przeciwnego- tak jest naprawdę, nawet jeśli nie do końca zdajemy sobie z tego sprawy. W każdym razie ze mną tak było. Sparzyłam się kilka razy w świecie realnym i do spraw uczuciowych podchodziłam ostrożnie, by nie rzec, bojaźliwie. A może nie bojaźliwie, tylko z odcieniem pobłażania i kpiny: że wszystko to tylko blichtr i oszukiwanie siebie nawzajem. Potrzeba stadna to jedno, ale prawdziwego szczęścia ciężko dziś uświadczyć. Każdy o tym marzy, mało kto to dostaje. A czy możliwe jest coś takiego w sieci? W tym wirtualnym świecie pozorów, gdzie nic prawie nie jest takie jak się wydaje? Pewnie jest. Dokładnie tak samo jak na co dzień. Ale tak samo trudno to spotkać- w którymkolwiek ze światów…A jednak uwierzyłam, że Poetica to moja druga połowa. Facet, z którym można by zacząć coś od nowa. Nie padły żadne ostateczne pytania, na które trzeba by udzielić równie ostatecznych odpowiedzi, o nie! Wszystko to przypominało raczej pąk kwiatu, co jeszcze nie rozkwitł. Napęczniał płatkami, ale się całkiem nie rozwinął. Brakło jednak tak niewiele. Jednego tchnienia. Muśnięcia skrzydeł trzmiela. Delikatnego powiewu wiatru. Jednego promyka słońca. Ale tego właśnie zbrakło… Pewnego dnia mój potencjalny amant zamilkł. Poczta opustoszała. Na czacie ani śladu po nim. Znikł. Tak po prostu. Do dziś nie wiedziałam czy wystraszył się własnej śmiałości, czy tylko bawił się moim kosztem, a teraz już się znudził. Niby to takie oczywiste. Ale zabolało. Kolejne stracone złudzenia. Choć przecież nie do końca wyjaśniliśmy sobie, jak to z nami jest. Bałam się? Czy tylko czekałam aż się zdeklaruje pierwszy, niczym bohaterka powieści Jane Austen? Nie wiem. Nie wiem nawet czy chciałam tak naprawdę, by się deklarował. Ale tego nie uczynił. Niczego więcej nie zrobił, nie napisał, w końcu nie pokazał się więcej. Znikł. W stylu iście angielskim, dyskretnie i nagle. Choć akurat takie zachowanie w necie nie było ani szczególnie trudne, ani jakoś mało spotykane. Było pewnie nawet normą, z której nie chciałam sobie zdawać sprawy. Przybyło mi kolejne doświadczenie, z którym nie bardzo wiedziałam co mam począć. Takie niepotrzebne coś, co uwierało i męczyło. W końcu ustawiłam gdzieś na eksponowanym miejscu i spoglądając co rusz w tamtym kierunku, karmiłam się gorzkimi konkluzjami na temat relacji międzyludzkich i własnych oczekiwań. Pogodziłam się z tym i dalej żyłam, bo cóż innego mi pozostało? Nie była to ani tragedia, ani nawet jakieś szczególne nieszczęście. Rozczarowanie. To na pewno. Ale nie tragedia. Nadal zaglądałam na forum. Miałam tam innych znajomych. A trochę byłam ciekawa czy Poetica pojawi się tu także. Tylko, że mógł się tam znaleźć, pod innym nickiem i tak się bym o tym nie dowiedziała. Może nawet tak było- ja w każdym razie nie zauważyłam niczego znajomego w innych uczestnikach przekomarzań się na czacie. W końcu już nie szukałam. Odstawiłam na bok własną dumę i żal. Może tylko mniej się angażowałam w ogólne dyskusje na forum. Czekałam na znajomych, nie starałam się nawiązywać innych, nowych kontaktów, gadałam tylko z tymi, których znałam i akceptowałam. Tylko dla rozrywki, nic by podnieść adrenalinę. Był wśród nich taki jeden. Dziwny facet, sądząc po tym jak pisał. Nawet nie wiem czego tu szukał. Żonaty. Pewnie nie spełniony w małżeństwie. Pełno tu takich. Szukających taniego podrywu. Pragnących odreagować porażki. Poczuć się inaczej, lepiej. Ale jednak intrygujący na swój sposób. Kiedy dłużej pogadaliśmy, zmieniłam zdanie o nim. Przynajmniej trochę. A później się okazało, że facet pisze sobie, takie tam, teksty do szuflady. Pomyślałam, że kolejny grafoman, który szuka tutaj poklasku. Pozwoliłam nawet przesłać mu jeden taki twór. Ponieważ mnie zaintrygował. Na tyle, żeby złamać podstawową zasadę i kolejny raz podałam swój adres mailowy. Czy spowodowało to moje wieczne nienasycenie głodu czytania? Czy aż tak bardzo się nudziłam w pracy? Jakkolwiek było, dostałam te jego wypociny, które nawet były niezłe. Nie jakaś tam wielka literatura, ale poprawnie skonstruowane historie. Na tyle, że mnie wciągnęły bez reszty. Ciągle chciałam więcej i więcej…I dostawałam. Przesyłał mi swoje opowiadania z regularnością budząca mój szacunek. Do tego gadaliśmy na czacie. O wszystkim i o niczym. Ale trzymałam go na dystans. Żadnych osobistych zwierzeń. Żadnych szczegółów mogących naprowadzić go gdzie mieszkam, co robię i jak wygląda mój własny, mały świat. Można by sądzić, że osiągnęliśmy etap, który można by nazwać czatową przyjaźnią. O ile coś takiego w ogóle jest możliwe. W każdym razie była w tych naszych stosunkach duża doza wzajemnej sympatii. Przyznam nawet, że kusiło mnie czasem odkryć przed nim swoją prawdziwą twarz. Uznać w nim prawdziwego przyjaciela. Tylko po co? W sumie ryzyko było zbyt wielkie. A zysk niepewny. Niech zostanie tak jak jest. Tym bardziej, że nie zawsze reagował na moje pytania-testy jak należy. Wciąż były w tym jakieś wątpliwości. Wiedziałam, że mogłabym mu zaufać, jako osobie do zwierzeń. Ale nie do końca wiedziałam czy bilans tego, co mogłabym zyskać i stracić, wyszedłby przynajmniej na zero. Niby się wahałam, niby nie chciałam. I tak to trwało. Od tygodni. Miesięcy nawet. On mi słał swoje teksty, ja je czytałam i chwaliłem gdy mi się podobały; kręciłam nosem, kiedy było inaczej. Ale ciągle ceniłam tę naszą znajomość. Czułam, że chciałby poznać się bliżej. Lecz mu tego nie ułatwiałam, a wręcz nawet uniemożliwiałam swym chłodnym zachowaniem i trzymaniem na dystans. Dla mnie tak było wygodniej. Bezpieczniej. Szanował tę moją rezerwę i nie naciskał zbyt mocno. Widać zupełnie mu starczało, że ma komu wysyłać swoje opowiadania i tyle. A mnie bawiła rola tajemniczej nieznajomej z netu. Czyli każde z nas dostawało to czego oczekiwało. Albo prawie dostawało…W każdym razie lubiłam z nim rozmawiać, czekałam aż się pojawi na czacie- był jedną z nielicznych tam osób, z którymi można było pogadać. O wszystkim i niczym. Jak w życiu. A później nastąpiło coś niezwyczajnego. Poetica przysłał mi maila z życzeniami. Świątecznymi. Niby nic dziwnego. A jednak. Facet milczy od tygodni, nie pojawia się nigdzie, unika mnie, a teraz dostaję życzenia i to w tonie znamionującym coś więcej niż tylko pamięć. Powinnam zbyć to. Przejść do porządku dziennego. Uznać, że nic się nie wydarzyło. Ale nie potrafiłam. Trwałam uśpiona przez ten cały czas, teraz jeden mail obudził wszystkie te skrywane tęsknoty. Cieszyłam się i wściekałam po równi. Jak tak mógł mnie potraktować?! I czy warto słuchać głosu serca? Czy raczej pozwolić, by rozsądek sam się uporał z tym problemem? A może kogoś zapytać o to? Tylko, że to by wymagało odkrycia siebie. Czyli czegoś, co zawsze napawało mnie lękiem niemal pierwotnym. To coś więcej niż zdjęcie ubrania na scenie przed publicznością. Ta forma obnażania się była czymś całkowitym, nieodwracalnym. Nie byłam chyba gotowa na takie poświęcenie. Wciąż zanadto się bałam. Ale nie miałam wokół nikogo na tyle zaufanego, by uczynić ten krok. Nie byłam sama. Zawsze gdzieś tam były koleżanki, które mieniły się moimi przyjaciółkami. Które chętnie dzieliły się ze mną swymi sekretami, oczekiwały porad lub tylko biernego wysłuchania pretensji. A ja? Słuchałam, radziłam, ocierałam łzy z policzków, rozśmieszałam i pocieszałam. Ale żadna z nich nigdy nie zadała mi prostego pytania: dlaczego ja im nie mówię niczego o sobie. Nie chciały być prawdziwymi przyjaciółkami, chciały mieć tylko kogoś do wyżalenia. Więc im to dawałam- poczucie więzi. Dla mnie nie zostawało nic. Czasem zdawało mi się, że bardziej rozumie mnie De Profundis, mój czatowy grafoman, niźli moje znajome. Koniec końców nic nie wiedziały o moich marzeniach, oczekiwaniach od życia, rozterkach związanych z Poeticą. Nic im nie mówiłam. A one nie widziały zmian w moim zachowaniu- zbyt zapatrzone w siebie, zanadto zaabsorbowane swoimi problemami, by dostrzec cokolwiek innego poza sobą. Nawet mnie to nie przeszkadzało. Miałam spokój, że nikt nieproszony nie usiłuje wtargnąć do mego świata. Choć czasem przydałoby się z kimś pogadać, z kimś, kto ma świeże, nieskażone spojrzenie, z perspektywy. Kto pomógłby mi doradzić cokolwiek. Choćbym się z tym nie zgadzała lub zupełnie zignorowała wskazówki. Ale dzień minął jak co dzień. Pracę mam ciekawą, choć już nie ma w niej tego błysku. Ale ma pewną zasadniczą zaletę: mogę nawet w godzinach służbowych korzystać z netu w sposób niemal nieograniczony, bez niczyjej ingerencji. Więc pracuję w agencji reklamowej i wiszę godzinami na czacie. Z punktu widzenia innych czatowiczów jestem tam całą dobę. Bo kiedy tylko wracam do domu, to też komputer natychmiast włączam i zawisam na forum. Dziś zmęczona byłam bardziej niż dotąd. Może to sprawiła wiosna, która zawitała do nas na dobre? A może intensywna praca przy zamknięciu projektu? Jakkolwiek było- padałam z nóg. Ale nasze przyzwyczajenia mają nad nami moc ogromną, większą nawet niż jesteśmy w stanie to przyznać. Więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po powrocie, to było restartowanie kompa i zalogowanie się na czacie. Zrobiłam sobie filiżankę kawy i zapaliwszy papierosa poddałam się intensywnym działaniom regeneracyjnym. Cokolwiek to znaczyło… W końcu pojawił się De Profundis. I dobrze, bo dotychczas wiało nudą z forum, niezwykłą nawet jak na tutejsze zwyczaje. A on nieodmiennie wprowadzał tutaj ruch, nie zawsze oczekiwany i pozytywny- zawsze jednak forum ożywało po jego przybyciu. Dziś jednakże on także wpadł tylko na moment, co nie omieszkał zakomunikować nam wszystkim. Szkoda. Poczułam rozczarowanie, na tyle duże, że mnie samą zaskoczyło. Było w tym coś więcej niż tylko zawód, że nie pogadamy sobie jak zazwyczaj. Cóż mogło spowodować takie moje nastawienie? Ten niepokojący mnie mail, który tkwił na mojej poczcie i czekał na ruch, co z nim zrobić? Czy potrzeba rozmowy z kimkolwiek? Zabawne. Moja podświadomość płata mi figla. Jestem niezależna. Nikogo nie potrzebuję. Wszystko to pozory…Przydałaby mi się rada w sprawie tych nieszczęsnych życzeń. A jeśli nawet nie rada, to chociażby chwila rozmowy na ten temat. Zachcianki. Bez możliwości spełnienia. Głównie z mojej przyczyny. A jednak złośliwy chochlik wewnątrz mnie dręczył moje sumienie, moje poczucie wsparcia samej siebie nudziło niczym rozkapryszone dziecko: „daj mi słuchacza!” Na forum grupa nastolatków rozpętała wojnę na gify. Normalnie mnie to nawet bawiło, dziś jednakże irytowało. I to w stopniu znacznie przewyższającym moją akceptację dla takiego stanu. Widać i jego to wpieniało, bo milczał znacząco, aż w końcu zawitał do mnie na priv. Czasem rozmawiałam z ludźmi prywatnie, ale rzadko to miało miejsce, prawie wcale. Jednakże De Profundis już kiedyś dostąpił tego zaszczytu, chciał wtedy pogadać o sobie. Nawet chyba mu wtedy pomogłam, choćby przez samo to, że go wysłuchałam. Czyli zrobiłam dokładnie to, czego potrzebowałam ja- właśnie teraz. Nie odrzuciłam zaproszenia. Nie mogłam. Nie jemu. A może liczyłam na coś? Na przykład na pretekst do rozważań o moich rozterkach i wątpliwościach. Zaczęliśmy rozmowę. On rzucał chaotyczne pytania, jakby błądził po omacku, ja odpowiadałam, ale tak aby niczego nie powiedzieć. Czyli jak zwykle. Ciekawiło mnie kiedy się zniecierpliwi moimi humorami i da drapaka. Ale on trwał dzielnie na posterunku i krok po kroczku dowiedział się, co tak mnie naprawdę gryzie. Aczkolwiek przyznaję, że nie spełnił do końca pokładanych w nim nadziei. Nie był tak domyślny jak się spodziewałam lub starał się także uniknąć pewnych osobistych tematów. Ale chyba to jednak była głównie moja wina- bałam się dopuścić go do siebie na tyle blisko, by już można było powiedzieć o nas: przyjaciele. Ktoś kiedyś powiedział, że przyjaźń między kobietą i mężczyzną nie jest możliwa- w końcu pojawia się między nimi napięcie seksualne, którego nie sposób uniknąć. Jest to genetycznie uwarunkowane. Czyste, zwierzęce relacje pomiędzy samcem i samicą tego samego gatunku. Nawet się z tym zgadzałam. Jeśli przyjaźń była możliwa w takich przypadkach- to chyba tylko w Internecie. Z zachowaniem wszystkich środków ostrożności rzec jasna. Pomógł mi tylko połowicznie. Ale i to było więcej niż mogłam oczekiwać, niż spodziewałam się uzyskać jeszcze dziś rano. Zrobiłam pierwszy krok. Dokąd mnie zaprowadzi ścieżka, na którą właśnie wstąpiłam? Któż to wie? Może donikąd. A może w strony, gdzie nie powinnam się znaleźć? Chyba się zorientowałam, że odrobinę przeszarżowałam, bo natychmiast dałam na wsteczny i nieporadnie pokrywając zmieszanie, skryłam się za tandetnymi bzdurami w stylu „ nic o mnie nie wiesz i się nie dowiesz…”I tym razem nie poszedł sobie, co wprawiło mnie w autentyczne zdziwienie. Oraz obudziło mój szacunek do niego. Zdawało się być prawdziwym objawem…przyjaźni. Niewiarygodne, niespotykane, niemal nieprawdziwe. Ale tak to wyglądało. Rozbawił mnie. Urzekł, zamieszał w głowie i przestraszył. I to nie na żarty! A później, jakby tego było mało, zaintrygował jeszcze bardziej. Obiecał przysłać anioła. Zdumiał mnie tym. Nie dlatego, że to takie staroświeckie, niedzisiejsze, romantyczne do bólu i tanie w swym efekciarstwie, ale dlatego, że zupełnie mi nie znany gość, gdzieś w Polsce, któremu powinnam być obojętna, któremu byłam obojętna, on sam z siebie chciał mnie pocieszyć, mimo, że go od tego skutecznie odwodziłam. Bo czymże innym było takie bajdurzenie o aniołach, dobrych radach i happy endach? Jeśli nie formą pocieszenia? I ten mityczny anioł. Rozczulające. Niepoprawnie bajeczne. Ale podziałało! Obudziło we mnie kobietę, łasą na sztuczki, kwiaty i czekoladki w pudełkach. Czyli dokładnie tym, co każda z nas skrywa głęboko w sobie. Im głośniej temu zaprzecza, tym bardziej w to wierzy. I tego pragnie. Życie codzienne jest tak beznadziejnie szare, brutalne i zakłamane. Wszyscy potrzebują marzeń, rojeń bez pokrycia, złudy lepszych czasów, odwrotów fortuny i uśmiechu losu. Wszyscy…I każdy chowa na ciężkie dni te swoje namiastki szczęścia. Albo dostaje w prezencie. Jeśli nawet to tylko takie niewinne kłamstwo. Ale pewnie zrodzone z dobrej woli tego, który chce nas obdarować. Dlatego trzeba było mi to docenić. I doceniałam to. Nie zdążyłam podziękować, bo mój darczyńca poszedł sobie. Pożegnał się elegancko i znikł. A ja zostałam sama. Sama z tym nieszczęsnym mailem. Ponownie zapaliłam. Nikotyna mnie uspokajała. Nałóg, ale jakże pożyteczny. Jeden z nielicznych jakim się oddawałam. Paskudny zwyczaj, ale mnie wprawiał nieodmiennie w lepszy nastrój. Jak każdego nałogowego palacza, podejrzewam…A później przypomniała mi się butelka chardonay schowana w szafce. Nawet niezły pomysł. Nic tak nie wprawia w dobry humor jak kieliszek dobrego wina i czekolada. Albo lody. Nieodzowny zestaw babskich wieczorów ku poprawie nastroju. Puściłam swoją ulubioną muzyczkę i przymknąwszy oczy, odpłynęłam na falach boskiego głosu Aznavoura. Może nawet przysnęłam. Wszystko mi się mieszało, jawa i sen po równi objęły mnie delikatnie niczym najczulszy kochanek i jak on zawrócił w głowie na tyle, żebym zapomniała o całym dzisiejszym dniu. Zdrzemnęłam się? Możliwe. Kiedy otworzyłam oczy na powrót, coś uległo zmianie w pokoju. Jeszcze nie docierało do mnie, co to takiego. Pokój tonął w półmroku, kształty sprzętów rozmywały się i zniekształcały, ale może nie był to wpływ zmierzchu tylko wina wypitego w nadmiarze. Mrugnęłam parę razy ku lepszemu widokowi, pomogło tylko w nieznacznym stopniu. Nie na tyle, by rozpoznać osobę, która siedziała na fotelu naprzeciwko mnie. Ten ktoś majaczył ledwie widoczny, siedząc w fotelu, w pozie zasiedzenia i oczekiwania. Fakt ten nieco wstrząsnął mną. Podstawowe pytanie nie było kim jest, tylko jak tu się znalazł? Jak wlazł przez zaryglowane drzwi? Czyżbym jeszcze śniła? Śniła na jawie? -Witaj, Shangri-la. Szok! Znał mój nick! Czyli był kimś z netu. Ale tutaj?! U mnie w mieszkaniu? Dotychczas półleżąc, teraz podniosłam się do pozycji siedzącej, a mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Tylko tyle, że nie bardzo radził sobie z natłokiem danych. Mętlik w głowie skutecznie blokował jakikolwiek rozsądek. -Kim jesteś?! I jak tu wszedłeś?!- Standardowe pytania, takie jakie zadałby każdy na moim miejscu. -Aniołem- odpowiedział, z delikatnym westchnieniem zrezygnowania. Zamrugałam powiekami. -Kim? -Aniołem. Od De Profundisa. Jasne. Wspominał o czymś takim przecież, ale żeby tak naprawdę? Facet wyłonił się z półcienia. Spoglądałam w twarz człowieka w wieku średniego, ubranego w szary płaszcz, z okularami na nosie i w kapeluszu na głowie. Ten kapelusz zwrócił moją szczególną uwagę- nie było to zbyt częste nakrycie głowy. -Ale jakim cudem?! Sprawiał wrażenie kogoś, kogo już męczy ciągłe wyjaśnianie tak prostych, oczywistych rzeczy. -W dużym skrócie: jestem tworem, jakim się stanie De Profundis po śmierci. To było niewiarygodne! Rozmawiałam z duchem człowieka, który jeszcze żył. O ile to wszystko było prawdą! Znacznie bardziej sensowne było sobie powiedzieć, że jakimś cudem wszedł do mojego mieszkania i rozgościł się nieproszony. Ale nie, że mam przed sobą autentyczną zjawę. Czyżby wino? -To wszystko prawda, Julito. Nie zadałam żadnego pytania, odpowiedział na nie jakby je usłyszał w mojej głowie. Ale nie to mną ponownie wstrząsnęło. Znacznie bardziej szokujące było to, że zna moje prawdziwe imię. A to zdradziłam tylko dwóm osobom na czacie: De Profundisowi i Poetice. Zrobiłam to pod wpływem nagłego impulsu, czasem nawet żałowałam tego, ale cofnąć się tego nie dało. Na szczęście nie miało dla mnie żadnego negatywnego skutku. Pod tym względem okazali się godni zaufania. -Ale jak?! -Nie chcę wdawać się w tłumaczenia…Po prostu uwierz mi! -Uwierzyć? Tobie?! Nierealność sytuacji aż bolała. Prawie dało się odczuć fizyczny dyskomfort. W sumie ta wymiana zdań doprowadziła mnie do całkowitego otrzeźwienia. I zrozumiałam jedno: wytrzeźwiałam, a on ciągle tutaj był! Niewiarygodne, ale mogła to być jednak prawda. W każdym razie wciąż patrzyłam na osobnika, który tak bezceremonialnie wtargnął do mego mieszkania. I nagle, całkiem nieoczekiwanie zbudził się we mnie mój chochlik- prześmiewca, skrzat- szyderca: -A czy anioły nie powinny wyglądać inaczej? -Inaczej?- Uniósł delikatnie w górę brwi, co nadawało mu wygląd lorda z angielskich romansów. Ciekawe czy zdawał sobie z tego sprawę jak bardzo teraz wygląda pociągająco?- Czyli jak, konkretnie? -Czy ja wiem?...- Tym razem ja zasępiłam się, ale z pewnością nie wyglądałam aż tak atrakcyjnie ze śmiesznie zmarszczonym czołem.- Jakaś aureolka? Dyskretny cień skrzydełek? Emanowanie boskością i może na dodatek tajemnicza poświata wokół ciała? Bawiło mnie wymyślanie tych wszystkich szczegółów i obserwowanie jak z zaciekawieniem wysłuchuje mojego bzdurzenia. Zawsze upijałam się na wesoło. Choć głowę bym dała, że teraz byłam diabelnie trzeźwa. -Zdradzić ci sekret?- Spytał, konspiracyjnie się do mnie nachylając. -Jasne- odwieczna kobieca ciekawość rozlała się po całym moim jestestwie z prędkością niewiele mniejszą od światła. -Bóg nie istnieje! Rozczarowanie było okropne. Bo skoro jest tak jak mówi, to nie istnieje także on, anioł, więc cały ten cyrk był tylko jakimś szalonym wymysłem. Ale kogo? A może jednak winko nadal buzuje mi w żyłach, a to wszystko mi się śni? Jeśli przyjąć za pewnik, że to tylko senne widziadło, to nawet nieźle to wygląda. A jeśli nie…? -Sam sobie zaprzeczasz!- Rzucam oskarżenie . -To znaczy?- Chciał koniecznie uściślić, co miałam na myśli. -Nie ma boga, nie ma aniołów. Proste! Czyli: ty nie istniejesz. Nie ma cię! -Julitko…- Nawet mi się spodobało to zdrobnienie w jego ustach.- To wszystko po to, abyście pojęli swoimi małymi rozumkami, kim jesteśmy. To tylko hasła. Anioł. Duch. Awatar. Dusza z zaświatów. Wszystko po to, by w miarę czytelnie wam się objawić, tak bez zbędnych dywagacji… Gapiłam się na niego z wyjątkowo głupią miną. -Skoro tak, to kiepsko wam idzie…- Nie mogłam sobie podarować satysfakcji skomentowania ostatnio usłyszanej rewelacji. -Wiem- był do bólu szczery.- Ale inaczej byłoby jeszcze gorzej. Milczenie wypełniło przestrzeń między nami. Na razie usilnie starałam się zrozumieć jak tu wszedł? I po kiego grzyba? I jakim cudem struga anioła, dokładnie tak jak rozmawialiśmy na czacie z De Profundisem? Czy jest możliwe, że ktoś monitorował tę naszą paplaninę i teraz starał się mi wyciąć paskudnego psikusa? Ale jakimż trzeba być świrem, by się zdecydować na taki krok? Lecz ja nic nie wiedziałam o wariatach, skąd mam mieć pewność, czy to nie jest akurat całkiem normalne zachowanie? Pomylone, a jednak zupełnie normalne? Jak na świra, rzecz jasna… -Mam naprawdę pokazać tanie sztuczki rodem z kuglarskich pokazów? Żebyś mi uwierzyła? -Czemu nie?- Odszczeknęłam się, tak tylko aby pokazać sobie samej, że jakoś panuję nad sytuacją. A może, by go sprowokować do pokazu? Zanim pojęłam co się dzieje, pokój zawirował blaskiem skrzydlatych istot, które w cudownym tańcu elfów wprawiły przestrzeń wokół mnie w obłąkańczy pląs. Obserwowałam to wszystko zafascynowana. Co tam zafascynowana- była całkowicie, bezapelacyjnie zachwycona niczym mała dziewczynka, która znalazła się swojej wyśnionej krainie. O mało nie klaskałam w dłonie. Odczułam przemożne szczęście, które wprost rozsadzało moją pierś. Trwało to chwilę, a później znikło wszystko. Nagle i nieoczekiwanie. Zawód był potworny. Anioł, nie anioł- ale sprawił mi przyjemność. I już za samo to, byłam mu winna choćby chwilę wysłuchania. -Ok.! Więc przyjmijmy, że jesteś tym za kogo się podajesz. A masz jakieś imię? -W zasadzie nie mam imienia, ale wołają na mnie Bezimienny. -Wołają? -Nie jesteś pierwszą osobą, którą odwiedzam.- Odpowiedział tytułem wyjaśnienia.- Ani pewnie ostatnią- dodał z lekkim przekąsem. Patrzyłam z zaciekawieniem na Bezimiennego. -A ty wyglądasz dokładnie tak jak De Profundis?- Nie mogłam sobie darować tej ciekawości. -Poniekąd… Nie powiem, żeby był szczególnie urodziwy. Ale chyba nie w tym tkwiła jego siła. Urok osobisty i życzliwość. Przynajmniej dla mnie. Budził zaufanie. Zadziwiające, ale mój wirtualny znajomy także sprawiał na mnie takie wrażenie, kiedy gadaliśmy ze sobą na czacie. Czyli w sumie jakby się to wszystko zgadzało! A gdyby w to uwierzyć? Że naprawdę jest aniołem, duchem, czymkolwiek był. -Ale po co mnie odwiedziłeś? -By ci pomóc podjąć decyzję. Przecież obiecał ci to De Profundis! -Zaiste, obiecał… W najśmielszych snach nie pomyślałam, że może to być prawda. A jednak! -Tylko, że ja już podjęłam decyzję… Uśmiechnął się niedowierzająco. Nie dał się oszukać. Potwierdził ponownie, że jednak jest tym za kogo się mieni. Wstał i przeszedł się po pokoju, zupełnie jakby chciał coś tutaj znaleźć lub zapamiętać to miejsce. Odprowadzałam go czujnie wzrokiem, ale niczego niepokojącego nie poczułam. Jasne. Nie było nic niepokojącego w aniołach nawiedzających mnie we własnym mieszkaniu. Każdemu się to przecież zdarza, czyż nie? A mnie spotkało dopiero dziś. Takie niedopatrzenie losu, po prostu… Powstałam także. Jakoś nagle zapragnęłam znaleźć się na jednym poziomie z moim niezwykłym gościem. Nie wiem dlaczego, ale tak coś mnie poderwało na równe nogi. Wolałam żeby nie spoglądał na mnie z góry. Dziwactwo? Albo potrzeba równych szans. Nie wiem co. Być może impuls, a może zachcianka. -Julito! Chcesz odnowić tę znajomość? Głos mnie zaskoczył. Nagle stanęliśmy przed meritum sprawy. Nie tracił czasu, jakby takich wizyt miał do odbycia jeszcze kilka. I może nawet tak było, kto wie? Tak czy siak, zmusił mnie tym pytaniem do odpowiedzi. -A ty tego jeszcze nie wiesz?- Nagły, diabelsko przewrotny skrzat zadał to pytanie za mnie. -Ja?- Zdziwił się tylko nieznacznie.- Ja, wiem. Kwestia, czy ty zdajesz sobie z tego sprawę… Dobry był! Nie dał się podejść. -Nie wiem… Miałam potworne wahania nastrojów. I ta wizyta nie poprawiała mego odczucia. Koniec końców trzeba przyznać rację: choć to niewiarygodne, to jednak rozmawiam z prawdziwym aniołem- cokolwiek to oznacza. Akceptacja tego faktu pozwoli mi jak najszybciej pójść dalej. -Nie mogę być z kimś na kim nie można polegać.- Słowa zaczęły płynąć z mych ust, zrazu powoli i opornie, później coraz szybciej i pewniej.- Ja muszę ufać tej drugiej osobie. Ufać bezgranicznie. -Nie da się rozpoczynać lub trwać w związku bez ryzyka.- Odpowiedział z niezmąconym spokojem kogoś, kto jest święcie przekonany do tej prawdy.- Musisz zaryzykować. -Nie potrafię- szeptem wyznaję swój chyba największy grzech.- Tego właśnie nie potrafię, Bezimienny…Wiesz, ja mu na pewno odpiszę na tego maila, ale jeszcze nie wiem w jakiej formie. Czy dać mu cień szansy, czy od razu pokazać, gdzie jego miejsce? I tu tkwi sedno sprawy! Jego usta skrzywiły się w geście uśmiechu z przekąsem: -To jest znacznie głębszy problem! -O czym ty mówisz?! -Dobrze wiesz. Boisz się. Tylko nie chcesz sama przed sobą tego przyznać. -Bzdura!- Gwałtownie protestuję, ale zdradziecki rumieniec oblewa całą moją twarz. Dobrze, że jest ciemno i mam nadzieję, że nie widzi tego, choć jeśli to w istocie jest anioł, to nie ma to większego znaczenia. -Bzdura? O, nie…Żeby się tego pozbyć musisz uporać się ze swymi sprawami- zaatakował mnie kolejną ripostą. -A cóż to za nowe dziwactwo?- Tym razem naprawdę mnie wkurzył!- Psychoanaliza z drugiego wymiaru?- Moje drugie pytanie miało wyłącznie ukazać całą moją szyderę, jaką czułam do niego w tej chwili. Bezimienny chwilkę postał i patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zupełnie jakby coś knuł, plany miał niemalże wypisane w oczach. Paskudne uczucie nieuchronności ogarnęło mnie swoim ramieniem i przycisnęło serdecznie do siebie. Czułam, że to jeszcze nie koniec tej historii, nie mogło to się tak skończyć. Przecież nic się nie wydarzyło jak dotąd, nic co skłoniłoby mnie do jakichkolwiek poczynań, nic co by usprawiedliwiało te niezwykłą wizytę. A potem bez słów wyciągnął ku mnie rękę w geście nie pozostawiającym żadnych wątpliwości. Z pewnym wahaniem ujęłam dłoń i z zaskoczeniem odkryłam, że mogę poczuć jego ciało. Duch, czy kim tam się zwie, ale jednak dotykałam żywego człowieka. Przemknęło przeze mnie dojmujące uczucie zawodu! Oszukał mnie, wymądrza się na potęgę, stroi w piórka wszystkowiedzącego, a to po prostu zwykły śmiertelnik. Dałam się podejść. Już nawet rozczarowanie nie pozwalało mi dociec jakim sposobem przeniknął do środka mieszkania. Kolejny raz ktoś mnie oszukał! O mało nie rozpłakałam się z żalem nad sobą. -Spokojnie, Julito.- Głos miał kojącą barwę.- To wszystko prawda. Możesz czuć moje ciało. A jednak jestem aniołem, aniołem- przewodnikiem… Tak bardzo chciałam mu wierzyć. Nagle poczułam przemożną potrzebę ufania temu dziwnemu facetowi. Tylko jak? Instynkt samozachowawczy usilnie bronił się przed tym. -Potrafisz czytać w moich myślach!- Bardziej wstrząśnięta nie mogłam chyba być. Ale znaczyło to jedno, że jeśli nie jest jakimś pomylonym szarlatanem o niezwykłych paranormalnych zdolnościach, to istotnie mam przed sobą anioła. -Cóż byłby wart anioł bez takich umiejętności?- Gorzka ironia jaka dała się słyszeć w jego głosie, dawała mi wiele do myślenia. Ale zanim zadałam jakiekolwiek pytanie, ciągnął dalej.- Męczy już mnie to ciągłe tłumaczenie wciąż na nowo tego samego… -Anioł o typowo ludzkich rozterkach?- I moja ironia także była idealnie wyważona, byle tylko nie urazić zanadto. Tak ku podtrzymaniu nastroju, nic więcej. -Phi… Przymknęłam na moment oczy. Ciepło bijące z jego dłoni rozchodziło się po całym moim ciele, wprawiając każdą najmniejszą cząsteczkę w delikatną wibrację, a mój system nerwowy zachowywał się jakby go delikatnie podłączono do prądu. Znałam to uczucie, już kiedyś coś podobnego czułam, ale w całkiem innych okolicznościach. I nie byłam pewna czy mi się to podoba, choć uczucie samo w sobie nie było nieprzyjemne, już raczej delikatnie niepokojące, coś jak niecierpliwe oczekiwanie na wydarzenie, które za chwilę ma nastąpić. Wiecie o co mi chodzi? Jeśli nie, to i tak już chyba nie potrafię wam tego wytłumaczyć. Wszystko to trwało jedno mgnienie oka. A jednak nie mogłam opędzić się od przekonania, że nagle wokół mnie otoczenie uległo diametralnej zmianie. By się o tym przekonać, otworzyłam oczy. Blask jaki poraził moje oczy skutecznie oślepił mnie, ale tylko na moment, nie był aż tak wyraźny; to złudzenie zaatakowanych znienacka spojówek oszukało swą ślepotą. Byliśmy w pomieszczeniu skąpanym w delikatnie mdłym świetle, ale nie byłam w stanie dojrzeć źródła tej poświaty. I nie to miało tutaj znaczenie. Znacznie bardziej znamiennym był fakt, że dookoła mnie, jak okiem sięgnąć, znajdował się szereg drzwi. Idealnie rozmieszczonych w kole, bliźniaczo podobnych i sprawiających wrażenie strażników koszmarów czy innych tajemnic, nie zawsze bezbolesnych. Nie wiem skąd mi się wzięła ta pewność. Przeczucie? A może sprawiła to obecność anioła obok mnie, to że trzymał mnie za rękę pozwoliło mi dojrzeć rzeczy, które dotychczas dostrzegał tylko on? Nie bardzo rozumiałam jakie ma ten widok znaczenie. Ale musiał mieć! I to na pewno było związane z moją osobą. Jakiekolwiek targały mną emocje ciekowości, pewnie zaraz dowiem się po co mnie tutaj przyprowadził. Ja byłam pewna jednego: że jeszcze nigdy tutaj nie byłam. I nie wiem dlaczego, miejsce to pomimo swego spokoju jakim tchnęło, wprawiało mnie dziwny stan niepokoju, który narastał. Powoli, ale nieprzerwanie rósł we mnie strach, obawa przed nieznanym. A może gdzieś, kiedyś już czytałam o czymś podobnym? Gdzieś w zakamarkach jaźni czaiło się uczucie deja vu. Niby wiedziałam, że to niemożliwe, bo bym takie miejsce z całą pewnością zapamiętała, lecz wciąż dręczyło mnie na widnokręgu świadomości przekonanie, że to jest mój powrót do tego miejsca, a nie wizyta dziewicza. Ale działo się wokół mnie zbyt wiele na raz, zbyt szybko, abym potrafiła to pozbierać w jakąś spójną całość, normalną na tyle, by dało się to pojąć i zaakceptować. I co ważniejsze, zrozumieć. Bezimienny przyglądał mi się z boku, ale nie odzywał się ani słowem, pozwalając mi cieszyć oczy widokiem jaki się rozpościerał przede mną. Cierpliwie czekał, aż dojrzeję do pierwszego pytania. Cała jego postawa znamionowała pewność, że musi nastąpić pytanie, pewność wynikająca nie tylko z jego wszechwiedzy, ale także, a może nawet bardziej, z doświadczenia. Zupełnie jakby takich wizyt odbył dziesiątki, a każda miała ten sam początek, jeśli wziąć pod uwagę zachowanie wycieczkowiczów. Na przykład dokładnie takie jak moje teraz. -Dowiem się w końcu gdzie jesteśmy?- Zadałam pytanie. To pierwsze. Jak znam życie dokładnie takie samo jakie mu zadawali inni na moim miejscu. A później nastąpiło zaraz drugie, równie oczywiste, co poprzednie. I pewnie równie często zadawane. Taki standartowy zestaw startowy.- I po co mnie tu ściągnąłeś? -Jeszcze się nie domyślasz gdzie jesteśmy?- Tembr jego głosu świadczył o tym, że tę kwestię wygłaszał na tyle wiele razy, iż nauczył się odpowiednio artykułować zgłoski. Dziwnym trafem wyczuwałam zmianę w jego postawie. Czy spowodowała to właśnie barwa jego głosu, czy coś zupełnie innego? Nie wiem. Można to było zwalić na słynną kobiecą intuicję… -Nie- odrzekłam krótko i prawdomównie, tym razem. Irytowało mnie to przeciąganie rozmowy, jakby wprost nie mógł odpowiedzieć. Chcę go zmusić do równie krótkich, szczerych i celnych wypowiedzi, tak żebym w końcu nie czuła się jak na jakimś porąbanym quizie. Chyba pojął moje intencje albo, jak typowy, wszystkowiedzący anioł czytał mi w myślach, bo tym razem odrzekł tak, jak chciałam by to zrobił: -Jesteśmy w twoim umyśle, Julito. Akurat pragnęłam, by przestał mnie zwodzić, ale niekoniecznie chciałam takiej prawdy! Jeśli to była prawda! Mogę zaakceptować paplaninę o równoległych światach, niewiarygodne przypadki rodem z baśni i horroru- ale to?! Dopóki w tym wszystkim tkwiła choć odrobina dobrego smaku, można było udawać, że to świetna zabawa. Oryginalna odskocznia przed szarością dnia codziennego, ok. Ale w tej chwili poczułam się jak ktoś, komu nagle odcięto dopływ powietrza. Już mi się zdawało, że to wszystko da się podstawić pod moje dotychczasowe pojmowanie świata. Ale niespodzianek ciąg dalszy…Niespodzianek niekoniecznie dających się zaakceptować, przynajmniej przeze mnie. I nie zamierzałam tego tak zostawić, o nie! Tak łatwo nie dam się zbyć. -Że jak?! Zahipnotyzowałeś mnie, czy co? Zastanowił się chwilkę nad odpowiedzią i już samo to było znamienne. -W pewnym sensie można tak powiedzieć… Dobry sobie! „W pewnym sensie…”Tak albo nie! Jeszcze się nie nauczyłam, że w kontaktach z aniołami nic nie jest proste, ani takie jakim się wydaje. Ale czyż nie było tak również na co dzień w życiu? Z pewnością tak. To tylko moja potrzeba obracania się pośród oczywistych prawd blokowała mnie, by pojąć, co tak naprawdę się tutaj rozgrywa. Sprowadziłam swe życie do dwubiegunowości, tylko czerń i biel- a tak przecież to nie funkcjonowało. Nie dało się przejść przez życie z taką filozofią. Bo choć było to nieskomplikowane, prowadzące do prostych z gruntu zachowań, to jednakże całe to nasze spektrum było aż do bólu szare. I ta świadomość pozwala nam akceptować porażki, małość innych ludzi, całe zło tego świata. To była ta alternatywa na życie. Czyżby właśnie to starał mi się pokazać mój niezwykły towarzysz? -Tak czy nie?- Z mojej strony to była już tylko beznadziejna forma zachowania twarzy, postawienia na swoim, obrona resztek własnych poglądów, ocalenia swego ego. -Nie da się tego tak wytłumaczyć.- Spokojnie, bez niepotrzebnych emocji zabrał mi się za tłumaczenie tego zjawiska.- Jest to tylko uproszczenie, byście mogli to ogarnąć… -Acha, już wiem. Te nasze małe móżdżki!- Nie miało tak brzmieć, ale zjadliwość w mym głosie raziła nawet mnie. -W rzeczy samej- nie dał się wytrącić z równowagi. Podziwiałam te jego opanowanie. Z reguły działałam innym na nerwy, szybko i bezbłędnie, ale on…on był inny. Lub miał tylko większy dystans do otoczenia. Albo, co bardziej prawdopodobne, przemawiało przez niego doświadczenie wielokrotnie odbytych takich i podobnych rozmów. Sam przecież sugerował, że wciąż od nowa musi powtarzać te same wyjaśnienia jak mantrę. W końcu powinna go cechować iście anielska cierpliwość…I cechowała. -Ale po co?!- Skoro sobie już wyjaśniliśmy gdzie jesteśmy, należało również jednoznacznie określić w jakim celu. Ale jeśli w tamtym przypadku tłumaczenie było na tyle pokręcone, co najlepiej było przyjąć za pewnik, to czyż i teraz mogłoby być prosto, zwyczajnie, po chłopsku nieskomplikowane? Nie, jasne, że nie. -Abyś mogła uporać się ze swymi demonami, lękami, paranojami…- Zgrabnie mnie dobijał kolejnymi stanami lękowymi.- Byś mogła rozliczyć się sama przed sobą ze swym strachem…- No proszę, a to coś nowego!- Żebyś rozliczyła się ze swym sumieniem. Oj! Powiało grozą. -I to wszystko już zaraz na pierwszej sesji?- Powinnam chyba sobie obciążyć ten mój jęzor talarkiem ołowiu, doprawdy. Jego wzrok zatopił się w mych źrenicach i choć znać było, że docenił dowcip, to jednak odpowiedź była chłodna i racjonalna aż do przesady: -To jest jednorazowe rendez vous, madame.- Beznamiętnym głosem oświadczyła istota spoza wymiaru, czasu i pojmowania.- Nie będzie innych spotkań. Pojawiam się tylko raz, więc wykorzystaj to do cholery!- Dorzucił z nie dającym się z niczym pomylić akcentem na ostatnie sylaby. -Nie unoś się, proszę- skarciłam go delikatnie, sama mając świadomość, że to ja jestem przyczyną tego wybuchu. -Przepraszam…Ale zacznijmy już, nie mogę tu tkwić w nieskończoność.- Usprawiedliwienie dobre jak każde inne. Może nawet najlepsze w tych okolicznościach. -Tylko, że ja nie mam żadnych lęków- zaczynam na nowo działania opóźniające. -Każdy ma jakiegoś trupa w szafie- machnął ze zniecierpliwieniem ręką w kierunku złowieszczo rozmieszczonych drzwi.- Takiego zaskórniaka, którego łatwo wygrzebać, kiedy człowiek czuje się zanadto szczęśliwy… Bawił się doskonale i to moim kosztem, cholera jasna! Ale strasznie mi się podobało to jego poczucie humoru, było tak bardzo podobne do mojego. I błyskawiczny refleks. Choć, tak z drugiej strony, jak się ma takie zdolności, zdolności czytania w myślach, to nietrudno znaleźć ciętą ripostę; skoro się wie co powie rozmówca, jeszcze zanim on sam mozolnie poskleja z przypadkowych słów jakiś frazes, to żadna filozofia być tak błyskotliwym w dyskusji. Cholerny, cybernetyczny erudyta! O, przypadło mi do gustu to powiedzonko. -Cybernetyczny erudyta…- Mełłam na końcu języka, smakując, jakbym próbowała całkiem nowej, jeszcze mi nie znanej potrawy. -Co tam mamroczesz?- Dopytuje się natrętnie. -Jakbyś nie wiedział- odcinam się. Zaatakował mnie chichot dobiegający z jego strony. Lecz potwierdził tylko to, co już sama wiedziałam, że potrafi czytać w myślach i bez skrępowania to wykorzystuje. -Naprawdę nie ma takich spraw- nadal trwałam uporczywie przy swoim. Wskazał na białe prostokąty wokół mnie: -To raczej przeczy twoim słowom. Spojrzałam także w kierunku tych nieszczęsnych wrót. Jakbym stała przed zagadkami, ale nie bardzo chciałam je rozwiązać. Chyba nie miałam jednak wyjścia. Albo uporam się z tym, albo nie- anioł pójdzie sobie, a ja pozostanę sama- niezmieniona i samotna…Chcę tego? Na pewno chcę? Pewnie potrzebuję, ale czy chcę? Sama nie wiem czego oczekuję po sobie. Być może on wiedział, ale ja? -Czas- przypomina anioł z delikatnym przynagleniem w głosie. Musiałam się wreszcie zdecydować: poddać się temu czy kazać się wynosić w cholerę Bezimiennemu? Jednak ciekawość nieznanego pchała mnie ku tym drzwiom. Tylko czy na pewno było to nieznane? A może tylko głęboko ukryte wewnątrz mnie samej, zapomniane i ignorowane, ale jednak obecne w mej podświadomości? Może to będzie powrót, a nie odkrywanie nowych, dziewiczych obszarów mojej osobowości? -Zdradzę jednak, że jeśli dobrze będziesz wybierać,- anioł zdobył się na heroiczne wyjaśnienie- to nie wszystkie drzwi będziesz musiała otwierać… -A jak tego dokonać?- Obrzuciłam podejrzliwym wzrokiem otoczenie. -Tego nie wiem. -Kłamca!- Aż mnie się zrobiło lżej na sercu, kiedy rzuciłam mu w twarz oskarżenie. -Skoro ci ma to pomóc…- Był niewzruszony.- Kiedy będziesz chciała stamtąd wrócić, wystarczy, że wymówisz moje imię. Po prostu mnie zawołaj… -Zawołać? W odpowiedzi pokiwał twierdząco głową Nie pozostało mi nic innego jak dalej brnąć w tę absurdalną sytuację. -To idę… Nie otrzymałam odpowiedzi. Nawet na nią nie czekałam. Już chyba dość gadania. Trzeba zacząć działać. Ruszam do przodu, zrazu niepewnie, ale zdałam się na swoją intuicję i nie zastanawiając się zbytnio dokąd zmierzam, otwieram pierwsze drzwi. Dziwne, nie czułam ciekawości…Może odrobinę niepewności, ale nie ciekawość. Znalazłam się w miejscu, które wydało mi się znajome. Dopiero po chwili zrozumiałam, że jestem w mojej dawnej firmie. Pierwszej firmie, która miała być odskocznią ku wielkiej karierze, a stała się tylko moim pierwszym niepowodzeniem. Nie z mojej przyczyny, ale jednak…Kiedy to pojęłam, nawet wiedziałam kogo spotkam. Siedziała przy komputerze i spoglądała w moim kierunku, zupełnie jakby mnie oczekiwała. -Witaj, Julito!- Powitała mnie niemal od progu. -Witaj- odpowiadam z niechęcią. Byłyśmy kiedyś przyjaciółkami. Przez całe studia, niczym papużki- nierozłączki, wszędzie razem. Prawie, że chłopaków miałyśmy wspólnych. I kochanków. Nawet pierwszą pracę znalazłyśmy w tej samej firmie. Na moje nieszczęście… -Nadal się gniewasz?- Pyta Dorota głosem pełnym wyrzutu. Toż to bezczelność jawna!- O tamto? Julitka…- Prawie mnie rozczuliła tym swoim ćwierkaniem. Kiedyś ten ton nieodmiennie działał na mnie. Kiedyś…Już nie teraz. -Gniewam? O, nie!- Staram się strasznie panować nad sobą.- Jestem tylko rozczarowana, Dorota. I zawiedziona. Na koniec: wściekła! -Oj, Julita- nie pojęła chyba, jakim cudem nadal mnie trzyma. Czyli nie pojmowała niczego. Minęło co prawda odrobinę czasu od tamtego…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil bartek zalewski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…