Awans
Nasz bohater - karierowicz, który wyemigrował do stolicy (W-wy), pragnie awansu w firmie ubezpieczeniowej. Jednak na wymarzony przez niego stołek dyrektorski zostaje wprowadzony zawodnik z "rodziny"...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Awans
Zanim rozstałem się z Adą, inna sprawa znalazła wreszcie rozwiązanie a mianowicie sprawa mojego długo oczekiwanego awansu, co miało miejsce na zebraniu, jakie było organizowane każdego tygodnia w poniedziałek rano i było rodzajem odprawy przed wymarszem do boju czyli sprzedaży ubezpieczeń. Zbieraliśmy się wówczas wszyscy, czyli około pięćdziesięciu osób, na sali narad. To był jedyny moment, kiedy cały zespół pracujący zazwyczaj na mieście i w biurze mógł zebrać się w komplecie razem z kadra kierownicza, do której chciałem od dawna należeć. - Podobno będą jakieś zmiany na górze – zagadnął mnie jeden z czterech liderów. - To znaczy? – zapytałem. - Rysiek idzie na dyrektora naczelnego a na jego miejsce podobno ktoś z zewnątrz. - Jak to z zewnątrz? –dreszcz mnie przebiegł bo przecież to miałem być ja, obiecywali mi, już sam Rysiek zaczął inaczej mnie ostatnio traktować, dostałem przecież drogi zegarek i skórzany kalendarz z logo firmy, coś mi tu nie grało. - Ponoć to jakiś krewny Ryska ale szczeniak. - Skąd to wiesz? - Nadstawiam uszu gdzie trzeba. - A ja myślałem, że wybiorą kogoś z nas. Przecież tak mówili. Od dawna nam mówią o awansie, nie? - No widzisz ty tu zaharowujesz się całymi dniami, i w weekendy, urlopu boisz się wziąć, starasz się jak możesz bo ci mówią o awansie a i tak przyjmują kogoś z rodziny. - Jesteś pewien? - A co, myślałeś może, że ciebie wybiorą? - A czemu nie? Tak samo mogli wybrać ciebie. - Zapomnij, my mamy być tu od mrówczej roboty a do rządzenia to sobie zawsze biorą swoich ludzi. - To co to za awans? - Ja już dawno przestałem się pracą tak przejmować. Robię tyle ile muszę i na tym koniec. Tobie też to radzę bo inaczej zwariujesz. - rozmawialiśmy jeszcze chwilkę a potem wszedł wspomniany Rysiek czyli nowy dyrektor generalny w towarzystwie młodego, przystojnego i bardzo elegancko ubranego chłopaka, który mógł mieć góra dwadzieścia sześć, może siedem lat. Wkrótce wszystko się wyjaśniło i mój czarny scenariusz został wcielony w życie - tak po prostu, bez żadnych protestów, ba nagrodzony oklaskami i dobrą miną, zapewne nie tylko z mojej strony. Nasz nowy szef czyli dyrektor Adam, pokazał się od razu jako człowiek wygadany i bardzo pewny siebie. Przedstawił się pokrótce, kładąc nacisk na swoje wykształcenie jakie zdobył w najlepszych szkołach managerskich za granicą, znajomość branży ubezpieczeń po czym zaczął roztaczać wizję na temat naszej współpracy, poprawę wydajności, zdobywania dalszych rynków itp. Za chwilę padły pytania, na które udzielał skwapliwie odpowiedzi a następnie nasz nowy szef chciał poznać każdego z osobna i zamienić kilka słów w cztery oczy, zaglądając do teczki, w której miał dane każdego z nas, łącznie z wynikami pracy i jakimiś zapiskami personalnej. Byłem wściekły. Nie wytrzymałem i zagadnąłem kolegę. - Zastanawiam się, gdzie tego uczą bo tak jak długo pracuje z ludźmi, to rzadko trafiam na takiego pajaca. Facet jest ledwo po studiach a mówi do nas jak do chłopców z podwórka...i popatrz na te jego teatralne gesty. Jest po prostu bezbłędny, żadnego potknięcia, zacięcia, a intonacja głosu, jak u aktora. Brawo! Sto procent wyreżyserowany, nierzeczywisty, jakbyś wziął go i wyciął od jakiegoś szablonu. I wiesz co, czuję, że będą z nim problemy. Nie podoba mi się ten koleś. - Eee tam, sam chciałbyś tam przecież siedzieć. A jemu się nie ma co tak dziwić bo facet od razu chce pokazać, kto tu rządzi. Są szkoły, gdzie uczą, jak nie być sobą i zgrywać chojraka w pracy, nie wiedziałeś? - Seria? Pierwsze słyszę. Owszem chciałbym tam siedzieć ale jestem pewien, że nie robiłbym z siebie niewiadomo kogo. - I pewnie dlatego nigdy tam nie usiądziesz, no chyba, że się zmienisz. Albo jesteś szefem albo kolegą, nie? Pracodawca woli zatrudnić właśnie takiego a nie ciebie. Ty jesteś fajny facet, wygadany, dowcipny ale do rządzenia się nie nadajesz, za miękki jesteś kolego i tyle. A że nieźle bajerować potrafisz, to dlatego robisz to, co robisz, inaczej niewiele byś sprzedał a od kierowania są inni, zgodzisz się? - Ale zauważ, że Rysiek wcale taki nie jest a naszym szefem był i wszyscy go lubili. - To prawda ale Rysiek miał charyzmę a tego nie naucza cię w żadnej szkole! To mają tylko nieliczni. A jak ktoś tego nie ma, to idzie do jednej czy drugiej szkoły z nadzieją, że jakoś go tam uformują. - Czymś te braki nadrabiać trzeba, ten więc od razu struga ważniaka. - A niech sobie struga, mam to gdzieś. Przecież to tylko praca. - Tak ale sądząc z tego, co mówi to może być ciężko. A i tak ostatnio już nam przykręcili śrubę. - A co ty myślisz, że po co takich ambitnych młokosów zatrudniają? Zawsze chodzi o to samo – o coraz większy zysk, o utrzymanie się na rynku, o rozwój firmy. Ten Adam na pewno o sprzedaży ubezpieczeń wie mniej niż my ale wybrali go ponieważ nauczył się w jakiejś zagranicznej szkole, jak ma ten zysk wyegzekwować od nas. No a że przy okazji ma tu niezłe plecy, to tym bardziej tu pasuje. - No to nie dość że będzie dla nas jak pies gończy, to jeszcze zostanie wtyczką. - No coś w tym rodzaju. - W takim razie szans awansu raczej nie można się już spodziewać w naszej firmie. - A ty znów swoje. Już ci mówiłem, że to tylko złudne marzenia. Zapomnij o tym. – zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu – awans to sobie możesz sam zrobić, jak stąd odejdziesz hehehe. - I wiesz co, tak pewnie trzeba będzie zrobić bo nie mam zamiaru do emerytury sprzedawać ubezpieczeń, a lata lecą. - Do emerytury nie ale za to na emeryturze to się dopiero sprzedaje, ma się tyle wolnego czasu, że aż szkoda go marnować! - Jak tak dalej będę pracował, to nawet do emerytury nie dociągnę. Ale, ale popatrz no na to całe piękne zgromadzenie – powiedziałem wskazując scenę naszej sali konferencyjnej, na której znajdowali się prezesi i dyrektorzy. - No widzę. Towarzystwo wzajemnej adoracji, to chciałeś powiedzieć? - Wyglądają dostojnie, zwłaszcza ten stary po lewej z wąsiskami, widzisz? - Aaa ten. W świecącym garniturze i o spojrzeniu sokoła? No tu się z tobą zgodzę. Powiem ci Andrzejku, że czasem, jak spotykam takich elegantów z błyszczącymi butami, to aż się boję odezwać. Rozumiesz? Bo widzisz, już na samo dzień dobry tworzy się między nami dystans i nie wiem, jak się mam zachować. Czy się kłaniać w pas i nic nie mówić czy może gadać jak ze swoim, choć od razu widać, że on nie jest swój. A jak już się odezwę, to za chwilę żałuję że to zrobiłem. Więc sam rozumiesz. - A wiesz, że ja też tak mam. Widać z tego, że coś w tym musi być. - A wyobraź sobie teraz, jakby takiego groźnego eleganta przebrać na przykład. za ogrodnika, w kraciastą koszulę i spodnie na szelkach. Masz to? – kontynuował mój kolega. - Hehe, dobre i co? - Rozumiesz, widzisz tę samą twarz ale we wdzianku ogrodnika. I co, nadal się puszy? - Hmmm, to może być groźny ogrodnik. - Może i tak ale ty już na niego nie patrzysz tak jak na prezesa. Już nie wydaje ci się taki wyniosły. Jest po prostu ogrodnikiem albo budowlańcem w waciaku, który niesie gdzieś cegły. Czujesz to? - Właśnie sobie wyobrażam tego naszego młokosa jako zwykłego listonosza. - A są niezwykli listonosze? - Nie o to chodzi ale o to, że listonosz to nie pan prezes. - A pan prezes to nie listonosz – wtrącił kolega. - Zgoda ale wiesz o co mi chodzi, że prezes to przecież elita. - Moi prezesi listonosze, i nie tylko oni ale w ogóle tacy poważni profesorowie, jakich pamiętam choćby ze studiów, zupełnie inaczej się zachowują w robotniczych uniformach. A jeśli zachowują się tak samo, to wierz mi tylko na początku, potem jakoś im przechodzi. Wtedy lepiej mi się z nimi gada. No wiesz, jak równy z równym bo ze mnie to przecież żadna elita. - Próbuję właśnie twojej metody i powiem ci, że teraz nasz nowy prezes bardziej mi się podoba, jako listonosz oczywiście, w trochę przyciasnej kurteczce i z pękatą torba na ramieniu już nie jest taki wyprostowany. Nooo, teraz to już jest swój chłop z niego. – I tak od tej pory, dzięki sugestii kolegi sam zacząłem czasem przebierać w myślach tą lub ową postać w jakieś inne wdzianka, degradując tudzież awansując. Niestety, kiedy scenę opuścili piękni aktorzy, dotarło do mnie, że to już koniec moich marzeń o awansie tutaj i pewnie nie prędko w ogóle. Byłem rozmontowany, podczas gdy mój kolega żartował jeszcze sobie ale ja nie potrafiłem odwzajemnić mu jego nastroju. Nie mogłem zebrać myśli bo czułem się znokautowany. Na naszych oczach dokonał się przewrót i nikt nie powiedział słowa sprzeciwu. Wprowadzono faceta z zewnątrz po jakimś praniu mózgu w jakichś elitarnych szkołach, żeby ukręcić z niego na nas bat i ten bat siedział teraz w najlepsze w moim niedoszłym gabinecie i przepytywał każdego z nas i coś smarował w swoim kajecie. Ciekaw byłem, co on tam pisał, bo podejrzewałem, że pewnie też go nauczyli „jak rozgryźć człowieka w dwie minuty i włożyć do odpowiedniej szufladki”. Niebawem nadeszła moja kolej i udałem się do gabinetu nowego i bardzo młodego dyrektora. - Ok! Andrzej Markowski! – silnym i wyraźnym głosem wypowiedział na mnie wyrok mój świeżo upieczony przełożony, zapraszając mnie tym samym do dialogu. - Witam – odparłem. - Siadaj – wyraźnym gestem wskazał mi krzesło, którego nie sposób było nie zobaczyć ale cóż, w końcu to, czy mam usiąść czy stać już nie będzie zależało ode mnie więc skorzystałem z sugestii mojego szefa, który nie szczędził wysiłków do zachowania dbałości o najmniejsze gesty i szczegóły. - OK! – To było jego zawołanie - Proponuje przejść od razu na ty bo w końcu wszyscy tu jesteśmy jedną wielką rodziną – zaproponował podając mi rękę w nienaturalny sposób, wyraźnie z góry, jakby od razu chciał zaznaczyć, jaka jest miedzy nami różnica w hierarchii. - Adam jestem, jak już zapewne słyszałeś na uroczystej nominacji. – przedstawił się patrząc mi badawczo i groźnie w oczy, jakby chciał odgadnąć, co myślę w tym momencie. – przynajmniej takie miałem wrażenie. - Andrzej. - Andrzej Mar-ko-wski – powtórzył sylabizując. – Dla nas i tak wystarczy Andrzej. - Jak to w rodzinie – odparłem. - OK! Niezły starz! Pięć lat w naszej firmie – zaznaczył a ja pomyślałem – no właśnie, a ty jaki masz staż w naszej firmie? Jesteś tu pierwszy dzień i już „w naszej firmie”, jakbyś budował ją od lat razem z nami! - Ano jakoś człowiek się przyzwyczaja do dobrego. – odparłem a w duchu dodałem – naturalnie do wizji awansu. - Z tymi przyzwyczajeniami to trzeba uważać. Bo najłatwiej się jest przyzwyczaić do pewnego poziomu i sobie przysnąć a my musimy teraz ruszyć z kopyta. Zresztą, jak słyszałeś za dobrą sprzedaż będą atrakcyjne wycieczki zagraniczne a raz w roku będziemy losować samochód, jeśli ktoś osiągnie maksymalny pułap. A ja widzę w tobie duży potencjał. Co ty na to? Jesteś jednym z czołowych pracowników w naszej firmie, co? Wyniki masz dobre, ale myślę, że cię stać na więcej. Widzę cię w ścisłej czołówce. Eeee? - Staram się bo moje koszty rozrywkowe wciąż rosną –odparłem. - Nooo, na to nigdy nie jest za wiele. Zresztą firma ma swój budżet także i na te sprawy dla najlepszych. To co, mogę na ciebie liczyć? Masz zadatki na najlepszego agenta wiesz o tym? Ty mi pomożesz, a ja też dam też coś od siebie. Bo tak dla twojej informacji, to mogę wiele. OK? - Służbowy samochód – uśmiechnąłem się. - Kto wie, będziesz liderem, to będą super nagrody i ja już widzę te nagrody u ciebie bo ty masz i talent i zapal do pracy sądząc po dotychczasowych wynikach. No dobra, nie będę przedłużał, później dostaniesz osobiste wytyczne na najbliższy okres. Powiem ci tylko, że warto się starać bo tak jak mówiliśmy wcześniej na zebraniu, zmieni się system premiowania ale musisz zmienić także trochę swoje podejście ale spokojnie popracujemy nad tym i zobaczysz jeszcze wysoko zajdziesz. No to powodzenia! – i podobnym gestem ręki, jak przy powitaniu, teraz pożegnał się ze mną a ja wyszedłem i zjechałem winda na dół. Teraz już nie miałem złudzeń, kim byłem i co będę robił przez najbliższe miesiące może nawet lata. - Hmm, a może by tak zapisać się do takiej szkoły specjalnej dla dyrektorów i spróbować gdzieś indziej? Zawsze można popracować nad swoim wizerunkiem i zachowaniem no a do tego trochę teorii też nie zawadzi. No ale skąd ja wezmę znajomości? Nie mam przecież żadnego wujka w zarządzie. Ale zaraz, znam kilka wysoko postawionych osób ze strzelnicy. Przecież z niektórymi prezesami to ja już nawet wódkę piłem. A może ja przesadzam, może rzeczywiście jest to właściwa osoba na właściwym stanowisku? Może wystarczy mieć dużo tupetu i specjalnie nie liczyć się z ludźmi? Ale w końcu i ja sam w mojej pracy często nie liczę się z ludźmi bo chodzi mi zawsze o zysk, mój własny zysk, a i tupet też mi w tym pomaga. Nie jest chyba ze mną aż tak źle! - Tak czy owak, zostałem po prostu nabity w butelkę i cale to mącenie nam w głowach o awansie było niczym innym jak kijem i marchewką, a ja naprawdę myślałem, że firma mnie doceniła i upatruje we mnie przyszłego szefa sprzedaży na całą stolicę. Zaczęło mnie bolec, że opanowany wizją własnego sukcesu, widziałem teraz w niej już nie siebie ale Adama na moim niedoszłym miejscu. Widziałem, jak przyjeżdża służbowym autem do pracy, parkuje na strzeżonym parkingu pod ziemią, potem wjeżdża elegancką windą do jeszcze bardziej eleganckiego budynku na 30 piętro do swojego pokoju a raczej gabinetu i rozkoszuje się tym widokiem, który miał należeć przecież do mnie, no choćby ostatecznie do kogoś innego ale spośród nas. I to ja miałem spoglądać z góry na tętniące życiem miasto, na uroki i kaprysy pogody, od których byłbym całkowicie niezależny. To do mnie miano dzwonić i prosić o spotkanie a ja przyjmowałbym interesanta w moim gabinecie z metalu i szkła. Już nawet nie myślałem o zarobkach i różnych innych dodatkach poza finansowych, jakie firma dawała na takich stanowiskach. Tak na zdrowy rozum, to nie powinienem żywić żadnej urazy do Adama bo przecież nic złego mi nie zrobił. Po prostu należał do rodziny prezesa, i pewnie pod kątem tej firmy skończył studia bo zdawał sobie sprawę, że ma zaklepane tutaj wysokie stanowisko. Mimo to znienawidziłem go w pierwszym momencie i już nigdy, pomimo prób, to się nie zmieniło. Ilekroć go spotykałem, moja rana się otwierała. Nie daj boże, jeśli nie zgadzaliśmy się w jakiejś kwestii, bo brała we mnie górę wówczas taka złość, że tylko cudem potrafiłem ją w sobie zdusić. Najbardziej drażniło mnie to, że był młodszy ode mnie o całe 10 lat a zawsze traktował mnie z góry, jak jakiegoś pętaka. Widziałem jaką satysfakcję mu sprawia dominowanie, bezwzględne rozstawianie ludzi po kątach, wydawanie banalnych i oczywistych poleceń i kiedy z nim rozmawiałem, miałem wrażenie, że patrzył na mnie jak na półgłówka. I to jego zaglądanie w oczy, przekrzywianie głowy i różne inne gesty wyrażające jakieś dziecinne zaciekawienie, ignorancję, ironię itp. Dla mnie był po prostu szczeniakiem, z wypranym umysłem, który siedział na moim miejscu, na które ciężko pracowałem, rozwijając sieć klientów, jeżdżąc na szkolenia, poświęcając swój czas i rodzinę. Tak rodzinę, co dopiero teraz zrozumiałem i doceniłem straciwszy tamto. Uświadomiłem sobie, iż nie żyłem chwilą bieżącą, tylko jakimś marzeniem odsuniętym w czasie, które miało nadejść i wszystko zmienić na lepsze. Któregoś razu mój szef Adam wezwał mnie do swojego gabinetu, przywitał podając rękę w swój specyficzny sposób, potem tą samą ręką zrobił wymowny gest wskazujący krzesło, na którym miałem usiąść i zaczął rozmowę. - OK! Andrzej musimy trochę uporządkować nasze sprawy. – Tu zaczął analizować moje wyniki, moich klientów, prognozował, pouczał, wypytywał, podsumowywał i tak zeszły nam ze dwie godziny na tej bądź co bądź merytorycznie wartościowej i poważnej rozmowie. Na koniec dostałem kilka wytycznych, o których rzecz jasna wiedziałem już wcześniej ale z grzeczności nie przerywałem. - Generalnie są dwa typy klientów – duzi i mali ale obaj są nam potrzebni. Różnica jest taka, że dużych trzeba bardzo szanować a małemu można wciskać kit bo z reguły się nie zna i w razie czego nie będzie sprawiał problemów. Jeśli coś jest słabym punktem naszego produktu, to absolutnie nie można o tym mówić, jeśli klient się o to nie zapyta, a jeśli się zapyta, to co innego. Jak pokazują badania, zazwyczaj nie pytają. Jednakże klient nie może czuć się celowo oszukany przez nas, najlepiej jest, jeśli ma tylko pretensje do siebie a nie do agenta czy firmy. Musi się nauczyć, że kupowanie ubezpieczeń to nie to samo, co bułek w piekarni i trzeba posiadać na ten temat pewną wiedzę, a jeśli jej nie ma, to już nie nasza wina. W dzisiejszych czasach sztuka dezinformacji odgrywa istotną rolę w sprzedaży różnego rodzaju produktów. Począwszy od wspomnianych bułek, bo tu można oszukać choćby na proporcjach składników, magazynowaniu i takich tam, a skończywszy na samochodach ale to nie nasze branże. - To prawda są bułki i bułki – dodałem. - Tak jak z ubezpieczeniami, ważne jest tylko aby te nasze były uważane za najlepsze choć nie zawsze tak musi być. W twojej pracy trzeba być dobrym psychologiem a nie każdy się do tego nadaje bo z tym się raczej człowiek rodzi, a mając już pewne predyspozycje można nieźle się rozwinąć. Jeśli już trochę rozpracujesz człowieka, po krótkiej rozmowie wstępnej o wszystkim i o niczym należy... - ...nakłonić klienta do złożenia podpisu – dokończyłem. - Czyli podjęcia decyzji a jak już ona zapadnie to statystycznie większość ludzi już się z niej nie wycofuje, a jeśli nawet, to nie ma problemu bo tu i tak, rządzi prawo wielkich liczb a nie pojedynczy przypadek a te liczby akurat działają na nasza korzyść. – dodał i sięgnął po papierosa. Nie poczęstował mnie a prawdę mówiąc miałem ochotę zapalić. - Mogę? – spytałem. - Co mogę? - Zapalić. – odparłem. - W moim gabinecie palę tylko ja. Takie mam zasady. Nie gniewaj się ale zasad należy się trzymać bo potem się ludzie przyzwyczają i robi się zamieszanie. Zapalisz jak skończymy. Mogę ci nawet poczęstować, jak nie masz przy sobie papierosów. – Tu mnie już zatkało i nie wiedziałem co powiedzieć, obserwowałem więc jak on palił i zdawało się że robi to bardziej dla sztuki czy dla jakiejś pozy niż dla nasycenia nikotynowego głodu. - Widziałeś? – spytał mnie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil andriosz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…