Awaria
Tytułowa "awaria" to niespodziewany zanik aktywności urządzeń elektrycznych. Pisane nieco szybko, ale zgrabne
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nadszedł kolejny dzień. Promienie słońca wpadały przez otworzone w nocy okno. Coś jednak było nie tak. Cyfrowa tapeta na suficie była wyłączona. Nie usłyszałem też dźwięków mechanicznego kelnera niosącego mi śniadanie. Jedynie cichy szmer wody cieknącej z nie zakręconego kranu. Było ta na tyle dziwne, że włożyłem na skronie sterownik dotąd leżący na półce. Dzięki niemu mogłem za pomocą myśli komunikować się z Domem. To on mi przydzielił sterownik tydzień temu, zgodnie z dyrektywą nr.32 o równym podziale dóbr materialnych. Skupiłem się na wysyłaniu przez sterownik odpowiednich sygnałów. Niestety, żadnej reakcji. Musiałem wykorzystać prymitywny aparat mowy, jaki pozostał mi po przodkach: - Domie! Czemu nie wykonujesz moich poleceń? Cisza. - Odpowiadaj jak do ciebie mówię! Brak reakcji. Zły na niesforny Dom, ubrałem się bez niczyjej pomocy. Było to dosyć kłopotliwe, albowiem od dziecka ubierały mnie automaty. Po szybkiej ablucji we wczorajszej wodzie zaległej w wannie, zacząłem inspekcję mieszkania. Obszedłem wszystkie pokoje. W każdym nic nie działało. Na czele wizjofonem i telewizją. Wszystko martwe. Nawet lodówka, która co ranek witała mnie jakimś idiotycznym wierszykiem. Jakby nagle zabrakło elektryczności. Wyszedłem na dwór, aby sprawdzić czy u sąsiadów też tak jest. Drzwi do mieszkania i tak były otwarte. Po ulicy snuli się inni mieszkańcy osiedla. Wyglądali na bardzo zdezorientowanych. Niektórzy stali na drodze i kolebali się jak przy ataku choroby sierocej. Inni siedzieli w swych pojazdach bezskutecznie próbując je odpalić. Większość jednak, snuła się po ulicy w poszukiwaniu jakiegoś wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Wtem coś sobie przypomniałem. Wróciłem do kuchni. Dioda na ekspresie do kawy paliła się. Włączyłem z ciekawości ekspres. Zaczął bulgotać i wydawać typowe dla siebie dźwięki. Podłączyłem go do sieci Opiekuna. Zamarł. Po wyciągnięciu kabla ponownie zadziałał. Sprawdziłem inne urządzenia. Wszystkie po odłączeniu od sieci zaczynały się uruchamiać. To było dziwne. Świadczyło jednak, że problem nie leży w braku elektryczności. Wróciłem na ulicę. Ludzie nadal kręcili się zdziwieni w nieokreślonych kierunkach. Zacząłem przeczesywać pasmo ogólno dostępnych sygnałów telepatycznych. Panował tam chaos. Wszędzie kołatały się przerażone myśli zdezorientowanych, odciętych od sieci ludzi. Wysłałem prywatny sygnał do stojącej obok mnie sąsiadki: =Co się dzieje, pani Słowińska?= =Wiem tylko tyle, ile pan. Od rana nic nie działa= =A farmy? A kliniki?= =Nic= =Być może trzeba będzie wszystko odłączyć od sieci= =A to dlaczego?= =Mam w domu ekspres do kawy. Nigdy go nie włączałem do sieci, bo używałem go sporadycznie. Dziś był jedynym działającym urządzeniem. Gdy odłączyłem resztę sprzętu od sieci, również zadziałały= =Ale bez sieci i tak trzeba przekręcać te gałki, guziki...= =Programatory są proste w obsłudze. Nauka nie wymaga wiele wysiłku = = No, ale na tą obsługę trzeba poświęcić mnóstwo czasu! W międzyczasie można by zająć się innymi, znacznie przyjemniejszymi czynnościami= =Przed wiekami ludzie nie mieli nawet pralek i kuchenek. I jakoś żyli. Trzeba zaakceptować te niewygody, do rozwiązania problemu. To nie może długo trwać= Wtedy zmieniła pasmo prywatne. Widocznie nawiązała kontakt z nadchodzącym do nas mąż Słowińskiej. Już miałem odejść, gdy usłyszałem jego głos: - W domu działają jeszcze inne rzeczy. Slavor Słowiński wyglądał na trzydzieści lat, ale zapewne miał kilka razy tyle. Nigdy nie pytałem go o wiek, ale zawsze wydawał mi się starszy ode mnie. Miał sumiasty wąs, który kręcił w chwili zdenerwowania. Patrzenie na jego sylwetkę nasuwało na myśl byka. Mimo tego, razem z żoną wyglądali na dystyngowanych inteligentów, którzy nie popadli w modny ostatnio hedonizm. - Czemu nie korzysta pan z łączy telepatycznych? – zapytałem, gdy wymienił parę zdań z Różą Słowińską. Mój głos od dawna nie używany brzmiał nieco ochryple. - Gaelu, w przeciwieństwie do moje żony nie lubię zbędnych nowinek. Zresztą, jeśli chcę powiedzieć coś tak, aby wszyscy usłyszeli, nie muszę walczyć z chaosem na lin ogólnej. O musi być stary. Tylko ci po dwusetce zwracają się do innych po imieniu. - Rozumiem – powiedziałem i wróciłem do początku rozmowy, - O jakich urządzeniach pan mówił? - O bardzo prostych: długopis z latarką, stary odkurzacz, korektor itd. - Nic nie miało kontaktu z siecią? - Na pewno. Nigdy nie było potrzeby montowania przekaźników. - Wydaje mi się, że wiem w czym problem. Opowiedziałem mu o ekspresie. - Hmm... – zamyślił się, - Może powinniśmy iść do Opiekuna? Może on będzie wiedział co się dzieje? - Dobrze. Cóż innego możemy zrobić? Ruszyliśmy we troje na plac centralny. Kierowaliśmy się za pomocą plastikowych znaków, zawieszonych na stalowych domach pokrytych cegłą klinkierową lub sztucznym marmurem. Plac był to swoistym rynkiem o powierzchni 600 metrów kwadratowych. Wybrukowano go różnego rodzaju kamieniami, w taki sposób, że tworzyły herb miasta. Na jego środku mieścił się Dom Opiekuna. Mieszkańcy mało wiedzieli o tej konstrukcji. Nie z powodu jednak niemożności dowiedzenia się, ale po prostu nikogo to nie obchodziło. Biała, walcowata konstrukcja, lśniła dumnie w słońcu. Naczelna serwerownia, zwana również Domem Opiekuna, wydawała się niezachwianym monolitem. Ot setek lat stał nad swoim miejscu, zapewniając szczęście i dobrobyt naszemu miastu. Coś było jednak nie tak. Na dotychczas jednolitej powierzchni, Domu powstało coś w rodzaju wejścia. Wokół niego zebrało się kilka osób. - Skąd to przejście? – zapytałem jednego z gapiów. - A skąd mam wiedzieć? Cyber-wróżka jestem, czy co? Odwal się menelu! Nieznajomy poszedł w kierunku osady. No tak! Kultura stoi na wysokim poziomie... - Ciekawe skąd to się wzięło... – mruknął do siebie Slavor. - Może wewnątrz znajdziemy odpowiedź? – zapytałem go. - A jeśli to będzie niebezpieczne? Dziwne rzeczy się dzieją! - Niech pan nie będzie śmieszny. Wejście wygląda na zrobione przez architektów Domu. Po co mieliby tam coś groźnego umieszczać? Jeśli się pan boi, pójdę sam. - To niedobrze, aby pan sam szedł – powiedziała żona Słowińskiego, - Pójdziecie razem, prawda? - No...dobrze – rzekł po namyśle Slavor i przekroczył próg. Znaleźliśmy się w ciemnym korytarzu. Powierzchnia ścian była metalowa, ale idealnie gładka. Podłogę wyłożono materiałem podobnym do gumy, lecz znacznie bardziej miękkim. Z początku drogę oświetlało nam słońce, ale gdy przejście zwężyło się i zakręciło, dostrzegliśmy światło na końcu drogi. Na szczęście, nie sprawdziło się stare przysłowie, że światełko na końcu tunelu, to naciągający pociąg. Gdy weszliśmy do oświetlonej bladym światłem sali, jej ściany zalśniły jak małe słońca. Świadczyło to jednak, że coś z Opiekuna działało. Wnętrze sali przypominało świątynię. Ze środka sufitu wychodziły cztery stalowe łuki kończące się w rogach pomieszczenia. Ze środka wypolerowanej podłogi, wyrastało sześć trzykątnych słupów. Pokryto je jakimiś dziwnymi symbolami. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Dopiero Slavor oświecił mnie, że te symbole to archaiczne pismo. Używano go dawno temu, zanim komputery opracowały nowy, prostszy alfabet. Niestety, Słowiński potrafił odczytać tylko kilka z tych symboli. Po środku okręgu, na półmetrowej wysokości podeście, stała mała, srebrna kopuła. Część jej powierzchni była całkiem czarna. Czasem mrugały na niej jakieś kreski. - To mi wygląda na zegar radowy – powiedziałem.
- Skąd wiesz? - Dziadek mi o tym opowiadał. To mrugające, to tzw. cyfry. Oznaczają upływający czas. W tym wypadku, liczą czas do całkowitego rozpadu promieniotwórczego. - Ale po co to? - To coś w rodzaju zamka. Może ma otworzyć się o jakiejś określonej porze? W tym monecie kopuła rozsunęła się z sykiem. Obie połówki z hukiem opadły na podłogę. Na podeście pozostała mała, prawie przeźroczysta karteczka. Ona również była pokryta archaicznymi literami. - Hmm... – zamyśliłem się, - Jakby czekało na nas. - Musimy jakoś to rozszyfrować – Słowiński zrobił pauzę. Pomyślał trochę, - Powinniśmy pójść do muzeum. Ich komputery mają specjalistyczną wiedzę. - Przecież komputery są powiązane z siecią! Jak chcesz je uruchomić? – z zadowoleniem stwierdziłem, że obaj przeszliśmy na „Ty”. - Jak byłem mały, ojciec zabrał mnie tam. Nie za wiele pamiętam, ale było tam jakieś urządzenie nawigacyjne. Prawie kalkulator. Można jednak się z nim dogadać. On najprawdopodobniej wie, jak to odczytać. Gdy padły te słowa, ściany zaczęły gasnąć. Ruszyliśmy do wyjścia. Za każdym zrobionym przez nas metrem gasło część świateł. Gdy wyszliśmy z Domu Opiekuna, zgasły ostatnie z nich. - I jak? - zapytała żona Słowińskiego. - Wygląda na to, że Opiekun przestał działać – odpowiedziałem. - Ale dlaczego? Czyżbyśmy coś zrobili? Przecież nie było żadnych reguł, które można by złamać. Tu trzeba wspomnieć, że w naszym mieście nie było żadnych zakazów. Chcesz umrzeć z przepicia? Zamów sobie cysternę spirytusu. Kilka dni później obudzisz się w doskonałym stanie., jeśli nie złożysz deklaracji dobrowolnej śmierci. Nie lubisz sąsiada? Zabij go. Następnego dnia do jego domu zostanie dostarczony jego klon. W dobrym tonie byłoby mu dać ciebie zabić. Taka niepisana zasada. - Coś tam znaleźliśmy. Jakąś kartkę. Pójdziemy teraz ze Slavorem do muzeum, aby ją odcyfrować. - A ja? Co ze mną? - Najlepiej zostań w domu – powiedział Słowiński. - Ja? Niby dlaczego? - Bo jesteś kobietą. A kobiety najlepiej sprawdzają się w domu. - Ty szowinistyczna świnio! Jako niezależna kobieta... Slavor wyjął pistolet i zastrzelił z zimną krwią żonę. Przez chwilę jej ciało drgało na ulicy, po czym znieruchomiało. - Tak to planowałem od jakieś czasu, a teraz miałem okazję... – tłumaczył mi Słowiński. -Ale nikt jej nie sklonuje! Maszyny replikujące przecież nie działają! - A to fakt...Wezmę sobie nową! To też planowałem. Zastrzelić te stare pudło i wziąć sobie jakąś młodą, pozbawioną wszelkich zahamowań. Wreszcie odetchnę pełną piersią. Wolny! - I ty Brutusie... – do tej chwili miałem nadzieję, że Słowiński jest na tyle inteligentny, aby wiedzieć, że hedonizm to zniewolenie przez własne żądze, a nie wolność, - Ech...A nie pomyślałeś, kto ją stąd usunie? Bo na pewno nie roboty porządkowe. - Wredna była. Niech leży. Nie chciało mi się kontynuować tej dyskusji. Wyrwałem papier z ręki Slavora i ruszyłem do muzeum. Odwróciłem się tylko raz – Słowiński poszedł na miasto szukać sobie żony, tak jak zresztą to przewidziałem. Z pokolenia na pokolenie jesteśmy doskonalsi pod względem fizycznym i intelektualnym, ale nasza mentalność nas ogranicza i zmienia w pozbawionych uczuć psychopatów. Ech... Budynek muzeum stał na uboczu starego miasta, w pobliżu hut. Była to jedyna konstrukcja w mieście, która stała w nim prawie od początku. Przypominało kształtem piramidę schodkową, na podstawie elipsy o wysokości kilku pięter, na którą nabudowano kolejną, lecz nieco mniejszą, a na tej z kolei jeszcze jedną. W sumie muzeum składał się z kilkunastu elips. Wejście oczywiście było otwarte. Mechaniczny kustosz leżał na progu w jakiejś dziwnej pozycji, widoczne chciał wymienić coś w skrzynce kontrolnej. Wskazywała na to otwarta jej klapka.
Wnętrze muzeum było surowe, lecz miłe dla oka. Biały materiał do złudzenia przypominający marmur, lecz znaczne gładszy pokrywał ściany monumentalnych pomieszczeń. Na pokrytej różnorodnymi wzorami posadce stały pokryte dawniej polem siłowym eksponaty. Wystawa zaczynała się od paleolitu, lecz ja musiałem znaleźć salę z komputerami z lat 2080-2193. Z tymi jeszcze nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gwizdon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…