Bajka
Drogi czytelniku twoja ocena i opinia jest dla mnie bardzo ważna, więc jeśli opowiadanie przypadnie Ci do gustu lub nie, wystarczy tylko jedno kliknięcie :).
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Kiedy coś boli najlepiej jest pomyśleć o czymś przyjemnym.
- O czym mówisz?
- Nie udawaj, to widać na pierwszy rzut oka Mike.
- Nic mi nie jest, nigdzie się nie zraniłem. A tak w ogóle to kim ty do cholery jesteś?
- Nie mówię o tym, co twoje nędzne ciało nazywa bólem, zdradza cię bicie serca, niewiele brakuje żeby wyskoczyło z piersi, tłucze jak bas w twoim samochodzie i ten twój krótki oddech. Wygląda to tak, jakby powietrze nie mogło się zdecydować czy ma wlecieć do środka i wypełnić twoje płuca czy uciekać zanim tam trafi. Zresztą nie dziwie się, nie razi cię ten odór?
- Przyzwyczaiłem się. Pytałem...
- Pieprzysz! Śmierdzi jak wszyscy diabli, a co do twojego pytania to dokładnie wiesz, kim jestem, nie udawaj.
- Nie wiem, kim jesteś, ale chce żebyś wyszedł z mojego domu, nie muszę z tobą rozmawiać.
- Niby jak mam to zrobić baranie pozabijałeś deskami wszystkie okna i drzwi, nawet nie wiem jak do nich dojść tak tu ciemno. Na dworze jest dzień, wiedziałeś o tym?
- Tak wiem, z pomiędzy desek w oknie na ścianę pada cholerny snop światła trudno go nie zauważyć BARANIE.
- Dobra dobra, nie unoś się w końcu to ja jestem zmuszony siedzieć tutaj z tobą. A tak na boku to, po co właściwie wszystko pozasłaniałeś?
- Raziło mnie światło.
- A może słońce rozjaśniało ci umysł? Hehehehe.
- Zamknij się.
- Szczekasz na mnie jak pies twojej żony, a właśnie nie zapomniałeś go nakarmić?... No tak głupie pytanie.
- Co cię tak bawi?
- Co mnie bawi? Hmm... Sam nie wiem, wydaje mi się, że zawsze byłem takim cynicznym wesołkiem. Wróćmy do początku, myślenie o przyjemnych rzeczach bądź chwilach naprawdę pomaga. Wiesz, że mam racje często sam tak robiłeś pamiętasz? Tak jak wtedy, kiedy Helen zaczęła chemoterapie, musiała wyjechać do kliniki do Bostonu, a cały dom został na twojej głowie. Pamiętasz? Strasznie się wtedy martwiłeś Mike. Na pewno pamiętasz, minęło raptem półtora roku. Trzydziesto dwu letni facet musi mieć poważny powód do płaczu, prawda?
- Strasznie się bałem, byłem bezsilny. To takie uczucie... Potworne, jakby ktoś przywiązał cię do krzesła i na twoich oczach podrzynał gardło najbliższej ci osobie, słyszysz jej krzyk i błaganie o pomoc... A ty nie możesz nawet kiwnąć palcem, jeśli jesteś w stanie to sobie wyobrazić to z pewnością zrozumiesz powód.
- Rozumiem i nie dziwi mnie to, bardzo ją kochasz. Dlaczego milczysz Michael? Wyrzuć to z siebie, na pewno lżej się poczujesz.
- No to słuchaj ty! Wiesz...Ech. Wiesz jak trudno jest przekonać trzy letnie dziecko, wmówić mu, że wszystko jest w porządku, że mama wyjechała na wakacje, ale nie mogła go zabrać ze sobą? Nawet nie wiesz, ale one to czują. Możesz mówić im wszystko. Pokazywać pocztówki z cudnie błękitnym morzem i palmami z drugiego końca świata, ale one i tak czują, że coś jest nie tak. Cierpią w tym swoim dziecięcym świecie, do którego nie masz wstępu a o którym z czasem zapominają. Zapominają jak wszyscy. Zapominają. Malutka Suzan. Wiesz..., Zapominają.
- Ty też nie chcesz pamiętać. Prawda?
- Na pewno nie wszystko. Pamiętam po studiach, w wakacje latałem po biurach z jeszcze gorącym dyplomem magistra architektury i przygotowanym CV. Zostałem w pierwszym, które postanowiło przychylić się do mojego podania, nie szukałem dalej, nie chciałem ryzykować. Pomyślałem wtedy, że to krok w stronę mojej niezależności, będę mógł wynieść się od rodziców i zamieszkać z jakąś kobietą. Nie wiem, może szukałem jej podświadomie, a może to tylko przypadek, ale właśnie wtedy ją poznałem. Boże, jakie ona miała piękne oczy, zawsze opadały na nie jej ciemne włosy, patrzyła na mnie pomiędzy nimi. Niby z ukrycia wielkie błyszczące oczy obserwowały jak na twarzy rysuje mi się rumieniec. Robiłem wtedy głupie miny, ale ona nie przestawała patrzeć, aż w końcu wybuchała śmiechem....Boże.
- Nie denerwuj się. Widzisz? Na moment zapomniałeś o problemach. Tyle radości było w twojej twarzy, gdy to mówiłeś, Aż nie pasowałeś do tego miejsca, jakby twoja twarz na siłę została wklejona w stęchłe powietrze tego pokoju.
- Gówno wiesz! Naprawdę nie możesz sobie stąd pójść?
- Niby gdzie? Hmm? Jedyne otwarte drzwi w tym domu prowadzą do piwnicy wiesz? Trafić tam łatwo po fetorze, jaki się właśnie stamtąd wydobywa, tylko, że to jest piwnica, więc w sumie będę tutaj nadal. Zresztą tak naprawdę nie chcesz zostać sam prawda? Tak myślałem musisz to z siebie wypluć, w końcu masz kogoś, kto cię wysłucha hehe.
- To nie jest kurwa zabawne.
- Tak wiem, wiem. Przepraszam Mike. Może kontynuujmy?
- Musze tylko zebrać myśli, poczekaj.
- Nie wiem czy będzie to takie proste, ostatnio nie wychodziło ci to najlepiej nie sądzisz? Ta cała sytuacja... to wszystko...
- Wiem! Chryste gdyby to wszystko było takie proste. Gdyby potoczyło się, choć trochę inaczej, gdybym nie musiał...
- Dobra zmieńmy temat, pamiętasz, pozytywne myślenie. Miałeś przecież wspaniałe życie, miałeś praktycznie wszystko, czego potrzebuje każdy przeciętny człowiek. Cudowną żonę, która kochała cię ponad wszystko, upragnioną córkę. Stać cię było żeby kupić nawet ten dom, przytulny, ciepły i cichy. Wręcz wymarzona idylla, nie jeden człowiek oddałby za to wszystko swoją dusze.
- Przyjechałem po nią z samego rana, wyciągnąłem Helen z domu i zawiązałem jej oczy jedwabną apaszką, strasznie się dopytywała, dokąd jedziemy. Zawsze była bardzo dociekliwa, zaczynała się niecierpliwić, bo to w sumie coś z pół godziny jazdy od miasta. Gdy dotarliśmy na miejsce, słońce akurat pojawiło się nad horyzontem. Zaparkowałem samochód na środku drogi, tą żwirową drogą po środku pola i tak nikt nigdy nie jeździ. W tym świetle dom wyglądał niesamowicie. Długie kształtne cienie dachu, komina i czarne słupy tworzone przez podpory werandy snuły się daleko od domu po przystrzyżonej zielonej trawie. Widziałem ten dom wcześniej, ale w sumie nie zrobił na mnie takiego wrażenia, ot zwykły prowincjonalny domek. Teraz wydawał mi się czymś zjawiskowym, może to przez dopiero, co zbudzone ptaki, a może zapach trawy i polnych kwiatów. Nie wiem, coś było w powietrzu takiego... i jeszcze ona, kobieta z moich snów. Powiedz czy może być coś wspanialszego?
- Chyba nie. Nie znam nikogo, kto by tak gładko szedł przez życie. Poszczęściło ci się. Dom, praca którą naprawdę lubiłeś i ...
- Ona. Chwyciłem ją za rękę, drugą ręką objąłem w pasie i podeszliśmy bliżej. Odsłoniłem jej oczy. Patrzyła jak na obraz jakiegoś wielkiego artysty, jakby podziwiała barwy, bitwę światła z cieniem. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem jej łzę, malutką krople, która spływała z policzka wprost w otchłań jej rozchylonych ust. Pamiętam jak lekko wtuliła się wtedy we mnie, pocałowała mnie. To nie był zwykły pocałunek, nie był jak setki innych przedtem. Czułem się tak, jakbym całował ją po raz pierwszy, jej miękkie włosy między moimi dłońmi, jej dłoń na moim policzku, słony od łez smak ust... Tak... od łez.
- Ostatnio często płakała, prawda?
- Przestań! Starałem się... nie mogłem... Tak bardzo płakała, błagała mnie...
- Przestań się mazać Mike! "starałem się..." "błagała mnie...", dobrze wiedziałeś! Cholera, jesteś tak brudny że robią ci się zacieki na twarzy, wyglądasz jak jakiś dziwaczny clown, tylko brakuje ci czerwonego nosa. Nie ruszyłeś się z tego fotela od trzech dni, ten cały kurz osiada na tobie i tych pięknych antykach, ta zgnilizna. Zaczynasz się kleić od tego całego syfu. Wiesz, już w sumie nie wiem, co śmierdzi bardziej, fetor potu i moczu bijący od ciebie czy to, co wydobywa się z piwnicy twojego cudownego domu. Mama nie mówiła ci o higienie i bakteriach? A właśnie, jeżeli chodzi o twoją żonę, przecież też została szczęśliwą mamusią, prawda?
- Półtorej roku po naszym ślubie, a rok od wprowadzenia się do tego miejsca w jej łonie pojawiło się życie. Od kiedy mi powiedziała zupełnie zwariowaliśmy ze szczęścia. Godzinami siedzieliśmy i rozmyślaliśmy, jak jej czy jemu damy na imię. To ważne, w końcu to cząstka nas samych. Mówiłem do jej brzuszka, kiedy tylko się pojawił, nie mogłem się od niego oderwać, czytałem mu, śpiewałem kołysanki. Helen z przekąsem wypominała mi, że nawet o nią się nigdy tak nie troszczyłem. Mogłem pracować w domu, musiałem tylko od czasu dostarczyć do biura jakieś gotowe, lub poprawione projekty. Miałem dobrą passę moje pomysły podobały się inwestorom a dla mnie ich pieniądze. Mieliśmy wszystko łącznie z czasem, a teraz czekaliśmy na nią.
-I doczekaliście się?
- Siedziałem w poczekalni szpitala, mijały kolejne godziny. Co piętnaście minut wychodziłem na papierosa, w sumie to za każdym razem, kiedy w drzwiach porodówki pojawiała się pielęgniarka i zapewniała mnie że wszystko jest w porządku. Nigdy wcześniej nie paliłem, dostałem paczkę L&M od taksówkarza, który nas tutaj przywiózł, „Na pewno się panu przydadzą” usłyszałem, kiedy zatrzaskiwałem drzwi samochodu i rzuciłem by zachował resztę z pięćdziesięciodolarowego banknotu. Krążyłem po korytarzu tak nerwowo jakbym chciał wykopać podeszwami foliowych, szpitalnych kapci jakiś rów, albo rozpędzić nogami czas, który stał praktycznie w miejscu. Te nerwy i papierosy... Aż dostałem jakiegoś rozstroju, żołądek zaczął mi wariować.
- Hehe! Twoja żona wydawała na świat twój największy skarb, a ty dostałeś sraczki?
- Stul pysk! Nie chcesz słuchać to nie ma sprawy.
- Nie, nie! Znowu mi się wymknęło, wybacz Mike.
- Gdzieś tak po sześciu godzinach poszedłem do toalety. Śpieszyłem się, ale i tak zeszło mi jakieś dwadzieścia minut, kiedy wyszedłem, akurat obok drzwi przechodziła pielęgniarka z jakimś zawiniątkiem. Na początku nie zwróciłem na nie uwagi, wtedy w drzwiach sali porodowej pojawiła się druga kobieta w zielonkawym fartuchu. Jej palec wskazywał kobietę, która przed sekundą mnie minęła. Prawie padłem z nóg, ale pozbierałem się a fala gorąca szybko odeszła, pobiegłem za nią krzycząc, że to moje dziecko, moja malutka Suzan. Nie mogłem sobie darować, że przegapiłem jak wyniosła ją z porodówki. Pokazała mi ją, była taka śliczna. Całą drogę szedłem i robiłem jej zdjęcia, a każdemu, kto nas mijał mówiłem, że to moja córka, odprowadziłem ją aż do sali poporodowej gdzie pielęgniarka delikatnie ułożyła to cudo wśród innych maluchów opatulonych w kocyki niczym małe robaczki z ludzkimi twarzyczkami. Odchodząc nie mogłem oderwać wzroku od jej wielkich, błękitnych oczu, były tak bardzo znajome. Potem widziałem, jak pielęgniarka przyczepia do kocyka i łóżeczka kartkę z imieniem i nazwiskiem. To niesamowite, byłem taki dumny, miałem w sobie tyle energii, że mógłbym chyba przebiec cały dystans maratonu, tylko po to by potem przewracać wagony z węglem.
- Myślałeś, że dzisiejszy dzień nigdy nie nadejdzie prawda? Myślałeś, że skoro kochasz swoją córkę tak bardzo już od chwili, gdy nabrała pierwszy litr powietrza do swoich maleńkich płuc… nie, ty wiedziałeś, że nigdy nie będzie musiała się ciebie bać Michael. Więc co było dalej? Opowiesz mi?
- Nie. Raczej nie. Pozostaw mi, chociaż to. To, co było cudowne.
- Miki! Mike! Michael! Nie pozostało ci w tej chwili nic. Nic, co byłoby ci dalej potrzebne. Wiesz, przytoczę ci ostatnie zdanie z umowy, którą podpisaliśmy. Poczekaj, chwilkę, gdzieś tutaj by… O! Jest! Wsłuchaj się w to, to może oprzytomniejesz: „ Ja niżej podpisany Michael Grinder. Zobowiązuję się spłacić swój dług wdzięczności za spełnienie wszystkich wymienionych w tej umowie obietnic po trzech dniach, od chwili gdy sam odbiorę sobie to co kocham najbardziej.” Więc w twoim przekonaniu, nigdy. Cwaniaczek z ciebie, nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil samozapłon
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…