Bajki – haute-couture’ki.
Trzecia z serii...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}Bajki – haute-couture’ki.{/i}
- Zuziu, powiedz dlaczego? – zadał pytanie, tępo wpatrując się w rysunek gładkich jej pleców. Pod delikatną skórą, obsypaną tu i ówdzie nieregularnymi pieprzykami, dostrzec można było wszystkie mięśnie, napięte i twarde.
- Bo cię kocham.
- Brzmi, jakbyś mówiła największą rzecz swojego życia – zaśmiał się pod nosem. – A pewnie mówisz to każdemu.
- Dla mnie kurwa i miłość to równoznaczne słowa – powiedziała to spokojnie, nawet się do niego nie odwróciła. Rozczesywała włosy, w śmieszny sposób przechylając przy tym głowę. Raz za razem – delikatne, ale pewne pociągnięcia ręki, zupełnie jakby artystka grała na magicznym instrumencie, grzebykiem trącając struny, nie pojedyncze, atramentowe kosmyki. – Wszystko to tylko kwestia odpowiedniej ceny za seks.
- A wiesz w ogóle, co znaczy to słowo?
- Które słowo – kurwa czy miłość?
Leżeli w niewygodnym łóżku hotelowym. Pościel śmierdziała starą miłością za pieniądze. Targowano tam nią pewnie nie raz. Nie byli pierwsi, nie byli ostatni. I sam już nie wiedział, czy myśl ta miała go pocieszyć, czy zdołować. Sięgnął do spodni leżących na ziemi, by wyjąć z nich papierosa. Ostatniego. Zaklął i znów spojrzał na Zuzię.
Czuł, że ta dziewczyna nic dobrego mu nie przyniesie. Nigdy i nikomu. Wtedy odwróciła głowę i spojrzała na niego. Miała nieobecny wzrok. Jak dziecko. Gdy tak wpatrywali się wzajemnie w zielono-brązowe swoje oczy, przestraszył się. Przez moment. Trwało to sekundę, może jej ułamek. Wypuścił dym i mrugnął.
Nie mógł się oprzeć zabawnemu wrażeniu, że właśnie przegrał jakiś głupi pojedynek. Zuzia uśmiechnęła się. Zalotnie. Zupełnie bezwiednie grając z jego zmysłami, wyobraźnią i portfelem.
W końcu, po dusznej od znudzonych spojrzeń chwili, wstała i ruszyła w kierunku łazienki. Delikatny ruch sprawił, że poczuł zapach rozpalonego jej ciała. Zaszeleściła kołdra, zafalowały atramentowe włosy. Boże, była blada, chuda i taka krucha, a przecież przy tym wszystkim piękna. Ironicznie piękna, znów zaśmiał się pod nosem.
Bezbronna, naiwna dziewczynka, której nie sposób nie kochać. Wystarczy jedno spojrzenie, lśnienie, by utonąć. W oczach, udach, ciele. Zrodzona, by dawać rozkosz, jak sama wiele razy powtarzała, leżąc obok niego, irytująco dmuchając mu w ucho.
I choć to głupie, ale ją kochał. A przecież była tylko dziwką.
***
W tamtych dniach ziąb był już straszny. Pogoda zdawała się buntować i jedyne, co miała do zaoferowania, to chłód wdzierający się w oczy wraz z każdym podmuchem wiatru. Poczuli go, gdy tylko opuścili hotel. Rozwiewał włosy Zuzi, tak skrupulatnie rozczesywane i układane przed lustrem ledwie godzinę wcześniej. Drażniło ją to, a on śmiał się tylko głośno i wkładał głębiej ręce w kieszenie szarego, wytartego prochowca.
Mimo że klęła przy każdym, najmniejszych podmuchu, Zuzia zdawała się nie odczuwać zimna. Siedzieli na zakurzonej miejskim życiem ławce i obserwowali nocnych zbiegów z klubów, z domów, z pustych po wódce butelek. W milczeniu popijali jednego z najtańszych, ruskich szampanów.
Jedynie błyski świateł z rzadka przejeżdżających samochodów zdawały się wzbudzać w nich jakieś emocje, kolorując ich twarze, grając i drażniąc, by ostatecznie zawsze uciec z cichnącym warkotem silników. Gdy skończył się szampan, Zuzia nagle wstała i zaplątanym krokiem podeszła do krawędzi ulicy. Udając, że tańczy i śpiewa, w tę i z powrotem chodziła po krawężniku, co chwilę tracąc równowagę. W końcu spojrzała na niego, odgarnęła zburzone włosy i powiedziała:
- Masz ochotę na wycieczkę?
- Daleko? – zbity z tropu, nie miał najmniejszego pojęcia, o co tym razem jej chodzi.
- To zależy od tego, jak szybko chcesz dojść – zachichotała i szeroko rozłożyła ręce w dziecinnym, zabawnym geście. Przez chwilę kręciła się tak w kółko, by w końcu stanąć przed nim w wyzywającym rozkroku. Czekała na wyrok, choć dobrze znała jego odpowiedź, zanim jeszcze zadała pytanie.
- Gdzie?
- Tam gdzie zawsze, w samą rozkosz – po których to słowach zerwała się pędem w stronę najbliższego przejścia podziemnego. Bez cienia zdziwienia popatrzył przez chwilę na oddalającą się sylwetkę i położywszy pustego szampana na ławce, pobiegł za odgłosami stukających jej obcasów.
Gonienie Zuzi właściwie nie sprawiało mu większych trudności, ale odczuwał dziecinną frajdę w obserwowaniu jej pleców i zgrabnych nóg pod powiewającą od wiatru spódniczką. I zdawało mu się, że wszystkie falbanki, koronki falują w rytm jej biegu. Że wszystkie te wzory są skrupulatnie zaprojektowane, zaplanowane. By zwodzić i omamiać.
A kreację miała rzeczywiście niezwykłą, co właściwie zauważył dopiero wtedy. Nie wyglądała jak prostytutka, raczej jak modelka z wybiegów i pokazów paryskich projektantów Haute Couture. Przez chwilę nawet pomyślał, że to wszystko musi być bardzo niewygodne i ciężkie. Czy jest sens – tak się katować?
W szaleńczym tym biegu zgubił zupełnie rachubę czasu i ulic. Nie zwalniając tempa, rozejrzał się wokół, nie poznając żadnego z budynków, żadnej nazwy alei, żadnego z przystanków autobusowych. Pomyślał jednak, że podoba mu się ta gra, że przyjemna to odmiana w jego życiu. Nic nie musiał kontrolować i planować. Poddać się i zdać na stukanie obcasów przed sobą.
Jednak po kilku minutach ekscytującej wędrówki dotarli – jak mu się zdawało – do celu. Stali pod schodami prowadzącymi do jednego z licznych w tamtym mieście hoteli. Stanęła u podnóża piętrzących się białych stopni, a gdy tylko do niej dobiegł, delikatnie chwyciła go za rękę i pociągnęła ku górze.
I kolejny już raz tej nocy postanowił się jej oddać. Wszystkim zachciankom, kaprysom, życzeniom. Czuł jak drobna jej dłoń wyślizguje mu się, a Zuzia pchnęła z całej siły potężne, obrotowe drzwi na szczycie schodów.
Wnętrze budynku zdziwiło go. W żadnej mierze nie przypominało hotelu. Nie zauważył ani recepcji, ani portierów. Sterylnie czyste i białe ściany raziły. Mimowolnie przymrużyli oczy, a jedyne, co sugerowało, że mieszkają tu jacyś ludzie, to windy. Srebrne i oślepiająco błyszczące. Gdy tylko ich drzwi rozwarły się, Zuzia bez wahania pociągnęła go ze sobą.
Na piętrze był korytarz. Długi jak świat, ciasny jak strach. I znów wszystko sterylnie białe. Żadnych drzwi czy pokoi. Tylko ludzkie twarze powieszone na ścianach jak obrazy. Setki grymasów. Przerażonych min, znudzonych oczu, chichoczących ust. Poruszały się i mrugały. Wyglądały raczej komicznie niż przerażająco, jak ludzie wmurowani w fundamenty budynku. Żywe płaskorzeźby.
I ciągle coś mówili, szeptali, czasami tylko dochodził do nich z oddali jakiś urwany krzyk. Ale Zuzia sprawiała wrażenie, jakby ich wszystkich znała. Kiwała, przytakiwała, machała. Zupełnie jak do znajomych na ulicy. Kierowała ich w kierunku jedynych tam drzwi – na końcu tłocznego od wystających twarzy korytarza.
Gdy wsłuchał się w ich…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil erazmus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…